Ja znowu z trudnym tematem. Miałam wczoraj fatalny dzień, w pracy, takich jest mało, ale są i wcale nie raz w roku, wszyscy czegoś ode mnie chcieli, wchodzili mi na głowę, jak mówiłam że nie można tak, to wychodzili nadąsani, poza tym praca sama w sobie była trudna. Nagromadziło się trudnych rzeczy w jeden dzień. Na koniec z tych nerwów zdarzył się jeszcze jeden pech. Już w pracy byłam potwornie zmęczona, sfrustrowana, wróciłam do domu, padnięta. Bez ochoty na cokolwiek, wypiłam melisę i jeszcze jakie ziółka i położyłam się wcześniej, żeby przespać i zacząć nowy dzień, ale oczywiście pospałam 2 godziny i potem ani rusz, kolejna meliska, kolejne ziółka i nic. Mysli tłumią sie w głowie, natrętne nieomalże. Wstałam zmeczona, bez chęci na coklwiek, jak bym nie musiałą dziś wychodzić, dzień spędziłabym w domu, ale muszę
Jak sobie radzicie z takim mega zmęczeniem, niefartem, natłokiem niekorzystnych zbiegów okoliczności. Jak to przeczekać, a raczej co zrobić, żeby jak najszybciej to uciąć? Zacząc nowy dzień i nie patrzyć wstecz? Nie jest to jakaś moja fanaberia, ja wtedy autentycznie czuje się fatalnie, dziś czuję się jakbym miała w piersiach kamień, który ciąży.
Satram się nie dać się ponieść emocją, staram się być astertywna, ale jednak mimo to są takie dni, czasem mam wrazenie, ze lepiej nie słuchac ludzi, nie reagować, traktować ich przezroczyscie, wtedy przynajmniej ja tak nie dostaję po głowie. Najwyżej stwierdzą, ze ich ignoruje.