tomek9991
16.09.03, 14:33
www.rzeczpospolita.pl/gazeta/wydanie_030915/publicystyka/publicystyka_a_7.html
Jest wiele spraw, o których Polacy i Niemcy powinni ze sobą rozmawiać. O
kształcie naszego sąsiedztwa, gdy Polska znajdzie się w UE, i o sposobach na
przybliżanie naszych społeczeństw. O wspólnej Europie, przyszłości NATO,
międzynarodowym bezpieczeństwie. Tymczasem coraz więcej miejsca w stosunkach
polsko-niemieckich zajmuje debata dotycząca wysiedleń Niemców w latach 1944 -
1945 i Centrum przeciwko Wypędzeniom. Czy znaczy to, że zaniedbujemy
przyszłość, poświęcając czas na rozdrapywanie ran historii? Nie sądzę. Ta
debata - choć niełatwa - jest nam widać potrzebna.
Temat został podniesiony po stronie niemieckiej. Niemcy są dzisiaj w ważnym
momencie kształtowania się ich współczesnej tożsamości, pokoleniowych
przemian, mocowania się ze złą, a zarazem tragiczną, spuścizną swojej
historii. Polacy mogliby uznać, że są to zawiłości wewnątrzniemieckie, do
których nie wypada nam się wtrącać - gdyby nie to, że sprawa bezpośrednio
także nas dotyczy. Nie możemy być obojętni wobec tego, jak nasi sąsiedzi
oceniają historię, która zaciążyła traumą na losach naszego narodu i całej
Europy. Nie możemy nie zareagować na postulaty kierowanego od 1998 roku przez
Erikę Steinbach Związku Wypędzonych, które poparło niemało wybitnych postaci
niemieckiego życia publicznego.
Po polskiej stronie w tej debacie padło już wiele bardzo ciekawych głosów.
Jest to sprawa, która - ze zrozumiałych względów - wywołuje silne emocje.
Widać to choćby w wypowiedziach tak wielkich autorytetów, a zarazem ludzi
znanych z liberalnych poglądów i chłodnego myślenia, jak Leszek Kołakowski
czy Stanisław Lem. Ja także zabierałem już głos w tej sprawie - w wystąpieniu
1 września, w Dniu Weterana.
Moja opinia jest jednoznaczna. Centrum poświęcone pamięci jedynie wysiedlenia
Niemców, zlokalizowane w Berlinie, jest pomysłem niedobrym, ryzykownym,
szkodzącym pojednaniu.
Temperatura dyskusji, która toczy się wokół pomysłu utworzenia w Berlinie
Centrum przeciwko Wypędzeniom, stale wzrasta. Polska opinia publiczna czuje
się zaniepokojona, a nawet zbulwersowana. Z obu stron padają mocne słowa. W
ten sposób ryzykujemy wystawienie na szwank dobrych polsko-niemieckich
stosunków, których atmosferę zawdzięczamy żmudnemu procesowi pojednania. W
przededniu historycznego rozszerzenia Unii Europejskiej, ostatecznego
przekreślenia jałtańskich podziałów, byłby to najgorszy "prezent", jaki
mogłyby sobie sprawić nasze narody i Europa.
Dlatego pora dziś wnieść do debaty nieco porządku. Jeśli mamy prowadzić
autentyczny dialog, wypada zacząć od kilku podstawowych konstatacji oraz
kilku fundamentalnych pytań, które należy zadać inicjatorom utworzenia
berlińskiego centrum, eksponującego przede wszystkim los niemieckich
wysiedlonych. Moją wypowiedź proszę rozumieć jako apel o poszanowanie
kontekstu - kontekstu historii i kontekstu przyszłości.
Zacznijmy od jasnego stwierdzenia odnoszącego się do prawnego aspektu
problemu. W oświadczeniach Związku Wypędzonych wysiedlenia nazywa
się "bezprawiem" - żąda zwrotu utraconych majątków lub wypłacenia
odszkodowań. Otóż trzeba przypomnieć, że po bezwarunkowej kapitulacji
hitlerowskich sił zbrojnych Niemcy utraciły wszelką zdolność do działań
międzynarodowych. Okupacja Niemiec nie była zwykłą okupacją wojenną według
modelu czwartej konwencji haskiej z 1907 roku. Najwyższą władzę w Niemczech
sprawowały cztery mocarstwa, które były władne podjąć wszelkie
rozstrzygnięcia dotyczące granic i ludności Niemiec - i w Poczdamie decyzje
takie podjęły. Wysiedlenia przeprowadzone przez powojenne władze Polski i
Czechosłowacji były wypełnieniem postanowień Wielkiej Czwórki. Byłbym dziś
bardzo ostrożny z podejmowaniem dyskusji, czy te działania były prawomocne.
To jest otwieranie puszki Pandory. Bo czy prawomocne były wobec tego inne
decyzje podjęte przez zwycięskie mocarstwa wobec pokonanych Niemiec? Czy
powojenne granice w Europie mają swoje legalne uzasadnienie? Nie chcę popadać
w przesadę - ale jednak warto przypomnieć, od czego zaczęły się kłopoty na
naszym kontynencie, prowadzące w efekcie do wybuchu drugiej wojny światowej:
od podważania traktatu wersalskiego.
Wysiedlenia niemieckiej ludności - choć niewątpliwie bolesne i pociągające za
sobą wiele ludzkich tragedii - nie były naruszeniem prawa międzynarodowego.
Trzeba tu przywołać art. 107 Karty Narodów Zjednoczonych, na mocy którego
żadne postanowienie Karty nie mogło unieważniać lub wykluczać akcji podjętych
w wyniku drugiej wojny światowej przez upoważnione do tego rządy wobec
jakiegokolwiek państwa wrogiego, a więc przede wszystkim Niemiec i Japonii.
Innymi słowy, gwarancje zawarte w Karcie ONZ wobec pokonanych Niemiec nie
miały zastosowania