brat_pitlive
16.03.09, 01:06
- kojarzy mi sie jedno: - mianowicie:
By sie zakochac, potrzebujemy 10 sekund. Za to odkochujemy sie
dlugo, w meczarniach. Niektorzy cierpia ponad pol roku... Zaloba
jest nam potrzebna, ale w koncu trzeba powiedziec stop! Jak to
zrobic?
Milosc jak narkotyk. To nie metafora - mozg zakochanego funkcjonuje
doslownie jak po kokainie. Stad euforyczne upojenie, obsesyjne
mysli, zmiany osobowosci, znieksztalcone widzenie rzeczywistosci,
wreszcie objawy uzaleznienia. ON (lub ona) dziala na nas
jak... "dzialka". I jesli kochamy z wzajemnoscia, jest to jedyny
nalog, z ktorego nie trzeba sie leczyc. Chyba ze ukochany
odchodzi...
Kiedy obiekt zakochania znika, w mozgu zachodzi proces, ktory
odbieramy jak prywatne trzesienie ziemi. Z krwiobiegu znikaja
uszczesliwiajace endorfiny, robiac miejsce kortyzolowi, hormonowi
stresu. Mamy objawy narkotycznego glodu: przygnebienie, poczucie
bezsensu, napady placzu, bezsennosc, drazliwosc, utrata apetytu (lub
przeciwnie - objadanie sie), poczucie osamotnienia. W dodatku
kortyzol blokuje rozmnazanie przeciwcial - dla wirusow zapala sie
wtedy zielone swiatlo. 70 proc. opuszczonych osob zaczyna nagle
chorowac, zapadaja na infekcje, zaburzenia jelitowe, dokucza im
kolatanie serca.
Rozpacz jest naturalna. Cierpimy, gdy nasza milosc zostanie
odtracona. Zerwanie jest jak smierc (milosci, zwiazku), po nim czas
na zalobe. Potrzebujemy czasu na przezycie rozpaczy do konca. By
poddac sie emocjom, przyjrzec sie im: przygnebieniu, smutkowi,
wscieklosci, poczuciu bezwartosciowosci. Wiekszosc kobiet (ale i co
trzeci mezczyzna) chce sie wygadac, wyzalic. Podobno powinnismy
robic to az do momentu, gdy stracimy ochote... To moze, niestety,
potrwac. Nawet ponad pol roku: najpierw przypisujemy wine sobie (co
ja takiego zrobilam? gdybym tylko...), zalimy sie (jak on mogl?),
potem ogarnia nas zlosc (co za podly, nieodpowiedzialny klamca),
wreszcie powinna przyjsc rezygnacja i pogodzenie sie z losem. Ale
czasem nie przychodzi.
Im lepszych mamy przyjaciol, im chetniej nas sluchaja, wspolczuja,
pomagaja, tym dluzej tkwimy w zalobnej depresji, rozpamietujac
przeszlosc (a czasem probujac odzyskac ukochanego, uwiesc go na nowo
lub, co gorsza, zemscic sie za odmiane uczuc). Tymczasem zycie
plynie, a nasza samoocena spada (skoro on mnie nie chcial, kto
zechce?), nasila sie lek (juz zawsze bede sama, jak bede zyc?) i
poczucie urazy (dlaczego to sie zdarzylo wlasnie mnie?).
Gdy znajomi nie chca juz sluchac i mowia: "Daj spokoj, to juz rok,
wez sie w garsc", niektorzy porzuceni siegaja po pioro i wylewaja
zale na papier... Zyskuja pewna ulge. Ale tez rozdrapuja rane,
odswiezaja uraz.
Jesli zagluszymy bol innymi przezyciami, nowa znajomoscia czy po
prostu rzucimy sie w wir pracy, stlumione cierpienie odezwie sie z
czasem w formie depresji, bezsennosci, koszmarow i innych zaburzen
emocjonalnych - nie zawsze. Z trauma lepiej radza sobie ludzie,
ktorzy wkrotce po niej wrocili do normalnego zycia. Ofiary
katastrofy promu "Estonia" (wiekszosc stracila najblizszych), ktore
po rozmowie z psychologiem wrocily do pracy i codziennych
obowiazkow, poradzily sobie z bolem o wiele lepiej niz ci, ktorzy
przeszli dlugotrwala psychoterapie. Podobnie moze byc z porzuconymi.
