Gość: Maczo
IP: 193.0.74.*
18.03.01, 14:37
Wyobraźmy sobie taką sytuację: Polska oficjalnie ogłasza, że jeśli Unia
Europejska nie spełni takich to a takich warunków, nasza integracja ze
Wspólnotami odciągnie się w czasie w niewiadomą przyszłość, a może nawet w
ogóle nie dojdzie do skutku.
Takim warunkiem mogłoby być np. żądanie, aby Unia wzmocniła suwerenność państw
narodowych kosztem kompetencji rozrośniętej biurokracji brukselskiej. Wtedy
dopiero moglibyśmy zobaczyć, na ile państwom UE rzeczywiście zależy na Polsce,
na ile możemy mieć w przyszłości jakiś wpływ na kształt Europy. Bo jeśli
jesteśmy dla naszych partnerów zachodnich tylko petentem, to niby z jakiej
racji mają nas traktować podmiotowo? O braku podmiotowego traktowania świadczy
sprawa łączącego Rosję z Europą Zachodnią światłowodu przy gazociągu jamalskim,
unijne plany dotyczące obwodu kaliningradzkiego czy notoryczne odsuwanie
wyznaczenia daty przyjmowania nowych członków do Unii, itp.
Państwo polskie ustawiło swoją politykę zagraniczną
wybitnie jednowariantowo
Nigdy nikt z rządzących nie zdobył się nawet na postawienie hipotezy, co
będzie, gdy UE nas nie zechce lub gdy Naród odrzuci w referendum projekt
integracji. Dowodzi to dobitnie, że nasz establishment nie ma tak naprawdę
pomysłu na Polskę. Bo jeśli za pomysł taki uznać dopasowywanie się do
standardów unijnych, to gdzie tu mówić o samodzielności w myśleniu czy
działaniu?
Jednowariantowość celów w naszej polityce zagranicznej zamiast, jak chciało
wielu, czynić nas atrakcyjnym partnerem dla Unii, zrobiło z nas pariasa
środkowej Europy. Nawet najbardziej prymitywny gospodarz szuka przynajmniej
kilku partnerów handlowych, tak by nie uzależnić się od monopolisty. Tymczasem
UE jest w relacjach z Polską wybitnie monopolistą, stosującym wszystkie groźne
a korzystne dla siebie praktyki z tego wynikające. I nie trzeba rozglądać się
na zewnątrz za "urzędem antymonopolowym", lecz ukonkurencyjnić rynek. Do takich
działań mogą być jednak zdolni tylko politycy o dużej klasie, dalekowzrocznie
patrzący na przyszłość państwa.
Najczęstsze argumenty za dotychczasową polityką dotyczą porównania naszej
kondycji do sytuacji Czech i Węgier. Ostatnie doniesienia prasowe znów
podkreślają, że Czechy i Węgry przymierzają się do ustępstw w negocjacjach z
UE. Unia nie chcąc się godzić na okresy przejściowe, jeśli idzie o dostosowanie
różnych dziedzin życia gospodarczego do wymogów Brukseli, stawia państwa
środkowoeuropejskie w trudnej sytuacji. Perspektywa negocjacji wydłuża się, a
więc i czas oczekiwania na akces do UE. Czechy i Węgry rozważają zatem
możliwość rezygnacji z całego szeregu okresów przejściowych, tak aby jak
najszybciej zamknąć kolejne obszary rokowań. Od tego bowiem uzależniają
biurokraci brukselscy
wyznaczenie daty
przyjmowania nowych członków. Wszystko to koresponduje z prawdopodobnym
stanowiskiem polskich negocjatorów. Jak spekuluje "Gazeta
Wyborcza", "negocjatorzy [polscy - dop. MR] rozważają, by już od pierwszego
dnia naszego członkostwa nie było parasola ochronnego dla LOT-u, PKP i PKS.
Myślą też o wcześniejszej liberalizacji rynku gazu oraz krótszej niż do 2017 r.
ochronie specjalnych stref ekonomicznych. "Eksperci rozważają rezygnację ze
specjalnych rozwiązań umożliwiających Polsce późniejsze wprowadzenie unijnego
prawa i standardów w różnych dziedzinach - od rybołówstwa, poprzez ochronę
środowiska, bezpieczeństwo i higienę pracy, podatki, rolnictwo czy politykę
konkurencji" ("Gazeta Wyborcza", 5 lutego 2001, s. 1).
Na te doniesienia "Wyborczej" zareagowali polscy politycy, m.in. Jan
Kułakowski, który zaprzeczył, aby rozważane były jakiekolwiek ustępstwa.
Oczywiście, nie mógł tego nie zrobić, gdyż taki przeciek prasowy absolutnie
niweluje efekt ewentualnych kroków polskich - do takiego scenariusza Unia
Europejska może się przygotować, żądając jeszcze więcej. Jak zatem zrozumieć
postępowanie "GW"? Dlaczego wystawia polskich negocjatorów na sztych? Odpowiedź
jest jedna - "Wyborcza" chce przygotować opinię publiczną do wydarzeń, które
mają nastąpić, a które mogą sprowokować wzburzenie. Szczególnie mam tutaj na
myśli pracowników tych dziedzin gospodarki, w których ustępstwa idą najdalej.
Widzimy zatem, że na arenie środkowoeuropejskiej wytwarza się psychoza
porównywalna do czegoś w rodzaju wyścigu szczurów: kto pierwszy znajdzie się w
Brukseli. W tej gonitwie uczestniczą: Polska, Czechy, Węgry, Słowacja, Estonia
i wiele innych państw. Już pojawiły się głosy polityków unijnych, że to Estonia
a nie Polska może być państwem, które najszybciej zostanie przyjęte w poczet
UE.
W tym wszystkim zagubiliśmy gdzieś odpowiedź na pytanie,
po co ten bieg?
Dokąd ma nas zaprowadzić? Czy opłacalne jest dla nas wejście do Unii na każdych
warunkach?
Na pytanie o przyczynę decyzji o wejściu w struktury Unii już w 2003 r., o
korzyści z tego wynikającej - politycy odpowiadają, że będą nimi unijne
dotacje. A więc nie zyski z handlu na otwartym unijnym rynku, nie rozrost
polskiej przedsiębiorczości znajdującej zbyt na Zachodzie, ale... dotacje. Taka
wizja jednoznacznie nas sytuuje w konfiguracji przyszłej Europy jako państwo
słabe i zależne od innych. Chcemy być tymi, którzy tracąc nawet na wymianie
handlowej (deficyt w handlu zagranicznym), będą domagać się dużych dotacji.
Oczywiście, trudno mówić o silnej pozycji kraju słabego gospodarczo,
oglądającego się na pieniądze innych.
Wydaje się, że błąd tkwi już w założeniach polskiej polityki państwowej. Trzeba
by rozpocząć od tego, że do UE wejść możemy, ale nie musimy. Porównanie
sytuacji Węgier, Czech czy Estonii do sytuacji polskiej jest po prostu śmieszne
z tej prostej przyczyny, że jesteśmy państwem kilkakrotnie większym niż wyżej
wymienione, a przez swoje położenie geograficzne kluczowym dla układu stosunków
europejskich. Jako stosunkowo duży Naród powinniśmy sobie stawiać odpowiednio
wielkie cele. Jakże trudno zrozumieć wielu naszym politykom, że nie jesteśmy
państwem małym, lecz prawie czterdziestomilionowym krajem o przebogatych
tradycjach państwowych i kulturowych. Przez ten chociażby fakt najpierw
odpowiedzieć sobie powinniśmy na pytanie, jakiej Polski chcemy, a dopiero
później, jakich dobierać będziemy sojuszników, by cel ów zrealizować.
Niedopuszczalne jest np., że państwo nasze
nie zabiera głosu
w kwestii konstrukcji instytucjonalnej Unii Europejskiej, do której aspiruje. W
Europie zwolennicy państw narodowych zmagają się ze zwolennikami koncepcji
federacyjnej. Absurdalne jest tłumaczenie się polskiego rządu, że ewentualny
jego głos co do przyszłej konstrukcji Unii mógłby zaszkodzić negocjacjom.
Dajemy w ten sposób do zrozumienia, że każdy projekt ustrojowy UE jest dla nas
do zaakceptowania. Można sprowadzić ten tok myślenia do absurdu: a co będzie,
jeśli UE przekształci się w państwo totalitarne? Czy i na to będzie w Polsce
przyzwolenie? Jeśli nie zabieramy głosu w kwestiach ważnych, nikt nas nie
słyszy i nikt się z nami nie liczy.
Pozostaje więc na koniec wołanie o próbę budowy polityki polskiej prawdziwie
narodowej, obliczonej na budowanie rodzimej siły, bez ślepego oglądania się na
Zachód. Jeśli takiej polityki, takiej wizji nie będziemy w stanie stworzyć,
nasza polityka ustępstw wobec struktur globalnych nigdy nie znajdzie swojego
końca.