Dodaj do ulubionych

Rozdział piąty i szusty

02.08.02, 17:30
Rozdział 5.

Dłonie człowieka pogrążonego w śpiączce są lodowate.
Jego oczy są zamknięte i tylko krótkie, urywane błyski
na elektrokardiogramie świadczą o tym, że jeszcze żyje.
Lekarze robią co mogą, ale szanse są znikome. Człowiek
umiera.
Przecież my tego nie chcemy...
Oczywiście. Ale kiedy się jest najbogatszym człowiekiem
na świecie ma się wielu wrogów, a oni z pewnością chcą.
Nie da się nic zrobić, gdy trafia się na silniejszego
od siebie. Można tylko uciec... lub umrzeć.
David... - Jego dłonie są takie zimne, takie zimne... -
David, kochany... - Z oka kobiety spływa łza, spływa
powoli po niebieskiej plamie tatuażu, po policzku, na
kołnierz jedwabnej, kremowej bluzki. - Robimy co
możemy... obiecałam... pieniądze nie mają znaczenia,
ważne, żeby im się udało... Boże, Boże... Dostanę ją w
swoje ręce, dostanę...
- Ciociu?
Kobieta odwróciła głowę i spojrzała na jasnowłosą
dziewczynę trzymającą rękę na jej ramieniu.
- Słucham cię, Sam.
- Ciociu... to znaczy Fox... jesteś zmęczona... masz
czerwone oczy... wracaj do domu, ja z nim zostanę.
Fox z bladym, smutnym uśmiechem pogłaskała Samanthę po
grzbiecie dłoni.
- Jesteś kochana, Sam, ale powinnam być przy nim...
- A Aleksander? Powinnaś się nim zająć... ja... wiem,
jak to jest, kiedy nie ma przy tobie matki... Idź do
syna, ja tu zostanę...
- Dobrze, Sam. - Fox wstała, wciąż ściskając bezwładną
dłoń męża. - Jesteś kochana, Sam. - powtórzyła.
Dziewczyna usiadła na jej miejscu z ciężkim
westchnieniem. Spojrzała na nieprzytomnego Xanatosa.
Nie mogła już płakać, ale wciąż czuła się okropnie. Nie
wystarczyło, że kilka miesięcy temu straciła matkę? A
teraz jeszcze to i wciąż istniała obawa, że to nie
koniec. Kimkolwiek była ta istota, Sam czuła, że
jeszcze ją zobaczy... Dlaczego policja nic nie może
zrobić? - pomyślała. Nigdy w życiu nie czuła się
bardziej bezradna. Matka umarła nagle, teraz ludzkie
życie przepływało Sam pomiędzy palcami a ona nie mogła
go chwycić i zatrzymać.
***
- Jak się czuje?
- Przecież widzisz, Kathy.
- Aha.
- Widzisz - tłumaczyła Kristine. - to jest EKG. Jak nie
jest płaskie, to znaczy, że żyje.
- Kristy... - szepnęła Sam zbolałym głosem, ale na
więcej protestów nie starczyło jej sił. Musiała poza
tym przyznać, że Kristy od wczoraj zachowywała się
wyjątkowo spokojnie.
Kathy położyła dłoń na ręce Xanatosa. Zamknęła oczy...
...i otwarła je szybko, próbując złapać oddech.
Prawie... czyżby jej się zdawało? Widziała to znowu,
lecz tym razem widziała dokładnie twarz, czerwone włosy
i oczy płonące wściekłością. Poczuła ból.
- Kathy?
- Nic... - szepnęła. Wolała nie mówić. A jeśli to coś
złego? Jeśli okaże się, że jest chora? Zabiorą ją do
szpitala... Lepiej nie wiedzieć...
To nie byłoby takie złe. - myślała, wracając z Kristy
do domu. - Będę dużo wiedzieć i dowiem się, co
ukrywają. I znajdę tego potwora... Kristy będzie ze
mnie dumna... - popatrzyła na starszą siostrę. Kristine
szła, zerkając co chwila na sklepowe wystawy. - O czym
myśli? - zastanowiła się dziewczynka. Skupiła się,
zaciskając oczy. Bez efektu. Ścisnęła dłoń Kristine.
Wciąż nic. - Pomyliłam się. - pomyślała zawiedziona. -
Szkoda.
W drodze do domu Kristine kupiła sobie komiks. Czytanie
go w windzie pomogło jej rozładować napięcie: stojąc
tak długo bez celu człowiek zaczyna myśleć o różnych
rzeczach... A tak przynajmniej mogła się pośmiać trochę
nad przygodami małego, naiwnego Son Goku. Kathy stał w
kącie nie odzywając się. Musiała myśleć nad czymś
intensywnie.
Gdy znalazły się już na swoim terytorium Kristy jak
długa wyciągnęła się na łóżku, aby dokończyć czytanie.
Kathy usiadła przy komputerze. Zamierzała zagrać w coś,
może zajrzeć do internetu, nie była pewna, ale
wiedziała, że musi się czymś zająć. Żeby nie myśleć.
Żeby się nie zastanawiać.
Kristine tymczasem skończyła czytać. Wstała i
przeciągnęła się, aż zaskrzypiały kości palców. Miała
ochotę się przejść.
- Która godzina?
- Późna. - rzuciła Kathy znad klawiatury.
- Jasne. - mruknęła Kristy i przeciągnąwszy się raz
jeszcze (Jej kości naprawdę potrzebowały ruchu.)
podeszła do wyjścia. - Idę gdzieś... na spacerek... Jak
Sam wróci, to może sobie poczytać mojego ?Dragon
Balla?, ale niech nie zniszczy. I powiedz jej, żeby...
a niech to... żeby tylko wróciła wcześnie, bo...
- Kristy...
- Tak? - dziewczyna była już niemal przy drzwiach.
- Narysuj mi... Jean Gray... - Kathy poczuła, że serce
jej bije, gdy o tym myśli. - albo... Deanę Troi... Lytę
Aleksander... nie wiem.
Co? - Kristine poczuła zdziwienie dopiero za drzwiami.
- Dlaczego? - odwróciła się i spojrzała na plecy swojej
siostrzyczki. Poczuła dreszcz przebiegający po
kręgosłupie. Jean Gray... ale czemu? Szła powoli
korytarzem. Wyobrażała sobie wiele rzeczy ale nigdy nie
przyszło jej do głowy coś takiego. Czyżby miała aż tak
ograniczoną wyobraźnię? Zamek... wuj miliarder...
dziwne opowieści... Mid... Labirynt... napaść...
Kathy?... A niech to!
- Panienko Kristine?
No tak, w dodatku ten Owen, denerwujący jak zawsze,
zachowujący się, jakby nie miał uczuć, w tym
nieskazitelnym garniturze i dużych, okrągłych okularach
o cieniutkich oprawkach. Nienawidziła zwłaszcza jak
zwraca się do niej przez ?panienko?.
- Tak? - rzuciła zdenerwowanym i urażonym tonem.
- Chciałbym powiadomić, że pani Fox będzie wkrótce
jechać do szpitala. Zapewne panienka Samantha niedługo
wróci.
- Dzięki.
- Wybierasz się gdzieś?
- Do biblioteki. - burknęła.
Owen skinął głową i odszedł gdzieś, prawie się ulotnił,
jak to miał w zwyczaju. Nie raz już Kristy zauważyła,
że ten człowiek ma niezwykły talent do znikania i
pojawiania się w najmniej odpowiednich momentach.
Wydawał się prowadzić własne życie, w którym praca dla
Xanatosa stanowiła jedynie drobny ułamek jego zajęć.
Ten facet to kolejna zagadka. - pomyślała, popychając
ciężkie drzwi biblioteki.
To miejsce zawsze wywierało na wchodzącym
przytłaczające wrażenie. Wysokie pomieszczenie pełne
było sięgających sufitu szaf wypełnionych po brzegi
książkami wszelkich możliwych rodzajów. Przez prawie
dwa miesiące pobytu na zamku dziewczęta zdążyły już
przyjrzeć się książkom na tyle, aby zorientować się, że
można tu znaleźć zarówno literaturę popularną, jak i
światowe arcydzieła czy dzieła naukowe. Było nawet
miejsce, gdzie przykryte kurzem leżało kilka ciężkich
oprawnych w skórę woluminów pisanych po łacinie. Kristy
przejrzała dwa z nich, ale Samantha twierdziła, że od
dotykania samych ich okładek cierpnie jej skóra.
Inną ciekawą rzeczą był przylegający do biblioteki
pokój. Wyglądało na to, że ktoś tam urzęduje, ale nikt
nie wiedział kto. Pomieszczenie było urządzone niezbyt
może elegancko, ale funkcjonalnie: stał tam telewizor i
wideo, sprzęt muzyczny, stół, fotele i krzesła, stół z
komputerem. Wyglądało na to, że jest to czyjś pokój
dzienny. Pomieszczenie było przeważnie zamknięte, ale
Kristy parę razy już się do niego zakradła. Wiedziała,
że jego właściciel posiada ciekawą kolekcję płyt, kaset
wideo i gier komputerowych. Że lubi czytać i czasem
zostawia tam jakąś książkę z biblioteki. Że czasem na
stole można znaleźć jakąś enigmatyczną notatkę,
najwyraźniej skierowaną do kogoś wiadomość, napisaną
pismem nie należącym ani do Xanatosa, ani do Fox, ani
nawet do Owena.
Tym razem drzwi do tajemniczego pokoju były uchylone.
