Dodaj do ulubionych

Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli:)

14.02.06, 01:09
Choćby pękł! Gurua ma świętą rację. Bo każda wyobraźnia, nawet ta
najbujniejsza i rozrośnięta, jak perz na ugorze, też ma swoje granice.
Przykład? Proszę bardzo, świeżutki, z dzisiejszego wieczoru:
Idziemy powolutku przez galerię handlową, bo czasu mamy dużo, a plan zakupów
zwięzły i konkretny, więc tylko rzucamy sobie oczkami to tu, to tam, bez
zbaczania z głównej trasy. W pewnym momencie moje oczko pada na znajomą
twarz, zbliżającą się z przeciwnego kierunku, z resztą kadłuba, oczywiście,
należącą do osobnika rodzaju męskiego. Nie widzianego od dwóch lat. Jednak
bez większej tęsknoty, bo facet, choć bardzo dystyngowany, działa na mnie,
jak wampirek energetyczny. Taki, co to nie ugryzie, a krew wypije. Elokwentny
aż do bólu. Czyli - dłuższe spotkanie może grozić uduszeniem, lub co najmniej
ogłuszeniem. Mnie, nie jemu. A udać, że się nie widzi - nie ma mowy. On
zawsze zobaczy pierwszy. Teraz też zobaczył. Nawet rączką zaczął machać,
czyli przepadło. Mąż, jak zwykle dobrze wychowany, życzliwie odmachał, a ja
wzięłam głęboki oddech i idę. Dystyngowanie, jak diabli. A co, niech sobie
nie myśli! Też umiem być "ą" i "ę", jak mi się zechce.
No i nagle, tuż przed facetem, nóżka tak mi się pięknie podwinęła, że zanim
się zorientowałam, że lecę, już przed nim klęczałam. Elegancko, na jednym
kolanku. Prawym. Z rączką opartą na jego bucie! Panowie oczywiście rzucili
się do podnoszenia, a jakże, bardzo przejęci, ale pozbierałam się sama i
godnie oświadczyłam, że mam nadzieję, iż mój gest zostanie doceniony, bo nie
każdego tak witam. Pan odrzekł, że docenia. Ataku śmiechu dostałam dopiero
potem, gdy mój kochany mąż przyznał, że widział, jak się słaniam, ale nie
reagował, bo myślał, że robię to celowo. I nawet zdążył się zdziwić, że
więdnę, jak smętna lilia przed rozmową z panem X, a nie po, albo w trakcie. A
potem, gdy uwierzył w dzieło przypadku, poleciał zobaczyć na czym się
pośliznęłam i stwierdził, że na niczym. Czyli co rzuciło mnie na kolana przed
facetem? I to akurat przed takim narcyzkiem, kurczę blade! Bo przecież nie
piorunujące wrażenie, w żadnym wypadku. Jeśli już, to raczej negatywne
odczucia, których, jak widać, należy się wystrzegać, jak diabeł święconej
wody. Bo się obracają przeciw nam, w mordkę kolczatego jeża.
Wam też życie robi takie siurpryzy, że nie wiadomo: śmiać się, czy płakać? To
znaczy - wiadomo. Tylko się śmiaćsmile
Obserwuj wątek
    • nchyb Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 11:00
      Sylwester ostatni. Szykujemy się do rodzinnego świętowania odchodzącego roku.
      Mąż miał jeszcze odwieźć rodziców na bal, a później my tak rodzinnie mieliśmy
      świetować...

      Wieczorem, jedno dziecię gra na komputerzy, drugie bawi się, my z mężem
      szykujemy domową imprezkę. Wpada starszy syn. Coś mu przeszkadza w graniu,
      szeleści, kapie, hałasuje, puka...
      Sprawdzam wjego pokoju, z sufitu powoli, powolutku zaczyna kropić. Z każdą
      minutą coraz bardziej. No tak, sąsiedzi nas zalewają...
      Ide do sąsiadów, nikogo, wybyli na Sylwestra. Mąż podstawia gary pod kapiący
      sufit. Węzły wody pod kluczem, klucz u dozorcy, dozorcy nie ma, wybył na
      zabawę. Dzwonimy do pogotowia lokatorskiego. Hydraulicy się bawią, za jakiś
      czas postarają się wpaść...

      W domu coraz gorzej. Woda strumieniami leje się już w każdym pomieszczeniu. Nie
      ma suchego miejsca. Odsuwam od zalanych miejsc to co najważniejsze, czyli
      książki i komputery. Dzieci powoli zaczynają się denerwować. My też. Za oknami
      pierwsze kolorowe rakiety. I nagle, w jednym momencie:

      Woda doszła do lampy w pokoju dzieci, zerwała tę lampę, wysadziło korki,
      dobijają się do nas sąsiedzi z dołu, starsze dziecko chce siusiu, młodsze
      wymiotuje z nerwów, komórka męża dzwoni - rodzice przypominają o obietnicy
      odwiezienia ich na bal, moja komórka dzwoni - dzwonią znajomi z życzeniami
      świetnej zabawy, dzwoni telefon stacjonarny, już nie ma kto odebrać, i to
      wszystko w jednym momencie, w mieszkaniu ciemno, mokro i hałasliwie, a za
      oknami rozbłyskują co i ruż piękne kolorowe sztuczne ognie...
      Wiwat Nowy Rok!...
      • nchyb Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 11:01
        > oknami rozbłyskują co i ruż
        co i rusz...
    • groha Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 12:22
      O, ja pierniczę... Jeśli w takiej pandemce udało Ci się uśmiechnąć, to padam na
      oba kolana. Choć mówią, że gdzie się woda leje, tam się dobrze dzieje (czy
      jakoś podobnie), ale w moim przypadku: tylko do pewnego jej poziomu. Na pewno
      poniżej lampy. Sąsiad miałby u mnie już przechlapane. A u Ciebie jak? Nie
      zabiłaś go?
      • nchyb Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 13:34
        nie zabiłam. Łącznie zalał 6 mieszkań (bo od nas ciekło w dół i na boki.
        A sąsiad ubezpieczenia nie miał. Nam PZU jakieś grosze oferuje więc na razie
        się odwołaliśmy.

        Ale w sumie, gdy już hydraulicy dopływ wody zakręcili (okazało się, że
        sąsiadowi strzeliła samodzielnie przerabiana przez niego rura przy pralce), gdy
        już wodę uprzątneliśmy, to później już było lepiej. A nawet zaprzyjaźniliśmy
        się z sąsiadami z dołu i pospołuzyczyliśmy sobie Szczęśliwego Nowego Roku... smile
    • groha Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 14:13
      Wspólne nieszczęścia zbliżająsmile My poszliśmy o krok dalej: zaprzyjaźniliśmy się
      z tymi z góry, którzy systematycznie nas zalewalismile) Najpierw chciałam zabić,
      ale gdy pewnego razu, nocą, zaczęło nam się lać z sufitu w łazience i lampy w
      przedpokoju, poleciałam na górę z postanowieniem, że teraz to już koniec -
      ubiję i i wreszcie będzie spokój, lecz sąsiadowi udało się wziąć mnie na
      zakoczenie. Otóż, ten zawsze elegancki i dostojny pan doktor, otworzył mi drzwi
      rozczochrany, zaspany, w jakiejś wypłowiałej piżamce, rozklapanych kapciach,
      bez złoconych okularków (!) i jakimś takim bezbronnym, nie doktorzym głosem
      wyszeptał, że przeprasza, ale żony nie ma, a on puścił pranie i poszedł spać,
      no i nie wie, jakim cudem, ale ten wąż od pralki wziął i wyskoczył z wanny,
      sam! No i co miałam robić? Przecież nie zabija się bezbronnych, opuszczonych
      stworzeń, nie? Musiałam polubićsmile)
      • chiara76 Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 14:38
        wink))
        • asia.sthm Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 15:32
          Bozecozahorror. Przysni mi sie woda z lampy i po lampe, brr