Rany po rozstaniu szybciej lecza ci, ktorzy o nich... nie mysla.
Niektorzy po prostu rozpaczaja krocej, bo koncentruja sie na innych
sprawach i na rozpamietywanie nie maja czasu.
Nie wszyscy cierpimy tak samo. Ci, ktorzy dorastali w bezpiecznej
atmosferze i maja wysokie poczucie wlasnej wartosci, szybciej
dochodza do siebie po milosnych porazkach. Odrzucani w dziecinstwie
radza sobie gorzej: zerwanie ozywia stare rany. Ogarnia ich apatia,
zycie traci sens. Przezywaja prawdziwy kryzys. Wiele zalezy od tego,
jak wielkie znaczenie przypisalysmy ukochanemu: jesli dzieki niemu
czulysmy sie wiecej warte, po jego odejsciu czujemy sie
bezwartosciowe. Jesli przeslanial nam swiat, rozstanie pograza nas w
pustce.
Czesto wierzymy, ze jestesmy jak dwie polowki jablka, ktore sie
wzajemnie uzupelniaja. Jak sie potem odnalezc w zyciu, kiedy sie
jest kawalkiem czlowieka? Czekac na nastepna polowke? A w
miedzyczasie - zyc polowicznie? Czy w to wierzymy, czy nie, nie
jestesmy polowkami, lecz calymi, pelnowartosciowymi osobami. Mozemy
kochac, mozemy nie kochac. Mozemy zyc z kims lub sami. Mozemy
uwielbiac to pierwsze, czuc, ze odejscie ukochanego zubaza nasze
zycie. Owszem - zycie, ale nie nas.
Nie ma sensu udawanie, ze nic sie nie stalo. Stalo sie i boli.
Nalezy poczuc ten bol, przejsc przez swoja "otchlan rozpaczy" i juz
do niej nie wracac. Teraz potrzeba nam determinacji i czasu. Autorka
ksiazki "Dlaczego kochamy?" uwaza, ze porzuceni sa chorzy z milosci
i ze na te chorobe jest lekarstwo.
Na poczatek musisz usunac wszelkie slady substancji uzalezniajacej,
czyli ukochanej osoby. - Wyrzuc kartki, listy, pod zadnym pozorem
nie dzwon ani nie pisz. Jesli zobaczysz bylego (czy byla) na ulicy,
natychmiast odejdz. Nawet najkrotszy kontakt moze wzbudzic milosny
zar".
Jesli nie mozesz przestac o nim myslec, mysl o jego wadach, zrob ich
liste i nos w portfelu lub kieszeni.
Fantazjuj o innym - wyobraz sobie kogos, ktory cie uwielbia (a ty
jego), mysl o nim zamiast o tamtym. W ten sposob odwracasz sie ku
przyszlosci i budzisz w sobie apetyt na nowa milosc.
Pracuj. Zmus sie. - Jak mowi Biblia, "wez swoje loze i idz". Do
przyjaciol, sasiadow, kina, na lekcje wloskiego lub spiewu.
Zaopiekuj sie kotem - przybleda, hoduj papuge. Jedz na wakacje i
wygrzewaj sie na sloncu. Sluzy ci wszystko, co ci sie nie "kojarzy",
dobrze ci wychodzi i skupia twoja uwage.
Cwicz. Kazdy wysilek fizyczny podnosi poziom dopaminy i serotoniny
(po zerwaniu spadly na leb na szyje) i poprawia ci nastroj. Uprawiaj
joge, wyjdz na rolki lub rower, plywaj, biegaj, wspinaj sie.
Psychiatrzy uwazaja, ze aerobik moze leczyc depresje.
Usmiechaj sie (nawet gdy w duchu placzesz). Nerwy miesni, ktore
pracuja przy usmiechu, uaktywniaja uczucie przyjemnosci...
Przenigdy! Nie siedz przy telefonie, nie gap sie w okno, unikaj
slodyczy i lekow antydepresyjnych. Nie chodz do miejsc, w ktorych
mozesz go spotkac, nie sluchaj "waszej" piosenki, nie jadaj
w "waszej" knajpce. Nie mow: "Jaka jestem nieszczesliwa". Poszukaj
pogodniejszej maksymy, np: "Jak dobrze jest zyc". Mimo wszystko.
Usmiechnij sie - jutro bedzie lepsze...