Kristy wsadziła głowę do środka. Jak zwykle ? wewnątrz
nie było nikogo. Cały sprzęt był wyłączony, na stole
leżało kilka założonych książek i nienaruszona torebka
chipsów. Dziewczyna wślizgnęła się do środka, podeszła
do szafy z płytami. Ileż już razy miała ochotę, żeby
ich posłuchać! Podobnie jak w bibliotece było tu niemal
wszystko, w każdym bądź razie ze wszystkich rodzajów:
od klasyki aż po techno, i to techno dobrej jakości.
Wyciągnęła jedną z płyt. Soundtrack do ?Mision:
Imposible?. Uśmiechnęła się. Coraz bardziej lubiła tego
kogoś.
Zerknęła za okno. Niebo zrobiło się już szare,
właściwie chmury przeszkadzały w dostrzeżeniu, c
Obserwuj wątek
    • an-nah Rozdział piąty i szusty - cd 02.08.02, 17:32
      Zerknęła za okno. Niebo zrobiło się już szare, właściwie
      chmury przeszkadzały w dostrzeżeniu, czy noc już zapadła
      czy nie. Kristy przez chwilę zastanawiała się, czy wracać
      do siebie, czy nie, ale w końcu zdecydowała, że zostanie.
      W końcu zbyt wiele się ostatnio wydarzyło, aby
      przestrzegać dawnych zasad z tak wielką uwagą.
      Zapaliła światło w bibliotece i usiadła w kącie z jedną z
      tych starych, zakurzonych ksiąg na kolanach. Przewracając
      stronnice i przyglądając się rycinom poczuła w pewnym
      momencie, że faktycznie po jej kręgosłupie przebiega
      dreszcz. Wzdrygnęła się. Od strony wejścia doszedł jej
      uszu odgłos ciężkich kroków.
      - Palec mnie świerzbi, co dowodzi, że jakiś potwór tu
      nadchodzi... - szepnęła, zaskoczona, że właśnie te słowa
      przyszły jej na myśl.
      - W tym domu nie cytuje się ?Makbeta? - usłyszała w
      odpowiedzi.
      ***
      Drzwi otwarły się niemal bezszelestnie. Sam odwróciła
      głowę. Na progu pokoju stała Fox. Uśmiechnęła się
      delikatnie, już nie tak smutno, z sympatią i wdzięcznością.
      - Dziękuję, Sam. Możesz iść do domu.
      Dziewczyna wstała.
      - Wrócisz przed północą?
      - Tak.
      - Wiesz, będę w domu trochę później... Chciałam przejść
      się po sklepach, o ile nie masz nic przeciwko... Musiałam
      cię uprzedzić, bo zanim wrócę, będzie już ciemno...
      - To i tak nie ma już znaczenia...
      Wychodząc Sam analizowała te ostatnie słowa. Czyżby miały
      coś wspólnego z tym, co Xanatos powiedział im tuż przed
      atakiem? Jak to było? Że powinny kogoś poznać? Chyba nie
      chodziło mu o...
      Zapadał zmierzch. Wystawy sklepów powoli rozbłyskiwały
      światłami. Samochody przemykały ulicą a ich światła
      odbijały się w mokrej od deszczu nawierzchni. Miasto
      wyglądało tak, jak gdy przybyły tu po raz pierwszy.
      Samantha szła powoli ulicą rozglądając się wokół. Weszła
      do sklepu muzycznego, do butiku... Właściwie nie
      zamierzała nic kupować. Chciała tylko zagubić się w
      tłumie, poczuć życie, uwolnić się od śmierci, której
      niemal dotykała przez ostatnie kilka godzin. Chciała
      poczuć się władcą swego losu i zwykłą dziewczyną, może
      ostatni raz w życiu, które zmieniało się wokół niej...
      Szła wolno, nie spiesząc się. Miała dużo czasu, to był
      tylko jej czas, jej ulica i jej miasto. Czuła się tak
      pierwszy raz, pierwszy raz naprawdę cieszyła się, że tu
      jest. Obejrzała plakat nowej sztuki granej na Brodwayu,
      szła ulicami, które oglądała w tylu filmach. Ja żyję. -
      pomyślała - Jestem tu i teraz! To moje miasto i życie! Ja
      żyję! - aż chciało jej się krzyczeć z radości, gdy to
      pojęła. Wiedziała już, że zostanie tu, może nawet do
      końca życia. Wreszcie zrozumiała, że to, co stało się
      poprzedniego dnia miało swój sens: pozwoliło jej pojąć
      własne uczucia do tych ludzi i nazwać to miasto domem. Tu
      jest mój dom.
      Kilka przecznic i nagle poznała inną stronę miasta. Jakaś
      ręka chwyciła ją za ramię i pociągnęła w zaułek.
      Przechodzący ulicą ludzie nie zwrócili na to uwagi.
      Dziewczyna chciała krzyczeć, ale brudna, nieprzyjemnie
      pachnąca dłoń zatkała jej usta. Ktoś pociągnął ją dalej,
      między kosze na śmieci.
      - Ładne kolczyki. - stwierdził chrapliwy głos. - Złote?
      - Wyglądasz na taką, co ma dużo kasy, mała. Nie powinnaś
      chodzić sama po ulicy. - mężczyzna trzymający Sam
      poluzował nieco uścisk. - Za bezpieczeństwo trzeba
      płacić, mamusia ci nie powiedziała?
      Sam chciała krzyczeć, ale strach zablokował jej struny
      głosowe.
      - Daj dychę na piwo, to nic ci nie będzie. - powiedział
      trzeci głos.
      Dziewczyna zebrała się na odwagę i wyszarpała się
      właścicielowi brudnych dłoni. Przydeptała mu stopę i
      skoczyła do ucieczki. Mężczyzna zaklął.
      W dłoni jednego z jego towarzyszy szczęknął nóż. Sam
      potknęła się. Coś szarpnęło jej kostką, gdy spróbowała
      wstać. Poczuła, że stopę ma dziwnie wykręconą. Bolało.
      Ratunku. - pomyślała, widząc, że jeden z bandziorów
      podchodzi do niej. Nadal nie mogła krzyczeć a teraz nie
      mogła też uciekać. Zasłoniła twarz ramieniem.
      Nagle wszystko potoczyło się szybko. Dziwnie brzmiący
      szum i stworzenie lądujące u wejścia uliczki. Jeden z
      napastników upadł, podcięty długim ogonem, drugi z
      wrzaskiem rzucił się do ucieczki. Sam widziała tylko
      ciało mężczyzny z impetem uderzające o mur i skrzydlatą
      furię o lśniących bielą oczach. Trzeci bandzior po prostu
      zemdlał.
      Samanthę tym razem naprawdę zatkało. Stwór miał dobre dwa
      metry wzrostu i to nie licząc skrzydeł. Jego skóra mała
      dziwny kolor, szaroniebieski, może lekko fioletowy. Nie
      atakował. Po prostu stał i patrzył. Biel jego oczu
      zgasła. Teraz były czarne i... ludzkie.
      Stwór odwrócił się, jakby zamierzał odejść. Sam zadrżała.
      - Zaczekaj!
      Popatrzył na nią.
      - Ja... mam skręconą nogę... mógłbyś... - jej serce biło
      jak młot. To szaleństwo. Zaledwie wczoraj pierwszy raz
      widziała coś takiego i to w skrajnie odmiennych
      okolicznościach. - ...zabrać mnie do domu? Nie będę mogła
      iść.
      Stwór przykucnął. Teraz, mogąc lepiej widzieć jego twarz
      była niemal pewna. To było niesamowite, niemal
      niemożliwe, ale nie mogła znaleźć innego wyjaśnienia.
      - Wiesz gdzie mieszkam... prawda?
      - Tak, Samantho. - uśmiechnął się. Dziwnie to wyglądało
      na tej twardej, masywnej twarzy, ale to był miły uśmiech.
      Dziewczyna odwzajemniła go. Stwór ostrożnie chwycił ją w
      pasie. - Trzymaj się mnie za szyję, musimy się wdrapać na
      budynek. Mam nadzieję, że nie masz lęku wysokości?
      - Nie. - skłamała. Mocno zaciskała oczy, podczas gdy
      pazury niosącego ją stwora wbijały się w mur. Czuła, jak
      wiatr uderza ją po uszach.
      A potem był lot. Wiatr gwizdał wokół nich, pod nimi
      lśniło miasto. Sam kurczowo ściskała trzymającą ją wielką
      rękę. Zaciskała oczy, ale równocześnie nie mogła się
      powstrzymać od uchylania ich co jakiś czas i spoglądania
      w dół. Widok był naprawdę niesamowity.
      - Słuchaj - odważyła się w końcu. - musisz mieć jakieś
      imię, prawda?
      - Goliath.
      - Pasuje do ciebie. - stwierdziła. - Słuchaj, ja...
      słyszałam o tobie... o was... I wydaje mi się, że was
      widziałam... nie wczoraj, nie wiem, co to było, ale...
      Nie. Chodzi mi konkretnie o ciebie.
      - Tak?
      - Rzeźby. - powiedziała. - Rzeźby na murach.
      Goliath uśmiechnął się.
      ***
      Kristy wrzasnęła i chciała rzucić się do ucieczki, ale
      stworzenie powaliło ją na ziemię. Jego łapy przygniatały
      jej klatkę piersiową, w otwartym pysku lśniły rzędy
      ostrych zębów...
      ...i nagle stworzenie wysunęło język i zwyczajem wielkich
      psów dokładnie wylizało jej twarz. Jeden raz. I drugi.
      Wydając przy tym typowo psie odgłosy.
      - Bronx! Zostaw!
