basia553
29.04.05, 19:20
a byc starym i samotnym, to juz absolutne dno. Mialam dzis ciezki dzien.
Musialam z jedna podopieczna lat 91 (nota bene druga konczy jutro 91 lat)
udac sie tu i öwdzie w celach leczniczych. To bylo okropne. Przyjechalam do
rezydencji w ktörej pani mieszka pöl godziny wczesniej niz byla zamöwiona
taksöwka, a pani byla juz "umundurowana" na recepcji i czekala... Pöl nocy
nie spala. W miedzyczasie komunikacja jest lepsza, bo ma dyskretny aparacik
sluchowy. Porusza sie zle. Stad ta taksöwka. Okazalo sie, ze przygotowano
tylko zezwolenie na pierwsza taksöwke, fo lekarki, ktöra miala jej zakroplic
oczy. Tam caly cyrk. Nie mopzemy jechac do sasiedniego miasta na laserowanie
oka, bo nie mamy zezwolenia na taksöwke. Panienki u pani dr nieuprzejme,
wzdychaja ciezko jak prosze o zmiane adresu, bo pani juz nie mieszka
prywatnie, tylko w rezydencji.Panienki gonia moja pania z krzeselka na
krzeselko jakby nie widzialy, ze ciezko jej wstawac. Pani dr traktuje mnie
jak powietrze. Nigdy sie chyba nie dowiem, dlkaczego wolontariusze sa tak
traktowani (moja siostra w podobnej sytuacji w Polsce, tez ma podobne
doswiadczenia). Pani dr lekcewazy moja obecnosc i tlumaczy za cicho cos
pacjentce nie zwazajac na jej slaby - mimo aparaciku, sluch. Nie przejmuje
sie tez tym, ze na przekazie do niej pisze jak byk, ze moja pani ma starcza
demencje. W koncu decydujemy sie oczy zakroplic i wziasc na wlasny rachunek
taksöwke i jechac na to laserowanie do kliniki. Czekamy dlugo na taksöwke,
pani jest coraz bardzioej zdenerwowana, Do tego wyglada strasznie, bo dwa dni
temu w nocy przewröcila sie, i oko jest pelne krwi (na szczescie nie to,
ktöre ma byc potraktowane laserem), krwiak na cala polowe twarzy. NIKT w
rezydencji nie pomyslal, ze nalezy zbadac u lekarza czy nie stalo sie nic
zlego (wstrzas mözgu, uszkodzenie kosci policzkowych), dopiero w
poniedzialek, czyli prawie po tygodniu zobaczy ja sobie lekarz.
Taksöwkarz podwozi nas pod zle wejsci do kliniki, to przy ktörym nie mozna
wypozyczyc wözka. Idziemy na drugi koniec, na pierwsze pietro, czekamy.
W koncu zabieraja mi pania na laserowanie. Krötki zabieg, nastepnie pani
wychodzi i tylko w ostatniej chwili slysze, ze lekarka jej cos tlumaczyla.
Ide i pytam co mamy robic, kiedy sie zglosic itd. Lekarka niezadowolona, juz
jedna noga na urlopie, tlumaczy mi, choc PRZECIEZ juz mojej pani wszystko
möwila. Moja pani w miedzyczasie schowala gleboko w torebce kropelki i nawet
nie pamieta, ze ma je przez nastepne 4 dni po 4 razy dziennie zakraplac.
Jedziemy spowrotem do rezydencji. Odstawiam pania do jej pokoju, bo nikt nie
ma czasu sie nia zajac. A potrzebuje pomocy, widzi wszystko jak przez mgle.
Kto wie, moze w miedzyczasie znowu lezy gdzies miedzy lözkiem a kanapa?
Przekazuje sekretarce i pielegniarce wszystkie wiadomosci, oddaje papierki i
möwie co trzeba zalatwic. Pielegniarka wsciekla, bo poprosilam aby pamietala
przy robieniu nastepnego terminu, ze raz w tygodniu mam przez godzine termin,
ktörego nie moge przelozyc. Trzy razy pytaja "a kto ma to zalatwic"?
Chyba nie nadaje sie do tej "pracy". Zbyt emocjonalnie podchodze do
wszystkiego, szlag mnie trafia jak widze glupote, obojetnosc, nieszczescie.
Mysle, ze moja jutrzejsza solenizantka jest w lepszej sytuacji: mieszka w
domu i choc syn ja co pare miesiecy po pijaku bije, to jest szczesliwa
i bardzo dobrze rozumiem, ze nie chce isc do zadnej drogiej rezydencji ani
taniego domu starcöw. Ja tez nie chce. Czy jest jakies wyjscie?????????
Przepraszam, najmocniej Was za ten wontek przepraszam. Ale troche mi pomoglo,
opowiedziec o tym.