          U mnie na gorze tylko zwierzyna przerozna grasuje. Zimuja ptaki, wiewiorki i
          polne myszki.
          Kiedys moj M otworzyl klape na strych i COS na niego wypadlo..O boze co to sie
          dzialo: DAJ COS!! , nie ruszaj sie , dawaj szufelke , nie ..miotle , odkurzacz!
          Jak juz wydal te 108 polecen z predkoscia karabinu maszynowego, to zdazylam
          zauwazac, ze trupek ptaka byl suchutki jak pieprz, zmumifikowal nam sie golab
          na strychu i spadajac na leb mojemu mezowi pogubil byl tylko troche piorek.
      • nchyb Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 15:35
        > stworzeń, nie? Musiałam polubićsmile)
        No nie były wyjścia, polubić musiałaś...
        Ja tam do swoich sąsiadów z góry też pretensji nie mam, cóż życie, zdarzyć może
        się każdemu.
        Ale widok niesamowity, deszcz najnormalniej w świecie padał w mieszkaniu,
        rozdzwoniły się wszystkie telefony, światło z hukiem siadło, sąsiedzi z dołu i
        z boku się dobijali, dzieci coś wykrzykiwały, a za oknami te olbrzymie kolorowe
        piuropusze petard...
        • chiara76 Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 15:36
          koniec świata prawie...
          • groha Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 15:55
            Niestety, mieszkając w bloku nie jest się pewnym dnia, ani godziny. Zresztą,
            jak widać z Asi opowiadania - nigdzie się nie jest. U mojego brata, w domku,
            straszyło przez parę nocy. Jak w piosence "Skaldów": życie jest formą istnienia
            białka, ale w kominie czasem coś załka... Okazało się, że kuny zalęgły się u
            sąsiada na strychu, a u nich chyba oddawały się nocnym amorom. Nie wiem, po
            czym to poznali. Ale powiem szczerze, że czasem wolałabym te źwierzątka różne,
            a nawet ich truchełka spadające na głowę, niż sąsiedzkie potopy, remonty,
            świece dymne i śmierdziele. Aha, bo nie mówiłam jeszcze, że mam sąsiadkę, która
            w tym się specjalizuje? No, uwielba wręcz. A to jej się obiad spali, a to
            kołdra od włączonej dmuchawy... Zadymiara nie z tej ziemi. Dosłownie. Cóż,
            życie w bloku, to jak w mrowisku. I tylko spokój może nas uratowaćsmile
            • nchyb Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 16:12
              > Niestety, mieszkając w bloku nie jest się pewnym dnia, ani godziny.
              Za kilka miesięcy przeprowadzamy się, będziemy mieszkać na ostatnim piętrze.
              Gdy pocieszałam męża, że teraz nikt już nas nie zaleje, "pocieszył" mnie: że
              zawsze może nam przeciekać dach... smile
              • bumbecki Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 16:25
                ale dach może przeciekać ... mówi to mieszkanka strychu ....
              • anchan Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 16:29
                nchyb napisała:
                > Gdy pocieszałam męża, że teraz nikt już nas nie zaleje, "pocieszył" mnie: że
                > zawsze może nam przeciekać dach... smile

                Rację ma. Uparłam się pewnego wieczora żeby nie spać w sypialni na koszmarnej
                kanapie w drugim pokoju. W nocy na nasze małżeńskie łoże spadł z sufitu kawał
                tynku 2x2m.
                • groha Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 16:48
                  Kobieca intuicja oraz wybitne zdolności paranormalne, nic innegosmile
              • chiara76 a niestety tak;( 14.02.06, 17:24
                mieliśmy tak na starym mieszkaniu...zalało mieszkanie...zeby było ciekawiej nad
                nami był strych, a więc nie, że goły dach...
                ale trzeba myśleć pozytywnie.
            • dorka_31 Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 07.07.06, 11:20
              groha napisała:

              >
              > Cóż, życie w bloku, to jak w mrowisku. I tylko spokój może nas uratowaćsmile

              Ale za to jakie urozmaicone! wink)))
    • goonia Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 18:08
      Znam z opowiesci, nie gwarantuje, za wiarygodnosc szczegolow.
      Moj tesc pieknego zimowego poranka zrobil awanture, swoim doroslym a przybylym
      z wizyta na kilka dni dzieciom. Mianowicie, nie sprzataja. Pala ogien w kominku
      i nie wynosza popiolu. Jak przyjechali sprzatniete tez nie bylo i popiolu spora
      kupka juz byla.
      W nerwach zlapal odkurzacz. Wlaczyl. Nie ciagnie. wymienil torbe (dlugo to
      trwalao). I trach wyciagac popiol z kominka.
      Moj maz idac do kuchni zauwazyl czarny oblok wylatujacy do przedpokoju. W
      tajemniczy sposob popiol zaraz po wessaniu do rury wylatywal druga strona
      odkurzacza!
    • goonia Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 18:31
      W niedziele o poranku znajomy wybral sie na ryby. Mieszka blisko jeziora, plany
      na popoludnie juz mial, uznal, ze zamiast jechac gdzies daleko polowi sobie
      blisko domu.
      Po udanym polowie wsiadl do samochodu i na jednym z garbow na parkingu, cos
      zgrzytnelo, brzeknelo i tyl samochodu mu usiadl. Zatrzymal sie zatem, wyskoczyl
      zobaczyc co sie stalo. Wygladalo na to , ze dalej sie jechac nie da. Z zamiarem
      zjechania tylko troszke na bok, zeby nie blokowac wyjazdu odwrocil sie w strone
      drzwi. Drzwiczki zatrzasniete, kluczyki w srodku, samochod na chodzie. 7 rano w
      niedziele, zona na wczasach. Komorki, pieniedzy, portfela kluczy brak.
      Wszystko skonczylo sie pomyslnie, glownie dzieki temu, ze lowil te ryby w
      miescie a nie na jakims koncu swiata.
      • groha Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 21:05
        Ach, Gooniu, gdy słyszę o zatrzaskiwaniu kluczyków, to zawsze muszę się
        pochwalić moim mężem. Zatrzasnął już parę razy, ale ten jeden raz, to było
        mistrzostwo świata: wrzesień, czyli poza sezonem, domek w samym środku
        kaszubskich lasów, do Łubiany - najbliższej miejscowości (tak, tej od
        porcelany) co najmniej 4 km przez las i tam najbliższy telefon, bo komórek
        jeszcze wtedy nie mieliśmy. Wybieraliśmy się na jakieś spożywcze zakupy do
        Kościerzyny, gdy mój mąż, pasonat wycieczek krajoznawczych, stwierdził, że może
        przy okazji coś zwiedzimy. Więc poszedł po mapę do samochodu, wyjął i trzask!
        Kluczyki w środku, zapasowe w domu, czyli coś około 500 km od samochodu, a my w
        lesie. To znaczy nie całkiem, bo jest gdzie spać, ale nie bardzo jest co jeść.
        Za to mamy mapę, hehe. Podobno droga do telefonu, na rowerze przez ciemny las,
        była najpiękniejszym crossem w życiu moich panów. Bo syn, choć najpierw miał
        zamiar ojca udusić, potem dzielnie mu towarzyszył w pokonywaniu trudności.
        Wtedy również mieliśmy okazję sprawdzić, jak działa nasz, wtedy jakoś świeżo
        oferujacy swe usługi, Pocztex. Polecona i w ogóle - ekspresowa, jak tylko to
        możliwe, przesyłka z Kielc do Gdańska leciała... prawie tydzień, ale mniejsza z
        tym. Ja nie narzekałam, bo jedynym środkiem lokomocji były dwa rowery, które
        mężczyźni musieli wykorzystać do aprowizacji, więc leżałam sobie nad wodą,
        zaprzyjaźniałam się z łabądkami, kurkami wodnymi i innymi peryskopami, haha, i
        było mi całkiem dobrzesmile
        • goonia Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 21:37
          W celu unikniecia sytuacji j.w. nosze zapasowe kluczyki ze soba. Moj malzonek
          rowniez lubi swoje zatrzasnac. Pewnego mroznego wieczora, pojechalismy po
          znajomych, aby razem udac sie do sklepu. Podjechalismy pod dom, kolezanka juz z
          dzieckiem czekala, jej maz poszedl po ich samochod a my wysiedlismy sie
          przywitac. Nasz syn wtedy ok. 4 letni, wysiadl rowniez. W ferworze witania nie
          zauwazylismy, ze zatrzasnal wszystkie drzwi. Zanim to zrobil nie omieszkal
          powciskac blokady. Kluczyki oczywiscie w stacyjce a moja torebka na fotelu obok.
          Zaraz potem nabylismy zestaw maly wlamywacz i w naszym bloku maz zrobil kariere
          otwierajac ludziom samochody.
          • groha Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 22:18
            Dzięki takiemu zestawikowi, to u nas niektórzy nieźle sobie żyją, hehe. A jakie
            mają stawki, ho, ho! Jeden taki, we Wrocławiu, zawołał 100 euro za numerek z
            otwarciem drzwi zatrzaśniętego samochodziku. Dodam, że trafił na mojego wujka,
            który przyjechał na zjazd absolwentów, a ponieważ miał za sobą kilkanaście
            godzin za kółkiem, więc wysiadł, jak jechał: w samej koszulce i bez precjozów,
            przeciągnął się i oczywiście - zachlastnął sobie autko z całym dobytkiem. Ale
            nawet nie zdążył się zmartwić. Fachura zmaterializował się niemal natychmiast,
            jasno określił stawkę za usługę, kazał się odwrócić (wiadomo- tajemnice zawodu)
            i już drzwi stały otworem. Zainkasował, po czym obie strony udały się w swoją
            stronę. Jednakowo zadowolone, jak mniemam. Inna sprawa, że potem wujka
            pokarało, bo podobny profesjonalista mu to auto ukradł, w dodatku spod samego
            posterunku policji, ale to już historia na zupełnie odrębne opowiadanie. Lecz
            Twój mąż działa społecznie i w ramach pomocy dobrosąsiedzkiej, jak mniemam,
            więc to nie o nim, absolutnie! smile)
            • goonia Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 22:50
              Za darmo i tylko jak umie skojarzyc wlasciciela z samochodem. Maz za kratkami
              mi zupelnie niepotrzebnysmile
              Ale uzmyslowilam sobie wlasnie, ze nosze przy sobie zapasowy kluczyk od
              samochodu, ktory sprzedalismy 3 lata temu! A nowy gdzie ??????
              • groha Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 14.02.06, 23:10
                Popatrz, jak czasem człowiekowi, podczas niewinnej rozmowy, uzmysławiają się
                różne, dziwne rzeczy. To ja idę zobaczyć, czy nasz samochód jeszcze stoi pod
                blokiem. Uzmysłowiłam sobie, że tam został, a przecież złodzieje nie sypiają!
                • ma_ruda2 Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 15.02.06, 10:24
                  z kluczykami to i ja zrobilam niezl numer. lato, wyhodze do pracy, klucze od
                  domu mam pokazne (nosze i swoje i rodzicow i chyba z 15 maskotek, scyzorykow i
                  innych) a mala torebke. rzucam klucze na polke pod kierownica. jade do pracy
                  (bliziutko), wysiadam pod firma, zamykam drzwi wciskajac blokade i... kluczyki
                  w stacyjce. no niby zaden problem do domu niedaleko, kolezanki auta popilnuja
                  ale ja mam klucze od domu rowniez w samochodze sad( pomogl moj kolega
                  mieszkajacy obok mojej mamy ktora na szczescie miala klucze do mojego domu.
                  swoja droga w grudniumi ten samochod mi ukradli sad ale wtedy kluczyki mialam
                  przy sobie.
                  • bumbecki Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 15.02.06, 10:26
                    o matko, o matko jak dobrze, że w moim samochodzie nie ma możliwości
                    zablokowania drzwi ... smile
    • stara.gropa Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 15.02.06, 10:37
      Kiedyś usłyszałam zza drzwi mojej sąsiadki rozpaczliwe wołanie - Na pomoc,
      ratunku! Na moje pytania, które wrzeszczałam do niej przez drzwi -Co się stało?
      odpowiadała - Szybciej, szybciej! No to wezwałam pomoc. Przyjechala straż
      pożarna, żeby wyłamać drzwi, policja i pogotowie ratunkowe. Trochę to trwało,
      zebrała się cała grupka sąsiadów zwabiona naszymi wrzaskami, a pani cały czas
      krzyczała - Ratunku! I co się okazało?
      Okulary jej się stłukły.

