Gość: Amigosan
IP: *.chp.or.jp
11.03.02, 23:36
kwiatów
Spotkałem w swoim życiu kilkanaście osób mówiących, że przyszedł do nich Bóg i
już nie potrzebują dowodów na jego istnienie, bo mają go w sobie. Żeby sprawa
była jasna: nie byli to ateiści; byli to ludzie albo związani z Kościołem
katolickim, albo właśnie od niego odchodzący. Gdyby Bóg przyszedł do kogoś, kto
nie myśli o nim, mógłbym jeszcze nad tym się zadumać, ale jeśli
Bóg "przychodzi" do ludzi nieustannie o nim myślących... Wybaczcie, ale jest to
dla mnie hodowla kwiatów, odmiana wierzę w boga.
Na czym polega hodowla kwiatów? Ogólnie rzecz biorąc trzeba kwiatka zasadzić
albo posiać, a potem go pielęgnować. Jeśli kwiatka nie będziemy podlewać,
nawozić, zmieniać ziemi itd, to nam kwiatek zdechnie. Aby kwiatek mógł się
przyjąć, musi już na starcie mieć odpowiednią glebę. Nie może to być pierwszy
lepszy piasek, musi to być odpowiednia gleba, inaczej nawet nam kwiatek nie
wykiełkuje. Dlatego nie wszyscy ludzie hodują kwiatki, u niektórych po prostu
nie chcą one rosnąć. Bywa, że ci ludzie starają się, podlewają, nawożą... A
kwiatek za cholerę rosnąć nie chce.
W naszej kochanej ojczyźnie Polsce każdy nie tylko ma szansę stać się hodowcą
kwiatów odmiana wierzę w boga, ale nawet się go do tego zmusza zanim jest się w
stanie zaprotestować, gdyż na wstępie zostajemy ochrzczeni. Ale to jeszcze nie
jest zasianie kwiatka, to dopiero przygotowanie gleby. Potem babcia i mamusia
mówią o bozi i aniele stróżu i każą się do niego modlić - i to już jest
zasianie kwiatka. Teraz od nas i od naszego otoczenia zależy co z tym kwiatkiem
zrobimy.
Ponieważ jako dziecko jesteśmy zbyt leniwi i nieodpowiedzialni by opiekować się
kwiatkiem, robi to za nas nasze otoczenie. Sprawa wygląda zupełnie tak samo jak
z psem, kotem i żółwiem. Jeśli nie pójdziemy na spacer z ukochanym
czworonogiem, zrobi to mamusia. Jeśli zapomnimy dać kotku mleczka, zrobi to
babcia. Jeśli nie zmienimy żółwiowi piasku - będzie śmierdzieć, czego nie
wytrzyma ojciec i nam piasek zmieni. Naturalnie wszyscy wymienieni osobnicy
starają się jak mogą przekonać nas, że dobrze jest dbać o zwierzątko, bo albo
dostanie się po pupie, albo zwierzątko nie będzie nas kochało, albo i jedno, i
drugie.
Jak się rzekło, tak samo jest z kwiatkiem wierzę w boga. Dlatego babcia bierze
wnusia (wnusię) za rączkę i prowadzi do kościółka, a mamusia wieczorkiem każe
synkowi (córeczce) zmówić paciorek za zdrowie całej rodziny. Ponieważ
niesłychanie mało jest dzieci, które nie chcą aby ich najbliżsi byli zdrowi,
dzieci modlą się żarliwie. Naturalnie modlitwie trzeba pomóc i chora babcia
bierze antybityki, ale dziecku nawet do głowy nie przyjdzie, że mamusia i
babcia kłamią, gdy mówią, że bozia wysłucha jego modlitw. Rośnie więc w głowie
dzieciaka kwiatek, a otoczenie pomaga w jego hodowli jak tylko potrafi.
Podlewają wszyscy kwiatka modlitwami i chodzeniem do kościoła, a trudy związane
z hodowlą wynagradza się kolorowymi obrazkami z bozią, obważankami z odpustów i
różnymi świecidełkami przywożonymi z pielgrzymek. Ponieważ kwiatek jest
cholernie wymagający - wszak to nieziemska roślinka - od czasu do czasu robi
się wielkie podlewańsko w postaci pierwszej komunii świętej, bierzmowania itp.,
a specjalnie do tego celu powołani ludzie uczą jak o kwiatka dbać, żeby nam nie
usechł. Nauki teoretycznie są dobrowolne, ale żadko kiedy się zdarza, żeby ktoś
z nich rezygnował, gdyż ogólna tendencja jest taka, że lepiej przed szereg nie
wychodzić, a i z tyłu zostawać też nie jest dobrze. Gdy to wszystko nie pomaga,
straszy się dzieciaka piekłem - dla jego dobra, oczywiście - i stosuje się
metodę kija i marchewki. Dzięki tym wszystkikm zabiegom kwiatek rośnie, a w
zależności od tego w jaki soposób się o niego dbało, jest ładny albo
przeciwnie, jest silny albo przeciwnie, pachnie albo przeciwnie.
Aż przychodzi dzień, kiedy dziecko już nie jest dzieckiem i zaczyna się
zastanawiać jak to jest z tym kwiatkiem, bo niby kwiatek jest, a kwiatka nie
ma. Reakcji na takie rozmyślania może być kilka. Niektórzy zaczynają mocniej
podlewać, czasami aż do zgnicia kwiatka, z czym już się spotkałem, inni
przeciwnie, podlewają znacznie mniej i obserwują co się stanie. Zdecydowana
większośc zauważa, że kwiatek nie usycha, bo wcześniej tak o niego dbali, że
teraz rośnie niejako z rozpędu; jak niektórzy mówią: "jedzie na zapasach". A
zapasy są ogromne. Przez te wszystkie lata kwiatek tak się utuczył modlitwami,
rozmyślaniami, grupowym chodzeniem do kościoła, obrzędami i tradycją, że teraz
nawet gdyby chciało się go wykarczować, nie byłoby to wcale takie proste.
Oprócz tych mniej podlewających są jednak i tacy, którzy uznają, że kwiatka nie
tylko trzeba nadal - a może nawet bardziej - podlewać, ale także przesadzić, bo
dotychczasowa gleba jest nie dość dobra. Jak zwykle w takich wypadkach kwiatka
podlewa się wtedy częściej, a nawet funduje mu się odżywki i specjalną
pielęgnację. Kwiatek jest za to wszystko wdzięczny i rośnie niesłychanie
bujnie, zajmując już prawie całą głowę hodowcy. Hodowca wtedy mówi: "jeśli
tylko chcesz, Bóg przyjdzie do ciebie; do mnie przyszedł". Tymczasem powinien
powiedzieć: "widzisz jakiego pięknego kwiatka sobie wyhodowałem?"
Możliwe, że kwiatek istotnie jest piękny - chociaż najczęściej hoduje się
kaktusy, a te jak wiadomo nie są zbyt przyjemne w dotyku - ale nie o to tu
chodzi. Istotne jest bowiem to, by nazywać rzeczy po imieniu, gdyż: hodowla
zawsze pozostanie hodowlą, niezasiany kwiat nigdy nie wyrośnie, nie podlewany -
uschnie.