hugo_w2
02.11.06, 10:35
Sprawa ocieplenia klimatu ponownie pojawiła się w centrum zainteresowania
wraz z raportem Nicholasa Sterna zamówionym przez brytyjski rząd.
Do tego typu opracowań zdążyliśmy już się przyzwyczaić. Od czasu do czasu
naukowcy lub politycy podnoszą alarm ostrzegający przed niebezpieczeństwem
zmian klimatycznych spowodowanych przemysłową działalnością człowieka.
Zaniepokojenie to uzasadnione przedstawionymi faktami doprowadziło w końcu do
międzynarodowego porozumienia w Kioto w 1997 r. Na jego mocy państwa świata
zgodziły się doprowadzić do redukcji emisji gazów przemysłowych do atmosfery,
tworzących w sumie tzw. efekt cieplarniany.
Zgoda to jedna rzecz, ratyfikacja - druga, a praktyczne działania - to
jeszcze coś innego. Niezależnie od stopnia zaangażowania w protokół z Kioto
efekt jest taki, że praktycznie niewiele się robi, aby zagrożenie zmniejszyć;
przeciwnie nawet, dalej społeczeństwa świata przyczyniają się do wzrostu
zatrucia atmosfery.
Wszyscy oczywiście oglądają się na Stany Zjednoczone, które nie ratyfikowały
protokołu i należą do największych konsumentów paliw organicznych
przyczyniających się do efektu cieplarnianego. USA są potęgą przemysłową i
nawet niewielkie poprawki w przemyśle i funkcjonowaniu samochodów
spowodowałyby kolosalne zmiany.
Ale wśród największych "brudasów" znajdują się państwa rozwijające się -
Chiny, Indie, Brazylia czy Ukraina. Przemysł tych państw jest jeszcze
zgubniejszy dla środowiska, albowiem w dużej mierze opiera się na węglu,
który w znacznie wyższym stopniu niż ropa naftowa zwiększa podgrzanie
atmosfery. Wprowadzenie tutaj jakichś ograniczeń spowodowałoby zahamowanie
wzrostu, bezrobocie, biedę - powrót do stanu, z którego się właśnie
wydobywają. Rządy tych państw nie chcą więc słyszeć o wzięciu na siebie
kosztownych i w konsekwencji dramatycznych zobowiązań.
Nowością raportu Sterna są dwie tezy. Pierwsza, że nie trzeba wielkich zmian,
ale wystarczą minimalne usprawnienia w ochronie środowiska naturalnego, aby
wrócić do jakości powietrza stanu przedindustrialnego; druga, że konsekwencje
bezczynności w tej mierze będą miały bardzo negatywny skutek dla samego
rozwoju. Innymi słowy, państwa, które nie chcą współpracować w realizacji
protokołu z Kioto, ponieważ zaszkodzi to im w rozwoju, wkrótce zderzą się z
granicą wzrostu gospodarczego. Właśnie z powodu skutków w przyrodzie.
Problem z raportem Sterna, o wiele dojrzalszym i lepiej przemyślanym niż
dotychczasowe alarmistyczne wystąpienia, polega na tym, iż zakłada on
koordynację i wspólne, zgodne poczynania społeczności międzynarodowej, choć w
istocie od takiej jedności jesteśmy daleko. Nie tylko nie ma zgody co do
wspólnych poczynań, ale państwa nawzajem wskazują na siebie jako na
odpowiedzialne za obecny stan środowiska. A ten się pogarsza.
Quelle PDN-NY(CK)