      P.S. Nie mieszkam w domu wariatów.
      • anchan Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 15.02.06, 11:53
        Umarłam i będę Cię straszyć, chociaż powinnam straszy tę sąsiadkę big_grin

        Idąc do pracy często mijam pewnego starszego faceta, co nie jest wcale dziwne,
        ale dość często mijam go dwa razy, co już jest trochę dziwniejsze. Któregoś
        dnia powiedziałam o tym zjawisku koleżance z pracy; uznałyśmy to za błąd w
        Matriksie. Tego samego dnia robiłam zakupy w Merkurym a Matrix postanowił się
        naprawić czyli wyjaśnić zjawisko i spotkałam obu facetów jednocześnie -
        bliźniacy, zdarza się nawet ludziom w wieku emerytalnym. Od tamtej pory, zawsze
        kiedy robię zakupy w Merkurym spotykam tych 2 facetów.
        • stara.gropa Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 15.02.06, 13:14
          Przypomniała mi się jeszcze jedna historyjka z mojego domu. Jechałam windą z
          sąsiadką (inną, niż ta od okularów) i w pewnym momencie pani ta zadała pytanie -
          Czy pani jest chora? Ja zdziwiona odpowiedziałam jej - Ja? Nie. Na to sąsiadka
          wskazała ręką swoje odbicie w lustrze i powiedziała - Pytałam tamtą panią.
          • bumbecki Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 15.02.06, 13:17
            Stara Gropo masz cudowne sąsiadki smile)))
    • groha Re: Opowiadanie pod tytułem: 01.07.06, 12:34
      Kupiłaś węgiel?

