Ponieważ sypało, a potem było takie mokre coś, nie chciało mi się iść do biblioteki i sięgnęłam do tylnego rzędu po "Złotą muchę". No i niedaś, choć kiedyś daś!

Pocieszyłam się, sięgając po "Na rogu świata i nieskończoności" Romana Lotha, co robię co kilka lat; za często nie można. Do dziś pamiętam, jak bardzo chciałam tę książkę mieć, jak bardzo się nią cieszyłam i jak bardzo nadal mnie cieszy wzięcie jej do ręki, bo - pomijając inne plusy - jest to jedna z najładniej wydanych książek nie tylko w tamtym (1985) czasie; rzecz jasna oprócz jakichś wydań superspecjalnych, kolekcjonerskich itepe. Macie takie pupilki?