ann_ka
01.06.06, 02:51
Moja przygoda z Wielkim Miastem zaczęła się jakieś pięć lat temu,
kiedy zaraz po maturze, już w ciąży, zdałam tu na studia i rozpoczęłam pracę.
Dziecko chowało się zdrowo, w zasadzie wszystko było ok, biorąc pod uwagę, że
w takich sytuacjach nigdy nie jest sielankowo [miałam 19 lat, urodziłam przy
pierwszej sesji, wykład się przeciągał, mi mleko kapało po brzuchu, mąż długo
pracował, więc i nasza bliskość na tym cierpiała, na pomoc rodziców raczej
nie mogliśmy liczyć, bo wszyscy dziadkowie się porozwodzili i wili na nowo
swoje gniazdka (jak moje dziecko nauczy się liczyć, pewnie zapyta skąd ma
ośmioro dziadków:)] Pracodawca nie robił fochów przy moim urlopie
macierzyńskim, a potem wychowawczym.
Na wychowawczym jednak było już ciężej, więc dorabiałam pilnując prócz
swojego – także cudzych dzieci. Jak to często bywa po urlopie musiałam
rozejrzeć się za nową pracą, bo firma zrezygnowała z sekretarki…
Poszukiwania były żmudne, bo nikt nie palił się do zatrudnienia młodej matki
(przez kolejny rok pracy na umowę zlecenie wzięłam na opiekę nad dzieckiem
dwa bezpłatne dni wolne). Zdarłam kilka par butów i poznałam dość dobrze
topografię Warszawy:). Wreszcie trafiłam na „w miarę” rozsądną ofertę w
wiodącej firmie ubezpieczeniowej, która ogromne ryzyko, wynikające z dużej
liczby ubezpieczonych klientów, optymalizowała tanią siłą roboczą. I tak
przez rok pracy w Funduszu Emerytalnym zwiedziłam wszystkie piętra, wszystkie
działy i nie odłożyłam ani grosza na swoją emeryturę…, ale za to piszę szybko
i wiem co nieco na temat systemu emerytalnego:)
W końcu możliwości zatrudniania na tych zasadach, nawet przy rotacji pomiędzy
działami, się skończyły i firma co-wytrwalszym fundnęła dwumiesięczne
bezpłatne wakacje.
Mnie nie było na nie stać. Wzięłam jakieś zlecenia do domu, klepałam po
nocach katalogi dla portalu internetowego, w dzień biegałam po rozmowach,
rekordem były trzy rozmowy w ciągu dnia na różnych końcach miasta, na
ostatnią po 17.00 już nie chciało mi się iść, ale poszłam. I dostałam tę
pracę.
W firmie, gdzie nie wchodzi się bez zapowiedzi i mając w kieszeni mniej niż
100tys. Coś rodzaju biura brokerskiego. Zostałam zatrudniona jako asystentka
zarządu, forma zatrudnienia była mętna (pół etatu - praca dla zarządu, pół
dla specjalistów, ogromna odpowiedzialność, ogromny prestiż, w międzyczasie
ganianie po pizze dla prezesa, wkład do długopisu na fakturę itp.)
Kiedy skończył się mój okres próbny, w wyniku ogólnych nieporozumień rozpadł
się zarząd:) (ulżyło mi, bo każdy członek pił inną kawę, z innego ekspresu) a
połowa pracowników zasiliła szeregi konkurencji.
Cóż, sytuację trzeba było ratować, np. poprzez zatrudnienie prężnej Pani
Dyrektor, która dziwnym zbiegiem okoliczności po miesiącu okazała się żoną
prezesa:)
Na szczęście firma trochę zaoszczędziła, z 15 zostało 5 pracowników, prezes –
przystojny, 30-letni z zaokrąglonym już brzuszkiem – z pizzy przerzucił się
na makaron z warzywami, gdzie żona nadzorowała ilość kalorii, giełda
przynosiła niezłe wyniki, więc i klienci chętnie przynosili swoje
oszczędności, firma zmieniła siedzibę na bardziej prestiżową, która poprzez
pozłacane balustrady i kawę z górnej póki tworzyła klimat dający namiastkę
luksusu, jaki czeka klientów po zainwestowaniu we wskazane instrumenty:).
Pracowałam jako asystentka – tzn. zajmowałam się prowadzeniem biura,
obowiązków było naprawdę dużo, ledwie wyrabiałam w szpilkach na zakrętach,
telefon trzeba było odebrać najpóźniej po drugim dzwonku, zanim napisałam
maila, już dostawałam od prezesa wersję roboczą z poprawkami na czerwono, po
zwolnieniu analityka przejęłam jego obowiązki, prezes dzwonił z Krety o 8.30
zapytać kto dziś spóźnił się do pracy, w wolnych chwilach – ha, ha, ha –
dzwoniłam po różnych osobistościach, których konta mogły wyglądać
interesująco i zapraszałam do nas na kawę.
Przydarzył mi się spektakularny sukces, bo jedna z firm, do której
zadzwoniłam, zainwestowała u nas 3mln zł., prezes wziął kilkanaście tysięcy
prowizji, człowiek, który biegał z papierami 6000, ja dostałam swoje 600zł.
premii i też byłam zadowolona:) Odtąd byłam w stanie wydzwonić swoją pensję,
zresztą na moje stanowisko przyszła ambitna, wysoka blondynka, która dziwnym
zbiegiem okoliczności okazała się siostrą Pani Dyrektor…
Kiedy dostałam 700zł i zaproponowano mi przejście z umowy o pracę na umowę
zlecenie, miarka się przebrała, ale nie stać mnie było na trzaśnięcie
drzwiami. Dałam ogłoszenie (w gazecie zresztą:), zaprosili mnie na dwie
rozmowy, poszłam na jedną, brat odebrał dziecko z przedszkola. I dostałam tę
pracę! Pożegnałam się z klasą, miałam więcej niż pół godziny na spakowanie
swoich rzeczy, dostałam nawet kwiaty.
Zajęłam się prowadzeniem niewielkiej firmy za 1000zł netto na okresie
próbnym, potem miało być 1400 netto + premia. Obowiązków okazało się dużo
więcej, niż była mowa na początku, ale ok. – wciąż uczę się czegoś nowego.
Ze zdziwieniem przeczytałam na umowie 899zł. brutto!!! Myślałam, że to
szablon z netu, zwykła pomyłka, ale szef wyjaśnił mi, że na razie będzie tak,
po okresie próbnym tak jak się umawialiśmy. Ok., wynajęte mieszkanie –
pomyślałam sobie…
Przez trzy miesiące starałam się jak mogłam, znosząc fochy szefa, ten sam
sweter kolegi, który przyprawiał mnie o deja vu:), fałszowanie dokumentów
wstecz po angielsku (tego nie pisałam w CV!!!), drobną księgowość i kwotę na
umowie, na którą czerwonokoszulkowiec z Media Markt roześmiałby mi się w
twarz gdybym chciała wziąć podkładkę pod mysz na raty!
Dziś właśnie skończył się mój okres próbny, przypomniałam szefowi, który nie
musi już przyjeżdżać do firmy – chyba, że musi coś podpisać, żeby zrobił mi
przelew (przez cały miesiąc tylko raz poprosiłam o przygotowanie umowy, potem
czekałam, raz powiedziane „nie” może źle wpłynąć na dalszy rozwój sytuacji –
np. „nie mam teraz czasu” ≤ „nie dostaniesz tyle kasy” – kończę politologię,
ogromny blok z negocjacji handlowych:), dyplomacja, czekałam kipiąc w
środku…)
Nadszedł dzień, w którym pękło niebo (moje małe, ograniczone do 1000zł i 28
metrów kwadratowych, gdzie wszystko jest tak mocno dopięte na ostatni guzik,
aż pęka w szwach, wylewa się bokami… najgorsze jest jednak to, że nie może
trzasnąć raz porządnie z wielkim hukiem i fajerwerkami, tylko pęka powoli, po
cichu…)
Pytam kolesia, – bo tu już żadna dyplomacja nie pomoże, – „Co jest koleś, nie
tyle miało być?” – a on mi na to, że nie jest to rozmowa na telefon czy
maila… Ok, cały maj minął, czasu było mało, jeden dzień 31.05 nawet – rzec by
można – tipowy. Zapowiedział, że jutro porozmawiamy, ale skoro mamy
rozmawiać, tzn., że moich 1400 nie dostanę, na bonusy z okazji Dani Dziecka
nie mam co liczyć…
I dziś nie mam ochoty spać, rano nie będę miała ochoty wstać, ktoś to oszukał
dwa razy, nie zawaha się trzeci raz., z chamem trza rozmawiać po chamsku,
moje małżeństwo padło w przedbiegach, dostałam stypendium naukowe, ale
ministerstwo nie przekazało środków, za szkołę musiałam więc zapłacić, nie
stać mnie na dentystę, znowu jakaś prowizorka na Dzień Dziecka, moja córka ma
5 lat, ja 23, czuję jakbym miała 43, chciałam tylko uczciwie żyć, płacić
podatki, bajki zostawiam dla mojego dziecka.
Pójdę naprzód, z wszystkich mądrości ludowych wierzę tylko w to „Co cię nie
zabije, to cię wzmocni”…
Ciekawam, co napiszecie - zaproszeni wzmianką, że będzie tu jakiś seks,
czyście dotrwali do końca?, czy każecie mi wracać na Podlasie, Podkarpacie,
Lubelszczyznę, czy skąd tam przybyłam, czy dodacie sił by pchać z Mokotowa na
Powiśle ten Syzyfowy Kamień, znaleźć inną pracę, kupić meble z Ikei i prze