      To pytanie, którym mamusia dokopywała Gurui w latach sześćdziesiątych XX-wieku,
      wcale nie przeszło do lamusa w wieku XXI. Ono nadal funkcjonuje w wielu
      rodzinach, będących szczęśliwymi posiadaczami domków z ogródkiem i własnym
      systemem ogrzewania. Domku, nie ogródka. Niestety, ostatnimi czasy, rodzaje
      wygodniejszego dla użytkownika opału, typu: gaz, prąd czy olej, o mało nie
      puściły niektórych z torbami, więc chcąc, nie chcąc, przeprosili się z piecami
      CO, opalanymi po staremu – węglem i koksem. Dzięki którym mają ciepło w domach
      i czarno w oczach. Bowiem znów ich zimowe niebo zasnuwają kłęby dymów, a
      osiadające sadze zmieniają ogródkowy śniegu tren w szarą szmatę. Cóż, nie
      pierwszy to przypadek, gdy prosty, lecz bezwzględny rachunek ekonomiczny
      wygrywa z ekologią. I zapewne nie ostatni, niestety.
      Jak powszechnie się przyjęło, węgiel na zimę należy kupić latem. Wprawdzie nie
      bardzo wiadomo dlaczego, bo czasy państwowych „węglobloków”, w których zapasy
      towaru kończyły się wraz z nadchodzącym sezonem grzewczym, szczęśliwie minęły i
      teraz leży go pełno po różnych składach przez cały rok, ale dobry gospodarz,
      to gospodarz zapobiegliwy. Musi mieć węgiel w piwnicy w lecie, tak, jak
      ziemniaki jesienią i cześć. Inaczej nie zazna spokoju.
      Mój tatko w tej dyscyplinie jest nie do pokonania. Myśli o zimie cały rok. A
      szczególnie wtedy, gdy chwilowo jej nie ma. Ledwo nadejdą pierwsze, naturalnie
      ciepłe noce i piec ostygnie po ostatnim grzaniu, już zaczyna się martwić
      następnymi mrozami, które niechybnie powrócą, bo przecież wiosna i lato są u
      nas takie krótkie. Więc w okolicach majowego wybuchu przyrody, tatko robi
      remanent w piwnicznych zapasach opału i od tego momentu, każdy dzień zaczyna
      przypomnieniem:
      - Trzeba kupić węgiel.
      Ot, tak, żeby nikomu nie umknęło z pamięci, rzecz jasna.
      Jest więcej niż pewne, iż od tej pory, każde rodzinne spotkanie, choćby o całe
      lata świetlne było tematycznie oddalone od warunków klimatycznych, źródeł
      energii i szeroko pojętego handlu, zostanie przez tatkę podsumowane słowami:
      - Trzeba kupić węgiel.
      Zgodnie z lokalnym przysłowiem, które mówi, że po Bożym Ciele zima się ściele,
      w okolicach połowy czerwca zaczyna się już gorączkowe ustalanie terminu
      dokonania owego zakupu. Szczególnie - z męską częścią rodziny. Kobiety nie są
      do tego potrzebne, bowiem nie znają się na dobrym węglu i są za słabe w rękach.
      Co nie znaczy, że nie udziela im się ten lekki obłęd pod hasłem: trzeba kupić
      węgiel. Udziela się i to jak. Wiele babskich rozmów, choćby na temat
      wakacyjnych planów, kończy się stwierdzeniem:
      - Najpierw węgiel.
      Podobnie, jak niejeden miły odpoczynek na leżaczkach, lub pyszna kawka na
      świeżym powietrzu, kończą się, mrożącą, jak nagły powiew zimy, konkluzją:
      - Cholera, jeszcze węgiel...
      W końcu nadchodzi ten dzień... Wszystkie silne, męskie ręce są na pokładzie,
      czyli na podwórku i czekają na dostawę najbardziej kalorycznego węgla pod
      słońcem, który tatko wybrał osobiście. Bo w odróżnieniu od nas - od razu widzi,
      który najlepszy i byle czego nie da sobie wcisnąć żadnemu sprzedawcy. No więc,
      front robót przygotowany, szufle czekają, kobiety chłodzą soczki i wodę
      mineralną, przygotowują plastry i wodę utlenioną (wyłącznie na wszelki wypadek)
      oraz sprawdzają, czy panowie mają nakrycia głowy. Gdyż, jak zwykle, zawsze w
      dzień dostawy węgla, żar leje się z nieba, jak wściekły...
      Wreszcie – jest! Wymarzona, wielka kupa czarnego szczęścia ląduje z chrzęstem i
      hurkotem na - wymoszczonym starymi chodnikami, żeby było czysto i miękko –
      podjeździe i ekipa rozładunkowa przystępuje do pracy. Pod czujnym okiem tatki,
      który choćby nie wiem co, nie opuszcza posterunku ani na chwilę. Z rzadko
      spotykaną energią uwija się między zmniejszającą się hałdą, a piwnicznym
      okienkiem, omijając migające szufle z gracją i zwinnością nastolatka. Gołym
      okiem widać, jak uszczęśliwia go każda grudka, spadająca w piwniczną czeluść i
      cieszy, jak dziecko, każda smuga węglowego kurzu, osiadająca na wszystkim bez
      wyjątku. A panujący rumor wręcz koi go i uspokaja, jak kołysanka.
      Zwykle w tym momencie, tradycyjnie i nieodmiennie od lat, dostaję leciutkiej
      głupawki i zwiększając całe zamieszanie, zaczynam robić za orkiestrę górniczą:
      wywijając miotłą, jak tamburmajor, w rytm szurających łopat, pełnym głosem
      zaczynam śpiewać przedszkolną piosenkę o górnikach, co to świdrem węgiel kruszą
      i o pociągach, które potem w świat go wiozą, aby nasze piece mogły grzać na
      złość mrozom. Brrrum-bum-bum, bum-bum, bum-bum...
      Tatko kwitnie, jak róży kwiat, łopatolodzy zasuwają w podskokach, a sąsiedzi
      mają darmowe przedstawienie. I wszyscy są zadowoleni i radośni, jak ptaszęta,
      że wreszcie koniec. Wreszcie ta czarna zmora przestanie nas dusić i spokojnie
      będzie można zająć się czymś innym.
      Aż do zimy, która zwykle wlokąc się bez końca, okrutna i zła, niesie z sobą
      kolejny problem dla tatki: wystarczy tego zapasu węgla, czy nie wystarczy?
      Zawsze wystarcza, ale o tym tatko daje się przekonać dopiero po ostatnich
      mrozach, gdy kolejna wiosna zaczyna szaleć za oknem, a cieplutkie słoneczko
      obwieszcza koniec sztucznego ogrzewania.
      I wtedy, po raz pierwszy pada, to niemal sakramentalne stwierdzenie, na które
      wszyscy czekamy:
      - Trzeba kupić węgiel.
      Czyli szczęśliwie przeżyliśmy zimę. Witaj cudowne, zielone i gorące lato!
      wink
      • asia.sthm Re: Opowiadanie pod tytułem: 01.07.06, 12:53
        Groho, Ty jestes Wielka Poetka..i moja ukochana poetka do tego
        Dzieki ci za ten wegiel, bo o istnieniu wegla prawie juz zdazylam zapomniec.
        smile)
        • groha Re: Opowiadanie pod tytułem: 01.07.06, 20:27
          Moja Babunia mówiła o takich: poeta, tylko głowa nie ta... smile) A mnie czasem
          nazywała po wschodniemu: "popłeta", czyli coś w rodzaju opowiadacza. Znaczy, że
          od małego gadać lubiłam raczej dużosmile)
          • asia.sthm Re: Opowiadanie pod tytułem: 01.07.06, 20:50
            ..a moja Babunia mowila karcaco, ze ja mam wielkopanskie zwyczaje..tylko do
            dzis nie zgadlam co miala na mysli wink)
            Twoja zas Babunia nie miala nic na mysli z ta glowa, raczej do rymu chciala
            zeby bylo wink)
    • the_dzidka Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 01.07.06, 21:50
      Przyjaciel mi opowiadał, dwie historyjki, i obie przytoczę, bo warte każdych
      pieniędzy smile

      W barwnych czasach studenckich pan ów imprezował u jakiegoś kolegi,
      wynajmującego pokój na stancji. Impreza rozkręciła się w najlepsze, dym pod
      czachami, nikt już nie zwraca na nic uwagi, no i któryś z pijanych chłopaków
      zostawił odkręcony kran w łazience, a może wąż od pralki wypadł z sedesu? Nie
      wiem. W każdym razie, po jakimś czasie ostry dzwonek do drzwi, całe towarzystwo
      rozbawione leci do drzwi, a tu na progu sąsiad z dołu, mikry, łysy inteligent w
      rogowych okularach, w piżamie w paski, i mówi cichutko:
      - Panowie, jestem zalany...

      Druga historia. W równie średnowiecznych latach siedemdziesiątych jechał ów
      Jurek z Krakowa do Przemyśla, gdzie miał zeznawać przed sądem w jakiejś tam
      sprawie. W okolicy Bochni chyba pociąg się wykoleił. Niegroźnie, nikt nie
      ucierpiał, ale ruch na trasie wstrzymany, po jakimś czasie podstawiono autobusy
      do najbliższej stacji, no ale wiedział już mój druh sedeczny, że z całą
      pewnością nie dotrze do Przemyśla na czas. Dojechawszy na ową stację, poszedł
      do zawiadowcy prosząc o zaświadczenie dla sądu, co się stało, i dlaczego nie
      mógł dojechać na rozprawę. Po czym otrzymał pisemko następującej treści:
      "Zaświadcza się, że obywatel Jerzy O. brał udział w wykolejeniu pociągu relacji
      Kraków - Przemyśl."
      Data, pieczęć, podpis.
    • minerwamcg Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 07.07.06, 19:13
      Znajomy miał w Krakowie knajpę. W piwnicach, dość rozległych. W jednym z lochów
      urządził sobie spore terrarium - węże, żaby, żmije, pająki-ptaszniki,
      jaszczurki wszelkiej maści, słowem - gadziaństwo. Aprowizację gadziaństwa
      załatwiał na własną rękę, m.in. jeździł do Lasku Wolskiego po zielsko. Pewnego
      razu zbierał mlecze w okolicy zoo. Zobaczył jakieś superpiękne okazy na wybiegu
      słonicy Kingi (żyła jeszcze wówczas), więc niewiele myśląc hop przez ogrodzenie
      i dalej zrywać. Kinga się wkurzyła, trąba do góry i startuje do niego. Zwiał,
      ale skacząc przez barierkę skręcił nogę. Dowlókł się jakoś do samochodu,
      dojechał na pogotowie, i tam rozegrała się następująca scena:
      - Gdzie pan sobie to zrobił?
      - W Lasku Wolskim.
      - Na rowerze?
      - Nie, u słonia.
      Lekarz lekko zbaraniał, ale pacjent nie wyglądał, jakby mu było do żartów.
      - Coś pan, k...wa, robił u tego słonia?!
      - Zbierałem kwiatki.
      - Po co?!
      - Dla moich jaszczurek.
      Lekarz już o nic nie pytał. Udzielił pomocy, a w rozpoznaniu wpisał: "zwichnął
      nogę skacząc do dołka".
      • asia.sthm Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 07.07.06, 22:41
        Piekna scena!
        Szkoda, ze nie zebral troche slonskiej kupy przy okazji.
        Slonski nawoz najlepszy pod roze i inne wymagajace rosty, szkoda, ze o tym nie
        wiedzial, moglby wtedy jeszcze ladniej zaimponowac lekarzowi.
        Cudne to !
      • dorka_31 Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 07.07.06, 23:07
        No nie mogę, ten wątek to jedna z cudowniejszych lektur!
        ...Przy tych jaszczurkach się popłakałam smile))

        I niech ktoś mi teraz powie, że życie nie jest bogatsze, niż wszystko co
        człowiek wymyśli....

        Miałam też coś tu wpisać, ale chyba sobie daruję. Tych jaszczurek to nic nie
        przebije wink)))
        • the_dzidka Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 07.07.06, 23:23
          Ależ wpisz!
        • minerwamcg Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 09.07.06, 18:51
          U nas w domu kiedy komentowało się czyjeś niepojęte zachowanie, cytowało się
          pana doktora: "coś pan k...wa robił u tego słonia?!"

          Popieram Dzidkę, wpisz koniecznie!
          • lylika Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 09.07.06, 19:01
            minerwamcg napisała:
            Popieram Dzidkę, wpisz koniecznie!
            Ja też popieram. Dorka, co z tym wpisem?
            • dorka_31 Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 09.07.06, 21:41
              Ochh, tego tam..... No zebrać się w sobie nie moge, bo to długie...
              Poza tym, jak już wspomniałam jaszczurek nic nie przebiję (jak sobie tylko
              przypomnę, to się zaczynam chichotać sama do siebiewink)

              Ale jak chcecie to macie, zacznę od krótszego.
              Było to w czasach moich studenckich. Jechałam do Warszawy jakimś późnym
              pociągiem, więc pewnie na jakieś spotkanie towarzyskie. Jazda pociągiem o tej
              porze nie jest ,miła, bo wagony prawie puste, ciemno za oknem, jakoś tak głupio
              się jedzie.
              W moim wagonie były może jeszcze ze 2 osoby, ale gdzieś z tyłu. Po drugiej
              stronie siedział jakiś facet, w stanie "mocno wskazującym". Gapiłam się więc w
              okno, żeby przypadkiem nie zwrócić na siebie uwagi. Mimo to, w pewnej chwili
              słyszę z jego strony takie ciche:
              - Proszę pani...
              Nikogo innego nie ma, więc musi to być do mnie, ale nie reaguję myśląc
              sobie: "może się zniechęci i da spokój".
              Ale on co i raz:
              - Proszę pani, proszę pani...
              Mój umysł pracuje coraz intensywniej: "Co robić?? Spojrzeć czy nie? Pijani
              różnie reagują, jak nie spojrzę będzie coraz bardziej natarczywy. Mogę pójść
              dalej, ale jak pójdzie za mną? A może on tylko o godzinę chce zapytać?"
              Zaryzykowałam i zerknęłam delikatnie.
              - Słucham?
              Wtedy on wyjął zza pazuchy damski pantofel na wysokim obcasie i zapytał:
              - Przepraszam, jak pani sądzi, czy ten bucik byłby dobry na panią?
              Zdębiałam kompletnie i w osłupieniu zaprzeczyłam stanowczo.
              Wtedy on podniósł się i chwiejnym krokiem przeszedł do następnego przedziału...

              Rany... Kopciuszka szukał, czy co?!?!
              smile)
              • lylika Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 09.07.06, 21:55
                I chciałaś to zachować tylko dla siebie? A nieładnie.
                Swoja drogą ciekawe czy miał tylko jeden?
              • g0p0s Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 10.07.06, 14:50
                To było krótsze, czekamy na dłuższe! Dłuższe, dłuższe, dłuższe!
                Co do przymierzania, to we wczesnej fazie radosnego handlu wszystkim i
                wszędzie, przechodziłem skrajem pl. Defilad, pełniącego wtedy funkcje handlowe.
                W pewnym momencie poczułem na sobie czyjś wzrok. Nie nieprzyjemnie, ale
                wyraźnie. Nie potrafię tego inaczej opisać. Popatrzyłem się w kierunku tegoż
                wzroku i zobaczyłem kobietę machającą do mnie spod jednego ze straganów.
                Podeszliśmy do siebie. Kobieta poprosiła mnie o przysługę - czy może do mnie
                przyłożyć kupowaną koszulę. Po prostu kupowała dla nieobecnego męża i mnie
                wyłapała jako modelasmile)
                • dorka_31 Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 10.07.06, 15:02
                  Widać podobny byłeś smile) Słyszałam już o takim kupowaniu.

                  Mój tata też kiedyś handlował książkami na bazarach (ale nie w Warszawie).
                  Czasami z nim jeździłam jak miałam wolne. Bywało śmiesznie. Czasem, jak handel
                  nie szedł, to wymyślaliśmy różne "triki". Np. jak małe zainteresowanie było, to
                  robiliśmy "sztuczny tłok", czyli sami oglądaliśmy swój towar (niekiedy sąsiedzi
                  wspomagali). No i nie raz działało. Zaraz ktoś się zatrzymał, potem jeszcze
                  ktoś zerknął i już ruch się robił. Wtedy szybko wracaliśmy na swoje miejsca i
                  doradzaliśmy zainteresowanym smile)
                • minerwamcg Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 10.07.06, 23:11
                  Kobieta poprosiła mnie o przysługę - czy może do mnie
                  > przyłożyć kupowaną koszulę. Po prostu kupowała dla nieobecnego męża i mnie
                  > wyłapała jako modelasmile)

                  Chciała sprawdzić, ile masz centimetry dlugo... szcza?
                  • g0p0s Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 11.07.06, 10:37
                    i szeroko szcza
                    Przed ostatnią historią Dorka napisała, że podaje krótszą, tak więc czekamy na
                    dłuższą.
                    • dorka_31 Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 11.07.06, 10:47
                      No żesz ty... Ale się uczepił!... wink))
                      • lylika Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 11.07.06, 15:28
                        dorka_31 napisała:

                        > No żesz ty... Ale się uczepił!... wink))
                        Ty się nie migaj tylko pisz.
    • lylika PODOBNO 11.07.06, 16:33
      No proszę, nawt tytuł sam się nadał. Jakieś licho siedzi.
      Zgodnie z zapowiedzią relacjonuję moje wczorajsze "występy" na arenie, rzec można, międzynarodowej. Przyjechała w niedzielę moja bratanica z Anglii. Przywiozła ze sobą narzczonego. Chcą zostać bo jemu się podoba w Polsce a jej w Anglii nie bardzo. Przywiozła ze sobą przyszłych teściów w charakterze furgonu dostawczego bo w jeden samochód klamotów nie zmieścili a teściowie mają vana. Ponadto teściowie byli bardzo ciekawi białych niedźwiedzi tudzież jurt mieszkalnych, odzienia ze skór itp. Byli też zainteresowani jak wyglądają miasta na dalekim wschodzie i zażądali wycieczki po Warszawie. Przyjechał też po 8 latach niebywania nasz przyjaciel Fin od zamierzchłych czasów zamieszkały w Szwecji. Zapadła decyzja. Idziemy zwiedzać Warszawę. Wszyscy koniecznie chcą zobaczyć, upał fraszka, teściowie mają 3 dni, Fin dwa, terminy gonią, idziemy.
      Ciotka na przewodnika. Ale co oni zrozumieją z mojego gadania? Wszystko ciociu.
      Ja będę tłumaczyła na angielski a tata /mój brat/ na szwedzki i gra muzyka.
      Wymarsz o 13-tej. Urwałam się z pracy. Lecę. Poznaję się z "teściami", obcałowuję przyjaciela. Jedziemy. Telefon. Bratanica natychmiast ma się stawić na rozmowę w sprawie pracy. Ciociu, to ja lecę. Postaram się dołączyć gdzieś po drodze.Tata będzie tłumaczył na szwedzki, Fin ze szwedzkiego na angielski.
      Trudno świetnie. Dojeżdżamy na plac Zamkowy. Telefon. Mój braciszek zapomniał o bardzo ważnym spotkaniu w ministertwie. Zaklął szpetnie i powiedział: muszę.
      Ja w obłędzie. Mam troje anglików i Fina. Oni: angielski, fiński, szwedzki i niemiecki. Ja: włoski, rosyjski, bułgarski, piąte przez dziesiąte angielski i piąte przez pięćdziesiąte niemiecki. Rozpacz w czystej postaci. A oni bardzo zaciekawieni o wszystko pytają jedno przez drugie. Chciałam zemdleć ale mi się nie udało. Dobra, idziemy do zamku. Tam są przewodnicy. A figa, jest dzień bezpłatnych biletów ale przewodników niet. Trudno dołączymy może do jakiejś wycieczki. Owszem, była, grecka! Koniec świata i okolic. Mówię we wszystkich znanych mi językach jednocześnie. Ręce mnie bolą od gadania. Jakoś poszło. A dalej: plac, kolumna, schody w dół, / a co to za pałac z boku? To pałac pod blachą - kurcze jak jest blacha? dłuższy wywód na migi, ok./ arkady Kubickiego,
      Kamienne Schodki, Rynek, katedra /wszędzie pytania, pytania, pytania/ Krakowskie
      pałac Prezydencki /kto to ten na koniu? to ten od tego pałacu co rysowałas na ziemi? patrzcie jacy pilni, jak zapamiętali co mówiłam/, Uniwerstet, Nowy Świat
      aż do placu Trzech Krzyży, bo NŚ 2 jest szkoła w której ma wykładać narzeczony.
      Tu mówię: przerwa, idziemy do kawiarni, nazywa się "Podobno". !0 minut nam zajęło ustalenie słowa: podobno - they say. Nie mam pojęcia jak do tego doszliśmy. Miejsc w ogródku nie ma więc czekamy. Muszę ich zabawiać. I tu sprawdziło się powiedzenie, że "jak pan Bóg chce kogoś doświadczyć to mu rozum odbiera". Mnie odebrał. Zaczęłam od tego, że 22 lipca mamy zebranie Towarzystwa.
      Jakiego? No to mówię...? Nie, nie mówię, usiłuję przetłumaczyć nazwę. Słowa znam ale oni nic nie rozumieją. A co ono robi to Towarzystwo? Jaki ma statut? Nic nie robi, książki czyta, nie wiem czy ma statut, piszemy sobie. To czytacie czy piszecie? Jedno i drugie. I co jeszcze? Spotykamy się. A co to za książki, o czym? Różnie, kryminalne, biograficzne no różne, ogólnie raczej satyryczne, polegające na dowcipie słownym. To coś opowiedz! Po jakiemu??? Jak chcesz bylebyśby zrozumieli. Koniec. Dostałam "głupawki", przypomniały mi się wszystkie naraz najśmieszniejsze fragmenty z książek Gurui, spłakałam się ze śmiechu tak,
      że goście byli zaniepokojeni - chociaż to flegmatyczni anglicy.
      Uratowało mnie jednoczesne dołączenie bratanicy i brata. Przetłumaczyli wszystko czego nie umiałam powiedzieć na trasie wycieczki ale o tłumaczeniu wszystkiego co dotyczy Towarzystwa i książek Gurui też mogli zapomnieć. Nie da się.
      W kawiarni nie byliśmy, bo miejsc było prmanentnie brak.



      • asia.sthm Re: PODOBNO 11.07.06, 16:41
        to jest CUDNE!! i nie podobno, ale na najprawdziwsza prawde
        smile))))))))))))))
      • dorka_31 Re: PODOBNO 11.07.06, 17:51
        No cóż, po prostu miałaś tzw. urozmaicony dzień... wink)

        U mnie też czasem zdarząją się różne "atrakcje" przy okazji przyjmoawnia gości.
        Najlepszą miałam, gdy przyjechała kuzynka mojego męża. Od lat ich zapraszał,
        ale nigdy nie mieli czasu. No i na raz znależli. W środę zadzwonili, że w
        czwartek wieczorem się stawią i pobędą do niedzieli. Całą rodzinką - kuzynka z
        mężem i dwie prawie dorosłe córki. Rany, jakoś trzeba się przygotować! Wzięłam
        piątek wolny, mając cichą nadzieję, że oni sobie gdzieś pójdą, a ja będę miała
        czas coś tu zrobić. Problem z noclegiem szczęśliwie załatwiła moja mama, która
        w piątek wyjeżdżała do ciotki do Łodzi i pozwoliła nocować u niej. Ale i tak
        byłam zdenerwowana tym wszystkim. Z mężem mieszkamy we dwójkę i nie jestem
        przyzwyczajona do goszczenia tylu osób w domu dłużej niż 2 dni. Zakupy
        zrobiliśmy jak dla kompanii wojska (a i tak potem wymykaliśmy się cichcem, to
        wieczorem, to rano, bo czegoś tam zbrakło). Goście oświadczyli, że w piątek
        jadą pozwiedzać Warszawę. No super - jest dobrze! W ciągu dnia poczyniłam
        przygotowania kulinarne. Po południu zaczęło się chmurzyć. Coraz bardziej
        chmurzyć... wreszcie lunęło. Ale jak! Dosłownie ściana wody i szaro za oknem.
        Czegoś takiego od lat nie widziałam. Zerknęłam na zegarek. Akurat mama powinna
        do pociągu wsiadać... Nie zapytam się czy wsiadła, bo nie ma komórki, muszę
        uzbroić się w cierpliwość aż dojedzie. Zaczęło grzmieć. Coraz bardziej.
        Wreszcie gruchnęło porządnie i światło zgasło. No nic, zdarza się. Pewnie zaraz
        włączą... Minęło trochę czasu i nic. Burza przeszła, wyjrzałam przez okno i
        widzę jakieś zbiegowisko obok bloku naprzeciw. Okazało się, że piorun trafił w
        drzewo, a ono przewróciło słup elektryczny. Jest wieczór, nie wiadomo kiedy
        naprawią. Rany boskie - lodówka mi się rozmrozi!!! Chwilę potem zadzwonił mąż.
        Rodzinka bawiąca w Warszawie dzwoniła do niego, że gdzieś tam rąbnęło w tory i
        pociągi nie jeżdżą. Oni już zdążyli wsiąść i tkwią teraz gdzieś za Pruszkowem
        (do tego zmoknięci jak nie wiem co). Nie wiadomo jak długo jeszcze, więc on tam
        po nich pojedzie. Odwiezie ich do swojej mamy, bo tam bliżej, więc wrócą
        później. Krzyknęłam mu jeszcze, żeby kupił świeczki, bo u nas zaciemnienie, a
        ja mam tylko jedną. W międzyczasie próbuję dzwonić do ciotki do Łodzi -
        dojechała ta mama czy nie. Cisza, nikt nie odbiera. Po jakiejś półtorej
        godzinie wreszcie się dodzwoniłam. Dojechała zmoknięta z opóźnieniem godzinnym,
        na szczęście czekała na nią zdenerwowana ciotka. Siedziałam sama w ciemnościach
        do późnego wieczora. Wreszcie dotarli i atrakcje się skończyły. Dla mnie, bo
        dziewczyny (które, jak uzgodniliśmy, będą spać ze mną u mamy), miały niezły
        ubaw chodząc ze świeczką, w ciemnościach po obcym miezkaniu (mama mieszka obok,
        więc tam też nie było prądu).

        I tyle. Jak widać, bywa że różne zdarzenia lubią się zbiegać w czasiesmile)
        • groha Re: PODOBNO 11.07.06, 21:20
          Piękne te Wasze scenariusze, po prostu - pięknesmile)
          Jako poliglotka mocno niedouczona, wyobraziłam sobie tę gimnastykę językową
          Lyliki i aż się lekko spociłam z wrażenia... smile) Ale też uśmiałam się zdrowo,
          za co dziękuję Wam bardzo.
      • lylika Re: PODOBNO 11.07.06, 21:53
        Teraz zobczyłam, że Anglikom "zabrałam" dużą literę /nie licząc innych literówek, braków przecinków itp/. To nie było zamierzone. Polubiłam ich.
        Za to, że byli tacy "upierdliwi" i się tak o wszystko dopytywali. Muszę sobie jeszcze niektóre daty powtórzyć bo jutro przychodzą na kolację.
        • dorka_31 Re: PODOBNO 12.07.06, 08:21
          Lylika, zapomniałam Ci jeszcze powiedzieć, że podziiwiam Twój talent językowy.
          Ja tylko trochę angielski i trochę rosyjski. W takiej sytuacji jak Twoja cyba
          uciekłabym z krzykiem. Wystarczyło, że na weekend miałam koleżankę z Finlandii
          i już było to dla mnie ciężkie przeżycie lingwistyczne...wink)
          • lylika Re: PODOBNO 12.07.06, 09:36
            dorka_31 napisała:

            > Lylika, zapomniałam Ci jeszcze powiedzieć, że podziiwiam Twój talent językowy.

            To bardzo gruba przesada. Włoski owszem, jeszcze się całkiem dobrze kołacze.
            Rosyjski i bułgarski, latami nieużywane, zardzewiały i mocno zmniejszyły swój zasób. Angielskiego uczyłam się w życiu przez 5 miesięcy, tak chyba w V klasie,
            tyle że się go stale słyszy wokół. O niemieckim wstyd mówić, pięć lat nauki i zero sukcesu. Orzeczenie na końcu zdania przekracza moje zdolności no i ta awersja wyssana z mlekiem matki zrobiły swoje. No i pamięć nie ta. Z językiem to nie tak jak z rowerem, nauczysz się i nie zapomnisz. To tylko język ojczysty zapamiętujesz na całe życie. Chociaż jak słyszę czasami w tv Polaków, którzy wyjechali z kraju 5-10 lat temu, to się zastanawiam czy oni kiedykolwiek mówili po polsku. Reasumując z moją znajmością języków obcych jest zawstydzająco źle
            a nawet jeszcze gorzej. Dlatego tak się umordowałam z tym "ja chcieć, ja mieć".
            Tym bardziej, że w części chodziło o tłumaczenie tekstów Gurui.
            No powiedz po angielsku: "pani biała glista proszę won takoż" czy "cała kadłuba
            była w cieniu" a wreszcie niech Anglik zrozumie o co chodzi jeśli mu nawet prawidłowo przetłumaczysz " kał basa i mocz tenora".
            • dorka_31 Re: PODOBNO 12.07.06, 11:30
              I tak jestem pod wrażeniem. Teraz tym bardziej, że dałaś sobie radę smile)
              A co do takich gierek językowych, to sądzę, że raczej nie jest to
              przetłumaczalne. Nawet wybitny znawca musiałby się chyba namęczyć, żeby
              wytłumaczyć w czym tkwi cały ten niuans.

              Dygresja: kilka dni temu pewien znajomy internetowy napisał mi, jak oprowadzał
              grupę znajomych anglików po kościele w Kazimierzu (a on studiował anglistykę,
              więc język zna), no i najpierw miał problem jak przetłumaczyć "kościół farny",
              a potem okazało się, że wewnątrz była wystawa kurdybanów. Tu całkiem wymiękł,
              bo nie dość, że po polsku nie bł pewien czy dobrze wie co to jest, to oni
              jeszcze żądali od niego angielskiego tłumaczenia... wink)

              Dygresja2: zaś ja miałam największy problem jak kiedyś chłopak z Brazylii
              napisał do mnie (po angielsku, rzecz jasna), żeby mu wytłumaczyć jak wygląda
              śnieg, bo on nigdy w życiu nie widział...
              • asia.sthm Re: PODOBNO 12.07.06, 11:54
                kiedys maly chlopczyk slyszac ,ze mowie plynnie po angielsku postanowil mnie
                sprawdzic:
                - Ciociu, czy ty znasz _cały_ (z naciskiem na cały) angielski ???
                - Tak - naklamalam dziecku bezwstydnie bez zmuzenia okiem.
                - Cioociuu ? to jak bedzie po angielsku: raszka ??

                Do dzis mi sie ta raszka potrafi przysnic i straszy..
                • g0p0s Re: PODOBNO 12.07.06, 12:16
                  A co to jest raszka? Jakiś robal?
                  • dorka_31 Re: PODOBNO 12.07.06, 14:00
                    g0p0s napisał:

                    > A co to jest raszka?

                    Raszka, inaczej rudzik. Tu możesz sobie obejrzeć i doczytać resztę:
                    pl.wikipedia.org/wiki/Rudzik
                    • asia.sthm Re: PODOBNO 12.07.06, 14:44
                      No widzicie smile)))))
                      zeby takie cudo nie ptaszek umialo robic za mare nocna !!
                      NIE KLAMAC NIGDY DZIECIOM, bo nosem wyjdzie i bezsennoscia smiertelna
                      grozi smile)) Strasznie sie wtedy wslydzilam przed dzieckiem.
                      Dziecko wyroslo na dociekliwego, uroczego faceta.
                      Wszystko mi wybaczyl...przypuszczam wink

                      PS.
                      jak ktos spotka raszke to niech pozdrowi ode mnie. Tutaj nie widzialam, albo
                      nie rozpoznalam, albo schodza mi z drogi..albo co
                    • edeka5 Re: PODOBNO 12.07.06, 15:39
                      A mi raszka skojarzyła się z jaszczurką. Chyba raczej to traszka.
                      A rudzika znam i widziałam.
                      • asia.sthm Re: PODOBNO 12.07.06, 15:56
                        ...to spytaj go przy okazji jak sie po angielsku nazywa, bo ja nadal nie wiem.
                        Wiedza mi sie posunela ,ale nie do konca.
                        • dorka_31 Re: do Asi 12.07.06, 17:02
                          asia.sthm napisała:

                          > ...to spytaj go przy okazji jak sie po angielsku nazywa, bo ja nadal nie wiem.
                          > Wiedza mi sie posunela ,ale nie do konca.

                          Sprawdziłam w słowniku. Rudzik (raszka) to po angielsku to robin smile)
                          • asia.sthm Re: do Asi 12.07.06, 17:09
                            Dorko dzieki !

                            Ludzie jaka ja na tym forum wiedze zdobywam!
                            Cwierc wieku czekalam ..az sie doczekalam smile))))))
                            Raszka to robin. Ciekawe dlaczego sama na to nie moglam wpasc, przeciez to sie
                            wlasnie tak kojarzy wink
                            Juz wiem: rudzika mi po drodze zabraklo i dlatego tak fatalnie mi wyszlo.
                            Dzieki Dorko, jaki ja teraz madry czlowiek jestem.
                            Niech mnie jakies dziecko zapyta o raszke, to ja bez sekundy zastanowienia
                            powiem: robin.. i dodam ha! ha! ha!
                            • lylika PODOBNO 2 13.07.06, 23:57
                              Wczoraj zwizytowała mnie moja grupa, pomniejszona o Fina, który już wyjechał i tylko telefonicznie był z nami przez chwilę. W planie 10 osób. Zgryz miałam od początku. Co podać? Nie znam zbyt dobrze angielskich upodobań kulinarnych a jeszcze doszły "fanaberie" młodych. Przestali jeść mięso, a ponadto narzeczony nie lubi: ryb, grzybów, jajek. Rozpacz w kratkę. Poradziłam sobie tak: wstałam o piątej, usmażyłam 60 naleśników, nadziałam farszem mięsnym-dla mięsożenych, pieczarkowym-dla bezmięsnych dopuszczających grzyby, szpinakiem-dla bezmięsnych i bezgrzybowych oraz, dla bezpieczeństwa, twarogiem-dla tych co będą wybrzydzać przy pozostałych. To wszystko pod beszamelem, pod tartym serem lub pod masełkiem z rumianą bułeczką. Na wszelki wypadek schładzałam intensywnie serki camembert
                              żeby je, panierowane w jajku i bułeczce, usmażyć i podać z żurawiną tym, co będą
                              wybrzydzać na naleśniki. Na pierwsze: chłodnik z truskawek z groszkiem ptysiowym, poziomkami i kremem z bitej śmietany. Na deser mój popisowy sernik.
                              Wszystko się udało -o dziwo-, goście jedli, nie dość że nie wybrzydzali to mlaskali i przewracali oczami w zachwycie. Pochłonęli chłodnik, naleśniki i sernik. Podziękowali za camambbert. Czułam się cudownie. Do czasu. Po kolacji rozmowa natychmiast zeszła na to Towarzystwo, którym byli mocno zaintrygowani i chcieli koniecznie więcej szczegółów. Nie czułam jeszcze wielkiego niebezpieczeństwa mając przy sobie bratanicę, brata, który też nieźle
                              "duka". Goście zażądali informacji czy mam jakieś książki tego Guru w damskim wydaniu a która swoimi kasiążkami doprowadziła dużą grupę ludzi do zawiązania organizacji czytająco-piszącej. Odpowiedzałam, że mam i pokazałam mój zbiorek
                              książek Gurui.
                              img128.imageshack.us/img128/7506/060713biblioteka0119gd.jpg
                              Wyciągnęli wszystkie po kolei, oglądali niemal pod światło, szukali obrazków /tu największe zainteresowanie budził "Pafnucy", chociaż się nieco dziwili/ i kategorycznie zażądali odnalezienia fragmentów, które mnie doprowadziły do
                              "głupawki łzawej" i jak najwierniejszego tłumaczenia. Pociliśmy się, wyczyniali akrobacje słowne, poszły w ruch wszystkie posiadane słowniki. Przy niektórych bardziej udanych frazach błąkało im się nawet coś na kształt uśmiechu a raz nawet głośno się zaśmiali po fragmencie z Lesia: "nie ma słonia". Wyszli dziękując za "cudowny" wieczór i twierdząc, że jeszcze się nigdy tak nie ubawili.
                              Ja jednak mam wrażenie, że było to tak jak z Ałłą Pugaczową. Ona w czasach największej popularności koncertowała w całym Związku Radzieckim. Między innymi
                              w Karelii. Tamtejsza publiczność, nie znająca rosyjskiego, siedziała cały czas w grobowym milczeniu, chciaż Ałla dokonywała cudów pantomimy, żeby im te piosenki jakoś przybliżyć. Na przykład przy piosence "Wsio mogut koroli" kiwała na boki dłonią zza głowy chcąc unaocznić, że ma koronę. I tu stał się cud. Publiczność się nieomal rozszalała i mocno biła brawo. Po koncercie Ałła pytała przez tłumacza o wrażenia. Publiczność odpowiadała, że wszystkie piosenki były ładne ale najładniejsza ta przy której klaskali. Ta o reniferze.
                              No cóż, moi goście też się podobno dobrze bawili. Podobno!
                              • nchyb Re: PODOBNO 2 14.07.06, 00:14
                                > umacza o wrażenia. Publiczność odpowiadała, że wszystkie piosenki były ładne
                                al
                                > e najładniejsza ta przy której klaskali. Ta o reniferze.
                                > No cóż, moi goście też się podobno dobrze bawili. Podobno!
                                Ty o reniferze nie śpiewałaś, a co oni z Lesia zrozumieli toich sprawa. Grunt,
                                ze wszyscy zadowoleni byli smile)
                                A z tym posiłkiem - to mi zaimponowaa. Zeżarłabym wszystkie bezmięsne
                                naleśniki. Z radością. smile
                                • lylika Re: PODOBNO 2 14.07.06, 00:33
                                  nchyb napisała:
                                  Zeżarłabym wszystkie bezmięsne
                                  > naleśniki. Z radością. smile
                                  Serdecznie zapraszam. Lubię gotować, może niekoniecznie w taki upał, ale lubię.
                                  W kazdym razie mogę służyć wszystkimi przepisami. Są proste, wymagają tylko dobrych produktów i serca do pichcenia.
                                  • asia.sthm Re: PODOBNO 2 14.07.06, 00:45
                                    Lyliko , to bylo zapierajace dech w piersiach przyjecie.
                                    Zdaje sie ze pobilas moj nalesnikowy rekord zarowno w ilosci jak i wykwintnosci.
                                    Ja sie nasmazylam naleznikow dla calej licznej dzieciarni na trzy patelnie i do
                                    nich byl tylko dzem i bita smietana. Tak sie tu jada i cale moje szczescie, bo
                                    ja serca do garow nie mam...

                                    Hmm, czyli mozemy uznac, ze nasze TWCH jest juz znane wsrod innych narodow bo
                                    ja tu tez propaguje na pare frontow, jakoz takoz nie kulinarnie i dobrze.
                                    Jak mnie zdenerwuja to wymionko przyrzadze po swojemu..tylko nie wiem skad ja
                                    wymionko wezme.
                                    smile)))
                • karawoj Re: PODOBNO 12.07.06, 12:28
                  co to jest raszka?
                  • groha Re: PODOBNO 12.07.06, 13:45
                    karawoj napisała:

                    > co to jest raszka?

                    Ptaszek taki. Ślicznie śpiewający. Po ptasiemu. Nie wiem, czy po angielsku teżsmile
              • g0p0s Re: PODOBNO 12.07.06, 12:15
                Co do 2: Jak by wyskrobał z zamrażalnika szron i wyobraził sobie, że to spada z
                nieba i jest tego dużo...
                • dorka_31 Re: PODOBNO 12.07.06, 12:23
                  No niezupełnie... A płatki sniegu? I ze każdy jest inny, że snieg może być
                  puszysty albo właśnie taki grudkowy, że czasem tworzy zaspy itp. No i
                  oczywiście wymyśleć to wszystko po angielsku!... wink)
    • asia.sthm Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 29.06.07, 13:55
      Podbijam , bo podejrzewam ze troche nowych sie nazbiera.
      smile
    • groha Re: Scenariusze, jakich człowiek sam nie wymyśli: 29.06.07, 14:06
      Hihi, Asiu, odgrzebujemy starocie i robimy powtórki, jak nasza TVP w czasie
      kanikuły? Też to lubię, nie ukrywam smile)
      • eulalija Taki trochę koszmarny 29.06.07, 14:17
        Lata temu, zimową porą, moja Ciota, odwalona na wielki dzwon, wychodziła z
        mężem i synem z domu. Coś ją zastopowało, doszła do wniosku, że jest za zimno,
        wróciła się, zdarła z głowy elegancki kapelusz i założyła coś, najbardziej
        przypominało czapki brytyjskich wartowników.
        Poszli między blokami do samochodu. Nagle zleciał jej na głowę słoik z
        zawartością, taki mniej więcej 1/3 l. Gdyby była w kapeluszu, to chyba byśmy
        mieli pogrzeb w rodzinie. Nawet guza nie miała smile)
        • eulalija I taki mniej koszmarny 29.06.07, 22:14
          Zerkam na mecz.
          - rotacyjna piłka awansująca
          - ściągnięty atak
          - ugotowaliśmy Bułgarów
          - widzowie Polsatu otwartego.

          Jak bym tydzień myślała to może bym wykombinowała.


          A tak nawiasem to właśnie znowu (kurczę, to już się nudne staje smile)))
          wygraliśmy!!!
          • lylika Re: I taki mniej koszmarny 29.06.07, 22:20
            eulalija napisała:
            > - ugotowaliśmy Bułgarów
            ...
            No i bardzo dobrze. Zachowywali się jak dzicz. O widzach mówię i realizatorach telewizyjnych.
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka