gini
28.10.03, 09:14
George W. Bush dzieli nie tylko Amerykanów, ale także działa destrukcyjnie na
dotychczasowe sojusze
Porażki wizjonera
RYS. ANDRZEJ KRAUZE
ŁUKASZ WARZECHA
George Bush ma poważne kłopoty. Poparcie dla niego spadło ostatnio do poziomu
z początków kadencji. Wybory w Ameryce za rok. Wydaje się całkiem możliwe, że
obecny prezydent je przegra. Czy zmiana będzie korzystna zależy oczywiście od
tego, kto zająłby jego miejsce. W Polsce jednak taki wariant w ogóle nie jest
rozważany. Z niewiadomych powodów Amerykę i George'a Busha traktuje się
zwykle jako jedność. Jakby w USA nie było innych poglądów, głosów i opinii.
Jakby nie było kandydatów do rozsądniejszego pokierowania Imperium
Americanum. Jakby nikt za oceanem nie miał wątpliwości dotyczących kursu,
jaki w ciągu ostatnich lat wziął Waszyngton.
Tymczasem trzeba się zastanowić, kogo wybrać na kolejnego prezydenta. Nie
tylko dlatego, że Bush może przegrać. Także dlatego, że gdyby pojawił się
przyzwoity kontrkandydat, należałoby mu życzyć zwycięstwa. George Bush jest
bowiem jednym z najgorszych prezydentów od długiego czasu, zwłaszcza gdy
wziąć pod uwagę, jak wiele złego jego administracja zrobiła dla stosunków
transatlantyckich. A są one dla nas niezwykle ważne. Stoimy w coraz szerszym
rozkroku między Waszyngtonem a Brukselą i coraz trudniej nam utrzymać
równowagę.
Jeden sukces, wiele porażek
Nikt nie może kwestionować osiągnięć Busha. Ten "przypadkowy prezydent", jak
nazywała go tuż po wyborze prasa, znalazł się znakomicie po 11 września 2001
r. Dodał odwagi Amerykanom, zjednał sobie międzynarodowe poparcie i
zaopatrzony w nie doprowadził do upadku fanatyczny afgański reżim talibów.
Niestety, na tym lista jego międzynarodowych sukcesów w zasadzie się kończy.
Za to lista porażek jest długa. Oto najważniejsze z nich.
- Doprowadzenie do kryzysu w stosunkach transatlantyckich, z pewnością
najpoważniejszego od 1989 r.
- Wywołanie największej fali antyzachodnich, a przede wszystkim
antyamerykańskich nastrojów od lat.
- Praktycznie całkowite zniszczenie choćby częściowo pozytywnej opinii, jaką
miała Ameryka w większości krajów świata muzułmańskiego. Sprowokowanie
dalszej radykalizacji islamskich fanatyków.
- Pozostawienie Afganistanu praktycznie samemu sobie po obaleniu reżimu
talibów.
- Wyizolowanie domniemanych bojowników al-Qaidy (jak się następnie okazało, w
dużej części przypadkowych osób) w bazie na Guantanamo, w warunkach prawnej
próżni (nie postawiono im zarzutów, nie mają prawników), bez szansy na
uczciwy, a nawet na jakikolwiek proces. O ile było to zrozumiałe w pierwszym
okresie po 11 września 2001 r., obecnie jest wyraźnym pogwałceniem norm
zachodniego świata.
- Ewidentne naciąganie faktów mających stanowić uzasadnienie dla uderzenia na
Irak.
- Nieopracowanie planu na okres po zakończeniu działań wojennych, co
skutkowało chaosem trwającym w znacznej mierze do dziś.
- Brak rzetelnej wiedzy o warunkach społecznych, religijnych i etnicznych w
Iraku, co w znaczący sposób przyczyniło się do chaosu. Dyletanctwo
amerykańskich żołnierzy i dowódców wielekroć niepotrzebnie prowokowało
Irakijczyków.
- Przekazanie nadzoru nad rekonstrukcją Iraku nieprzygotowanemu do tego typu
zadań ministerstwu obrony (Pentagonowi).
- Niezdecydowane i zbyt pobłażliwe stanowisko wobec Izraela w kwestii
wypełniania warunków mapy drogowej, wskutek czego można ją dziś wyrzucić do
kosza.
- Aroganckie, wręcz obsesyjne domaganie się, by obywatele USA nie byli
poddani jurysdykcji nowego Międzynarodowego Trybunału Karnego.
Nieratyfikowanie traktatu ustanawiającego MTK.
- Skoncentrowanie się na Iraku, bezzasadnie włączonemu w schemat wojny z
terroryzmem, zamiast na walce z rzeczywistymi zagrożeniami ze strony
międzynarodowego terroryzmu.
Każdy z wymienionych punktów można rozwinąć, co oczywiście zajęłoby wiele
stron. Nie ma jednak takiej potrzeby, ponieważ większość z nich nie budzi
wątpliwości. Wspomnijmy zatem tylko o najistotniejszych kwestiach.
Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy Waszyngton był winny kryzysowi
transatlantyckiemu co najmniej w tym samym stopniu, jak Paryż i Berlin, niech
przypomni sobie, jak George Bush postawił cały świat przed trudnym do
zaakceptowania wyborem: albo jesteście z nami, albo przeciw nam. Czytaj: albo
poprzecie wszystko, co przyjdzie nam do głowy, albo znajdziecie się na
czarnej liście. Donald Rumsfeld, sekretarz obrony, bodaj najszkodliwszy
członek administracji Busha, przyczynił się do zaostrzenia podziałów na
naszym kontynencie, mówiąc o "starej" i "nowej" Europie.
Jeśli ktoś ma wątpliwości, czy w przededniu wojny z Irakiem administracja
Busha naginała fakty do swoich potrzeb, niech przypomni sobie, jak w
przemówieniu o stanie państwa na początku 2003 r. prezydent mówił, iż Irak
próbował kupić materiały do produkcji broni jądrowej od "jednego z państw
afrykańskich", choć z raportu przedstawiciela amerykańskiego rządu wynikało
już wówczas, że jest to nieprawdopodobne. Równie nieuzasadnione okazały się,
wątpliwe od początku, próby powiązania reżimu Husajna z al-Qaidą. W końcu sam
Bush przez zaciśnięte zęby musiał przyznać, że nie ma na to żadnych dowodów.
Dotąd nie odnaleziono w Iraku broni masowego rażenia. W desperacji
przedstawiciele Waszyngtonu próbują teraz przekonywać, że ostrzegali nie tyle
przed bronią, co przed programami badań nad nią. W jaki jednak sposób owe
programy miały stanowić tak bezpośrednie zagrożenie, że wymagało to
natychmiastowej akcji zbrojnej - nie wyjaśniają.
I tak dalej, i tak dalej.
Donald Rumsfeld, czyli "Komiczny Ali"
Dzisiaj administracja George'a Busha jest w defensywie. W Iraku codziennie
giną Amerykanie, trwa regularna wojna partyzancka. Siły okupacyjne nie są w
stanie opanować sytuacji. Próba uchwalenia nowej rezolucji w sprawie Iraku,
aby bardziej zaangażować tam Narody Zjednoczone, a może i niedawnych
europejskich oponentów, jest formą przyznania się do błędów, a nawet swego
rodzaju upokorzeniem dla Waszyngtonu.
Coraz rzadziej jako frontman ekipy Busha pojawia się Rumsfeld. Nic dziwnego.
W swoich twierdzeniach, że w Iraku wszystko idzie wspaniale, dorównał niemal
byłemu rzecznikowi Husajna, zwanemu "Komicznym Alim", który dowodził, że
Amerykanie uciekają w popłochu na widok jego żołnierzy u bram Bagdadu.
Ludzie Busha rozpoczęli niedawno propagandową kampanię, mającą przywrócić
wiarę, głównie samych Amerykanów, w to, iż prezydent wie, dokąd prowadzi
kraj. Kampania ta polega jednak na powtarzaniu w kółko tych samych sloganów.
Nie działa to w najmniejszym stopniu na światową opinię, a może i na
Amerykanów. Gdy kilka tygodni temu sekretarz obrony wizytował swoich
żołnierzy w Iraku, BBC zacytowało jednego z nich: "Mam gdzieś Rumsfelda. Chcę
wiedzieć, kiedy wreszcie będę w domu".
Instynktownie sympatyzując z republikanami, nie sądziłem, że będę z nadzieją
spoglądał ku demokratom, oczekując, iż pojawi się umiarkowany, rozsądny
kontrkandydat dla George'a Busha. Osobą, która spełnia te kryteria, wydaje
się dziś gen. Wesley Clark. I warto z uwagą przyglądać się jego kampanii.
Niebezpieczni wizjonerzy
George Bush okazał się prezydentem nie tylko dzielącym Amerykanów, co w końcu
nie musi nas obchodzić, ale także działającym destrukcyjnie na dotychczasowe
sojusze. Przede wszystkim zaś (w pewnym stopniu) nieobliczalnym. Uzurpując
sobie prawo dowolnego wybierania zasad i praw, jakich zechce przestrzegać,
sprawił, że wiele państw poczuło się niepewnie. Ta niepewność jest groźna,
gdyż może zaowocować nerwowymi ruchami, nowymi kryzysami, nawet wybuchem
kolejnych konfliktów (Syria? Iran? Korea Północna?). Jak w ostatnim "Foreign
Affairs" wskazuje była sekretarz stanu Madeleine Albright - uderzenie na
Irak, mające być nauczką dla krajów eksperymentujących z bronią masowego
rażenia, w żaden sposób nie utemperowało dążeń