cepekolodziej
05.04.14, 19:51
1950
Kamienna Góra. Nie pamiętam momentu, kiedy poszedłem do szkoły. Miałem siedem i pół roku. Jedyne, co utkwiło mi w pamięci, to nauczycielka bijąca mnie linijką po lewej ręce - żebym wreszcie zaczął pisać prawą. Rozmazane kleksy na stronicach zeszytu. I dwójki. Łapczywe czytanie w domu, w szkole, wszędzie. Pierwsza przeczytana książka: "O rycerzu gwiazdy wigilijnej". Zachwyt i przerażenie po "Kichusiu majstra Lepigliny". "Pinokio" i smutne "Serce" Amicisa.
I pierwsza zapamiętana zima. Sanki i miejski tor saneczkowy, i wielkie ognisko rozpalone przez przyjaźnie wyglądającego żołnierza radzieckiego, podsycane starymi niemieckimi książkami, wywleczonymi z jakiegoś klasztoru i teraz leniwie ciskanymi w ogień. I ja – już teraz rozpoznający z łatwością niedbale zamazane napisy na szyldach, na ścianach domów, jako niemieckie.
Pod koniec kwietnia ojciec zabrał mnie i braci do Barda Śląskiego, do prewentorium, przeciwgruźliczego sanatorium dla dzieci prowadzonego przez siostry. Miasteczko było całe, nienaruszone przez wojnę, piękne, pastelowe tynki, czyste dachówki. Przejmująca barokowa Kalwaria, i cudowne, rzeźbione w drewnie, ruchome jasełka. Pierwsze zetknięcie z przyrodą, czystą, nie przemieszaną ze śladami wojny. Biegałem wąskimi ścieżkami, pod świeżo zazielenionymi bukami i klonami, przez pas zieleni widziałem połyskujący, czysty nurt Nysy. Próbowałem wraz z innymi chłopcami zbudować tamę z kamieni na rzece, ale prąd był za bystry, patrzyliśmy zafascynowani, jak woda najpierw wspina się, potem przelewa ponad
naszą konstrukcją, a potem, jednym uderzeniem, ją roztrąca.
Klasztor, w którym mieściło się prewentorium, miał własną kaplicę, z gotyckim ołtarzem. I znów po raz pierwszy - zetknięcie z widomą przeszłością, nie ze słowami o niej, a z jej barwnymi obrazami. Msza - i nie w pełni rozumiane kazanie, i poezja łacińskiego słowa.
Było mi tam dobrze. Chłonąłem niekłamaną miłość, którą otaczały nas siostry, smakowało mi to, co gotowały. Pewnego dnia poprosiły, żebyśmy otrzęśli z chrabąszczy klony, które otaczały klasztorny ogród, a same chrabąszcze – żebyśmy zebrali do wiader. Dostałem też wiadro. Po kilku godzinach było pełne, owady gramoliły się jeden przez drugiego, niezdarnie przewracały, pokazywały czarno-granatowe podbrzusza, machały grzebykowatymi łapkami. Kiedy podałem wiadro siostrze, postawiła je na ziemi, koło żelaznego, buzującego ogniem pieca. Sięgnęła czerpakiem do kotła z gotującą się wodą i zalała rzeczowo owady wrzątkiem. Powiedziała: musimy tak robić, żeby kurki miały co jeść, a kurki musimy potem zabić, żebyście dzieci miały na obiad rosołek i troszkę mięska, żebyście nie były chore.
Uciekłem stamtąd, od tego pieca. I od tego momentu niczego już z Barda nie pamiętam.
A przecież – było jeszcze lato.