      ?Pies? odwrócił łeb, patrząc na swojego skrzydlatego pana.
      - Zostaw ją, Bronx! Nic ci nie jest, Kristine?
      Dziewczyna powoli wstała. Serce łomotało w jej piersi,
      ręce drżały.
      - Przepraszam. - powiedział właściciel psa, zarzucając
      błoniaste skrzydła na ramiona i powoli podchodząc jeden
      krok w jej kierunku. - Nie mieliśmy zamiaru cię
      przestraszyć... Bronx jest niegroźny... niestety, nie
      mogę powiedzieć, że jest szczepiony, bo psów gargulców
      nikt nie szczepi... ale wścieklizny nie ma, mogę cię
      zapewnić.
      - Ach. - nie miała pojęcia, co powiedzieć.
      Istota stojąca naprzeciw niej, gargulec, jak się
      określił, miała rysy twarzy starego mężczyzny, skórę w
      brązowym kolorze i spokojne oczy, z których jedno musiało
      być chyba uszkodzone i ślepe, bo jego białko było całe
      pożółkłe. Miał siwe włosy i długą brodę.
      - Jestem Hudson. - wyciągnął obdarzoną czterema
      szponiastymi palcami dłoń. - Naprawdę, bardzo mi przykro,
      że cię przestraszyłem. Niestety, ludzie mają to do siebie...
      - Ja się nie boję. - dziewczyna uścisnęła wyciągniętą
      rękę. - Może bałam się trochę, kiedy to coś... - zerknęła
      na ?psa? - ...skoczyło na mnie, ale właściwie...
      - Myślę - stwierdził Hudson. - że po tym, co stało się
      wczoraj, rozsądniej dla ciebie byłoby się bać. Nigdy
      przecież nie wiesz, co może cię spotkać, prawda?
      Tyle, że ja nic nie widziałam - pomyślała, choć w sumie
      wszystko zgadzało się z opisem Kathy. Skrzydła, ogon...
      - No cóż - uśmiechnął się. - skoro pierwsze lody już
      przełamaliśmy, chodź zapoznać się z resztą i wyjaśnijmy
      sobie parę rzeczy. Br
      • an-nah Re: Rozdział piąty i szusty - cd 02.08.02, 17:33
        - No cóż - uśmiechnął się. - skoro pierwsze lody już
        przełamaliśmy, chodź zapoznać się z resztą i wyjaśnijmy
        sobie parę rzeczy. Bronxa możesz pogłaskać, a nawet
        powinnaś, okropnie to lubi. I chyba lubi ciebie.
        Przez chwilę myślała że śni, gdy wyszedłszy na
        dziedziniec ujrzała jeszcze cztery podobne istoty.
        ***
        Kathy potrafiła po odgłosie kroków zorientować się, kto
        idzie, tak więc tym razem była pewna, że nie jest to
        nikt, kogo by znała. Przecież nie był to zdecydowany,
        szybki sposób chodzenia Xanatosa ani podobny, tylko
        trochę delikatniejszy ? Kristine lub Fox. Ani spokojny
        Samanthy ani nawet Owena, bo ten wydawał się chodzić
        bezszelestnie jak duch... Odgłos tych kroków był...
        dziwny. Jakby ten, kto go wydawał miał stopy zbudowane
        inaczej niż człowiek.
        - Hej, wiem, że tu jesteś. - rzekła, nie odwracając się.
        - Nie zamierzam się ukrywać. - odpowiedział jej głos.
        Kathy bez zdziwienia stwierdziła, że słyszała go już
        kiedyś. - Proszę cię tylko, nie przestrasz się mnie.
        - Masz pazury? - uśmiechnęła się do siebie. Ten młody
        głos brzmiał tak sympatycznie, że nawet, gdyby jego
        właściciel rzeczywiście miał pazury, Kathy nie
        przestraszyłaby się go. - Nie będę uciekać. Uważam że
        jesteś miły.
        Właściciel głosu roześmiał się.
        - Skoro tak, to obejrzyj się i zobaczymy.
        Kathy wstała i pojrzała prosto w twarz małego,
        skrzydlatego stworzenia o oliwkowozielonej skórze,
        okrągłej głowie i dużych, bystrych oczach. Może w głębi
        przeczuwała, co ją czeka, ale tak czy inaczej nawet nie
        zadrżała.
        - Jestem Lexington. Przysłali mnie po ciebie. Cała reszta
        i twoja siostra Kristine są w bibliotece. No, nie cała
        reszta, ale tak czy inaczej chodź ze mną... Heroes of
        Might and Magic? - zainteresował się nagle ekranem
        komputera. - Jak ci idzie?
        - Nie najgorzej... - właściwie mogłoby iść jej lepiej,
        Kristy dokuczała jej nawet, że to za inteligentna gra na
        jej wiek.
        - A spróbowałabyś przez sieć? Co żywy przeciwnik...
        - Gargulce też lubią komputery? - roześmiała się. - Tym
        się zajmujesz, kiedy nie jesteś rzeźbą na murze?
        - Skąd wiesz? - Lexington wydawał się być zdziwiony.
        - Zgadłam.
        - A niech mnie. Chodź - oderwał się wreszcie od
        komputera. - poznasz resztę.
        Korytarz nie wydawał się jej już straszny a istotę, która
        szła obok niej trudno było, pomimo niecodziennego
        wyglądu, uznać za potwora. Przypomniała sobie, jak prawie
        przeraziła się, gdy zobaczyła go po raz pierwszy. Potem
        przywykła już do rzeźb, polubiła je nawet. Jak się
        okazało, były po temu powody. Opowiedziała to Lexingtonowi.
        - Wiesz - powiedział. - nawet Brooklyn nie ma już ludziom
        za złe, że reagują strachem. Przez te cztery lata
        nauczyliśmy się żyć w tym mieście.
        - I korzystać z komputerów?
        - To było pierwsze. - powiedział z dumą w głosie.
        ***
        Mężczyzna w bieli popchnął drzwi. Siedząca przy łóżku
        kobieta nie zwróciła uwagi na jego przybycie. Lekarza
        zauważył, że jest zmęczona i pewnie od poprzedniej doby
        nie zmrużyła oka. Łzy spływające z jej twarzy dawno już
        rozpuściły niedbały makijaż.
        - Pani Xanatos?
        - Słucham. - Fox obejrzała się.
        - Jestem doktor Harold Maney. Zapoznałem się z
        dokumentami, które mi pani dostarczyła... - jego głos był
        niepewny. Wiedziała, dlaczego. Z pewnością nie był
        przygotowany na dostarczone mu informacje. Nie obchodziły
        jej jednak moralne dylematy ludzi takich jak on, którzy
        myśleli, że takie rzeczy leżą jedynie w sferze fantazji a
        oni nigdy nie zostaną postawieni przed takim wyborem.
        Jedynym, co ją obchodziło, był David. - Zdaję pani sobie
        sprawę z tego, że nie możemy tego zastosować? Po pierwsze
        to niezgodne z prawem, po drugie cała ta metoda leży
        jeszcze w fazie eksperymentów...
        - Ile?
        - Źle mnie pani zrozumiała... ja mam zasady...
        - Niech mnie więc pan posłucha - kobieta zerwała się z
        miejsca i stanęła naprzeciw lekarza w pozie kogoś, kto
        nie znosi sprzeciwu. - nie obchodzą mnie pańskie zasady,
        pańska religia czy filozofia, a prawo nie wypowiada się,
        o ile wiem, w takich przypadkach. Miał pan udokumentowane
        fakty, że to działa. Dam wyposażenie, pieniądze, potrzeba
        mi jedynie zdolnych, kompetentnych ludzi.
        - Pani Xanatos... - zaczął znowu.
        - Ja przedstawiłam panu moją ofertę. - ucięła. - Niech ją
        pan przemyśli. Jeśli nie, znajdą się tacy, którzy się
        zgodzą. To tyko kwestia czasu.
        Czas - pomyślała, gdy lekarz opuścił pokój. - mamy go tak
        mało, mój kochany. Ale podjęłam już decyzję i nie cofnę jej.
        ***
        - Dobrze, pokaż teraz swoją nogę.
        Sam posłusznie rozsznurowała but. Kostkę miała opuchniętą
        i całą fioletową. Goliath skrzywił się.
        - Nie wygląda to dobrze. - powiedział. - Zaraz zobaczę,
        co mogę z tym zrobić. Boli tutaj?
        - Tak. - syknęła, gdy zakończone szponami palce nacisnęły
        jej staw skokowy. Bardziej jednak od rzeczywistego bólu
        przerażała ją świadomość, że gdyby ścisnął ją trochę za
        mocno, nie miałaby już skręconej kostki. Miałaby krwawą
        miazgę.
        - Niezbyt ładnie to wygląda... trochę się znam na
        pierwszej pomocy, mógłbym spróbować nastawić, albo
        rozmasować ci tą kostkę... widzisz, staw musi z powrotem
        wskoczyć na właściwe miejsce... dobrze, że nie chodziłaś.
        Teraz lepiej?
        - Dziękuję... - z drobnym zaskoczeniem stwierdziła, że
        powoli przestaje boleć.
        - Teraz trzeba znaleźć bandaż i zawinąć tą nogę.
        Przyjrzała się swojej kostce. Opuchlizna i fioletowy
        obrzęk były takie same, ale ból osłabł. Ostrożnie
        poruszyła nogą. Lekko zabolało. Powoli stanęła i przeszła
        kilka kroków. Nie było tak źle, choć musiała uważać, jak
        stawia stopę.
        - Sam! - Kristine biegła jak szalona, z rozwianymi
        włosami. Na jej widok Samantha zachwiała się i z trudem
        na powrót złapała równowagę. - Sam... o, ty już wiesz...
        - stwierdziła Kristy z lekkim rozczarowaniem, zauważając
        Goliatha. Za jej plecami Kathy parsknęła donośnym
        śmiechem. Dookoła niej reszta gargulców stała
        najwyraźniej rozbawiona zachowaniem dziewcząt. Sam
        uśmiechnęła się, mimo iż długie stanie zaczęło powoli
        dokuczać jej skręconej nodze.
        Tej nocy zasypiały późno. Gdyby mogły, zostałyby dłużej,
        ale senność dopadła je w końcu. Spały już mocno, gdy
        pierwsze promienie słońca przemieniły siedem niezwykłych
        istot w kamienne posągi.
    • an-nah Komentarz do rozdziału piątego 02.08.02, 17:43
      W tym miejscu nareszcie pojawiają się tytułowe gargulce z
      serialu, istoty w dzień zamieniające się w kamień. Ich
      historia jest następująca: tysiąc lat temu, w Szkocji
      było miejsce, bgdzie ludzie i gargulce żyli obok siebie.
      Niestyety, po ataku Wikingów większość gargulców zginęła.
      Ocalała szustka została zamieniona w kamień na tysiąc
      lat. David Xanatos kupł zamek i odbudował go, zdejmując czar.
      Dramatis Personae:
      Goliath - przywódca klanu, jako jedyny miał imię przed
      przybyciem do Nowego Jorku
      Hudson - były przywódca
      Brooklyn - zastępca Goliatha, "buntownik"
      Brodway - miłośnik jedzenia
      Lexington - najmłodszy z klanu, uwielbia komputery
      Bronx - "pies"
      Jak widać wszyscy poza Goliathem przybrali imiona
      związane z nowym domem.
      Poza tym:
      Angela - w serialu pojawia się później, córka Goliatha
      Elisa Maza - Policjantka, najlepszy ludzki przyjaciwel
      klanu, zwłaszcza Goliatha, co będzie ważne puźniej
      Matt Bluestone - partner Elisy
      Demona - pojawiła się już w rozdizale czwartym, choć nie
      została przedstawiona. Za sprawą czarów jest
      nieśmiertelna i w dzień, zamiast zamieniać się w kamień,
      przybiera ludzką postać. Dawniej ukochana Goliatha
      (Angela jest jej córką), obecnie jego wróg.
      Dalsze komentarze przy następnych rozdziałach ;)
    • an-nah Re: Rozdział szusty 02.08.02, 17:44
      Rozdział 6.

      Od rana padał gęsty, zimny deszcz. W takie dnie
      najchętniej siedzi się w domu, ale czasem nie ma wyjścia.
      Kathy jechała do szkoły patrząc ja świat za szybami
      autobusu tonie w deszczu. Przez gęste chmury nie
      przebijał się nawet jeden promień słońca, ludzie wlekli
      się ulicami ponurzy i szarzy. Kathy czuła się śpiąca i
      walczyła z zamykającymi się oczyma. Plecak obciążał jej
      ramiona, buty wydawały się niewygodne. Wieczorem -
      myślała półprzytomnie. - mam zagrać z Lexem w Heros of
      Might and Magic... - gdy zbudziła się rano myślała, że po
      prostu przyśniło jej się, że spotkała ożywione rzeźby.
      Dopiero gdy Sam wstała zbyt szybko i krzyknęła, gdy
      zabolała ją noga, Kathy przypomniała sobie, ile mieli
      zabawy z biegania po całym zamku, szukając bandaża. Bronx
      narobił hałasu i obudził Aleksandra, Owen urządził
      awanturę a potem przyszła Fox... A w końcu poszła spać o
      północy albo i później...
      Ziewnęła szeroko. Autobus wlókł się w korku, wewnątrz
      panował ścisk. O tej porze wszyscy spieszyli do pracy lub
      szkoły. Kristy, szczęściara, zaczynała dziś lekcje
      później a Sam musiała zostać w domu z powodu tej swojej
      nogi. Ech... Sam to chyba w ogóle siedziała do białego
      rana z Angelą... Teraz pewnie śpi. A ona musi jechać
      autobusem, bo Owen znowu gdzieś zniknął.
      Lex jest fajny. - myślała. - traktuje mnie poważnie.
      Pewnie dlatego, że sam jest najmłodszy. - szybko się
      dogadali. Mieli wiele wspólnych zainteresowań, na
      przykład komputery. W ogóle z całą szóstką łatwo było
      nawiązać kontakt. Z siódemką - poprawiła się Kathy.
      Prawie zapomniała o Bronksie. Teraz wiedziała już, co
      miała na myśli Elisa, mówiąc o ?największym psie, jakiego
      widziała?.
      Elisa! - przypomniała sobie nagle. Przepchała się do
      wyjścia i wysiadła na najbliższym przystanku. Jak szalona
      popędziła mokrą ulicą. Nie obchodziło jej, czy zdąży do
      szkoły, czy nie. W biegu plecak uderzał ją o plecy.
      Nacisnęła przycisk dzwonka. Głucha cisza. Znowu.
      Przenikliwy dźwięk niósł się po korytarzu, ale nikt na
      niego nie reagował. Pewnie jej nie ma...
      Drzwi skrzypnęły. Czarnowłosa kobieta wyglądała na
      jeszcze bardziej zaspaną od Kathy. Miała na sobie dżinsy
      i wymięty biały podkoszulek.
      - Przepraszam. - powiedziała dziewczynka skruszona. -
      Myślałam... musiałam...
      - Wejdź Kathy.
      - Ale obudziłam cię...
      - Nie, wejdź. Nie spałam już.
      Niepewnie przekroczyła próg mieszkania.
      - Wiesz chciałam tylko ci powiedzieć, że ja... że my... -
      ostrożnie usiadła. Cagney musiała wyczuć jej obecność, bo
      zjawiła się skądś równie nagle, jak miał to w zwyczaju
      Owen. - Wiesz, wczoraj w nocy... o rany, dlaczego tak
      trudno to powiedzieć?
      - Odwagi Kathy. Możesz mi ufać, pamiętasz?
      - A dlaczego wy nie ufaliście nam? - wybuchnęła. - Jakbym
      miała wszystkim dookoła rozpowiadać! Akurat! Może jestem
      mała, ale nie głupia!
      - Kathy? - na twarzy Elisy pojawił się niepewny uśmiech.
      - Tak, to to, o czym myślisz. Wczoraj dowiedziałyśmy się.
      To jest najlepsza tajemnica, z jaką miałam do czynienia.
      I właściwie to wszystko, co chciałam powiedzieć. Muszę iść.
      Elisa zamknęła za nią drzwi. Poczuła ulgę. Czuła się
      dziwnie, ukrywając to w taki sposób a reszta też
      podzielała jej zdanie. To była rzecz jasna decyzja
      Xanatosa i nic na to nie można było poradzić. Oczywiście,
      dziewczynki były teraz zagrożone, zwłaszcza po tym, co
      wydarzyło się poprzedniej nocy...
      Co ona zamierza? - pomyślała. Świadomość, że Demona
      wróciła napawała ją lękiem. W ciągu ostatniego, niezwykle
      spokojnego roku, słyszała sporo o Dominique Destine i jej
      firmie, ale sama Demona nie pokazywała się. Jakby chciała
      uśpić ich czujność. I prawie jej się udało. - zaczynali
      już zapominać, stała się zagrożeniem zbyt odległym, aby
      się go obawiać. Goliath dawno już przestał wymieniać jej
      imię, nawet Angela... Ale pragnienie zemsty czekało
      cierpliwie... W ciągu ostatniego roku Nightstone
      Unlimited powoli odzyskiwało siły i zaczynało niszczyć
      firmę Xanatosa. Przeglądając stare dokumenty Elisa była
      wściekła, że nie zauważyła tego wcześniej. Nowe
      inwestycje, pieniądze na badania naukowe ? Demona nie
      próżnowała. Czyżby była już gotowa wkroczyć z nową
      potęgą? Całą noc siedziała Elisa nad papierami i nie
      znalazła niczego, co by na to wskazywało. Dlaczego więc?
      Dając jej wczoraj rano papiery, Fox zwróciła jej uwagę na
      wynik wszystkich rozmów, w których Dominique Destine
      zastępował lub tyko jej towarzyszył Arthur R. Gelsner.
      Kolejna zastanawiająca sprawa: Wszystkie kończyły się
      zyskami Nightstone i poważnymi stratami drugiej strony.
      Niedawna porażka Xanatosa nie była wyjątkiem, nie mogła
      więc być powiązana z atakiem. Gelsner pracował dla
      Dominique Destine dopiero od dwóch miesięcy a zdołał
      pomóc jej w nadrobieniu ponad połowy strat poniesionych w
      ciągu ponad roku. Było o nim niewiele wiadomości, może
      nawet zbyt mało.
      Elisa zmarszczyła brwi. Może Matt coś znajdzie? -
      pomyślała. Jej partner wciąż miał dojścia do archiwów
      FBI. Postanowiła poprosić go dzisiaj. Jak długo przyjdzie
      jej czekać na informacje? Może kilka dni... Dziś wieczór
      musi opowiedzieć wszystko Goliathowi. Całemu klanowi.
      Ziewnęła szeroko. Do wieczora daleko. Całą noc siedziała
      nad papierami, choć mówiła że tym razem sobie odpuści i
      będzie spała. Poczuła, że musi zdrzemnąć się, zanim
      pójdzie do pracy. Najwyższy czas.
