Dodaj do ulubionych

Chłopi Reymonta 1 cz Antek wraca

19.03.19, 23:26

To jedna z genialnych lektur polskich.
Takiej konstrukcji, niby opartej na porach roku
ale chodzi mi odramaturgie rozwoju postaci i zdarzeń, tak soczystych
postaci - nie wiem, czy ktoś może się w literaturze polskiej rownać.
Pewnie Sienkiewicz ale tylko w Trylogii. A i to inna sprawa.

Na maturze z języka polskiego zdawałam śpiewająco. Jedna tylko twrz nauczycielki
miała wyraz żmijowaty. Ona mnie nie lubiła.
Po pisemnym - pięc po ustnym - kiedy przewodniczący komisji, uśmiechnięty
rozejrzał się i pro forma powiedział - to już wszystko - odezwała się ONA.

A ja mam jeszcze pytanko. Słucham! spojrzałam prosto w oczy, czule i z odwagą.
Chciała mnie załatwić. Załatwiało się Chłopami, Żeromskim i Nad Niemnem.
Znałam wszystkie lektury. Wybrała Chłopów. Proszę omówić sytuację komorników
i na czym polegała kwestia seritutow.

Moja dusza była przepełniona satysfakcją, "Chłopi" to lektura genialna. Znałam na pamięć.
Gdyby wzięła "Noce i dnie" może nie trafiłaby w punkt.
A tu - trafiła.
Zaczęłam szeroko omawiać. Wyjasniłam co to serituty, omówiłam stosunki wsi i dworu, owe serwituty obejmujące tereny leśne ... itd. Przeszłam do komornikó∑, wymieniłam ich imiona, kiedy doszłam do kobiety Grzeli w krzywą gębą i zaczęłam cytować usłyszałam syczenie. Brzmiało; DOŚĆĆĆĆĆ!.

Podziękowano mi i wyszlam. Otrzymalam piątkę z plusem.
Kto mnie w droge wejdzie tego zawsze szlag trafi, zamiast obniżyć mi ocenę podniosła ją !

Nikt mnie na Chłopach nie zagnie, wszelkie złośliwości puszczam mimo, bo to oznaki bezradności. Uważam też, że Rybkowski nieźle obsadził wiele ról, ale rolę Jagby - fatalnie! I zrobił z niej wiejską prostytutką. Powinien za to siedzieć. Ale już nie żyje, był pijany, reżyserią zajmował się operator Marek Nowicki, ktory lekturę znal tyle o ile. Niepotrzebnie pododawano wątek emigracji, którego nie ma w książce tak rozbudowanego. jest w słowie, kiedy Antek chce uciekać bo zabił Borowego ale Hanka krzyczy: nie podę i dzieci na zatratę nie pozwole! Odsiedzisz swoje i wrócisz.

Komuś pomylił się powrót Jasia organistów, miłości Jagny (Jadwigi - "naści Jaguś swoją patronkę - mówi Jasio podając jej obrazek sw. jadwigi), że tam "coś było." Nic nie było. Zazdrosny Antek zobaczył, że Jasio na skraju lasu zobaczył Jagnę zbierającą jagody i z krubki podawała mu owe jagody do ust. Jego myśli, że "piersiami naprzód się podała" były jego myslami, rozszalałego zazdrosnego kochanka. Był jej namiętnością, nie miłością. Kiedy wydawała ją Dominikowa za Borynę, mowiła " na osiemnastą zwiesnę jej idzie" - akcja rozgrywa się w ciągu ROKU.

Do Szymka, uprawiającego ugór, kiedy Dominikowa wygnała go z chałupy bo chciał sie zenic z Nastusią Gołębianką, siostrą Mateusza, którego DOminikowa nie lubiła, no i Nastka była biedna, a Dominikowa - bogata no i chciała ieć "wyrękę z synów". Do Szymka nie przychodzi Zyd, chcąc go odciągnąć od roboty, gdzieżby śmiał. Przychodzi Grzela, Mateusz, Szymek ich przegania bo mu przeszkadzają. Przyjeżdża wozem Jędrzych, jego brat, żeby pomóc mu "podorać" ale na drugi dzien, brat u brata widzi since na twarzy " i ślepi to im nie łacno" - odpowiada Jędrzych....

Cytaty:

Powrót Antka z Rochem - żadnego przedtem spotkania z Jagną !

Hanuś! Antek wrócili! Hanuś!
Hanka prasnęła motyczką i porwała się kie􏰀j ptak do lotu, ale się w mig opamiętała, opuściła podkasany wełniak i chocia j􏰀ą ponosiło, chocia serce się tłukło, że tchu brakowało i ledwie poredziła przemówić, rzekła spoko􏰀nie 􏰀jakby nigdy nic:
— Róbcie tu same, a na śniadanie przychodźta do chałupy.
Odeszła z wolna, bez pośpiechu, przepytu􏰀ąc Józkę o wszystko.
Kobiety poglądały na się, do cna stropione 􏰀e􏰀 spoko􏰀nością.
— Jeno la oczów ludzkich taka spoko􏰀na. Żeby się nie prześmiewali, co 􏰀ze􏰀 pilno
do chłopa. Ja bym ta nie wytrzymała! — mówiła Jagustynka.
— Ani 􏰀a! Bych się 􏰀eno Antkowi nie zachciało nowych 􏰀amorów...
— Nie ma 􏰀już na podorędziu Jagusi, to może mu się odechce.
— Moiście! Jak chłopu zapachnie kiecka, to za nią w cały świat gotów.
— O􏰀 prawda, bydlę się nie tak łacno narowi do szkody 􏰀ak chłop niektóry...
Plotły, ledwie się 􏰀uż ruchaj􏰀ąc przy robocie, a Hanka szła wciąż 􏰀ednako i 􏰀akby z roz-
mysłu pogadu􏰀ąc z napotkanymi, chocia i nie wiedziała, co mówi ni co odpowiada􏰀ą, bo w głowie miała to 􏰀edno, że Antek wrócił i na nią czeka.
— I z Rochem przyszedł? — pytała 􏰀edno w kółko.
— A z Rochem! Dyć j􏰀uż wam mówiłam!
— A 􏰀jaki, co? Jaki?
— Wiem to 􏰀aki? Przyszedł i zaraz z progu pyta: ka􏰀1205 Hanka? Powiedziałam i zarno w te pędy po was, no i tyla!
— Pytał o mnie! Niech ci Pan Jezus... Niech ci... — zaniesła1208 się radością. Do􏰀rzała go 􏰀uż z daleka, siedział z Rochem w ganku, a uwidziawszy 􏰀ą wyszedł na-
przeciw w opłotki.
Szła ku niemu coraz wolnie􏰀 i coraz cięże􏰀, chyta􏰀jac się po drodze płota, gdyż nogi
się pod nią gięły, brakowało tchu, dusiły łzy i w głowie miała taki mąt, co ledwie zdoliła wyj􏰀ąkać:
— Ty żeś to! Tyżeś! — łzy zalały resztę słów nabranych radością.
— A 􏰀a, Hanuś! Ja! — przygarnął 􏰀ą mocno do piersi, a przytulał z dobrością i z całego serca. Cisnęła się też do niego zgoła 􏰀uż bez pamięci, a 􏰀eno te szczęsne łzy spływały ciurkiem po twarzy zbladłe􏰀 i wargi się trzęsły, dawała mu się w ramiona wszystka, kie􏰀j to utęsknione dzieciątko.

Długo nie poredziła przemówić, ale cóż to mogła rzec i 􏰀ak wypowiedzieć, co się w nie􏰀 działo! Dyć byłaby klękała przed nim, dyć byłaby prochy zmiatała, więc 􏰀eno niekiedy rwało się 􏰀e􏰀 z piersi 􏰀akieś słowo, pada􏰀ąc kie􏰀 to ważne ziarno i kie􏰀 ten kwiat pachnący weselem i oroszony krwią serdeczną, a oczy wierne i oddane, oczy pełne bezgranicznego miłowania kładły mu się pod stopy kie􏰀 psy, zda􏰀ąc się na wolę 􏰀ego i na 􏰀ego łaskę.
— Zmizerowałaś się, Hanuś! — szepnął gładząc 􏰀ą pieściwie po twarzy. — Jakże... tylam przeniesła, tylam się wyczekała...
— Zapracowała się kobieta — ozwał się Rocho.

— To i wy 􏰀esteście! Całkiem o was przepomniałam! — 􏰀ęła go witać i całować po rękach, on zaś rzekł żartobliwie:
— Nie dziwota. Obiecałem go wam przywieść, to go sobie macie...
— A mam! Mam! — zawołała sta􏰀ąc w nagłym podziwie przed Antkiem, wybielał bowiem, wydelikatniał i taki się widział urodny, mocarny, pański, 􏰀akby zgoła kto drugi, poj􏰀ąć tego nie mogła.
— Przemieniłem się to, co tak po mnie ślepiasz?
— Niby nie, ale całkiem 􏰀jesteś j􏰀akiś zgoła inakszy.
— Poczekaj􏰀, pó􏰀dę w pole do roboty, to zarno będę 􏰀ak przódzi.
Skoczyła naraz do izby po na􏰀młodsze dziecko.
— Jeszczech go nie widziałeś! — wołała wynosząc rozkrzyczanego chłopaka — po-
patrz 􏰀jeno, podobny do cię j􏰀ak dwie krople.
— Sielny parob! — zawinął go w róg kapoty i pohuśtywał.
— Rocho mu na imię! Pietras, a chodźże i ty do ok􏰀ca — podsadziła starszego,
że j􏰀ął się gramolić na o􏰀cowe kolana bełkocąc cosik. Antek ob􏰀ął obydwóch z dziwną czułością.
— Robaki kochane, kruszyny na􏰀milsze! Jak to 􏰀uż Pietras wyrósł, no, i po swo􏰀emu coś ra􏰀cu􏰀e.
— Przecie, a taki sprzeciwny, a taki zmyślny, dorwie się j􏰀eno bata, to zara trzaska i gęsi wygania — przykucnęła przy nich. — Pietras, powiedz: tata! powiedz.
Juści, co zamamrotał i nawet 􏰀eszcze więce􏰀 cosik gwarzył po swo􏰀emu, ciągan􏰀ąc oj􏰀ca za włosy.
Obserwuj wątek
    • rumia100 Re: Chłopi Reymonta 2 cz Antek wraca 19.03.19, 23:40
      — Józka, czemu się to na mnie boczysz? Chodźże — zauważył.
      — A bo to śmię — pisknęła wstydliwie.
      — Chodźże, głupia, chodź! — przygarnął 􏰀ą tkliwie, po bratersku. — Tera j􏰀uż
      me we wszyćkim słuchaj􏰀 kiej􏰀 oj􏰀ca. Nie bój􏰀 się, srogi la ciebie nie będę i krzywdy ode mnie nie zaznasz.
      Rozpłakała się dziewczynina żalnie, wypomina􏰀ąc o􏰀ca i brata.
      — Jak mi wó􏰀jt pedział o 􏰀ego śmierci, to 􏰀akby me kto kłonicą zdzielił, 􏰀aże me zamroczyło. Taki parob kochany, taki brat na􏰀mile􏰀szy. I kto by się to spodział. Jużem sobie układał w głowie, 􏰀ak się to grontem podzielim, nawet 􏰀już o kobiecie la niego myślałem — wyrzekał cicho, z głęboką boleścią, 􏰀aże Rocho, aby odwrócić smutne myśle od wszystkich, zawołał podnosząc się z miej􏰀sca:
      — Dobrze wam gadać, a mnie 􏰀uż kiszki marsza graj􏰀ą.
      — Laboga, do cna przepomniałam. Józka, łap no te żółte kogutki. Cipuchny! cip, cip, cip! A może chleba? świeży i masło wczora􏰀sze! Urżnij łby i sparz wrzątkiem! Wnet 􏰀je wam sprawię. To gapa ze mnie, żeby zabaczyć1!
      — Ostaw, Hanuś, kogutki na potem, a sporządź cosik po naszemu. Tak mi się 􏰀uż prze􏰀adło to miesckie j􏰀edzenie, co ochotnie siędę przed miską ziemniaków z barszczem — śmiał się wesoło. — Jeno la Rocha zgotuj􏰀 co inszego.
      — Bóg zapłać. Właśnie na to samo mam smaki!
      Hanka rzuciła się szykować, ale że ziemniaki 􏰀już parkotały w garnku, to j􏰀eno wyniesła z komory kiełbasę do barszczu.
      — La ciebiem ostawiła, Jantoś. To z tej􏰀 maciory, coś to j􏰀ą kazał zaszlachtować przed Wielkanocą.
      — No, no, niezgorsze pęto, ale da Bóg, że 􏰀e zmożemy. Hale, Rochu, a ka􏰀jże to nasze gościńce?
      Stary podsunął spory tobół, z którego Antek 􏰀jął wy􏰀jmować różności, a podawać każde􏰀 z osobna.
      — Naści, Hanuś, to la ciebie, 􏰀jak ci kaj􏰀 droga wypadnie — podał 􏰀je􏰀 wełnianą chustę, takusieńką, j􏰀aką miała organiścina, całkiem czarna i w czerwone i zielone kraty.
      — La mnie. Żeś to pamiętał, Jantoś — 􏰀jęknęła z niezgłębioną wdzięcznością.
      — Ba, żeby nie Rocho, to bym był zabaczył, ale przypomnieli i poszlim razem wy- bierać i kupować.
      A sporo nakupił, gdyż dodał żonie j􏰀eszcze trzewiki i chusteczkę na głowę j􏰀edwabną, modrą w żółte kwiatuszki. Józce dał taką samą, 􏰀jeno co zieloną, oraz fyzkę i parę sznurków paciorków z długachną wstęgą do zawiązywania, zaś la dzieci przywiózł pierni ków i organki, nawet miał la kowalowej􏰀, bo cosik odłożył obwiniętego w papier, a nie zapomniał Witka ni też o parobku.
      Jaże krzyknęły z podziwu na coraz nowe cudności, ogląda􏰀ąc 􏰀e i przymierzaj􏰀ąc z taką radością, że Hance łzy kapały po zrumienione􏰀 twarzy, a Józka za głowę chytała się w podziwie.
      Rocho się uśmiechał zacieraj􏰀ąc ręce, Antek zaś j􏰀eno pogwizdywał.
      — Zarobiliśta sobie na gościniec. Rocho powiadał, 􏰀jak to wszyćko szło składnie w gospodarce. Da􏰀cie no spokó􏰀, nie la dziękowań przywiezłem — wołał broniąc się, bo rzuciły się go ściskać i całować.
      — Ani mi się kie􏰀j śniły takie cudności — szepnęła łzawo Hanka siada􏰀ąc przy mierzać trzewiki. — Ciasne ździebko, nogi mi nabrzmiały od bosaka, ale na zimę będą w sam raz.
      Rocho 􏰀jął się rozpytywać o wieś i różne sprawy, opowiadała 􏰀jeno piąte przez dziesiąte krzątaj􏰀ąc się tak pilnie kole 􏰀jadła, że pokrótce zastawiła przed nimi ziemniaków szczodrze omaszczonych tęgą michę i nie mnie􏰀szą barszczu, w którym kieby koło pływała kiełbasa.
      Skwapnie się przypięli do śniadania.
      — To mi dopiero j􏰀adło — pokrzykiwał wesoło — kiełbasa galancie czuj􏰀na. Po tym to człowiek poczuj􏰀e j􏰀akąś wagę w żywocie. A to me paśli w tym kreminale, żeby ich wciorności.
      — Dopieroś to się, chudziaku, namorzył głodem.
      — Jakże, toć w końcu 􏰀już nic j􏰀eść nie mogłem.
      — Powiadali chłopy, 􏰀ak tam żywią, że pono pies j􏰀eno z głodu chyciłby się takiego
      j􏰀adła, prawda to?
      — Juści, co prawda, ale na􏰀gorsze, że trza było siedzieć zawarty. Póki było zimno, to
      j􏰀eszcze, ale skoro dogrzało słońce i zaleciało mi ziemią, to myślałem, co się 􏰀już wścieknę. Pachniała mi wola lepiej􏰀 niźli ta kiełbasa. Jużem kraty próbował rwać, 􏰀jeno co mi przeszkodziły.
      — Prawda, co tam biją? — spytała lękliwie.

      — A biją! Są tam bowiem i takie zbój􏰀e, które j􏰀uż z czystej􏰀 sprawiedliwości powinny co dnia brać kije. Mnie się ta nie ważono tknąć ni palcem. Niechby 􏰀ucha spróbował który, dałbym mu tabaki, no!
      — Juści, kto by cię ta przemógł, mocarzu, kto? — przyświarczała radośnie, wpatrzona w niego i czuwaj􏰀ąca na na􏰀lże􏰀jsze skinienie.
      Rychło się 􏰀jednak uwinęli z 􏰀jadłem i zaraz poszli spać do stodoły, ka􏰀j j􏰀uż naniesła im Hanka do sąsieka pierzyn i poduszek.
      — Bó􏰀cie się Boga, toć stopimy się na skwarki — zaśmiał się Rocho.

      Już nie odrzekła, ale zawarłszy za nimi wrota, wtedy dopiero całkiem osłabia i uciekła na ogród do pielenia pietruszki. Rozglądała się chwilę dokoła i buchnęła płaczem. Płakała z radości, płakała, że słońce przygrzewało j􏰀ą w plecy, że zielone drzewa chwiały się nad głową, że ptaki śpiewały, że pachniało wszystko i kwitnęło i że 􏰀e􏰀 było tak dobrze, tak cicho i tak błogo na duszy, j􏰀akby po te􏰀 święte􏰀 spowiedzi abo i j􏰀eszcze lepiej􏰀.
      — Żeś to wszystko sprawił, mój􏰀 Jezu! — j􏰀ęknęła podnosząc łzawe oczy ku niebu, w na􏰀szczerszej􏰀, zgoła niewypowiedzianej􏰀 podzięce za tyle dobra, 􏰀jakie 􏰀ją spotkało.
      — I że się to 􏰀już przemieniło! — wzdychała zdumiona, szczęsna, prawie wniebowzięta, że j􏰀uż cały czas, dopóki spali, chodziła ledwie przytomna ze szczęścia. Czuwała nad nimi kiej􏰀 kokosz nad pisklętami. Wyniesła dzieci daleko w sad, bych czasem nie zakrzyczały. Przepędziła z podwórza wszelką gadzine nie bacząc nawet, że świnie pyska􏰀ą wczesne ziemniaki, a kury rozgrzebu􏰀ą wschodzące ogórki. Już o całym świecie przepomniała, cięgiem zaziera􏰀ąc do śpiących.
      A dzień tak się przykro dłużył, co już nie mogła sobie poredzić. Przeszło bowiem śniadanie, przeszedł obiad, a oni wciąż spali. Porozpędzała wszystkich do roboty, ani dbaj􏰀ąc, co się tam bez niej􏰀 wyrabia, stróżuj􏰀ąc j􏰀eno, a cięgiem drepcąc od stodoły do chałupy.
      Sto razy wy􏰀jmowała gościniec przymierzać, oglądać i wołać.
      — A ka􏰀j to drugi taki dobry i pamiętliwy, ka􏰀j?
      Aż w końcu poleciała na wieś do kobiet, a kogo 􏰀jeno dostrzegła, to mu 􏰀już z dala
      krzyczała:
      — Wiecie, a to mój􏰀 powrócił, śpi se tera w stodole!
      • rumia100 Re: Chłopi Reymonta 3 cz Antek wraca rozmyślania 19.03.19, 23:49
        I śmiały się 􏰀jej􏰀 oczy i twarz i tak wszystka tchnęła rozradowaniem i weselem, 􏰀aże
        kobiety się dziwowały.

        — Urzekł 􏰀ją ten wisielec czy co? Do cna zgłupiała.
        — Zarno się ona pocznie wynosić a nos zadzierać, obaczycie!
        — Niech 􏰀jeno Antek wróci do dawnego, to j􏰀ej􏰀 rura zmięknie — poredzały.

        Juści, co nie słyszała tych pogadek, ale przyleciawszy do chałupy wzięła się na ostro
        do sporządzania sutego obiadu, lecz dosłyszawszy gęsi krzyczące na stawie wypadła j􏰀e przyciszać kamieniami, że ledwie z tego kłótnia nie wyszła z młynarzową.
        Właśnie co ino była podwieczorek posłała ludziom na pole, gdy chłopy przyszły ze stodoły. Narządziła im obiad pod domem w cieniu i na chłodzie, podaj􏰀ąc nawet gorzałkę i piwo, zaś na doj􏰀adkę postawiła z pół sitka dobrze źrałych wisien, które była przyniesła od księżej􏰀 gospodyni.
        — Obiad suty j􏰀akby na weselu — żartował Rocho.
        — Gospodarz wrócił, małe to j􏰀eszcze wesele? — odparła zwija􏰀ąc się kole nich i mało wiele sama poj􏰀edaj􏰀ąc.
        Po skończeniu Rocho zaraz poszedł na wieś obiecu􏰀ąc się na wieczór, zaś ona spytała nieśmiele męża:

        — Chcesz to obe􏰀rzeć gospodarkę?
        — A dobrze! Święto się 􏰀uż skończyło, trza się będzie brać do roboty! Mój􏰀 Boże, anim się spodział, co mi tak rychło przy􏰀dzie oj􏰀cowizna!

        Westchnął i poszedł za nią; powiodła go na􏰀pierwej􏰀 do sta􏰀ni, kaj􏰀 parskały trzy konie, a w zagrodzie kręcił się źrebak; potem do pustej􏰀 obory, zaś 􏰀jeszcze potem do stodoły do tegorocznego siana; zaglądał nawet do chlewów i pod szopę, gdzie stały różne narzędzia i porządki.
        — Bryczkę trza będzie przetoczyć na klepisko, bo się do cna rozeschnie.
        — A bo to raz przykazywałam Pietrkowi? Cóż, kiej􏰀 me nie słuchał.
        Zaczęła zwoływać prosięta i drób, sielnie się przechwalaj􏰀ąc dużym przychówkiem,
        a kiej􏰀 i to obe􏰀rzał, rozpowiedała szeroko o polnych robotach, gdzie co posiane i wiela każdego z osobna, pilnie przy tym naglądaj􏰀ąc mu w oczy i wyczekuj􏰀ąco, ale on sobie wszyćko poukładał w głowie po porządku, przepytuj􏰀ąc 􏰀jeno o to i owo, a dopiero w końcu rzekł:

        — Jaże uwierzyć trudno, żeś to wszystkiemu sama uredziła!

        — La ciebie to bym i więce􏰀j zmogła — szepnęła gorąco, strasznie rada z pochwały.
        — Chwat z ciebie, Hanuś, chwat! anim się spodział, coś taka.
        — Było potrza, to 􏰀juści, co człowiek kulasów nie pożałował.
        Obe􏰀rzał nawet sad, pełen wiśni 􏰀już przez pół czerwonych, i grzędy, kaj rosły cebule,
        pietruszka i kapuściane wysadki.
        Wracali 􏰀uż z powrotem, gdy przechodząc kole o􏰀cowe􏰀 strony za􏰀rzał do środka przez
        wywarte okno.
        — A ka􏰀że to Jagna? — latał zdumionymi oczami po puste􏰀 izbie.
        — A kaj􏰀! u matki! Wygnałam 􏰀ją! — rzekła twardo, podnosząc na niego oczy. Ściągnął brwie, przedeliberował czas j􏰀akiś i zapala􏰀ąc papierosa rzucił spokoj􏰀nie,
        j􏰀akby od niechcenia:
        — Dominikowa zły pies, nie przepuści nam bez precesu.
        — Już pono wczora􏰀 latały ze skargą do sądu.
        — Od skargi do wyroku droga szeroka. Ale trza to będzie wziąć dobrze na rozum,
        bych nam nie wystroiła 􏰀jakiego figla.
        Opowiadała, z czego to wszystko poszło i 􏰀jak się stało, wiele 􏰀juści pomijaj􏰀ąc, nie
        przerywał ni pytał, brwie 􏰀jeno marszcząc i łyskaj􏰀ąc oczami, dopiero kiej􏰀 mu zapis podała, ośmiał się kąśliwie:
        — Tyle wart, co możesz z nim bieżyć za ścianę!
        — A 􏰀juści, przeciek to ten sam, co go 􏰀jej􏰀 dali ociec.
        — I stoi właśnie złamany patyk! Jakby się odpisała u rej􏰀enta, to by co znaczyło. La
        śmiechu go rzuciła!
        Cisnął ramionami, zabrał Pietrusia na ręce i ruszył do przełazu.
        — Obaczę pola i wrócę! — rzucił za siebie, iż ostała, chociaż dziwnie pragnęła z nim
        poleźć, on zaś mija􏰀ąc bróg, 􏰀już odnowiony i pełen siana, przyglądał mu się spod oka. — Mateusz go wyporządził. Same􏰀 słomy na dach wykręcili ze trzy kopy — wołała
        za nim sto􏰀ąc na przełazie.
        — A dobrze, dobrze — mruknął, nie był ta ciekaw bele czego.
        • rumia100 Re: Chłopi Reymonta 4 Antek z kumplami i z HANKA 19.03.19, 23:58
          (...) Zaczęli się rozchodzić, ale J􏰀eszcze każden z osobna brał go na stronę namawiać, przy- obiecu􏰀ąc pó􏰀ść za nim, zaś Kłąb mu rzekł:
          — Nad narodem zawdy musi ktoś górować, co ma rozum i moc, i poczciwe baczenie.
          — A poredzi, 􏰀Jak potrza, i kijem ziobra zmacać! — zaśmiał się Mateusz.
          Rozeszli się, ostał J􏰀eno pod oknem Antek z kowalem, bo Rocho klęczał na ganku zatopiony w pacierzach.
          Długo deliberowali w głębokieJ􏰀 cichości. Że słychać było jeno Hankę krząta􏰀ącą się po izbie; strzepywała pościele, obłócząc w czyste poszewki, to myła się długo 􏰀jakby na 􏰀jakie wielkie święto, a potem rozczesu􏰀ąc włosy pod oknem wyzierałana nich coraz niecierpliwie􏰀, pilnie nadstawiaj􏰀ąc uszów, gdy kowal zaczął mu cicho odradzać, aby sprawy poniechał, gdyż z chłopami nie trafi do ładu, a dziedzic j􏰀est mu przeciwny.

          — Nieprawda! poręczył za nim w sądzie! — rzuciła przez okno.
          — Kie􏰀 lepie􏰀 wiecie, to mówmy o czym drugim... — zły był 􏰀jak pies. Antek powstał przeciąga􏰀ąc się sennie.
          — To ci j􏰀eno rzeknę na ostatku: puścili cię j􏰀eno do sprawy, prawda? zwiążesz się w cudze j􏰀enteresa, a wiesz to, j􏰀ak cię zasądzą?...
          Antek przysiadł z powrotem i tak się srodze zamedytował, że kowal nie doczekawszy się odpowiedzi poszedł do domu.
          Hanka kręciła się kole okna, raz po raz wygląda􏰀ąc na niego, nie dosłyszał, że ozwała się w końcu lękliwie a prosząco:
          — Pódzi, Jantoś, pora spać... Utrudziłeś się dzisia niemało...
          — Idę, Hanuś, idę... — podnosił się ociężale.
          Jęła się prędko rozdziewać szepcąc pacierz roztrzęsionymi wargami.
          — A 􏰀ak me zasądzą na Syberię, to co? — myślał fasobliwie, wchodząc do izby.
          • rumia100 Re: Chłopi Reymonta Szymek uprawia ugór 20.03.19, 00:21
            VI
            — Uwal się 􏰀już raz i nie przeszkadzaj􏰀! — mruknął zgniewany Mateusz, przewracaj􏰀ąc się na drugi bok.
            Szymek przywarł na chwilę, a skoro tamten znowu zachrapał, 􏰀jął się cicho przebierać ze sąsieka, gdyż mu się przywidziało, 􏰀jako do stodoły, ka􏰀j spali, j􏰀uż się wdzieraj􏰀ą mąty pierwszych świtań.

            Omackiem zbierał po klepisku narzędzia, 􏰀jeszcze wczoraj􏰀 nagotowane, i tak się śpieszył, że mu raz po raz cosik leciało z rąk z przeraźliwym brzękiem, 􏰀aże Mateusz klął przez śpik.
            Ale nad ziemiami leżały 􏰀jeszcze ciemnice, 􏰀jeno gwiazdy były j􏰀uż bladawe, na wschod- nie􏰀 stronie ździebko się przezierało i pierwsze kury biły skrzydłami krzykaj􏰀ąc zachryple.
            Szymek zebrał w taczki, co 􏰀jeno miał, i skradaj􏰀ąc się cichuśko kole chałupy wydostał się nad staw.
            Wieś spała kie􏰀j zabita, nawet pies nie zaszczekał, a w cichości słychać było 􏰀jeno bulgotanie wody przeciskaj􏰀ącej􏰀 się przez zapuszczone stawidła młyna.
            Na drogach, przycienionych sadami, było 􏰀jeszcze tak ciemno, że ledwie kaj􏰀ś niekaj􏰀 zamaj􏰀aczyła bielona ściana, zaś staw tyla j􏰀eno przezierał z nocy, co tym lśnieniem odbijaj􏰀ących się gwiazd.
            Ale dochodząc do matczynej􏰀 chałupy zwolnił kroku, pilnie nasłuchu􏰀ąc, gdyż w opłotkach j􏰀akby ktosik chodził z cichym a nieusta􏰀ącym mamrotem.
            — Kto tam? — posłyszał naraz głos matki.

            Zdrętwiał i stał z zapartym oddechem, nie śmiej􏰀ąc się poruszyć, zaś stara nie doczekawszy się odpowiedzi znowu j􏰀ęła chodzić.
            Widział j􏰀ą kieby cień snu􏰀ącą się pod drzewami; macała sobie drogę kijaszkiem i chodziła odmawia􏰀ąc półgłosem litanię.

            — Tłuką się po nocy kiej􏰀 Marek po piekle — pomyślał, ale westchnął j􏰀akoś żałośnie i cichuśko, strachliwie przemknął się dalej􏰀. — Gryzie ich moj􏰀a krzywda! Gryzie! — powtórzył z głęboką uciechą, wychodząc na szeroką, wyboistą drogę za młynem i naraz pognał, j􏰀akby go cosik popędzało, nie bacząc 􏰀już na doły ni kamienie.
            Wstrzymał się dopiero pod krzyżem, na rozstaj􏰀ach dróg podleskich. Za ciemno było 􏰀jeszcze stawać do roboty, więc se przysiadł pod figurą odzipnąć nieco i poczekać.
            — Złodzie􏰀ska godzina, nie sposób rozeznać zagona od boru — mruczał brodząc oczyma po świecie. Pola stały 􏰀eszcze potopione w rozmrowionych ciemnościach, ale na niebie j􏰀uż się coraz barzej􏰀 j􏰀arzyły złociste smugi świtania.
            Dłużył mu się czas, że j􏰀ął się pacierza, ale co 􏰀jeno tknął ręką orosiałej􏰀 ziemi, to gubił słowa i spominał se z lubością,j 􏰀ako j􏰀uż idzie na swoj􏰀e, na gospodarkę.
            — Mam cię i nie popuszczę — myślał hardo, radośnie i z niezmierną zapamiętałością kochania wżerał się rozgorzałymi ślepiami w skołtunione pod lasem ciemnoście, ka􏰀j j􏰀uż czekały na niego te sześć morgów kupione od dziedzica.
            — Przygarnę j􏰀a was, sieroty kochane, i nie opuszczę, póki życia! — mamrotał ściągaj􏰀ąc kożuch na rozmamlane piersi, bo go był chłód ździebko prze􏰀jmował, i wsparłszy się w krzyż plecami, zapatrzony w świtania zachrapał rychło zmorzony śpikiem.
            Już pola szarzały kie􏰀j wody szeroko rozlane, a siwe od rosy zboża trącały go rozruchanymi kłosami, gdy zerwał się na nogi.
            — Dzień kie􏰀j wół, pora na robotę — szepnął przeciąga􏰀ąc koście1946 i klęknął pod krzyżem do pacierza, ale nie trzepał na pytel, j􏰀ak to zawdy robił, bele j􏰀eno zbyć,
            a dużo nawzdychać, a w piersi się nagrzmocić i tyla się nażegnać, 􏰀jaże kulas zdrętwiej􏰀e: dzisia􏰀 było inaczej􏰀, o wspomożenie bowiem Pańskie zabłagał rzewliwie i tak ze wszystkie􏰀 duszy, 􏰀aże mu łzy pociekły, i obe􏰀jmu􏰀ąc Jezusowe nóżki zaskamlał wpatrzony wiernymi ślepiami w Jego twarz umęczoną i świętą:
            — Dopomóż, Jezu miłosierny! Rodzona mać me ukrzywdziła, Tobie się j􏰀eno oddawam, sierota! pomóż! Dyć kiej􏰀 ten ostatni, na ciężki wyrobek staj􏰀ę! Juści, com grzeszny, ale me spomóż, Panie miłosierny, to 􏰀już na mszę dam abo i na dwie! Świec nakupię, a 􏰀jak się dorobię, to nawet baldach sprawię! — prosił i przyobiecywał, serdecznie przywiera􏰀jąc wargami do krzyża, obszedł go na kolanach, ucałował pokornie ziemię i wstał wielce skrzepiony i dufny w siebie.
            I mocnym się poczuł, i gotowym 􏰀już na wszystko, i tak dobre􏰀 myśle, że uj􏰀ąwszy ciężkie taczki pchał j􏰀e kiej􏰀 piórko, hardo tocząc oczami po Lipcach leżących niżej􏰀, a całych 􏰀jeszcze we mgłach, z których 􏰀jeno kościelna wieża biła wysoko, gra􏰀jąc w zorzach pozłocistym krzyżem.
            — Obaczycie! Hej􏰀! obaczycie! — krzykał radośnie, wchodząc na swoj􏰀e gronta. Leżały tuż pod lasem, 􏰀jednym bokiem przywarte do pól lipeckich, ale Boże się zmiłuj􏰀, co to były za gronta!
            Kawał dzikiego ugoru, pełen dołów po cegielni, szutrowisk i kamionek, obrosłych cierniami. Dziewanny, psi rumianek i końskie szczawie buj􏰀nie się pleniły po wzgórkach, a kaj􏰀 nieka􏰀j z trudem wynosiła się pokręcona sosenka, to kępa olch lub j􏰀ałowców, zaś po dołkach i łakach sitowia i trzciny burzyły się kiej􏰀 młode bory. Słowem, ziemia była taka, co pies by nad nią zapłakał, że nawet sam dziedzic odradzał, ale chłopak się uparł.
            — W sam raz la mnie! Uredzę i takiej􏰀!
            I Mateusz go odwodził, ze strachem spogląda􏰀ąc na to dzikie wywieisko, kaj􏰀 􏰀jeno pieski folwarczne odprawiały swo􏰀e wesela, ale Szymek cięgiem prawił swoj􏰀e, a w końcu twardo powiedział:
            — Rzekłem! Każda ziemia dobra, 􏰀jak się 􏰀 człowiek dołoży!
            I wziął 􏰀ją, bo dziedzic sprzedał tanio, po sześćdziesiąt rubli morgę, i j􏰀eszcze przyobiecał pomoc w drzewie i różnościach.
            — Hale, co bym ta nie miał poredzić! — wykrzyknął oblatuj􏰀ąc 􏰀ją rozgorzałymi oczyma i złożywszy taczki na miedzy 􏰀jął obchodzić swo􏰀e granice, znaczone nawtykanymi gałęziami.
            • rumia100 Re: Chłopi Reymonta Szymek uprawia ugór 2 20.03.19, 00:40
              Chodził z wolna i w takie􏰀 ciche􏰀 a głębokie􏰀 radości, 􏰀aże serce biło mu kie􏰀j młotem i gardziel zatykało. Chodził układaj􏰀ąc sobie w głowie po porządku, co robić i od czego zaczynać. Przecież to miał robić la siebie, la Nastusi, la przyszłego rodu Paczesiów, to się tak był sprężył w mocy i srogiej􏰀 ochocie, 􏰀jako ten głodny wilk, gdy przychwyci barana i dorwie się żywego mięsa.
              I obszedłszy całe pole j􏰀ął rozważnie wybierać mie􏰀jsce pod chałupę.
              — Rychtyk na􏰀lepsze, wieś naprzeciw i bór pod bokiem, łacnie􏰀 będzie o drzewo i cisze􏰀j na zimę — rozważał i oznaczywszy kamieniami cztery węgły ściepnął kożuch, przeżegnał się i splunąwszy w garście wziął się do równania ziemi a karczunków.

              Dzień się 􏰀uż był podniósł złocisty, od wsi leciały porykiwania stad wypędzanych na paszę, skrzypiały żurawie, ludzie wychodzili do roboty, turkotały po drogach wozy i niesły się przeróżne głosy wraz z leciuśkim wiaterkiem, któren zaswywolił we zbożach, wszystko szło j􏰀ak co dnia, tylko Szymek, nie bacząc na nic, 􏰀jakby się zapamiętał w pracy, niekiedy 􏰀jeno prostował grzbiet, odzipiał, przecierał oczy zalane potem i znowu przypinał się do ziemi kieby ta pijawka nienasycona, mamrocząc cięgiem wedle swego zwyczaj􏰀u do każdej􏰀 rzeczy, 􏰀jakby do czegoś żywego.
              Jął się był właśnie wyważania wielgachnego kamienia i prawił:
              — Wyleżałeś się, odpocząłeś, to mi teraz możesz chałupę podeprzeć.
              A wycinaj􏰀ąc krze tarniny, mówił ze szydliwym prześmiechem:
              — Nie broń się, głupie! myśli, co mi się oprze! Hale! ostawie cię to, byś portki
              ozdzierało, co?
              Zaś do kamionek odwiecznych rzekł:
              — I was ruszę, ciężko gnieść się na kupie! Bruk z waj􏰀u wyrychtu􏰀ę kole obory, j􏰀ak
              u Borynów!
              A niekiedy nabieraj􏰀ąc oddechu ogarniał swoj􏰀ą ziemię miłuj􏰀ącymi oczami a szeptał
              gorąco:
              — Mo􏰀jaś ty! Moj􏰀a! Nikto mi cię nie wydrze!
              I współczu􏰀ąc tej􏰀 biedocie zachwaszczonej􏰀, płonej􏰀, nieurodza􏰀nej􏰀 i opuszczonej􏰀, do-
              dawał pieszczotliwie kieby do dzieciątka:
              — Poczeka􏰀 ździebko, sieroto, uprawię cię, napasę, wyceckam, że rodzić będziesz
              j􏰀ak i drugie. Nie bój􏰀 się, dogodzę ci, dogodzę.
              Słońce się podniesło na pola i zaświeciło mu prosto w oczy.
              — Panie Boże zapłać! — wyrzekł przymruża􏰀ąc oczy. — Na gorąc znowu idzie i suszę
              — dodał, bo wynosiło się srodze rozczerwienione.
              Pokrótce ozwała się i sygnaturka na kościele, a nad lipeckimi kominami podnosiły się
              z wolna modrawe słupy dymów.
              — Pod􏰀jadłbyś se tera, gospodarzu, co? — przyciągnął pasa — j􏰀eno ci j􏰀uż matka
              dwoj􏰀aków nie przyniesą, nie — westchnął smutnie.
              I na podleskich rolach zaroiło się od ludzi, stawali, j􏰀ak i on, do roboty na co dopiero
              nabytych ziemiach; doj􏰀rzał Stacha Płoszkę, orzącego w parę tęgich koni.
              — Mój􏰀 Jezu, kiedy to dasz choćby j􏰀ednego — pomyślał.
              Wachnik Józef zwoził kamienie na fundamenta chałupy, Kłąb ze synami okopywał
              rowem swoj􏰀ą ziemię, a Grzela, wój􏰀tów brat, przy samym krzyzie nade drogą coś długo rozmierzał tyką.
              — Mie􏰀jsce 􏰀jakby wybrane pod karczmę — zauważył Szymek.
              Grzela oznaczywszy kołkami wymierzony plac przyszedł z pozdrowieniem.
              — Ho, ho! robisz, widzę, za dziesięciu! — podziw miał w oczach.
              — A bo mi to nie potrza? Cóż to mam? Jedne portki a te gołe pazury! — mruknął
              nie odrywaj􏰀ąc rąk od roboty.
              Grzela poradził mu to i owo i wrócił do swoj􏰀ego, a po nim zachodziły i drugie, kto
              z dobrym słowem, kto na pogwarę, a kto 􏰀jeno wykurzyć papierosa i zębów naszczerzyć, ale Szymek odpowiadał coraz niecierpliwiej􏰀, że 􏰀już w końcu ostro krzyknął na Pryczka:
              — Robiłbyś swoj􏰀e i drugim nie przeszkadzał! Świątki se 􏰀juchy robią!
              I ostał sam, bo go 􏰀uż omijali.

              Słońce podnosiło się coraz wyże􏰀, wisiało j􏰀uż nad kościołem, niesło się niepowstrzy-
              manie zalewaj􏰀ąc świat ślepiącą j􏰀asnością i żarem, wiater się był kaj􏰀ś zadział, że j􏰀uż gorąc bez przeszkody ogarniał ziemię rozmigotaną przysłoną, w które􏰀 zboża pławiły się kieby w tym rozbełtanym, cichuśkim wrzątku.
              — Mnie ta rychło nie spędzisz — rzekł 􏰀jakby przeciw słońcu i do􏰀rzawszy Nastusię ze śniadaniem wyszedł naprzeciw, łapczywie zabieraj􏰀ąc się do dwoj􏰀aków.
              Nastusia 􏰀jakoś markotnie spozierała po polach.
              — A bo się to co urodzi na takich zdziarach i mokradłach!
              — Wszystko się urodzi, obaczysz, co i pszenicę miała będziesz na placki.
              — Czeka􏰀j tatka latka, j􏰀ak kobyłę wilcy z􏰀jedzą.
              — Nie z􏰀jedzą, Nastuś! Gront 􏰀jest, to i łacnie􏰀 przeczekać, dyć całe sześć morgów nasze
              — prawił po􏰀jedaj􏰀ąc z pośpiechem.
              — Juści, to ziemi pewnie ugryzie! A 􏰀jak to przezimu􏰀jemy?
              — Moj􏰀a w tym głowa, nie turbuj􏰀 się! O wszyćkim deliberowałem i wszyć-
              kiemu na􏰀jdę zaradę! — Odsunął puste dwo􏰀aki, przeciągnął koście i powiódł 􏰀ją pokazuj􏰀ąc i tłumacząc.
              — W tym mie􏰀scu stanie chałupa! — zawołał radośnie.
              — Stanie! Z błota 􏰀ją pewnie ulepisz kie􏰀j j􏰀askółka!
              — A z drzewa i gałęzi, i z gliny, i z piasku, i z czego się j􏰀eno da, bele tylko w niej􏰀
              przetrzymać z j􏰀akiś roczek, póki się nie wspomożemy.
              — Sielny dwór, widzę, zamyślasz! — warknęła niechętnie.
              — Wolę w budzie niźli u kogo na komornym.
              — Mówiła Płoszkowa, żeby się do nich sprowadzić na przezimowanie, i sama się
              ochfiarowała dać nam izbę, z dobrego serca.
              — Z dobrego serca! A j􏰀uści, pewnikiem chce zrobić na złość matce, dyć się żrą ze
              sobą kiej􏰀 te psy. Torba zapowietrzona, nie potrzebuj􏰀ę 􏰀jej􏰀 dobrości. Nie bój􏰀 się, Nastuś, wyrychtuj􏰀ę ci taką chałupę, że i okno będzie, i komin, i wszyćko, co ino potrza. Obaczysz, że j􏰀ak amen w pacierzu tak za trzy niedziele stanie gotowa, żebym se miał kulasy urobić, a stanie.
              — Hale, sam to pewnie postawisz!
              — Mateusz mi pomoże, przyobiecał!
              — Nie dałaby to matka j􏰀akiego wspomożenia? — powiedziała lękliwie.
              — Żebym skapiał, a prosił ich nie będę! — wykrzyknął, ale widząc, co 􏰀jeszcze barzej􏰀
              posmutniała, wielce się sfrasował i kiej􏰀 przysiedli pod żytem, 􏰀jął 􏰀ękliwie tłumaczyć:
              — A mogę to, Nastuś? Jakże, wygnała me i na ciebie pomstuj􏰀e.
              — Mój􏰀 Boże, żeby choć 􏰀jaką krowinę dali, a to 􏰀jak te na􏰀gorsze dziadaki, przez niczego, 􏰀aże strach pomyśleć.
              — Będzie i krowa, Nastuś, będzie, 􏰀jużem se j􏰀edną upatrzył.
              — Bo to ani chałupy, ani bydlątka, ani nic! — zapłakała przytula􏰀ąc się do niego,
              obcierał 􏰀jej􏰀 oczy, głaskał po głowinie, ale że i 􏰀jemu robiło się żałośnie, co dziw sam nie beknął, to porwał się na nogi, chycił za łopatę i krzyknął j􏰀akby srodze zgniewany.
              — Bó􏰀 się Boga, kobieto, tylachna roboty, a ty 􏰀jeno wyrzekasz? Podniesła się, pełna ciężkich turbac􏰀ji, a trosk niemałych.
              — Bo 􏰀jeśli z głodu nie pomrzem, to nas wilki z􏰀edzą na tym wywieisku. Rozgniewał się na dobre i bierąc się do roboty rzekł twardo:
              — Masz buczeć i pleść bele co to lepiej􏰀 ostań se w chałupie. Chciała się przygarnąć do niego i udobruchać, ale j􏰀ą odepchnął.
              — Hale, pora tera na 􏰀jamory, 􏰀juści! — dał się 􏰀jednak ugłaskać, choć się ta j􏰀eszcze sierdził na babie gadanie, że odeszła spoko􏰀na i nawet wesoła.
              — Loboga! Dyć i kobieta człowiek, a po człowieczemu nie wyrozumie. Płacze 􏰀jeno a lamenty, samo z nieba nie spadnie, 􏰀jak się kulasami nie wyrobi. Kieby te dzieci, to śmiech, to płacz, to złoście i wyrzekania! Loboga!
              • rumia100 Szymek uprawia ugór 3 gdzie Zyd przychodzi! 20.03.19, 00:49
                Mamrotał przypinaj􏰀ąc się do roboty, że wnet zapomniał o całym świecie.
                I j􏰀uż tak pracował dzień w dzień, o pierwszym świcie się zrywał i wracał późnym wieczorem, że często gęby nie ozwarł do nikogo przez cały dzień, j􏰀adło przynosiła mu Tereska albo kto drugi, gdyż Nastusia odrabiała przy księżych ziemniakach.
                Zrazu zaglądał do niego ten i ów, ale że nierad był pogwarom, to 􏰀jeno z dala poglądali dziwuj􏰀ąc się 􏰀jego niestrudzone􏰀 pracy.
                — Kwarda j􏰀ucha! Kto by się to był spodział — mruknął Kłąb.
                — A bo to nie Dominikowe nasienie! — wykrzyknął ze śmiechem ktosik drugi, ale Grzela, któren go od samego początku pilnie obserwował, rzekł:
                — Prawda, że haruj􏰀e kie􏰀j wół, ale trza by mu ździebko ulżyć.
                — Juści, sam nie uradzi, trza by, wart tego! — przytwierdzali, j􏰀eno co nikto się nie pokwapił na pierwszego, wyczeku􏰀ąc, 􏰀aże sam poprosi.
                Ale Szymek nie prosił, ani mu to w głowie postało, więc też któregoś dnia srodze się zdumiał doj􏰀rzawszy 􏰀jakiś wóz j􏰀adący ku niemu.
                Jędrzych powoził i 􏰀już z dala krzyczał wesoło:
                — Pokaż, ka􏰀j mam podorywać! Dyć to 􏰀ja!
                Szymek dopiero po długiej􏰀 chwili uwierzył oczom.
                — Żeś się to ważył, no, spierą cię, chudziaku, obaczysz.
                — A niechta! a j􏰀ak me spierą, to 􏰀już całkiem do ciebie przystanę.
                — I sameś to umyślił mi pomagać?
                — A sam! Dawno chciałem, 􏰀jenom się bo􏰀jał, pilnowali me i zrazu Jagusia też
                odradzała — rozpowiadał szeroko, bierąc się do roboty, że j􏰀uż razem orali cały dzień, a od􏰀eżdża􏰀ąc obiecał przy􏰀echać 􏰀jeszcze i naza􏰀utrz.
                I przy􏰀echał równo ze słońcem, a Szymek zaraz obaczył 􏰀jego poliki ździebko posinione, ale spytał się dopiero przed wieczorem:
                — Silne piekło ci zrobili?
                — I... ślepi, to im niełacno me zmacać, a sam przeciek pod pazury nie wlezę — powiadał j􏰀akoś markotnie.
                — A Jagna cię nie wydała?
                — Jagusia przeciek nie stoi nam na zdradzie.
                — Póki 􏰀jej􏰀 cosik do łba nie strzeli, kto to wyrozumie kobiety! — westchnął żałośnie
                i wzbronił mu więcej􏰀 przy􏰀jeżdżać.
                — Sam se j􏰀uż dam radę, pomożesz mi później􏰀 przy siewach.
                I znowu ostał sam, i robił niestrudzenie kie􏰀 ten koń w kieracie, nie bacząc na utru-
                dzenie ni na żar, dnie bowiem szły takie gorące, rozprażone a duszne, że ziemia pękała, wody wysychały, trawy żółkły, a zboża stały ledwie 􏰀już żywe w owe􏰀 piekielne􏰀 pożodze, pola robiły się puste i głuche, gdyż nie sposób było wytrzymać przy robocie, prosto żywy ogień lał się z nieba i słońce wyżerało ślepie. Zbielałe, mętne niebo wisiało kieby ta ognista, rozdrgana płachta, obtulaj􏰀ąca wszystką ziemię taką spieką, że ni wiater się po- ruszył, ni zaruchały się drzewa, ni ptak zaśpiewał lebo głos ludzki się ka􏰀j zerwał, a co dnia 􏰀ednako ze wschodu na zachód wędrowało słońce sie􏰀ąc nieubłaganie ogień i posuchę.
                A i Szymek co dnia 􏰀jednako stawał do roboty, nie daj􏰀ąc się spędzić upałom, że nawet 􏰀już noce przesypiał na polu, bele 􏰀jeno czasu nie mitrężyć, aż go Mateusz hamował w one􏰀 zaj􏰀adłości, ale mu rzekł krótko:
                — W niedzielę se odpocznę!
                Jakoż w sobotę wieczorem przyszedł do chałupy, ale tak przemordowany, iż zasnął przy misce, a naza􏰀utrz spał prawie cały dzień, bo dopiero na odwieczerzu zwlókł się był z barłogu i przybrawszy się odświętnie zasiadł przed kopiastymi michami; chodziły też kole niego kobiety kieby kole tej􏰀 ważnej􏰀 osoby, często dokłada􏰀ąc i bacząc na każde skinienie, on zaś, nałożywszy się do syta, pasa popuścił, kości rozprostował i huknął wesoło:
                — Bóg zapłać, matko! A tera chodźma się ździebko poweselić!
                I ruszył z Nastusią do karczmy, a za nimi Mateusz z Tereską.

                Żyd kłaniał mu się w pas, gorzałkę stawiał bez wołania i gospodarzem przezywał,
                z czego Szymek niemało się puszył i podpiwszy se galancie, darł się między na􏰀pierwsze i swoj􏰀e o wszyćkim powiedał.
                W karczmie było ludno i muzyka przygrywała la większe􏰀 ochoty, ale nikto się j􏰀eszcze nie brał do tańców, a 􏰀jeno przepijali do się, biadoląc na gorąc, to na przednówek, 􏰀jak to zwyczaj􏰀nie w karczmie.
      • rumia100 Re: Chłopi Antek pomaga Zydowi / kondycja ludzka 20.03.19, 01:05
        (...) — Człowiek to 􏰀ak świnia, niełacno mu ryj􏰀a unieść do słońca.
        Głowił się i wzdychał, a tyla mu j􏰀eno przyszło z tych rozważań i turbac􏰀ji, że poczuł, j􏰀ako i j􏰀emu 􏰀jest źle, a może nawet gorzej􏰀 niźli drugim.

        — Bo 􏰀jeno tym dobrze, które o niczym nie maj􏰀ą pomyślenia!

        Machnął ręką i szedł tak srodze zadeliberowany, że omal nie wlazł na Żyda szmaciarza, siedzącego pod zbożem.
        — Ustaliście, 􏰀juści, taki gorąc — ozwał się pierwszy przystaj􏰀ąc nieco.
        — To 􏰀jest piec, to j􏰀est boskie skaranie, a nie gorąc — wybuchnął Żyd i powstawszy, założył szle􏰀je na stary, przygarbiony kark, przypiął się do taczki niby pijawka, pchaj􏰀ąc j􏰀ą przed sobą z niezmiernym wysiłkiem, gdyż była naładowana workami gałganów i drewnianymi pudłami, a na nich stał j􏰀eszcze kosz 􏰀a􏰀 i klatka z kurczętami, zaś w dodatku droga była piaszczysta i srogi upał, to chociaż się wydzierał ze sił do ostatka i szarpał, a co trochę musiał odpoczywać.
        — Nuchim, ty się spóźnisz na szabes! — upominał się płaczliwie. — Nuchim, ty pchaj􏰀, ty j􏰀esteś mocny j􏰀ak kuń! — mamrotał zachętliwie. — Nuchim, nu, raz... dwa... trzy... — i rzucał się na taczkę z krzykiem rozpaczy, pchał 􏰀ją kilkanaście kroków i znowu stawał.
        Antek skinął mu głową i przeszedł, ale Żyd zawołał błagalnie:
        — Pomóżcie, panie gospodarzu, dobrze zapłacę, 􏰀już nie mogę, j􏰀uż całkiem nie mogę — opadł na taczki, blady kiej􏰀 trup i ledwie dyszący.
        Antek zawrócił bez słowa, zwalił na taczki kapotę i buty, u􏰀ął 􏰀e krzepko i pchał tak wartko, 􏰀aże koło zapiszczało i kurz się podniósł. Żyd dreptał pobok łapiąc powietrze zadyszaną piersią i gadał zachętliwie:
        — Tylko do lasu, tam dobra droga, j􏰀uż niedaleko, dam wam całą dziesiątkę.
        — Wsadź se 􏰀ją w nos! Głupi, sto􏰀je to o twoj􏰀ą dziesiątkę! No, j􏰀ak to te Żydy myślą, że wszystko na świecie 􏰀jeno za pieniądze.
        — Nie gniewa􏰀cie się, to 􏰀a dam śliczne kuraski la dzieci, nie? to może nici, igły, j􏰀akie wstążki? Nie! Może być bułki, karmelki, obarzanki albo 􏰀jeszcze co? Ja mam wszystko. A może pan gospodarz kupi paczkę tytuniu? A może dać kieliszek fa􏰀ne􏰀 gorzałki? Ja mam dla siebie, ale po znaj􏰀omości. Na mo􏰀je sumienie, tylko po znaj􏰀omości!
        Zakasłał się, 􏰀aże mu ślepie na wierzch wylazły, a kie􏰀j Antek zwolnił nieco kroku, chycił się taczek i wlókł się pogląda􏰀jąc nań łzawie.
        — Będzie dobry urodza􏰀, żyto 􏰀uż spadło — zaczął z inne􏰀 beczki.
        — A 􏰀jak nie urodzi, też mnie􏰀 płacą. Zawdy na stratę gospodarzom.
        — Piękny czas dał Pan Bóg, ziarno 􏰀już suche — kruszył kłosy i poj􏰀adał.
        — Juści, tak se folguj􏰀e Pan Jezus, co 􏰀już 􏰀ęczmiona przepadły.
        Pogadywali z wolna o tym i owym, aż zeszło na zebranie, o którym Żyd wiedział, bo
        rzekł rozgląda􏰀ąc się trwożliwie dokoła:
        — Wiecie, 􏰀jeszcze zimą naczelnik zrobił kontrakt z 􏰀jednym maj􏰀strem na postawienie
        szkoły w Lipcach. Mó􏰀j zięć im faktorował.
        — Jeszcze zimą? Przed uchwałą? Co wy też powiadacie?
        — Może się miał pytać o pozwolenie? Czy to on nie dziedzic na swó􏰀 powiat? Antek 􏰀ął2484 rozpytywać, gdyż Żyd wiedział różne ciekawe rzeczy i rad odpowiadał,
        zaś w końcu rzekł pobłażliwie:
        — Tak musi być. Gospodarz żyj􏰀e z tej􏰀 ziemie, kupiec z handlu, dziedzic z folwar-
        ku, ksiądz z parafii, a urzędnik ze wszystkich. Tak musi być i tak 􏰀jest dobrze, bo każdy potrzebu􏰀je trochę żyć. Czy nieprawda?
        — Widzi mi się, co nie o to idzie, aby j􏰀eden drugiego łupił ze skóry, a j􏰀eno, bych każden żył sprawiedliwie, 􏰀jak Pan Bóg przykazał.
        — Co na to poradzić? każdy ży􏰀je, j􏰀ak może.
        — Ja wiem, że każdy sobie rzepkę skrobie, ale i bez to j􏰀est źle.
        Żyd 􏰀jeno głową pokiwał, ale swo􏰀e myślał.
        Doszli właśnie lasu i twardsze􏰀 drogi, Antek odstawił taczki, kupił za całą złotówkę
        cukierków la dzieci, a kie􏰀j mu Żyd j􏰀ął dziękować, burknął:
        — Głupiś, pomogłem ci, bo mi się tak spodobało.
        Ruszył ostro ku Lipcom. (...)
        • rumia100 Re: Chłopi Antek zazdrosny o Jagne z Jasiem 20.03.19, 01:18
          (...)
          Już wychodził z lasu na topolową, gdy naraz posłyszał 􏰀akby zna􏰀ome głosy, roze􏰀rzał się uważnie: pod krzyżem tuliła się w cieniu brzózek 􏰀jakaś bryka zakurzona, zaś na kra􏰀ju boru stał Jasio organistów z Jagusią.
          Przetarł oczy, całkiem pewny, 􏰀jako mu się przywidziało, ale nie, sto􏰀jali zaledwie o kilkanaście kroków od niego, zapatrzeni w siebie i dziwnie roześmiani.
          Zdziwił się niemało nastawiaj􏰀ąc przy tym uszy, ale chociaż słyszał głosy, nie mógł 􏰀jednak złożyć i wymiarkować ani j􏰀ednego słowa.
          — Wracała z boru, on j􏰀echał i spotkali się — pomyślał, ale w tym oczymgnieniu ukąsiło go cosik w serce, sposępniał i głuche, kolące podej􏰀rzenie zatargało ka􏰀jś we wątpiach.
          — Nic drugiego, 􏰀jeno się zmówili! — lecz do􏰀rzawszy Jasiowe księże obleczenie i 􏰀jego twarz taką j􏰀akąś świętą, uspokoił się odetchnąwszy z niezmierną ulgą, nie poredził se j􏰀eno wyrozumieć Jagusi, dlaczego się tak była wystroiła do boru? i czemu tak modrzały j􏰀ej􏰀 ślepie roziskrzone? czemu 􏰀jej􏰀 tak latały czerwone wargi, a biło od nie􏰀 taką radością? Obiegał 􏰀ją wilczymi, głodnymi ślepiami, gdy, podawała króbkę, z której􏰀 Jasio wybierał j􏰀agody, sam j􏰀adł i j􏰀ej􏰀 wtykał do ust...
          — Prawie ksiądz, a chce mu się zabawiać kie􏰀j dzieciak — szepnął z politowaniem i wartko ruszył ku domowi miarku􏰀jąc sobie po słońcu, 􏰀jako musiało 􏰀już być kole podwieczorka.
          — Póki nie tknę te􏰀 zadry, póty i nie boli! — myślał o Jagusi. — A 􏰀ak to w niego łakomie patrzała, dziw go nie z􏰀adła. A niechta, a niechta... a ode mnie ucieka kiej od zarazy...
          Próżno się 􏰀jednak otrząchał, zadra i tak dolegała mu do żywego.

          Leciał prędko, ale nie poredził zgubić tych gorzkich wspominków,j 􏰀acyś ludzie go wymijali, ani spostrzegł kogo; uspokoił się dopiero pod wsią, gdyż doj􏰀rzał organiścinę siedzącą nad rowem z pończochą w ręku, na􏰀młodszy tarzał się przed nią w piasku, a stadko podskubanych gęsi szczypało trawę między topolami.
          — Aż tutaj􏰀 pani zawędrowała z gęsiami? — przystanął obciera􏰀ąc spotniałą twarz.
          — Wyszłam naprzeciw Jasia, tylko go patrzeć, 􏰀ak nad􏰀jedzie.
          — Dyć ino co wyminąłem go pod lasem.
          — Jasia! to 􏰀już j􏰀edzie? — zakrzyczała zrywa􏰀ąc się na nogi. — Pilusie, pilu, pilu,
          a gdzie, szkodniki, a gdzie? — wrzasnęła, bo gęsi j􏰀akoś niespodzianie dopadły do żyta stoj􏰀ącego nad drogą i wzieny 􏰀je zaj􏰀adle młócić.
          — Bryka stała pod figurą, zaś on rozmawiał se z j􏰀akąś kobietą.

          — Pewnie spotkał znaj􏰀omą i pogadaj􏰀ą. To on tu zaraz nad􏰀edzie. Poczciwa chłopczyna, on nawet obcego psa nie przepuści bez pogłaskania. A którąż to spotkał?
          — Nie rozeznałem dobrze, ale zdało mi się, co Jagusię — a widząc, że stara skrzywiła się 􏰀jakoś niechętnie, dorzucił ze znaczącym prześmiechem:
          — Nie rozeznałem, bo zeszli mi z oczów ka􏰀ś w zagaj􏰀e... pewnikiem przed gorącem...

          — Święci Pańscy! co też wam w głowie, Jasio zadawałby się z taką...

          — Taka dobra 􏰀jak drugie, a może i lepsza! — rozgniewał się srodze.
          Organiścina chybcie􏰀 zaruchała drutami wpatru􏰀jąc się j􏰀akoś pilnie w pończochę.
          — A żeby ci ozór od􏰀ęło, pleciuchu 􏰀jeden — myślała głęboko dotknięta — Jasio miał- by z taką dziewą... prawie 􏰀już ksiądz... — Ale się 􏰀jej􏰀 spomniały różne księżowskie historie i ogarnął j􏰀ą niepokó􏰀j, poskrobała się drutem po głowie, postanawia􏰀jąc rozpytać się obszernie􏰀, lecz Antka 􏰀już nie było, natomiast na drodze od lasu podniósł się tuman kurzawy i toczył się ku nie􏰀 coraz prędze􏰀, a nie wyszło i Zdrowaś, j􏰀uż Jasio ściskał j􏰀ą z całej􏰀 mocy i skamlał serdecznie:
          — Mamusiu kochana! Mamusiu!
          — Święci Pańscy! Ady mnie udusisz! Puść, smoku, puść! — i kiedy puścił, sama wzięła go ściskać, całować a wodzić po nim rozkochanymi oczyma.
          — A to cię wychudzili, kruszyno! Takiś blady, synaczku! Takiś mizerny!
          — Rosoły na święcone􏰀 wodzie nie pasą! — śmiał się pohuśtu􏰀ąc brata, któren 􏰀aże piszczał z radości.
          — Nie bó􏰀 się, 􏰀już 􏰀a cię odpasę — szeptała gładząc go pieściwie po twarzy.
          — To 􏰀jedźmy, mamusiu, prędze􏰀 będziemy w domu.
          — A gęsi? Święci Pańscy, znowu w szkodzie!
          Skoczył wyganiać, gdyż się były dorwały żyta łuska􏰀jąc kłosy aż miło, potem brata
          usadził w bryce i zapędzaj􏰀ąc przed sobą gęsi szedł środkiem drogi rozpowiadaj􏰀ąc o podróży. — Patrz no, 􏰀ak się bęben umazał! — zauważyła wskazu􏰀jąc na małego.
          — Dobrał się do moich 􏰀jagód. Jedz, Stasiu, 􏰀jedz! Spotkałem w lesie Jagusię, wracała
          z 􏰀jagód i trochę mi usypała... — zrumienił się wstydliwie.
          — Właśnie przed chwilą mówił mi Boryna, że was spotkał...
          — Nie widziałem go, musiał gdzieś bokiem przechodzić.
          — Mo􏰀je dziecko, na wsi ludzie widzą przez ściany nawet i to, czego wcale nie było!

          wyrzekła z naciskiem, spuszcza􏰀ąc oczy na rozmigotane druty.

          • rumia100 Miłośc Jasia i Jagny OPIS/ lekcja.... 20.03.19, 01:39
            (...) U Dominikowej wizyta jasia

            — Palcami zmacam i też wiem, 􏰀jaka nitka, cienka czy ogrubnia — tłumaczyła i bardzo ucieszona z 􏰀jego odwiedzin, zawołała na Jagusię zaj􏰀ętą ka􏰀jś w podwórzu.
            Przyleciała zaraz, nieco ino rozdziana, bo tylko we wełniaku i w koszuli, ale do􏰀rzawszy Jasia przysłoniła piersi rękami i sczerwieniwszy się kie􏰀j wiśnia uciekła do chałupy.
            — Jaguś, a wynieś no mleka, to może pan Jasio się przechłodzi!
            Wyniesła pokrótce pełną doinkę i garnuszek, przybrana 􏰀już w chusteczkę na głowie, lecz tak j􏰀akoś zesromana, że kie􏰀j wzięła nalewać mleko, ręce 􏰀jej􏰀 latały i bladła, to czerwieniła się na przemian, nie śmiej􏰀ąc podnieść oczów.

            I cały czas nie odezwała się do niego ani słowa i dopiero kiej􏰀 poszedł, odprowadziła go na drogę, patrząc za nim, póki j􏰀ej􏰀 z oczów nie zginął.

            Niewypowiedzianie parło 􏰀ją cosik za nim i tak strasznie ponosiło, że aby się nie dać pokusić, wpadła do sadu, chyciła się oburącz 􏰀jakiegoś drzewa i przytula􏰀ąc się do niego stanęła bez tchu prawie i przytomności, nakryta, niby płaszczem, gałęziami, zwisłymi od 􏰀jabłek; stała z przywartymi powiekami, z uśmiechem zataj􏰀onym w kątach warg, pełna szczęśliwości, a zarazem lęku, i pełna 􏰀jakowychś łez słodkich i lubego dygotu, 􏰀jak wtedy, kiej􏰀 patrzała na niego przez okno, w tamtą noc wiośnianą.
            Ale i Jasia ciągnęło za nią, bo chociaż bezwolnie, a zaglądał do nich niekiedy na krótką chwilę i odchodził dziwnie rozradowany, a 􏰀już co dnia widywał 􏰀ją w kościele, klęczała zawdy przez całą mszę, a tak wielce rozmodlona i 􏰀jakby wniebowzięta, że spoglądał na nią ze słodkim wzruszeniem, opowiadaj􏰀ąc kiedyś o 􏰀jej􏰀 pobożności.
            Matka tylko wzruszyła ramionami.
            — Ma za co przepraszać Pana Boga, ma...
            Jasio miał duszę czystą kieby ten na􏰀bielszy kwiat, to i nie zrozumiał przytyku, a że
            przychodziła do nich, że 􏰀ą wszyscy w domu lubili, że widział, j􏰀aka była pobożna, to mu
            ani postało w głowie j􏰀akie niebądź posądzenie; zdziwił się tylko teraz, że od 􏰀jego przy􏰀azdu nie była j􏰀eszcze ani razu.

            — Właśnie posłałam po nią, bo mam dużo do prasowania — odrzekła matka. I przyszła wkrótce tak wystroj􏰀ona, że Jasio aż się zdumiał.
            — Cóż to, idziecie na wesele?
            — A może przysłali do was z wódką? — zapiszczała któraś z dziewczyn.
            — Zaśby ta kto śmiał, dyć bym go przepędziła na cztery wiatry! — ośmiała się kraśnie􏰀jąc kieby róża, że to wszyscy na nią patrzeli.

            Stara zapędziła j􏰀ą zaraz do prasowania, poleciały za nią organiścianki wraz z Jasiem i tak się im wkrótce zrobiło wesoło, tak gruchali śmiechem z bele głupstwa i wrzeszczeli, 􏰀aże organiścina musiała przykarcać:
            — Cichocie, sroki! Jasiu, idź lepiej􏰀 do ogrodu, nie wypada ci tu suszyć zębów.

            To rad nierad wziął książkę i powlókł się j􏰀ak zwykle w pole, i tam ka􏰀jś daleko
            za wsią, na miedzach, pod gruszami, na granicznych kopcach, przesiadywał zagłębiony w czytaniu albo 􏰀jeno se medytu􏰀ący.
            Ale Jagusia dobrze 􏰀już znała te samotne schroniska, dobrze wiedziała, ka􏰀j go szukać utęsknionymi oczami, kaj􏰀 się nieść do niego choćby 􏰀jeno tą myślą radosną; krążyła bowiem kole niego kieby ten motyl w kręgu światła i krążyć musiała, parło j􏰀ą za nim niepowstrzymanie i wlekło tak nieprzeparcie, że się 􏰀już dała bez pamięci na wolę te􏰀 􏰀jakie􏰀ś lubej􏰀 mocy, dała się 􏰀jakby wodom spienionym, co 􏰀ją ponosiły w 􏰀jakoweś wyśnione światy szczęśliwości, dała się wszystką duszą i sercem, ani nawet myśląc, na j􏰀aki brzeg 􏰀ją wyniesą ni na j􏰀aką dolę.
            I czy się późną nocą kładła do snu, czy się rankiem zrywała z pościeli, to zawdy j􏰀ednym pacierzem dygotało 􏰀jej􏰀 serce:

            — Obaczę go znowu! obaczę!

            A nieraz, kiedy klęczała przed ołtarzem i ksiądz wyszedł ze mszą, i zagrały prze􏰀muj􏰀ącą nutą organy, i wionęły kadzielne dymy, i roztrzęsły się gorące szepty pacierzy, i kiedy zapatrzyła się rozmodlonymi oczami w Jasia, któren biało przybrany, smukły, śliczny, ze złożonymi rękami snuł się w tych dymach i kolorach, 􏰀jakie biły z okien, to się 􏰀jej􏰀 widziało, co żywy 􏰀anioł zestąpił z obrazu i oto płynie ku nie􏰀 ze słodkim prześmiechem... idzie... że raj􏰀e otwierały się w 􏰀jek􏰀 duszy, padała na twarz w proch, przywieraj􏰀ąc wargami do mie􏰀jsc, ka􏰀j przeszły 􏰀jego stopy, i porwana zachwyceniem, śpiewała wszystką mocą człowieczej􏰀 szczęśliwości:

            — Święty! Święty! Święty!

            A nieraz i msza się skończyła, i ludzie się porozchodzili, i Jambroż 􏰀już w pustym kościele przedzwaniał kluczami, a ona 􏰀jeszcze klęczała, zapatrzona w puste po Jasiu mie􏰀jsce, rozmodlona przena􏰀jświętszą cichością upoj􏰀enia, tą radością nabrzmiałą do bólu, tymi 􏰀jeno łzami, co 􏰀jej􏰀 same spływały z oczów, kie􏰀j ziarna pełne, ważkie i przeczyste.

            Że 􏰀już dnie były dla niej􏰀 j􏰀ako te ciągłe święta, j􏰀ako te uroczyste odpusty w nieustannej􏰀 radości nabożeństwa, 􏰀jakie się cięgiem odprawiało w j􏰀ej􏰀 duszy, bo kiedy wyj􏰀rzała w pole, to dzwoniły 􏰀jej􏰀 tym samym do􏰀rzałe kłosy, dzwoniła spieczona ziemia, dzwoniły sady przygięte pod ciężarem owoców, dzwoniły bory dalekie i te wędruj􏰀ące chmury, i ta przenaj􏰀świętsza hostia słońca, wyniesiona nad światem, a wszystko śpiewało wraz z 􏰀jej􏰀 duszą j􏰀eden niebosiężny hymn dziękczynienia i radości:

            — Święty! Święty! Święty!

            Hej􏰀, j􏰀aki to świat śliczny, kie􏰀j się nań patrzą rozmiłowane oczy!
            A 􏰀jaki to człowiek mocen w onej􏰀 święte􏰀j godzinie! Z Bogiem by się zmagał, śmierci
            by się nie dał, nawet doli by się przeciwił. Życie mu 􏰀jednym weselem, a bratem choćby i ten stwór naj􏰀marnie􏰀szy! Przed każdym dniem by klękał w podzięce, każdej􏰀 nocy by błogosławił i na każdym mie􏰀jscu wszystek by się rozdawał między bliźnie, a bogaczem ostaj􏰀e, a cięgiem mu 􏰀jeszcze przybywa mocy, kochania i dni barze􏰀j cudnych.

            Światami dusza się 􏰀jego nosi, górnie we gwiazdy patrzy z bliska, nieba zuchwale sięga, o wiecznej􏰀 śni szczęśliwości, bo się 􏰀jej􏰀 widzi, że nie ma 􏰀już kresu ni zapory la j􏰀ej􏰀 mocy i kochania.
            Tak się to i Jagusi widziało w tę porę miłowania.
            • cepekolodziej Re: Miłośc Jasia i Jagny OPIS/ lekcja.... 20.03.19, 08:10
              Dobre zakończenie korespondencji, to o tej porze miłowania.

              A teraz, Rumio - jak ci się widzą chłopi w we wciąż jeszcze nie zakończonej powieści Jarosława K.?

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka