leje-sie
17.01.05, 11:20
Minelo
W czasie zniw do moich obowiazkow, nastolatka, nalezala aprowizacja.
Poznym rankiem zawieszalem dwa koszyki na kierownicy roweu marki ”Sport” z
wolnym kolem, ale bez przerzutki i polna droga od gospodarstwa jechalem do
miedzy granicznej.
Pod kolami trzaskaly lamane zeschle trawy i lodygi konskiego szczawiu, na
wszystkie strony uskakiwaly wyploszone swierszcze.
Jeszcze tylko karkolomny zjazd stromizna i juz bylem na goscincu. Za soba
zostawialem teraz tuman kurzu, ktory dlugo unosil sie znaczac moj przejazd.
Mijalem sklepik geesu, w ktorym na polkach spoczywaly od lat nie niepokojone
piramidy metalowych pudelek z szuwaksem, bele wycinanych z bibulki imitujacej
koronke firaneczek-zazdrostek i zelazne zapasy lepow na muchy.
Ruch robil sie pod sklepem, gdy z pobliskiego browaru dowozono piwo w
butelkach z zielonego, grubego szkla, z bialymi, porcelanowymi zatyczkami z e
sprezynka, ktore niedbale otwieralo sie nacisnieciem palca wskazujacego.
Piwo bylo metnawe, z maczystym osadem na dnie butelki.
Jesli mialem zloty dwadziescia zatrzymywalem sie na krotki postoj i na
oranzade.
W derewnianej skrzyni byla sol, a obok, w papierowym worku cukier na wage. Na
ladzie, przy wadze, gorowal olbrzymi szescian marmolady odcinanej nozem w
grube, miesiste, czerwone plastry dla spragnionych slodkosci.
Potem droga piela sie wawozem w wypietrzeniu, ociniona drzewami dworskiego
parku. A ot, juz za zakretem widac bylo i sam dworek, drewniany, pobielany,
metodycznie choc powoli dewastowany przez nowych mieszkancow.
U rozstaji musialem wybierac – na wprost, przez rachityczny lasek, albo
zboczyc w lewo, nadlozyc drogi by przejechac kolo plebanii, gdzie po ksiezym
sadzi w kwiecistych sukienkach przechadzaly sie przecudnej urody dwie
siostrzenice proboszcza.
Ale juz bylo slychac miarowy, nieustajacy stukot dochodzacy z fabryki gwozdzi.
Na podworzu fabryczki szmacianych chodnikow przewalaly sie roznokolorowe
kleby bawelnianego puchu.
Dojezdzalem do stacji kolejowej i do krzyzowki z szosa wybrukowana kocimi
lbami, po ktorej od czasu do czasu pedzila z zawrotna predkoscia, wyciem
silnika, zgrzytem i gwizdem ciezarowka z demobilu.
Jeszcze tylko musialem przeczekac przy opuszczonym szlabanie na przejazd
pociagu dalekobieznego z Warszawy do pobliskiego miasta wojewodzkiego.
Parowoz zatrzymywal sie niedaleko szlabanu, z zaworow z sykiem wydostawal sie
oblok pary, a z wagonow wysiadalo kilkoro bywalcow wielkiego swiata.
Piekarnia byla zaraz za torami, przyjezdzalem zawczasu, by chleba dla mnie
nie zabraklo.
Dwoch piekarczykow uwijalo sie, z otwartego pieca wyciagajac na drewnianych
lopatach blade jeszcze bochny i szybkim, kolistym ruchem omiatajac je
miotelka zwiazana z bylicy maczana w misce z woda, by skorka nabrala polysku
i chrupkosci i znow wsuwajac je do pieca na dopiekanie.
Gdy nadchodzil czas wyjmowania chleba pojawial sie wlasciciel, rozespany po
nocnym wypieku, w umaczanym podkoszulku, z ktorego wystawaly kepki siwych
wlosow na piersi, w krotkich spodenkach gimnastycznych i przydeptanych
pepegach na kablakowatych nogach. Byl chyba najpokraczniejszym mezczyzna,
jakiego widzialem w zyciu.
Z trzaskiem otwieraly sie drzwiczki, zar wylewal sie z pieca pieca,
piekarczyk chwytal za lopate i wyciagal chleby z czelusci, lapalem je w locie
i pakowalem do drewnianych skrzynek, a pozniej pomagalem ladowac na taka sama
rozklekotana ciezarowke, jaka niedawno mijal mnie na szosie.
Dostawalem swoje cztery bochenki, za pomoc piekarz dodawal kilka cebularzy
lub bajgli, ktorymi pozywialem sie w drodze powrotnej (ach te bajgle, trés
chic w metropoliach wspolczesnego Babilonu, w Nowym Jorku, czy
prowincjonalnym Sztokholmie, dokad dotarly jako najnowszy trend zza wielkiej
wody, z frymusnymi nadzieniami sa tylko nedzna podrobka bajgli z wiejskiej
piekarni).
Po powrocie zjadalem cos w domu na chybcika i dolaczalem do zniwiarzy w
sierpniowej spiekocie zwozacych zboze z pola. Wysoko na wozie ukladalem
kunsztownie warstwe za warstwa snopkow, spieszylem sie w stodole podajac
wysoko snopy na zapole.
Przed zjazdem ostatniego wozu kobiety usuwaly sie do domu. A gdy juz snopki
siegaly po krokwie i mozna bylo z ukrytych w strzesze gniazd wybierac
zabierajace sie do snu wroble i my konczylismy prace.
Wyprzegalem konie, poilem je i zaprowadzalem do stajni. Mezczyzni palili
papierosy, wytrzepywali z wlosow kurz i zdbla.
Sciagali przepocone koszule odslaniajac w polmroku groteskowo biale torsy i
myli sie przy studni glosno prychajac i sapiac z zadowolenia.
Zapadal zmierzch, powietrze sie schladzalo i wkolo unosil sie zapach maciejki.
W izbie na stole kobiety wystawialy poczestunek, parujaca kaszanke prosto z
pieca, smazone w tluszczu kawalki miesa z cebula, chlodna mizerie z ogorkow
przyniesionych z piwnicy lub salatke z nagrzanych sloncem, swiezo zebranych
pomidorow.
Gdy wszyscy zasiedli gospodarz, moj wuj, nalewal do niewielkich kieliszkow
wodki. Nalezalo wypic przechylajac kieliszek szybkim ruchem, skrzywic sie i
siegnac po wskos krojona pajde chleba na zakaske.
Ktos, dziubiac widelcem w kawalek pomidora, czy probujac wylowic z patelni
smakowitszy kes miesa zapytal:
- A ten piekarz, to sie u Konopkow przechowal?
- Nie, u Konopkow to sie ukrywal Chaimek z corkami i zieciem, ten to gdzies
dalej we wsi.
- Nie wiem, czy nie u Wilczkow, mieli kryjowke w stodole – wtracil sie ktos
trzeci.
Ale zaraz rozmowa zmienila kierunek, a potem zacichla zupelnie, bo noc sie
zrobila i wszyscy zegnac rozchodzic sie zaczeli.
I ja szedlem spac, przez uchylone okno wpelzal do pokoju nocny chlod i
wilgoc, nad lakami unosila sie mgla i rozlegal rechot zab. Gdzies daleko psy
ochryple obszczekiwaly spoznionego wedrowca.
Takie to bylo lato owego roku. I dzis nie jestem juz pewien, czy udalo mi sie
kiedykolwiek podejrzec sliczne ksieze siostrzenice.