      ***
      W otchłani pulsuje pojedyncza nitka świadomości.
      Delikatna i nikła, tak, że bez trudu można by ją zerwać,
      gdyby była materialna. Jest samą świadomością,
      pojedynczym, rozpaczliwym ?Ja jestem!?, wołaniem o pomoc
      kogoś, komu zabrakło już zmysłów i kto powoli pogrążając
      się w mroku chwyta wszystko, co pozostawił za sobą. Całe
      życie przetacza się w ciemności dookoła, ale świadomość
      nie pragnie odchodzić. Chce wrócić, odzyskać umierające
      ciało i żyć.
      ***
      Mężczyzna odchrząknął.
      - Podjąłem decyzję, pani Xanatos. I nie chodzi bynajmniej
      o pani pieniądze, po prostu stwierdziłem, że dla dobra
      nauki...
      - Mam w nosie pańskie motywacje, doktorze Maney. -
      ucięła. - Dobrze, że się pan zdecydował. Jest pan gotów
      zacząć natychmiast?
      - Tak.
      - W takim razie wszystko jest już przygotowane.
      Przeniesie się pan do laboratorium. Osobiście pana
      oprowadzę - uśmiechnęła się z satysfakcją. - założę się,
      że nie widział pan dotychczas czegoś takiego.
      ***
      Mid od poprzedniego dnia nie odzywała się. Kristy
      denerwowało to. Czyżby wydarzenia poprzedniej nocy
      zniechęciły jej najlepszą przyjaciółkę? Mid omijała
      Kristine szerokim łukiem, demonstracyjnie izolowała się
      od niej. Nie jestem chora na jakieś egzotyczne
      paskudztwo. - myślała Kristy. - Dobrze, ze chociaż nie
      wygadała się nikomu. To by dopiero była heca. -
      prychnęła. Heca nie heca, w porównaniu z gargulcami każda
      tajemnica była nieważna. Nawet mała kocia psychoza Mid.
      Kristy bazgrała po marginesie zeszytu. Profil Son Goku
      nie był idealny, ale jeszcze nauczy się dobrze to
      rysować. Zaraz... co ta Kathy chciała? Jean Gray? A niech
      ją! Koniec z ?X-Men?. Teraz tylko ?Dragon Ball?... a w
      sumie to i ?Dragon Balla? można by olać. Realne życie
      było o wiele ciekawsze.
      Gdzieś w tylnej ławce Mid opierała podbródek na
      skrzyżowanych ramionach. Miała ponurą minę. Czerwone
      włosy opadały jej na czoło, prawie wchodząc do oczu. Gdy
      Kristy zerknęła w jej stronę, odwróciła twarz. Wariatka.
      - myślała Kristine. - Co jej bije?
      Na przerwie dopadła Mid gdzieś w korytarzu.
      - O co ci do jasnej cholery chodzi?! - wydarła się.
      Mid pochyliła głowę. Wąskie usta miała zaciśnięte.
      - No? - Kristy potrząsnęła ją za ramiona.
      - Myślałam... to ty powinnaś mnie unikać... jeśli...
      jesteś spokrewniona z Xanatosem, mieszkasz u niego i nie
      chciałaś, żeby się wydało... powinnaś mnie znienawidzić,
      bo jeśli cię wydam...
      - Idiotka! Co ci przychodzi do głowy?!
      - Kristy, ja... dziwnie się czuję przy tobie.
      - Idiotka. - powtórzyła. - Jeśli nie bałaś się pokazać mi
      swojej kryjówki... pomyśl o moim biednym sercu przez
      ostatnie dwa miesiące! Nic do ciebie nie mam. A następnym
      razem, jak ci coś takiego do głowy
      • an-nah Re: Rozdział szusty 02.08.02, 17:46
        - Idiotka. - powtórzyła. - Jeśli nie bałaś się pokazać mi
        swojej kryjówki... pomyśl o moim biednym sercu przez
        ostatnie dwa miesiące! Nic do ciebie nie mam. A następnym
        razem, jak ci coś takiego do głowy przyjdzie... kamień w
        zęby.
        Mid uśmiechnęła się.
        - Dobrze. -stwierdziła Kristine. - A po szkole pójdziesz
        zobaczyć jak mieszkam. I olewać ciotkę, i tak jej pewnie
        nie będzie.
        - Siedzi... przy nim?
        Kristine spochmurniała.
        - Tak. - mruknęła. - Wiesz, nawet nie myślałam, że
        przywiążę się do nich aż tak bardzo. Wiesz, brakowałoby
        mi go...
        Po szkole Mid znalazła się na zamku. Kristy oprowadzała
        ją z wielką dumą i satysfakcją, pokazując wszystko, co
        było warte zobaczenia. Mid wytrzeszczała oczy z zachwytu.
        Na koniec udały się do pokoju Kristine. Ich śmiech
        odbijał się echem od ścian, gdy szły rozmawiając
        korytarzem. Kristy nie zauważała obserwujących ich oczu.
        Mid zauważyła. Odwróciła się.
        - Co... - zaczęła. Bladoniebieskie oczy jasnowłosego
        mężczyzny w czerni przeszywały ją.
        - Owen? - nagle zwróciła uwagę, że spojrzenie służącego
        skupia się na Mid.- Witaj. Ja ją tu...
        Owen nie odpowiedział. Szkła okularów, choć
        przeźroczyste, starannie ukrywały wyraz jego oczu. Mid
        cofnęła się. Jej źrenice zwęziły się a oczy przybrały
        koci wygląd. Podobna była do broniącego się zwierzęcia.
        - Owen? Mid?
        Mid oddychała szybko, urywanie. Jej ramiona drżały.
        Plecami przywarła do muru i wyciągnęła ramiona w obronnym
        geście. Widziała oczy Owena. Były lodem i ogniem zarazem.
        Nagle cofnął się i odszedł bez słowa, prawie zniknął.
        Mid odetchnęła, choć serce wciąż jej waliło. Te oczy, te
        niesamowite niebieskie i lodowato zimne oczy, na dnie
        których płonął starożytny ogień... Patrzyły na nią, jej
        szukały.
        ***
        Siedzieli na murze, Elisa oparta o blankę, Goliath obok
        niej, Hudson po drugiej stronie. Reszty klanu nie było z
        nimi, nawet Angela nie przyłączyła się do rozmowy, choć
        ta sprawa tak bardzo jej dotyczyła. Może tak było
        lepiej... nie wiedzieli dotychczas, co
        dziewczyna-gargulec myśli o tej sprawie. Jeśli chodzi o
        Demonę, Angela była zamknięta.
        - Gdybyśmy tylko wiedzieli wcześniej... - odezwał się
        Goliath. Wszystkie czyny Demony dotykały go osobiście.
        Czasem czuł się nawet współodpowiedzialny za to, co się z
        nią stało. Kątem oka spojrzał na Elisę. Wiele by dał, aby
        wiedzieć, co myślała i czuła. Jej ciemne oczy nie dawały
        mu odpowiedzi, wpatrzone w inną stronę.
        - Nie moglibyśmy nic zrobić. - rzekł Hudson. -
        Zaatakowała znienacka, skąd mielibyśmy wiedzieć że to
        planuje. Może wcale nie planowała. Prawdopodobnie Xanatos
        po prostu nawinął jej się pod rękę. Nie obwiniaj się.
        - Nie obwiniam się, przyjacielu. Wiem jednak, że gdybyśmy
        wiedzieli o jej obecności w mieście, bylibyśmy ostrożniejsi.
        - Teraz bardziej martwi mnie asystent Dominique.
        -powiedziała Elisa. - Mam niejasne przeczucie, że jest z
        nim coś nie tak. Oby Matt coś znalazł. Mogę się
        oczywiście mylić, ale wolałabym wiedzieć, z kim mam do
        czynienia. - płynnym gestem odgarnęła z czoła czarne włosy.
        - Masz zupełną rację. - Goliath kiwnął głową. Poprzednim
        znanym im asystentem Dominique Destine była Robyn
        Canmore. Z pewnością była niebezpieczna w bardziej
        bezpośredni sposób, ale łatwiej też było ją rozszyfrować.
        Bitwa, którą wtedy rozegrali, była jedną z najcięższych.
        Bitwa na dwa fronty, z fanatyczną nienawiścią po obu
        stronach. - Lepiej poznać ewentualnego wroga... Poza tym...
        - Coś cię gryzie? - Hudson przechylił głowę, patrząc
        zdrowym okiem na przywódcę klanu.
        - Dobrze wiesz co. Dziewczynki. Aleksander to co innego.
        Urodził się tutaj i nie jest zwykłym dzieckiem. Już
        zresztą pokazał co potrafi.
        - Moim zdaniem wykazują więcej zdrowego rozsądku, niż by
        się można spodziewać. - Elisa wciąż nie patrzyła na
        niego. Nigdy na niego nie patrzyła, gdy w pobliżu był kto
        inny. To było chyba zbyt wymowne, ale nic nie mówił. -
        Poradzą sobie.
        Prędko znalazły wspólny język z klanem gargulców. Prędko
        zaczęto je traktować jako przyjaciółki. Ale w razie
        zagrożenia... Poradzimy sobie. - pomyślał Goliath. - Zbyt
        dużo myślę o problemach. Czyżbym nie potrafił znaleźć w
        sobie optymizmu? - z biegiem czasu coraz mniej miał
        sympatii do tego miasta, coraz częściej przekonywał się,
        że ludzie jako ogół są tylko motłochem, który niczego nie
        potrafi zrozumieć. Nadal ufał ludziom, ale chyba
        nienawidzić ich byłoby zbyt prosto. Wciąż jeszcze
        wierzył, że wśród tłumu jest wiele jednostek, które mogą
        zmienić resztę. Jeszcze miał wiarę. Jeszcze były
        jednostki. Była Elisa.
        - Czyja teraz kolej? - Brooklyn wylądował na murze,
        zarzucając skrzydła na ramiona. Właśnie zakończył patrol.
        -Lexa? Co on robi, grają w coś z tą małą? Dlaczego macie
        takie ponure miny?
        Elisa wstała.
        - Masz rację Brooklyn. Mamy ponure miny. Domyślasz się
        chyba, dlaczego.
        Brooklyn zaklął. Oczywiście, że wiedział, dlaczego.
        Zawsze ona. Na każdą wzmiankę o niej reagował przypływem
        niechęci.
        - Wspaniale. Myślicie, że nadal tu jest?
        - Nie mamy pojęcia.
        - Tak czy inaczej, pójdę oderwać Lexingtona od komputera.
        Powinien rozprostować skrzydła zanim staną się organem
        szczątkowym. - uśmiechnął się.
        - Ja chyba też powinienem lecieć. - rzekł Goliath, gdy
        Brooklyn płynnie sfrunął na dziedziniec i zniknął w drzwiach.
        Elisa także zbierała się do odejścia. Miała jeszcze dużo
        pracy, jak powiedziała. Jeśli wystarczy jej czasu, wróci
        później, nad ranem, pogadać. Goliath widział, jak rzuca
        mu na pożegnanie jedno spojrzenie, które mogło mieć wiele
        znaczeń.
        ***
        Na skórze pleców zostaną jedynie cienkie, białe linie,
        wyznaczające miejsca, gdzie skalpel precyzyjnie rozciął
        ciało. Na razie były głębokimi ranami, zaszytymi
        chirurgiczną nicią, ale po wstrzyknięciu serum powinny
        zagoić się w błyskawicznym tempie. Gorzej było ze skórą
        na brzuchu. Tu na zawsze pozostaną paskudne blizny
        przypominające o niemal śmiertelnej ranie. Lecz zwłaszcza
        tu będzie widać, jak wspaniała jest nowoczesna technika.
        O ile w ogóle nowe organy wewnętrzne będą chciały
        działać. Powstały ze sklonowanych komórek, żebra i
        kręgosłup wzmocniono implantami. Na razie wszystkie
        odczyty były w normie, EKG ustabilizowało się. Mężczyzna
        leżał z bezwładnie rozrzuconymi ramionami, z rozluźnioną
        twarzą. Minie jeszcze trochę czasu, nim odzyska
        przytomność, ale wyglądało na to, że wszystko będzie w
        porządku, potrzebuje tylko długiego odpoczynku.
        Lekarz uśmiechnął się z satysfakcją. Po trwającej pół
        dnia operacji był zmęczony, ale zadowolony. Udało mu się
        zrobić coś, czego nie dokonał nikt przed nim. Dobro
        nauki... I dobro tego człowieka, kimkolwiek by nie był.
        Może nie warto było zastanawiać się nad moralnym aspektem
        tego czynu? W swoich własnych oczach doktor Harold Maney
        był czysty.
        ***
        Znowu płakała, ale tym razem z radości. Jego dłonie były
        ciepłe a oddech spokojny. Przycisnęła jego dłoń do
        policzka. Za oknem od kilku godzin był już dzień,
        pierwszy śnieg spadał łagodnie, drobne gwiazdeczki
        przyklejały się do szyby i zmieniały się w bezkształtne
        krople.
        Twarz mężczyzny zadrżała, powieki otwarły się powoli.
        Jego brązowe oczy spoglądały półprzytomnie.
        - David! - krzyknęła. Na ustach mężczyzny pojawił się
        łagodny uśmiech.
        - Moja kochana Fox... - poruszył palcami, ściskając jej
        dłoń. - Moja Fox... pocałuj mnie.
        Pochyliła się i przylgnęła wargami do jego ust.
        - Ja żyję. - szepnął, kiedy przestała. - Ja naprawdę
        żyje. - zamknął oczy i przez chwilę wydawało jej się, że
        znowu zaśnie, ale po chwili znów na nią spojrzał. -
        Powiedz mi, co się działo?
        - Życie - uśmiechnęła się, wycierając łzy papierową
        chusteczką. - toczy się swoim tempem. Drobne problemy,
        ale nic poważnego. - próbowała być spokojna, ale emocje
        były silniejsze niż ona. - Jeśli kiedyś dostanę Demonę w
        swoje ręce...
        - Jeśli ci się uda. - uśmiechnął się. - Obawiam się, że
        kolejka będzie długa. Ale ty oczywiście jesteś pierwsza.
        Prawie zabiła ci męża.
        - Nie żartuj. - szepnęła, odwracając głowę. Xanatos
        wyciągnął dłoń, by dotknąć jej gęstych, rudych w
        • an-nah Re: Rozdział szusty - cd 02.08.02, 17:47
          - Nie żartuj. - szepnęła, odwracając głowę. Xanatos
          wyciągnął dłoń, by dotknąć jej gęstych, rudych włosów. -
          Czy wiesz - spytała, kładąc na jego dłoni swoją. - jak z
          tego wyszedłeś?
          - Nie.
          Opowiedziała. Milczał, słuchając. Świadomość posiadania w
          ciele implantów i przeszczepionych sklonowanych narządów
          nie była zbyt przyjemna ale też nie przerażała go. Zawsze
          lubił podejmować nowe wyzwania a bycie ludzką świnką
          morską zapewne do takich wyzwań należało. Był jedynie
          ciekawy twarzy lekarza, który podjął się dokonania tego.
          Ktoś nieśmiało zapukał do drzwi. Po chwili przez szparę
          zajrzała do środka Kathy, chwilę później Kristine mocno
          popchnęła drzwi i przy okazji swoją siostrę. Katherine
          złapała równowagę z urażoną miną.
          Kristy stała nad łóżkiem uśmiechając się. Dłonie o
          polakierowanych na czarno paznokciach oparte miała na
          biodrach.
          - No, skoro żyjesz to żądam kilku wyjaśnień. - oznajmiła.
          Xanatos uśmiechnął się szeroko. Dziewczynka w takiej
          pozie wyglądała zarówno pewnie siebie, jak i zabawnie.
          Wyglądała trochę, jakby próbowała parodiować niektóre
          gesty Elisy.
          - Słucham cię, Kristy.
          - Jedno słowo. Rzeźby. - powiedziała z naciskiem.
          - Zapewne sami wszystko wyjaśnili, więc nie jestem potrzebny.
          - Też prawda.
          - A ty Kathy? Bałaś się?
          - Ja się nie boję. - powiedziała dziewczynka z obrażoną miną.
          - Cieszy mnie to. Podejdź do mnie, skarbie.
          Kathy powoli przeszła koło Kristy i Fox i stanęła obok
          łóżka. Xanatos skinął dłonią, a gdy się nachyliła położył
          jej ręce na ramionach.
          - Cieszę się że was widzę. Nawet nie miałem pojęcia, jak
          bardzo. Zależało mi na mojej siostrze a teraz zależy mi
          na jej córkach. Od tej chwili wszystko będzie inaczej,
          Kathy, przekonasz się. Spróbujemy żyć normalnie i bez
          tajemnic.
          Mówi prawdę. - Kathy zadrżała. Po raz kolejny zobaczyła
          ją. Czerwonowłosą i czerwonooką, skrzydlatą i pełną
          gniewu. Tym razem widziała wyraźniej, widziała że istota
          ma niebieską skórę i złote kolczyki w ostro zakończonych
          uszach. Poczuła gniew, strach, ból.
          ***
          - Hej, Eliso! - Matt podniósł głowę znad biurka i
          leżących na nim papierów. -Znalazłem, o co mnie prosiłaś.
          Podeszła i oparła się o blat, spoglądając na trzymany
          przez jej partnera wydruk. Litery nie zajmowały nawet
          połowy kartki.
          - Ten facet... - mówił Matt. - Arthur Ralph Gelsner, lat
          32... nigdy nie karany, nigdy nie notowany za żadne
          wykroczenia. A jednak jest w bazie danych, aż dziwne, że
          nie wygrzebałem tego w archiwum X... Był powiązany z
          kilkoma dziwnymi sprawami, zachowywał się dziwnie, choć
          badania psychiatryczne nie wykazały żadnych zaburzeń...
          choć lekarz, który się nim zajmował w krótkim czasie sam
          stał się pacjentem... W wieku siedemnastu lat uciekł z
          domu, szukano go cały rok, poczym rodzina sama
          zrezygnowała, twierdząc, że ?z tym odmieńcem nie będzie
          mieć do czynienia?. Potem widziano go w Las Vegas, ograł
          kilku ludzi. Ci, którzy stracili pieniądze uważali się za
          oszukanych, ale Gelsnerowi nic nie udowodniono. Zniknął
          na kolejne lata.
          Zmarszczyła czoło. Nowe informacje nie rozwiały jej
          wątpliwości, pogłębiły jedynie jej obawy. Nadal nie miała
          pojęcia, kim właściwie jest ten mężczyzna. Może Puk...
          nie, to bez sensu. Jeśli coś ma być dobrze zrobione nie
          proś o to Puka. W żadnym wypadku.
          - Mnie też się ten facet nie podoba. - słyszała głos
          Matta. - Ale możemy mieć nadzieje, że Dominique Destine
          nie dopuszcza go do swoich głównych sekretów.
          Tak. - pomyślała. - Może. - była jednak przekonana, że
          nawet, jeśli nie wie, dowie się... już wkrótce...
          ***
          -Chciałabym z tobą porozmawiać, Kathy. - Fox położyła
          dłoń na ramieniu dziewczynki, gestem nieznacznie
          sugerując, że powinny opuścić wielką salę i udać się do
          miejsca, gdzie nie będą obserwowane. Mocno się skupiając
          Kathy mogła zobaczyć, jak pod czaszką kobiety kłębią się
          zmartwienia. Gdyby wysiliła się bardziej, potrafiłaby
          może wyciągnąć z tej plątaniny pojedynczą nić, czuła
          jednak, że każdy większy wysiłek wywołałby ból głowy albo
          nawet utratę przytomności. Może jednak... strząsnęła z
          siebie dłoń, a wówczas połączenie zostało zerwane.
          Przez okna gabinetu wpadało popołudniowe światło,
          rozpraszając się na szybkach witrażu. Mozaika kolorów
          układała się w skomplikowaną kwiatową kompozycje, lecz w
          dole pośród roślin kryło się zwierzę o czerwonym futrze i
          błyszczących, zielonych oczach. Lis. To był gabinet Fox.
          -Usiądź. - kobieta wskazała Kathy wielki, miękki fotel.
          Dziewczynka zapadała się w nim i czuła się prawie
          niewidoczna. Miała ochotę podkulić nogi i zasnąć,
          wtuliwszy się w oparcie. Fox nie usiadła za masywnym,
          antycznym biurkiem, a przysunęła do fotela krzesło. -
          Rozmawiałam dziś z Davidem, Kathy. Mówił mi... Kathy, czy
          zdajesz sobie sprawę z tego, że dzieje się z tobą coś
          dziwnego?
          -Tak.
          -Kathy, nie potrafiliśmy nazwać tego inaczej, jak telepatią.
          -Tak, jestem telepatką. - potwierdziła ze spokojem.
          -Kathy - Fox miała trudności z dobieraniem słów. - nie
          chcę, żebyś mnie źle osądziła. Sytuacja jest niezręczna i
          nie wiem, jak mam ci to powiedzieć. Wiem, że możesz użyć
          swoich zdolności...
          -Nie mogę.
          -?
          -Nie chcę. Ufam ci.
          -??? - Fox nie była w stanie powiedzieć nawet jednego
          słowa. Ufało się ludziom takim jak Elisa, ufało się
          gargulcom... o ile wcześniej człowiek przestał się ich
          bać. Nikt nie ufał Davidowi Xanatosowi i jego żonie.
          -Ufam ci.
          Fox poczuła, że w kącie jej oka zbiera się woda.
          -Cholera, Kathy. - zaklęła, mrugając gwałtownie. Jak ona
          mogła? Jak ta mała mogła ją wzruszyć? - Błagam, nie rób
          tego więcej. Nie musisz mi udowadniać, że nie jestem
          niezdolnym do uczuć potworem.
          -Po prostu powiedz, co chciałaś.
          -Dobrze. Jest pewien człowiek... Nie wpadłam na to
          wcześniej, ale rozmawiając z Davidem na twój temat
          doznaliśmy olśnienia. Muszę się przekonać, czy on także
          ma takie zdolności. Proszę, pomóż mi. Nie prosiłabym,
          gdyby chodziło o kogoś innego, ale on... On pracuje dla
          bardzo niebezpiecznej osoby.
          -Zgadzam się.
          ***
          Siedząc wieczorem w wielkiej sali wśród obcych ludzi
          Kathy kurczowo ściskała wykonany przez Kristine rysunek.
          Na szczęście.
          Patrzyli na nią, wbijali w nią oczy ze zdziwieniem. Była
          szczęśliwa, że nie potrafi usłyszeć ich myśli. Czuła, że
          odebrałaby je jako wszechobecny, ogłuszający szum. Fox
          długo trzymała dłoń na jej ramieniu. Myśli miała zbyt
          splątane, ale wiele z nich było ciepłych i dodających
          otuchy. Nie była ?niezdolnym do uczuć potworem?. Kathy
          nigdy nie powiedziałaby o niej czegoś takiego. Ani o
          nikim innym. Kathy wierzyła w dobre intencje.
          Usiedli. Ich głosy huczały w głowie dziewczynki, ich
          dźwięk przypominał monotonną muzykę. Nie rozumiała ani
          słowa. Akcje, hossa, bessa, udziały, wpływy, popyt,
          podaż, badania, rynek... Nie rozumiała tych słów,
          brzmiały ostro i obco.
          Człowieka, o którym mówiła jej Fox nie było w
          pomieszczeniu. Nie warto. - pomyślała Kathy, kładąc głowę
          na błyszczącym blacie stołu. - Nie przyjdzie.
          Niepotrzebnie...
          -Przepraszam za spóźnienie. - rozległ się pojedynczy
          głos. - Pani Destine w ostatniej chwili dostała ważną
          wiadomość i musiała opuścić miasto. Jestem tu zamiast
          niej. - jasnowłosy mężczyzna usiadł naprzeciw Fox. Jego
          spojrzenie przebiegało od kobiety do dziewczynki i z
          powrotem.
          Kathy podniosła głowę. Jakiś gruby człowiek w czarnym
          garniturze i szkaradnym, pomarańczowym krawacie
          świadczącym o zupełnym braku gustu mówił coś donośnym,
          piskliwym głosem. Jasnowłosy spojrzał na niego.
          Ma na imię Art. - uświadomiła sobie Kathy. Nagle
          mężczyzna oderwał wzrok od człowieka w pomarańczowym
          krawacie i spojrzał na nią.
          ...ona...
          ...Fox...
          ...do diabła... blokada... co ten dzieciak...
          ...nie muszę dotykać...
          Art zamknął oczy, ale pragnienie zmierzenia się z
          dziewczynką było silniejsze.
          Nie pokonasz mnie.
          Nie chcę.
          Nie wedrzesz się.
          Nie chcę.
          Kathy wydawało się, że jest w czarnej pustce, sama, a z
          nią jest tylko jasnowłosy Art o przeszywająco niebieskich
          oczach.
          ...ty mała... tego... przewidziałem... jak... sobie..
          palantami... pani De
          • an-nah Re: Rozdział szusty - cd 02.08.02, 17:48
            ...ty mała... tego... przewidziałem... jak... sobie..
            palantami... pani Destine... mnie... Xanatos ma... mówiła...
            ...skup się... nie dojdzie... Fox... pomóc... gdzie
            słyszałam... Destine... niebezpieczna... chronić...
            Goliath powiedział...
            ...już dłużej... przecież... słaba... dlaczego Goliath...
            mówiła... Dominique... muszę ją...
            Mężczyzna zerwał się nagle rozrzucając papiery. Ludzie w
            garniturach zamilkli. Art wybiegł, trzaskając drzwiami.
            -Kathy...
            Dziewczynce kręciło się w głowie. Miała ochotę zemdleć.
            Nawet kiedy Fox dotknęła jej policzka nie poczuła nic.
            Ani jednej myśli. Koniec. Przynajmniej na teraz.
            ***
            Wiadomość brzmiała: ?Jeśli mnie nie będzie, przyleć do
            domu. Jest ważna sprawa. Elisa.? Przeczytał ją kilka
            razy. Elisy nie było. Z tego wniosek, że oczekiwała na
            niego u siebie w domu.
            W bibliotece Angela i Sam siedziały pochłonięte rozmową.
            Spojrzały na niego, gdy wychodził, Angela uśmiechnęła
            się, spytała, czy znalazł wiadomość. Przytaknął. Wróciły
            do rozmowy. Zachowywały się zupełnie jak dwie nastolatki,
            Samantha traktowała Angelę jak ludzką dziewczynę niewiele
            starszą od niej samej. To dobrze. - pomyślał Goliath. -
            Sam jest naprawdę dobrą dziewczyną. Im więcej takich
            ludzi, tym lepiej dla nas.
            Reszta mieszkańców zamku gdzieś się rozeszła. Goliath
            miał pewne podejrzenia co do miejsca pobytu Owena i
            małego Aleksandra, ale wolał w miarę możliwości nie mieć
            z tym do czynienia. Hudson nie siedział przed
            telewizorem, więc prawdopodobnie zabrał Bronxa na spacer,
            reszta pewnie też z nimi poszła, z tego co wiedział Kathy
            była Bronxem zachwycona, zawsze chciała mieć psa.
            Wiatr tej nocy nie był silny i łatwo było szybować. Niebo
            było czyste a księżyc zbliżał się do pełni. Jego blask
            był silny i na tej wysokości dominował nad miejskimi
            neonami. Nawet paru jaśniejszym gwiazdom udało się
            przebić przez światła cywilizacji.
            Okno było uchylone. Goliath popchnął je i wszedł do
            środka, odsuwając zasłony. Światło było zgaszone, ale
            jego oczy były doskonale przystosowane do ciemności.
            Prawdę mówiąc widział o wiele lepiej, niż w świetle
            elektrycznym, które go raziło. Było cicho, tylko zegar
            tykał monotonnie gdzieś w głębi mieszkania.
            -Elisa? - zawołał ostrożnie. Nie otrzymał odpowiedzi.
            Powoli przeszedł przez pokój i nacisnął klamkę do drzwi
            sypialni. Przykucnął przy łóżku.
            -Elisa. - powtórzył głośniej.
            Kobieta poruszyła się, zamrugała i usiadła, po czym
            cofnęła się trochę.
            -Goliath... już tak późno? Przestraszyłeś mnie trochę...
            - uśmiechnęła się. - Dawno ci się to nie udało. Pozwól,
            że pójdę do łazienki. - wstała z łóżka.
            -Jasne. - przeszedł do pokoju, który od biedy można było
            nazwać salonem i ostrożnie usiadł na kanapie. W łazience
            zapaliło się światło, rozległ się szum wody.
            Cagney pojawiła się znikąd, tak, jak to zwykle robią koty
            i zaczęła ocierać mu się o nogi. Koty także są nocnymi
            istotami i wolą przesypiać dnie. Goliath spróbował
            podnieść zwierza, ale kotka nie miała ochoty na siedzenie
            komuś na kolanach. Powiadomiła go jedynie o swojej
            obecności i zniknęła tak nagle jak się zjawiła.
            Szum wody w łazience stał się dominującym dźwiękiem w
            mieszkaniu. Goliath poczuł, jak jakiś dreszcz przebiega
            mu po kręgosłupie. Musiała zauważyć... Nie mógł na to nic
            poradzić, sposób, w jaki na nią patrzył był silniejszy od
            niego.
            Nagle pomyślał, że nie powinien był tu przychodzić. Mógł
            przecież poczekać, pewnie sama przyszłaby na zamek.
            Zamiast tego siedział tu i różne głupie myśli
            przychodziły mu do głowy. Jeśli tak właśnie miało być, to
            nie miał prawa narzucać się. Jeśli nie mogli być razem,
            to nie wolno mu było protestować. Powinien się z tym
            pogodzić, bez względu na to, jak bardzo było to bolesne.
            Zacisnął palce na obiciu kanapy. Mimo wszystko trudno
            było wytrzymać.
            Elisa wyszła z łazienki.
            -Goliath? Co się stało? - położyła mu rękę na dłoni.
            Popatrzył na nią i rozpoznał w jej oczach to samo
            uczucie, którego doświadczył przed chwilą. Odwrócił rękę,
            ściskając delikatnie jej palce. Nie okazała zaskoczenia.
            To niezwykłe, że zakończone szponami palce, które
            wyrywały drzwi z zawiasów i wbijały się w mur, potrafiły
            być również delikatne, dotykając czarnych włosów Elisy.
            Była drobna i krucha a jej wargi delikatne. Gdy stała na
            podłodze a on siedział ich twarze znajdowały się na mniej
            więcej tym samym poziomie. Jedną dłoń trzymał na jej
            głowie, drugą obejmował ją w pasie.
            Powoli odsunęła głowę.
            -Czas na nas.
            Nie odpowiedział. Lecieli w milczeniu. Światło księżyca
            nadawało włosom Elisy srebrzysty połysk. Jej palce
            splecione na szyi Goliatha były ciepłe i bardzo
            delikatne, ich dotyk pełen był czułości. Jak rok temu,
            gdy ich życie wydawało się dziwnym snem, który mógłby
            trwać wiecznie. Sny kończą się. Przez wiele miesięcy
            udawali, że nigdy nie łączyło ich nic więcej, niż tylko
            przyjaźń, wmawiając sobie nawzajem i każde sobie samemu z
            osobna, że taka miłość nie jest możliwa, że powinni się z
            tym pogodzić. Okazało się, że jest ona silniejsza od nich.
            Zamek rysował się przed nimi jako ciemny kształt na tle
            granatowego nieba. Wylądowali na dziedzińcu i Elisa
            stanęła na ziemi. Uśmiechnęła się. Dużo było w tym
            uśmiechu ciepła i obietnicy.
            -Chodźmy. - powiedziała.
            Przeszli do biblioteki. Noc była jeszcze wczesna i
            Kristy, Kathy oraz Sam siedziały rozmawiając z Brooklynem
            i Lexingtonem. Brodwaya i Angeli nie było, Hudson
            siedział jak zawsze przed telewizorem, od czasu do czasu
            wtrącając się do dyskusji. Lex trzymał na kolanach
            Aleksandra. Chłopczyk był w doskonałym humorze, może aż
            za dobrym. Goliath wolał się nie zastanawiać, co ten
            łajdak Puk wymyślił tym razem. I oby tym razem nie
            mieszał w to Lexingtona.
            -Musimy porozmawiać. - oznajmiła Elisa. - Dziewczynki
            powinny wyjść. To samo dotyczy Aleksandra.
            Sam zmierzyła wzrokiem ją i Goliatha po czym bez słowa
            wzięła kuzyna na ręce. Chłopiec zrobił zmartwioną minę,
            zaczął machać rękami w stronę Lexingtona. Najmniejszy z
            gargulców wstał i popatrzył na Samanthę.
            -Może ja go zaniosę? - zaoferował. - Mały lubi cię, ale
            mnie chyba lubi bardziej.
            -To mój kuzyn. - obruszyła się Sam, przyciskając dziecko
            do siebie. - Nie martw się, Aleksandrze, przecież nic ci
            nie zrobię. - uśmiechnęła się. -No już, jeśli nie masz
            nic przeciwko temu, to zabiorę cię do twojego pokoju,
            dobrze? Lex jest teraz zajęty.
            Chłopczyk popatrzył na dziewczynę i uśmiechnął się do
            niej. Sam pogładziła go po jasnorudych włosach i
            uśmiechnąwszy się do zebranych wyszła. Za nią podążyła
            Kristy a na końcu, najwolniej, Kathy. Jeszcze w progu
            zatrzymała się, jakby chcąc coś powiedzieć, ale
            zrezygnowała. Zostali sami.
            -Dobrze. - rzekł Goliath. - Gdzie są Angela i Brodway?
            -W jakimś miejscu, gdzie ja z pewnością nie będę ich
            szukać. - oznajmił Brooklyn. - Ktokolwiek będzie tą
            ofiarą, na mnie nie liczcie.
            - Będziemy czekać? - spytał Hudson, wyłączając telewizor.
            - Na ile to jest ważne?
            - Myślę - rzekła Elisa. - że Angela powinna wiedzieć.
            Poza tym... - zawahała się. Angela wciąż była dla niej
            niewiadomą. Dawno już nie wypowiedziała się na temat
            swego stosunku do Demony. Musiała domyślać się też
            uczucia łączącego jej ojca z Elisą. Nie miało sensu
            ukrywanie tego przed nią, ale powiedzieć jej... Elisa nie
            była w stanie przewidzieć jej reakcji. Spojrzała na
            Goliatha, ale on nie powiedział nic. Nawet jego oczy nic
            nie mówiły.
            Wreszcie Brodway i Angela zjawili się, oboje w
            znakomitych humorach. Brooklyn miał zamiar rzucić jakiś
            komentarz, ale powstrzymało go jedno spojrzenie Brodwaya.
            Wzruszył ramionami.
            Było tak, jak dawniej: klan na naradzie strategicznej.
            Stary wróg i jego nowy sojusznik. Elisa miała zmartwioną
            twarz, gdy opowiadała o Arthurze Gelsnerze.
            - Jeśli to prawda... jeśli naprawdę ma takie zdolności i
            jest po jej stronie...
            Jej słowa docierały do uszu Kathy jako stłumione echo.
            Serce dziewczynki biło mocno. Ona. Dominique Destine.
            Chciała wejść tam i powiedzieć, że dzięki niej są
            bezpieczni, że zdemaskowała Arta zan
            • an-nah Re: Rozdział szusty - cd + komentarz 02.08.02, 17:51
              Jej słowa docierały do uszu Kathy jako stłumione echo.
              Serce dziewczynki biło mocno. Ona. Dominique Destine.
              Chciała wejść tam i powiedzieć, że dzięki niej są
              bezpieczni, że zdemaskowała Arta zanim zdołał cokolwiek
              odkryć i że telepata już nie wróci do miasta,
              przynajmniej na razie... Że nie mają o co się martwić, są
              bezpieczni, ochroniła ich...
              Chronić...
              Bała się po prostu nacisnąć klamkę i wejść tam do środka.
              Stała z bijącym sercem oparta o zimny kamień ściany,
              wsłuchując się w rozmawiające za drzwiami głosy. Brzmiały
              dokładnie tak, jak wówczas, gdy tamtej nocy usłyszała je
              po raz pierwszy. Poważne, zmartwione głosy istot, których
              zadaniem było chronić to miasto.
              Chronić...

              ---------

              Chce wam się to czytac? Nie zasmiecam forum? Ostrzegalam,
              ze to jest dluuuuuuuuuuuugie.

              A teraz komentaż, tym razem dotyczy on telepatii. Otóż
              telepatię wprowadziłam ja, ale nie wydaje mi się to
              rażące, gdyż w serialu było praktycznie wszystko (magia i
              technika, gargulce i elfy, król Artur i mafia...).
              • kuba# Re: Rozdział szusty - cd + komentarz 02.08.02, 18:34
                > Chce wam się to czytac? Nie zasmiecam forum? Ostrzegalam,
                > ze to jest dluuuuuuuuuuuugie.
                >
                Jakie zaśmiecanie forum? Bez przesady! Choćby nie wiem jak słabe/długie (albo i
                naraz) to było, to z pewnością nie będzie to zaśmiecanie. Tym bardziej, że
                Twoje opowiadanie jest jak na razie co najmniej dobre - tzn. przeczytałem
                dopiero pierwszy rozdział, ale obiecuję, że niedługo nadgonię.
              • hermar Re: Rozdział szusty - cd + komentarz 03.08.02, 17:07
                no pewnie ze sie chce czytac:DDDDDDDDDDDDDdd
    • brite Re: Rozdział piąty i szusty 04.08.02, 18:20
      uhm.. szÓsty...

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka