Dodaj do ulubionych

Najbardziej zniszczona

19.02.07, 10:08
Pociągnieta przykladem odszukałam Klina, by stwierdzic, ze wyglada najgorzej
w Chmielewskozbiorze. Okladka jeszcze niezgorsza, ale zawartosc luzem,
wymieszana dowolnie w dodatku czesciowo sie chyba topila w kawie. Czytalam
czesto, ale bez zbytniej przesady. Do Studni zagladalam czesciej i sa piekne.
PS. Wiem, ze publikujecie tu swoja tworczosc, czy:
- osoba zsympatyzowana, niezalegitymizowana moze tez?
Obserwuj wątek
    • lylika Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 10:15

      vivictoria napisała:
      > PS. Wiem, ze publikujecie tu swoja tworczosc, czy:
      > - osoba zsympatyzowana, niezalegitymizowana moze tez?
      ...
      Oczywiście, i to migiem. smile))
      • vivictoria Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 10:17
        Pytanie z gatunku, co slepemu po oczach: jak?
        • lylika Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 10:18

          To zeleży co chcesz opublikować.
          • vivictoria Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 10:25
            Może najpierw kawalek, tego sporo jest, a moze okazac nie niestrawne, boje sie!
            Bez zadnej kokieterii!
            • lylika Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 10:27
              Jeśli tekst to wal w tym wątku, cały lub w kawałkach - jak chcesz. Jeśli zdjęcie to masz adres Wisiala, tam jest wszystko opisane jak wieszać.
              forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=14722&w=46991543&a=49965004
    • vivictoria Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 10:36
      Wole bac sie krocej. To sa fagmenty, robocze mozna powiedziec, bo pisane z
      potrzeby chcwili, opiewajace moje wlasne doswiadczenia, ale wszelkiego
      podobienstwa do autentycznych wydarzen wypieram sie ze wszystkich sił z wielką
      obludą
      Natomiast nie wypieram sie pisania pod Guruę, to było pisane dla Przyjaciół,
      zaprzysięgłych fanów. Ludzi tych poznałam dzięki Joannie Chmielewskiej, to jest
      wręcz epopeja, ale to innym razem o tym.


      1.Introdukcja

      Dojrzałam w zimie. Dwa tygodnie przed Bożym Narodzeniem zima namyśliła się i
      runęła śniegiem, zionęła mrozem. Mróz całkiem, całkiem około 18 celsjusza,
      minus i wichura. Patrzyłam z niepokojem: kiermasz miał się odbywać w namiocie,
      ogrzewanym i głupio w to uwierzyłam. Moja wiara opierała się na cenie - słonej,
      za stoisko, które było boksem o trzech ścianach, w które nie można było wbić
      gwoździa, ani zniszczyć w żaden inny sposób, pod groźbą kary. Namiot był
      olbrzymi, rozbito go w centrum miasta. Nadzieja tryskała z każdego szczęśliwca,
      który tam wykupił miejsce.
      Na samym początku udałam się do organizatorów. Nie lubię jak mi nad głową wisi
      coś potwornie ciężkiego - tym razem to był śnieg na namiocie, który dziwnie się
      zaczął zapadać. Okazało się później, że nie była to moja ostatnia interwencja.
      Nie zwracając uwagi już na nic urządziłam swoje stoisko, byłam dumna ze swojej
      pomysłowości! Dołączyła do mnie Wiola, ze swoimi rzeźbami i poczuciem humoru.
      A następnie zaczęłyśmy czekać na klientów... Urozmaicając owo czekanie różnymi
      atrakcjami, a także poznając sąsiadów z namiotu. Sami rękodzielnicy.
      Zapoznawanie przebiegało w swojskiej atmosferze - na terenie kiermaszu było
      także stoisko z nalewkami, więc łatwo zgadnąć.
      Na początku byłam szalenie obowiązkowa, grzecznie stałam w gotowości służenia
      klientom. Przybierałam przyjemny wyraz twarzy, który jednakowoż szybko, bo po
      trzecim razie "Silent Night" , przeobrażał się we wściekły grymas. Kolędy
      leciały z głośnika nad moim stoiskiem i zepsuć się go nie udało mimo wielu
      podstępnych prób. Dwa tygodnie kolęd o natężeniu ryku! Kolejna interwencja,
      głośnik ryczał nieco ciszej, mogliśmy wreszcie rozmawiać.

      2. Zamarzam

      Chudy z biżuterią naprzeciwko. Lekko nie miał, żadnych ścian, nic dla osłony.
      Spacerował, chodził tyłem, żeby z oczu nie stracić swojego stoiska. Z nudów
      gapiłam się na to srebro, mogłam mu zrobić remanent z pamięci. Jasne, że się
      nudziłam!
      Pierwszego dnia nic nie sprzedałam i tylko tego dnia stałam karnie "na
      stoisku", spięta i gotowa spełniać życzenia klientów. Pod wieczór już
      wiedziałam, że ich nadejście sygnalizuje tupanie na drewnianej podłodze
      namiotu. Tupanie słychać bylo z rzadka... a jak już to były kroki innego
      stoiskowicza...
      Obok Pruwiańczycy z kolczykami od 4zl w górę i innymi egzotycznymi atrakcjami.
      Oni też czekali.
      Sonia, żona gancarza, jedynego tu artysty ludowego, którego ceremika miała
      klasę i urok minionych wieków. Od pokoleń przyszły te wzory, proste, przaśne,
      swojskie.
      Kucharz - handlował bombkami, sztuczymi choinkami i wszelkimi ozdobami. On
      jeden był zajęty cały czas. Ubierał okazałą choinkę, cyzelując, rozwieszając
      precyzyjnie i symetrycznie dekoracje, aż któregoś dnia już nie bylo miejsca.
      Dmuchawa zionąca czymś w rodzaju ciepłego powietrza pracowała fanaberyjnie.
      Podłoga była na wspornikach, kilkanaście centymetrów nad ziemią, przez szpary
      wiało żywym mrozem, stanie bez ruchu groziło tym, co przeżyłam owego pierwszego
      dnia. Stałam, zamyślona, starając się nie słuchać kolęd, czujna bo a nuż
      klient??? Chyba trwało to trochę długo? Chciałam zrobić krok do przodu i w
      półwypadzie zernąć, czy są ludzie. Nie mogłam! Nie mogłam oderwać nóg od
      podłogi! Zszokowana nie rozumiałam zjawiska. Właśnie nadeszła Wiola, by mnie
      zmienić na chwilę.
      - Wariatko, ty przymarzłaś! - zawołała z wielką uciechą. - Tu trzeba dać
      ściółkę - chichotała, po tym, jak wreszcie mnie oderwała z trzaskiem od
      podłoża.
      Natępny trzask - to pękły z hukiem podeszwy moich glanów.

      3. Kiedy zamarza mózg

      Do domu dotarłam autobusem, ponieważ obie z Wiolą, doszłyśmy do wniosku, że nie
      mamy żadnych zasług, by wracać taksówką.
      Następnego dnia już wiedziałam co mnie czeka: ubrana tak, że można mnie było
      toczyć po jezdni, zjawiłam się w hali namiotowej i nagle poczułam się wśród
      swoich! Tak samo odzianych, do wszelkiej przesady grubo, ludzi. Niektóre
      kobiety frywolnie pokazywały (niektórym) spodnią ciepłą bieliznę z nogawkami,
      zapewne bezlitośnie zdartą z własnych, lub cudzych babć.
      Nagle wszyscy wyzbyli się hamulców i obaw przed głupimi posądzeniami, tudzież
      wszelkiego wstydu i stoisko firmowe z nalewkami zaczęło znakomicie prosperować
      od poranka. Co bardziej zaradni produkowali herbatę góralską, która skutkowała
      krasnymi licami, ale działała krótko.
      Żeby coś robić nieustannie i wielce dekoracyjnie układałam towar: przepiękne
      szydełkowe obrusy mojej kuzynki, haftowane białe obrusy znajomej, wielkie
      narzuty patchworkowe, haftowane i aplikowane moje. Bardzo dumna byłam ze
      specjalnej kolekcji dzianin, także produkcji własnej, szczególnie z sukienek.
      Miałam także mase drobiazgów: szmaciane lalki, stroiki, anioły, biżuterię,
      torebki, a także - wstyd wyznać, troche dupereli za kilka zeteł, dla dzieci na
      przynętę. Taka piłeczka na przykład: przejrzysta kolorowa, jak się odbila od
      ziemi zaczynała pulsować światełkiem - 5zł a tyle radości!
      Rzeźby Wioli... nie mogłam ich dyskryminować upychając pod ladą, choć miałam
      szczerą chęć... Wiola pomagała mi, dzięki niej mogłam wyskoczyć i spożyć ciepły
      posiłek.
      Wiola przytargała z domu "ściółkę" pod nogi - była to wielka mata z łazienki,
      dzięki niej nie przymarzałyśmy do podłoża.
      - Teraz możemy się czuć jak w oborze - oznajmiła radośnie - zimny wychów!
      Sonia patrzyła na stoisko z upodobaniem.
      - Taki obrus sobie kupie, jak coś sprzedam - westchnęła.
      - A co, nic? - zapytałam.
      - Nic.
      Zdenerwowałam się!!! Z tego zimna zgłupiałam i zapomniałam o sprzedaży
      aktywnej. Z piłeczką w ręku wybiegłam przed swój stragan. Zaczęłam się bawić:
      bum, bum, bum...! Rezonans niósł odgłosy po całym namiocie. Po chwili już stało
      całkiem sporo gapiów ale ani jednego dziecka!!!!
      - Poproszę dwie takie piłeczki - usłyszałam naraz męski głos.
      Ze zdenerwowania nie mogłam znaleźć specjalnie naszykowanych reklamówek z
      czerwonym krasnalem z workiem prezentów. Zainkasowałam 10 złotych i dopiero
      wtedy spojrzałam na faceta. Cholerka! Całkiem przystojny!
      - Ładne ma pani rzeczy, napewno coś tu jeszcze kupię - uśmiechnął się czarująco
      doprawdy.

      4. . Wstydze się

      Klient odszedł tupiąc eleganckim obuwiem, a ja spłonęłam. Uświadomiłam sobie
      jak wyglądam! Jak idiotka okręcona dookoła szmatami. No nie, żadna kobieta
      tego nie zniesie!
      - Wiola, bierzemy taksówkę! - wrzasnęłam późnym wieczorem.
      Taksówka kosztowała 13 złotych ze wspaniałomyślnym 50-cio groszowym napiwkiem.
      - Mamy deficyt - rechotała Wiola gramoląc się niezdarnie i wysiadając.
      Zapowiedziałam jej, że robię się na bóstwo, że nie będzie żadnych dziewczynek z
      zapałkami!!!

      Nazajutrz spóźniłam się! Brnęłam po głębokim śniegu, weszłam do namiotu wraz z
      dużą grupą klientów.
      -Ooo!!! - Aaa!! - słyszałam wraz z powitaniami.
      Miałam na sobie mamy futro, wykopane z zapomnienia, nagle świetne i
      eleganckie! O innych zaletach mogłam przekonać się pod koniec dnia... było
      rozkosznie ciepłe!
      Futro miało kaptur, nie musiałam wciskać na głowe czapki i wyglądać łyso.
      Dotarłam do stoiska i zamarłam: Wiola sprzedawała coś!!!! No i wyglądała!!!
      Stanęła na wysokości zadania: wprodukowała sobie na głowie koafiure, że nie
      sposób było nie zauważyć.
      Udałam, że nic nie widze, zaprzestałam oddychać, przemknęłam do Soni. Siedziała
      z miną zrezygnowaną wśród przepięknych glinianych garnków i wazoników.
      - Nic? A pytają przecież? No to jest początek - dodałam na pocieszenie.
      Wszyscy tak mówili i czekali..
      - Sprzedałam!!
    • vivictoria Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 10:37
      - Co?! - chciwie spytałam.
      - Anioła, torebkę małą, tego drewnianego ptaka i malutką serwetkę - powoli i z
      namaszczeniem wyliczała.
      Oszałamiający sukces pod postacią 35 złotych został uczczony godnie i zbiorowo.
      Stoisko z nalewkami prosperowało i kwitło.
      Nie miałam humoru. Nie tak mialo być, do czorta!!!! Po raz tysiac dwunasty
      poprawiałam towar, nadsłuchując kroków klientów.
      - Dobry wieczór! Czy mogę objrzeć tego kota? - czarujący nieznajomy był znów
      szalenie elegancki.
      Podałam mu kota z godnością, jakby to była szczerozłota rzeźba, a nie kicz
      dużej klasy.
      Obejrzał. Oddał. Podziękował.
      - To ja może jutro zajrzę - rzucił, sklonił się i oddalił.
      Wściekła wyskoczyłam za nim i zrobiłam zamach symulując kopniaka w .... i w tym
      momencie on się obejrzał!!!
      • lylika Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 10:39

        Stanowczo za mały ten "kawałek". smile))
        • vivictoria Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 10:41
          To najwiekszy komplement jaki można usłyszeć! Dzięki wielkie!
          • asia.sthm Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 11:02
            O moj Boze !
            Ja pragne wiecej!
            Na wdechu jestem i pekne. Co z tym zatrzymanym kopem ? Pomogl ?

            Jakie to piekne! I jak ja kocham jarmarki!
            Oooo!
          • asia.sthm Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 11:05
            Vivictorio dawaj wiecej !
            Ja lece teraz do okulisty sprawdzic czy cos widze czy juz przestalam. Nie wiem
            jak sie na tym sprawdzaniu skupie.
            Wielka buzka za fajny poniedzialek.
    • groha Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 11:55
      Vivictorio, i co, i co dalej z tym nieznajomym? Wykupił w końcu wszystko i...??
      Poproszę szybko o całość. Ja już nie mam nerwów do tego wiecznego czekania na
      dalsze ciągi i użerania się o każdy smakowity kąsek, naprawdę. A Twój jest taki
      apetyczny, że proszę o natychmiastową dokładkę, jużsmile
    • 36krzysiek Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 12:40
      Uważaj Vivictoria! Tu są same harpie! Niby takie miłe, pitu, pitu, komplementy
      walą a potem... śmierć w męczarniach!!!! wink
      • lylika Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 12:49
        36krzysiek napisał:

        > Uważaj Vivictoria! Tu są same harpie! Niby takie miłe, pitu, pitu, komplementy
        > walą a potem... śmierć w męczarniach!!!! wink
        ...
        Patrzcie, Harpun się odezwał! smile))
        • groha Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 14:29
          Baron ma świętą rację. Zapomniał jednak dodać, że ta śmierć w męczarniach czeka
          tych, co zaczynają, a nie kończą. Wyłącznie.
          • asia.sthm Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 14:37
            Vivictorioooo!!!!
            Cholery mozna dostac od tego czekania.
            Nie dosc , ze ulatalam sie jak glupia to wybralam pierwsze lepsze okulary nie
            patrzac na cene. Cos mi sie od zycia teraz nalezy wink

            A Wy nie straszcie meczarniami. Podlizac sie jakos czyco? Moze ulgowe pasowanie?
            • lylika Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 14:43
              Nie ma mowy o żadnych ulgach. Za karę mocnej przyciśniemy. Czekamy jak te głupie i nic.
            • groha Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 14:49
              O, przepraszam bardzo, ja wcale nie straszę. Pisząc o tych męczarniach, miałam
              na myśli wyłącznie Szanownego Autora rzeczonego postu oraz pewnego
              niedokończonego opowiadanka, o którym nie powiem już ani słowa, bo nie powinnam
              się denerwować, gdyż mi to szkodzi na wszystko. Vivictorii, która dopiero
              zaczęła, daję fory i czekam cierpliwie. Jeszcze trochę mogęsmile
              • 36krzysiek Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 14:51
                Ciekawe, kogo Groha ma na mysli. Pewnie pana Tadeusza !
                • groha Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 15:13
                  36krzysiek napisał:

                  > Ciekawe, kogo Groha ma na mysli. Pewnie pana Tadeusza !

                  To panu Baronowi też na któreś dali Tadeusz? Ładnie, nie powiem. Po przodku, jak
                  mniemam. Bo gdyby po wieszczu, to Baron skończyłby swoje opowiadanko bez trudu
                  przecież wink)
              • lylika Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 14:51
                Ale bez przesady. Pół godziny najwyżej.
    • groha Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 18:36
      Przekomarzając się z Baronem, zapomniałam dodać, że przecież Vivictoria nie od
      dzisiaj jest z nami i doskonale wie, że pastwimy się nad ofiarą dopiero wtedy,
      gdy nam cierpliwości zabraknie całkiem. Bo najpierw, to opadają ręce, a dopiero
      potem górę bierze dzika furia. Normalnie, jak u wszystkich niespotykanie
      spokojnych. A, że zdrowie, to tu trzeba mieć końskie i cierpliwość świętą, to
      inna sprawa. Na przykład ja od tych cholernych dalszych ciągów, to już mam
      nerwowe skurcze górnej powieki oka prawego. Inaczej mówiąc - dryga mi. To pewne,
      że od tego.
      • asia.sthm Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 18:51
        > nerwowe skurcze górnej powieki oka prawego.

        Ludzie, a ja bez ustanku lewym sowe robie...prawym nie umiem, prawe mi stoi.
        To wszystko z wytezania cierpliwosci. W Befegorow sie pozamieniamy, jak tak
        dalej bedzie.
    • vivictoria Re: Najbardziej zniszczona 19.02.07, 19:24
      Już Was znam, ale sie udalo Wam mnie nastraszyc: tak rozdarta prawie jak miedzy
      brzozkami w pospiechu wlepiam dalej, przepraszam za literowki, chyba musze
      sobie jednak kupic okulary.
    • vivictoria 5. Szarża 19.02.07, 19:26
      Zastygłam w bezruchu, jak mi się wydawało na pare godzin. Jak w zwolnionym
      tempie widziałam jego uważne spojrzenie i uśmiech połową twarzy. Odwrócił się
      wreszcie i odszedł.
      W ciszy, która nagle zapadła słychać było suche odgłosy oklasków. Obejrzałam
      się wściekła i czerwona.
      - A pan, co?! - wykrzyczałam do Chudego, który najwyraźniej miał wielką uciechę
      z tej scenki. - A, żeby tak pan nic nie sprzedał dzisiaj!
      - No wie pani! - jęknął z wyrzutem.
      - Dziś, tylko dziś - rzuciłam mu na pocieszenie i powlokłam na swoje miejsce,
      gdzie Wiola ocierała sobie zapłakane ze śmiechu oczy rozmazując makijaż.
      Klientów było ciągle mało, siedziałam popijając herbatę, która stygła w
      zdumiewającym tempie. Mróz trzymał, zapowiadano wichury i śnieżyce.
      Sonia przywlekła się zmartwiona.
      - Jak tak dalej będzie rozdam wszystko za darmo, byle z tym nie wracać do domu -
      marudziła.
      - Co też pani mówi! To dopiero trzeci dzień! Oglądają, potem zaczną kupować. -
      zapewniałam.
      Czekanie nie leżało nigdy w mojej naturze. Ziąb zmuszał do ruchu! Wszyscy
      spacerowali, już znaliśmy się wszyscy dobrze.
      Podeszłam do straganu Soni, kątem oka widziałam nadchodzącą, dobrze ubraną
      rodzinę. Zastąpiłam im drogę wskazując ceramikę.
      - Polska sztuka ludowa - oznajmiłam. - Najprawdziwsza! A potrafi sobie pani
      wyobrazić świeże kwiaty w tym wazonie? - zwróciłam się do kobiety pokazując jej
      olbrzymi, polewany dzban. - A w zimie suchy bukiet? Napewno czegoś takiego
      brakuje w pani salonie! To nie jest chińska tandeta ani plastik.
      Kobieta zróciła sie do męża z pytającym wzrokiem. Ten bez słowa wyjął portfel...
      Kiedy oddalali się Sonia rzuciła mi się na szyję.
      - To może pani i mi pomoże? - te słowa padły od stojącego w kąciku stolika,
      przy którym siedziała starsza kobieta. Jej obrusy były bajecznie piękne!
      - Proszę, zapraszam, proszę tylko spojrzeć, serwety prawdziwie świąteczne.
      Tylko takie są godne specjalnych okazji. - trajkotałam.
      - A ile to roboty, krochmalić, prasować - dziwowała się klientka.
      - Ależ to należy do świątecznych tradycji! - zawołałam z ogniem w głosie. - Ta
      praca, to krochmalenie, bez tego święta się nie liczą!
      Kobieta z lubością pogładziła hafy. Po chwili odchodziła tuląc zapakowany
      nabytek.
      Tego dnia utarg na moim stoisku wynósł 5zł i wprawił mnie w stan furii.
      Wiola po nadużyciu nalewek o różnych smakach miała szampański humor i masę
      optymizmu w sobie.
      - Zobaczysz, ten elegant przyjdzie i kupi wszyyystko - wykonała zamaszysty gest
      i ... wszystko, co wisiało na ścianach boksu, było przemyślnie upięte, osunęło
      się na połogę. Miałam ochotę zostawić to i wyjść w ten śnieg i mróz, wyjść i
      nigdy nie wracać!
      - Najlepsze kasztany są na placu Pigalle - nagle oznajmiła Wiola i pędem
      runęła do wyjścia, tupąc na dechach podłogi jakby miała ze cztery kopyta.
      Zwariowała?! Do tego stopnia upiła się?!
    • vivictoria 6. Dół z rozpaczą 19.02.07, 19:27
      Wiola wróciła po dłuższej chwili. Na jej widok, najpiew zamarłam, a potem
      krzyknęłam:
      - Nie zbliżaj się!!!
      A ona wygłupiała się udając, że chce się otrząsnąć.
      Cała była w śniegu, który szybko zamieniał się w wielkie, jakby tłuste krople
      wody na jej płaszczu. W ręku trzymała jakieś torebki i jedną wcisnęła mi do
      ręki. Kasztany! Ciepłe, gorące! Okazało się: przed namiotem, na tym mrozie był
      stragan z różnościami prażonymi orzeszkami, kasztanami.
      Znów czekanie na autobus, w milczeniu, bo humory, szkoda gadać.
      - Żeby choć nas jakiś chuligan zaczepił - odezwała się marzącym tonem Wiola,
      budząc sensację na przystanku. - Mogłabym mu przyłożyć za te wszystkie
      niepowodzenia - dodała.
      Wiola miała powody do złości, nic do tej pory nie sprzedała. Jej rzeźby były
      tanie, ludzie nawet oglądali i nic... chąc rozładować emocje, wielce negatywne,
      wzięła potężny zamach chąc kopnąć wielką pryzmę śniegu. I nagle wielkim łukiem
      poleciał jej kozak i uderzył w plecy starszawego dżentemena....
      - No i znalazłaś chuligana - wyszeptałam, kiedy facet rozjuszony ruszył w jej
      stronę.
      Zanim awantura się rozwinęła do stadium prawie rękoczynów, nadjechał
      szczęśliwie nasz autobus. Wiola wsiadła tyłem prawie, opędzając się od
      wściekłego osobnika kozaczkiem.

      To był nudny i ciężki dzień. Zasnęłam i spałam jak kamień.
      Nazajutrz oślepiało słońce i śnieg, śnieg, wszędzie zaspy.
      Bez entuzjazmu udałam się na posterunek. Zaczęłam obchodzić wszystkie stoiska.
      - Co u pana? - pytałam Wypłowiałego, który miał stoisko z ręcznie wyrabianymi
      świecami
      - Lepiej nie pytać - markotnie mruknąl.
      - A ja się nawet nie odezwę! - wzruszyła ramionami właścicielka kartek i
      papeterii z czerpanego papieru.
      - Jak i wszyscy - rzeźbiarz świątków, który dołaczył wczoraj, minę miał
      niewesołą.
      - Pani się da zaprosić na kawe? - sąsiad Kucharz się nudził. Czasem, acz z
      rzadka ktoś kupował pare bombek, najmniejszą "plastyczaną" choinkę...
      Obok jego stoiska pyszniła się wystrojona ponad wszelkie pojęcie i kanony
      dobrego smaku, choinka-gigant.
      - Zobaczy pan, ktoś ją kupi żywcem, jak leci, weźmie całość!
      - He, he, he! Ale żart! - Kucharz chyba przywiązał się do swego dzieła.
      - A jakby? Spróbować sprzedać? Ile pan ją ceni? - próbowałam się przekomarzać.
      - A jakby kto dał, jakby daaaał....- namyślał się. - ze 3 stówy? - sam sobie
      odpowiedział.
      - Tylko trzy? Nie za mało? - upewniałam się.
      - No co też, pani! Marzyć jest przyjemnie!

      Było jeszcze pare takich dni. Większość z nas bezczelnie okupowała stoliki
      stoiska z nalewkami, niektórzy stali łudząc się, że jednak przyjdą klienci, lub
      niemarawo spacerowali. A na zawnątrz szalała zawierucha, śnieżyca.
      Pod koniec dnia. Wiola glośno zastanawiała się, czy skoczyć do toalety
      (nazywając ją dosadniej nieco), czy nie. Ja i musiałam, i nie chciałam, ten
      przybytek był koszmarny! W końcu doszłam do wniosku, że wytrzymam. Nie miałam
      chwili jasnowidzenia, nie przewidziałam jak bardzo się myliłam!
    • vivictoria 7. Bywa i tak 19.02.07, 19:28
      Brnęłyśmy z trudem po śniegu na przystanek. Już nikt nie nadążał odgarniać
      śniegu, który padał i padał. Śpieszyło się nam z powodów, powiedzmy
      naturalnych. Wiola szła przede mną. Nagle wyryczała pełną piersią, że ją swędzą
      plecy.
      - Chyba mają w tym namiocie pluskwy - suponowała.
      - No, coś ty! Wszystko wymarzło, tylko my im zostaliśmy. - odpowiedziałam z
      goryczą. - Może z domu przyniosłaś?
      - Hi, hi! Nie rozmieśmieszaj mnie! Lepiej mnie podrap, bo ja nie sięgam.
      Próbowałam, ale nie dało rady jej pomóc, palto miała grube, a przed sięganiem
      pod spodem się wzdrygnęłam, bo jednak było trochę ludzi na ulicy.
      Dobrnęłyśmy do przystanku. Ona dalej natrętnie narzekała.
      - Wiesz co, ja cię przepraszam, ale kiedy świnię coś swędzi to się czochra o
      płot. - powiedziałam półgłosem.
      - Tu nie ma płotów! - zawołała rozdzierająco.
      Po chwili, nie wierząc włanym oczom ujrzałam Wiolę... czochrającą się o
      przystanek miejskiej komunikacji!!! Aż się trząsł!
      Nie, nie mogłam się śmiać, za nic!!!!
      Wskoczyłam do pierwszego autobusu jaki nadjechał, wysiadłam na następnym
      przystanku, bo był szcześliwie tuż koło miejskiego szaletu...
      Na drugi dzień spotkałam Wiolę przy namiocie, zaczęłyśmy się śmiać tak bardzo,
      że nie mogłyśmy wejść do środka ani przestać, zarażając wszystkich dosłownie,
      tak że przez pół dnia wybuchał śmiech dookoła. Nikt nie wiedział z czego się
      śmiał...
      Nuuudno było.
      Pod wieczór, siedziałam sama "na stoisku" i zaobserwowałam klienta. Jakoś
      przesadnie elegancki długi płaszcz nie pasował do jego zwalistej sywetki. Kiedy
      błynął cebulasty sygnet, nie miałam wątpliwości. Facet podszedł do osieroconego
      stoiska Kucharza, wybierał ozdoby, lampki. Zerwałam się.
      - Mogę panu pomóc?
      Kupował dużo, bombki, światełka, ozdoby.
      - A może pan zamiast tego wszystkiego luzem, kupi coś gotowego? - szerokim
      gestem wskazałam na choinkę. - Jest co prawda droga, ale elegancka, wzór
      amerykański - blefowałam.
      Połknął przynętę! Widać było, że ma ochotę.
      - Jak to by zabrać.... - zastanawiał się.
      - Pawdziwy mężczyzna da radę, nawet w ręku zaniesie! - powiedziałam z ogniem w
      głosie, robiąc przy tym przyjemny wyraz twarzy.
      Za plecami faceta już stało paru gapiów. Podgrzewali atmosfere.
      - Ale choinka pięęękna, pewnie go nie stać
      - Najpiękniejsza w mieście!
      Facet wyjął pieniądze.
      - Ile płacę?
      - 5 stówek - bez zająknienia odpowiedziałam.
      Po chwili przez namiot przeciągnęła osobliwa procesja: przodem, ostrożnie
      stawiając kroki szedł facet z choinką, za nim świadkowie sensacyjnego
      wydarzenia.
      Podeszłam, do stoiska z nalewkami, położyłam na stoliku Kucharza 500zł.
      - Płacz pan! Nie ma choinki!
      Zerwał się z osłupiałym wyrazem twarzy.
    • vivictoria 8. Nadzieja rozkwita zimą 19.02.07, 19:30
      Nadszedł wreszcie wymarzony przez wszystkich drugi, czy ostatni tydzień
      kiermaszu. Krążyły legendy i opowieści, jak to będzie wszystko schodziło, a
      ludzie będą kupowali jak szaleńcy.
      Wiedziałam swoje, nie był to mój pierwszy kiermasz i moja nadzieja była taka
      sobie, nieco tylko podrośnięta.
      Pierwsi zaczęli robić furorę u klientów Peruwiańczycy, zresztą może to byli
      Ekwadorczycy? Ich tania niezmiernie biżuteria znajdowała zbyt. Moje kolczyki
      droższe od ich kilkakrotnie wisiały i wesolutko się skrzyły bez tłoku. Ale w
      końcu 25zł to nie fortuna?
      Chudy nudził się i spacerował cały czas. Jego srebro było oglądane tylko...
      - Mogę obejrzeć patchwork?
      Zdejmuję, rozkładam.
      - Piękny jest. - klientka wygląda na zachwyconą. - A ma pani taki jaśniejszy?
      Bez szemrania sięgam do olbrzymiego kartonu po telewizorze, który znakomicie
      służy jako magazyn. Wyciągam jaśniuteńką narzutę w najstaranniej dobranych
      odcieniach beżu.
      - Cudo! - klientka aż się rumieni z wrażenia. - To ja dziękuję narazie.
      I odchodzi.
      - Ale ludzie - Wiola wygrażała odchodzącej kobiecie.
      - Daj spokój, może ona wróci jutro i kupi?
      Inna kategoria, to były osoby starające się odpatrzyć, odgapić wzór.
      - Czy mogę zobaczyć ten sweterek?
      - A jaki rozmiar pani potrzebuje? - pytam.
      - A, wszystko jedno - odpowiada.
      Już wiem, że to hiena, która w ten "sprytny" sposób chce skopiować sobie wzór.
      Na marginesie, nie mam nic przeciwko dzieleniu sie wzorami z innymi, ale jeśli
      się to robi w celach zawodowych, zarobkowych, to są jakieś granice. Ja
      wszystkie wyroby projektuję sama, nie jest mi na rękę kopiowanie.
      - Nie, nie będę zdejmowała tego, jeśli nie wie pani, jaki ma być rozmiar -
      powiedziałam stanowczo i hiena sobie poszła.
      - Mamoooo, kup mi torebkę!
      Przy stojaku z torebkami zapierała się dziewczynka. Matka próbowała, ją odwlec
      z tego interesującego miejsca. Rzuciła okiem.
      - Choć, babcia ci zrobi ładniejszą!
      - Ona nie umie takich ładnych, kup mi proszoooszę! No proszę! - głos dziecka z
      wolna oddalał się.
      - Gdyby kot nosił portmonetkę, kupiłby... - westchnęła Wiola, pozornie nie na
      temat.
      Podobne sceny rozgrywały się przy prawie każdym stoisku. Ludzie oglądali,
      oglądali i rzadko kupowali.
      - To znowu ja! Ma pani jeszcze tę narzutę beżową? - klientka była zdyszana i
      podekscytowana.
      Ja chyba bardziej, te narzuty do tanich nie należały. Dołożyłam jej piękne
      poduchy do kompletu, życzenia i odeszła najwyraźniej zadowolona.
      - No to straty ci się zmniejszyły nieco - brutalnie podsumowała dzień Wiola.
    • vivictoria 9. Rozsypane koraliki 19.02.07, 19:32
      Zwykle po powrocie do domu nie byłam w stanie nic zrobić, ale tego dnia byłam
      zła!!!! Kolejny raz to samo!!! Powinnam się pozbyć złudzeń??? Chyba na to
      pytanie nie umiałam sobie nigdy odpowiedzieć....
      Ostatnie dni kiermaszu zawsze były tak ekscytujące, nie mogłam spać...
      wywlekłam słoje z koralikami, zaczęłam nawlekać, plątać, pleść...
      - Hej! Rzut na taśmę! - wysypałam plon nocnej pracy na wielką misę pożyczoną od
      Soni.
      Naszyjniki wyglądały niesamowicie, równie niesamowicie wyglądała (z mojego
      punktu widzenia) ich cena... wyraz mojej rozpaczy i obawy, że będzie na końcu
      deficyt. Koraliki były między innymi ręcznie, misternie malowane...
      - Masz gorączkę? - Wiola z fałszywą troską próbowała dotknąć mojego czoła.
      - Idź do czorta! Sprzedałaś jakąś rzeźbę?
      - A odczep się - nadąsała się. - Oglądają i oglądają!
      - Proszę pani, ma pani piękne rzeczy, naprawdę gratuluję! - miła dziewczyna
      patrzyła z zachwytem.
      - Dziękuję.
      - A te torebki po ile?
      - 15 i 25 złotych. To wyprzedaż posezonowa.
      - Świetne! To ja wybiore dla siebie i koleżanki na prezent.
      Spełniłam nawet życzenie "ładnego zapakowania" prezentu, na tym mrozie,
      zgrabiałymi, bez czucia rękoma to była sztuka!
      - A tego uroczego eleganta nie ma - Wiola najwyraźniej nie mogła zapomnieć
      przystojnego faceta.
      - Niech się lepiej nie pokazuje - mruknęłam.
      Nawet miałyśmy co robić. Sprzedaż ruszyła na tyle, że byłyśmy ciągle zajęte.
      Wreszcie Wiola sprzedała coś: i to od razu dwie rzeźby! Z wrażenia złapała mnie
      w pół i ruszyła w tany!!! Oczywiście znów wszystko, co wisiało osunęło się na
      podłoge, ale nic to! Hej, sprzedajemy! Hej wychodzimy na swoooje!
      Długo nie mogłyśmy szaleć, już byli następni klienci! Niekrórzy z oglądaczy
      wrócili, by kupić!
      - Tak się bałam, że nie będzie już tej sukienki - klientka nie posiadała się z
      radości.
      I ja także - ładna, zgrabna dziewczyna, to jak doskonała reklama dla mnie!
      Koraliki sprzedawały się nadspodziewanie dobrze!
      Pod koniec dnia, Wiola znów spęczniała radością - sprzedała kolejną rzeźbę i
      szalała w dzikich podskokach. Zatoczyła się, by ominąć kogoś wysypała resztę
      koralikow i przydeptała. Jeden naszyjnik rozsypał się, koraliki jak żywe
      uciekały, toczyły się po deskach. Czołgałam się, pracowicie je zbierając, aż
      jeden dopadłam tuż przy... eleganckim obuwiu... męskim...
      - Witam, widzę, że pani zajęta? - elegant odezwał się ciepłym głosem.
      Milczałam wściekła u jego stóp z koralikami w obu rękach...

      Przykucnięta wyjątkowo pokrętnie i niewygodnie, z zajętymi obiema dłońmi, nie
      mogłam się poderwać.
      Owszem, pomógł mi stanąć na nogi.
      - Mam do pani wyjątkową prośbę - zwrócił się z lekkim uśmiechem.
      Spojrzałam nieufnie. Przystojny. Spełniał wszelkie warunki, by tak o nim
      powiedzieć. Zawsze miałam dobry gust i oko na urodę, widziałam tego sporo, ale
      nie byłam nigdy z tych, które padają na kolana z zachwytu. Zresztą, to chyba
      klient na tym kiermaszu?
      - Słucham?
      - Czy da się pani zaprosić na kawkę? - uśmiech był z gatunku niesmiały.
      Już miałam na końcu języka, że kawka to ptak i nijak się na niej nie zmieścimy,
      kiedy odezwała się Wiola.
      - Idź, no mówię, co będziesz tu marzła, ja sobie poradzę! - jej entuzjazm
      tryskał gejzerem. - Co tu masz do roboty??? Iiiidź!
      - W porządku. Pójdę, pod warunkiem, że pan się przedstawi.
      Zrobił to. Wymienił wyraźnie imię i nazwisko.
      - A niby dlaczego mnie pan zaprasza? - zpytałam ostrożnie.
      - Wszystko pani wyjaśnię. Tu niedaleko zauważyłem kawiarenkę, proszę bardzo... -
      kolejny uśmiech, tym razem proszący.
      - Dobrze - rzuciłam sięgając po plecak - ale płacę za siebie - dodałam
      stanowczo.
      Elegancka i upiornie droga kawiarnia była faktycznie niedaleko. W duchu
      złościłam się, więcej nawet - wściekałam, że się zgodziłam. Powodów właściwie
      było brak...
      Nie pożałowałam jednego: że nie wyglądam jak uboga dziewczynka z zapałkami,
      czułam się świetnie ubrana w swoich dzianinach.
      Nie dałam się namówić na nic innego jak kawa, głupio mi było sprawdzać, ile
      pieniędzy mam przy sobie.
      Milczałam czekając, aż on wreszcie wyjaśni o co chodzi. Gadał i gadał. Prawił
      komplementy. Żeby choć był oryginalny! Nie miałam zamiaru mu pomóc ani
      ułatwić. Nie pierwszy raz w życiu tego słuchałam, zresztą cała spięta i aż
      dziwnie nieufna. Coś tu zgrzytało... Absolutnie nie wierzyłam, że na mój widok
      został rażony strzałą amora, ani niczym takim!
      - Naprawdę mi pani żal, że musi pani stać tam i marznąć. To okropne! - zawołał
      dramatycznie.
      - Ale jakie to ekscytujące - zauważyłam.- Można to polubić.
      - Taka artystka jak pani nie powinna!
      - A skąd pan wie, kim jestem?
      - Ależ to widać!
      - Aha.... widać? - zdziwiłam się obłudnie.
      - Oczywiście! Wszystko co pani sprzedaje ma klasę!
      - Nie dyskutujmy na ten temat - uciełam jego zachwyty. - O co panu chodzi? Tak
      naprawdę? - dodałam potężnie znudzona.
      Zresztą wypiłam już kawę.

      - Ach, dlaczego się spieszyć? Bardzo przyjemnie mi się z panią rozmawia. Może
      kawy? Ciasteczko? - zagadywał facet.
      - Nie dziękuję. Właśnie spieszę się. Słucham - twardo postawiłam sprawę.
      - To dłuższa historia, widzi pani... - zaczął z wolna. - W dodatku
      skomplikowana z pewnego powodu - wstchnął tak, aż się przestraszyłam, że cukier
      z cukiernicy wyląduje na mnie!
      - To proszę streścić.
      - Cha, cha, widzę, że nie jest pani cierpliwa, prawdziwa artystka! -
      przypochlebiał się.
      Naprawdę mnie to nie bawiło!
      - Mam boutique w Wiedniu - oznajmił z emfazą.
      Wymówił słowo "boutique" a takim przesadnym akcentem, że parsknęłam śmiechem.
      - Och, nie wierzy pani? - zatroskał się.
      - Niech pan mówi dalej.
      - Boutique z odzieżą. Chyba domyśla się pani jaką mam propozycję?
      - Wie pan, nie jestem domyślna.
      - Moglibyśmy współpracować. Szyje pani piekne swetry.
      - Nie szyję swetrów.
      - No ja się nie znam jak ona są robione. - facet wyprodukował czarujący uśmiech.
      - Dziwne jak właściciela butiku z odzieżą.
      - Nie sądzi pani, że ja sam stoję za ladą! - ironizował.- Co pani na to?
      - Nie wyobrażam sobie pana za ladą.
      - Ale ja pytam o naszą współpracę. Co pani o ty sądzi?
      - Nic. Nie interesuje mnie to.
      Zapadła cisza. Najwyraźniej nie wiedział co powiedzieć. Przyszedł kelner,
      zapłaciłam za siebie, wstałam.
      - Ależ nie, proszę poczekać. Chwilkę! - wysłał błagające spojrzenie.
      Gorączko starał się przekonać mnie jaki mogę zrobić świetny interes. Owszem,
      byłam nieufna. Nie jeden raz zostałam oszukana i na następny nie miałam ochoty.
      W końcu pozornie ustąpiłam.
      - Dobrze, niech mi pan adres tego butiku, a ja się muszę zastanowić. -
      podsunęłam wygrzebany z plecaka notes. Facet wyjął elegancką wizytówkę.


      Wiola przywitała mnie radosnym kwikiem i frywolnymi uwagami. Radość kipiała w
      niej i bulgotała: sprzedała naprawdę sporo! Ludzie jednak czekają na ostatnią
      chwilę z zakupami prezentów.
      Następne pare dni zapowiadały się pracowicie... Dla mnie także ten wieczór.
      Jasne, że jeszcze tego wieczoru zadzwoniłam pod pewien numer w Wiedniu...
      Marynia, moja przyjaciółka zanotowała adres i telefon. Pozostało czekać.

      Nazajutrz, zgodnie z zapowiedzią przyszłam nieco spóźniona, ale dosłownie
      wypchana sznurami naszyjników i kolczyków, które produkowałam calą noc i
      poranek.
      Wiola szalała na stoisku rozczochrana, zaróżowiona.
      - Ty lepiej spójrz tam - machnęła w kierunku stoiska Chudego.
      U niego na ladzie stał potężny, wręcz masywny bukiet pozbawiony odrobiny
      wdzięku, pod tytułem: bogato ma być!
      Nie miałam czasu na kontemplowanie zielska. Okazało się, że klientki już
      czekały na koraliki! Byłam zaskoczona zjawiskiem. Owszem, ładne, ręcznie
      malowane, ale żeby aż...?
      - To dla ciebie - wyszeptała gromkim głosem Wiola.
      - Ile dla mnie? Czego? - nie rozumiałam ani słowa nagabywana nieustannie przez
      ludzi.
      Ledwo nadążałyśmy! Podobnie było wokół. Nawet Sonia się krzątała, a Kucharz
      ciągle żebrał wokół o drobne, bo nie mógł wydawać ludziom reszty.
      - Te kwiaty są dla ciebie! - wrzasnęła przez gwar i kolędy Wiola.
      - Od tego elegancika?! Po
      • vivictoria Re: 9. Rozsypane koraliki 19.02.07, 20:54
        Otóż ucięło. Nawet gdybym wiedziała ile znaków sie mieści to i tak nic z tego,
        z liczeniem lepiej nie zaczynać! Przepraszam.





        Nazajutrz, zgodnie z zapowiedzią przyszłam nieco spóźniona, ale dosłownie
        wypchana sznurami naszyjników i kolczyków, które produkowałam calą noc i
        poranek.
        Wiola szalała na stoisku rozczochrana, zaróżowiona.
        - Ty lepiej spójrz tam - machnęła w kierunku stoiska Chudego.
        U niego na ladzie stał potężny, wręcz masywny bukiet pozbawiony odrobiny
        wdzięku, pod tytułem: bogato ma być!
        Nie miałam czasu na kontemplowanie zielska. Okazało się, że klientki już
        czekały na koraliki! Byłam zaskoczona zjawiskiem. Owszem, ładne, ręcznie
        malowane, ale żeby aż...?
        - To dla ciebie - wyszeptała gromkim głosem Wiola.
        - Ile dla mnie? Czego? - nie rozumiałam ani słowa nagabywana nieustannie przez
        ludzi.
        Ledwo nadążałyśmy! Podobnie było wokół. Nawet Sonia się krzątała, a Kucharz
        ciągle żebrał wokół o drobne, bo nie mógł wydawać ludziom reszty.
        - Te kwiaty są dla ciebie! - wrzasnęła przez gwar i kolędy Wiola.
        - Od tego elegancika?! Po coś brała!? To wygląda jak zebrane z nagrobków po
        nieświeżych pogrzebach!
        Klientce kolczyki wypadły z ręki.
        - To nie, to jest świeże - uprzejmie i z naciskiem do niej powiedziałam.
        - Po coś brała - warknęłam do Wioli wściekła.
        - Był taki nachalny, nie umiałam odmówić. Nie wiedziałam, że trzeba! - jęknęła.
        - No jak ty nikomu nie odmawiasz...
        Byłyśmy bliskie kłótni! Zajęli nas ludzie, wreszcie kupowali!
        I to nie jest tak, że można się przyzwyczaić do mrozu, do przejmującego zimna.
        Lepiej jednak wówczas coś robić, nie myśli sie wtedy o nim...
        Trochę się przerzedziło. Odetchnęłyśmy.
        - Mi się też on nie podoba - rzuciła Wiola.
        - Zobaczysz go pewnie niedługo - powiedziałam ponuro.
        Zjawił się tuż przed zamknięciem, jak Wiola poszła do WC.
        - Muszę iść do ubikacji - niech pan popilnuje chwile!
        I zniknęłam mu.
        Dopadłam ją przy wejściu.
        - Ani mi się waż wtrącać! Wracamy razem do domu i już.
        Oczywiście usiłował zaprosić mnie na "kolacyjkę". Odmówiłam stanowczo, kazałam
        mu zabrać zielsko. Zrobił wrażenie wściekłego, widać było, że trudem się
        hamuje. A ja marzyłam o tefonie od Maryni.
        Czekałam długo. Zajęta zakupami późno wróciła do domu. Ze słuchawki powiało
        sensacyjnymi wiadomościami! Otóż rzeczony butik istniał naprawdę...
    • vivictoria 10. Radość i gniew 19.02.07, 19:34
      Napęczniała nowinami, następnego dnia o poranku przytupywałam wraz z innymi
      sprzedawcami czekając, aż obsługa nas wpuści.
      Zaraz za naszymi plecami weszli pierwsi klienci. I zaczęło się!
      - Można przymierzyć spódnicę, tę czarną?
      - Ma pani takie kremowe też?
      - Może pani zapakować ozdobnie?
      - Ile kosztuje ten obrus?
      - To wezmę te koraliki, kolczyki i obrazek.
      - Czy to pasuje do mojej urody?
      - A czapeczka się zbiegnie w praniu?
      Ani chwili wytchnienia. A Wioli nie było! Miałam jej tyle do opowiedzenia! Nasz
      przystojny znajomy okazał się oszustem. Pod podanym przez niego adresem w
      Wiedniu, byl butik, tyle że należał do rodowitej Wiedenki, która nic nie
      wiedziała, że ma wspólnika w Polsce. Za to zachwyciła się swetrem Maryni i
      zapragnęła zobaczyć więcej! Szykowała mi się piękna podróż! A on tego dnia nie
      pokazał się na kiermaszu.
      - Czy mogę zobaczyć ten sweter?
      Podałam klientce sweter, druga wybierała sobie poduszki, trzecia grzebała w
      rzeźbach Wioli. No cóż w razie potrzeby, trzeba zamienić się w ośmiornicę!
      Dwoiłam i troiłam się.
      Chudy z naprzeciwka pytał o Wiolę. Zaczęłam się niepokoić: chyba nie złamała
      sobie nogi?!
      Wreszcie przyszła. Zamurowało mnie na ten widok. Obładowana jak karawana
      wielbłądów, a jej fryzura stanowiła arydzieło! Zabrakło mi słów!
      - Co się... - nie zdążyłam zapytać, bo odewała się gromko.
      - Dziś są moje urodziny! Mam coś - dodała konspiracyjnie.
      - No ja myślę, że nie targasz powietrza w tych torbach!
      Było domowe ciasto, pyszne kanapki i morze akoholowe, ratunku.
      - Może pani spojrzeć - Chudy zauważył ją. - Cała lada się klei, nic przez szyby
      nie widać - cedził do Wioli.
      To wczorajszy nieszczęsny bukiet kończac żywot naśmiecił okropnie.
      - Zararaz postrzątam - energicznie zakrzyknęła Wila. - Naplujemy i
      wyglansujemy, będzie lśnić!
      - Nie, nie!!! - zaprotestował gwałtownie.
      Skończyło się polubownie na myciu wodą mineralną z bufetu.
      Wiola nie nadawała sie do niczego, obchodziła te urodziny, aż wieczorem trzeba
      było wracać taksówką. Już słowa nie powiem o frywolnych tańcach w rytm kolęd...
      Dzień był udany, nawet bardzo, poza jednym zgrzytem: ktoś ukradł sweter.
      Właściwie nie ukradł, sama dałam babie do obejrzenia!





      PS: Bardzo ja proszę nie mordować mnie TERAZ, mogę poczekać grzecznie. Mam
      pilną pracą do skończenia. Wlepie resztę w nocy.
      • asia.sthm Re: 10. Radość i gniew 19.02.07, 20:47
        > PS: Bardzo ja proszę nie mordować mnie TERAZ, mogę poczekać grzecznie. Mam
        > pilną pracą do skończenia. Wlepie resztę w nocy.

        A ktoby cie teraz mordowal ?!?!
        To jest cudne i ja bede czekac jak jakas trusia.

        Psssyt, czy nie ucielo ci kawalka z odcinka 9-tego ? Brakuje mi sad
    • lylika Re: Najbardziej zniszczona 20.02.07, 08:44
      vivictoria napisała:
      PS: Bardzo ja proszę nie mordować mnie TERAZ, mogę poczekać grzecznie. Mam
      pilną pracą do skończenia. Wlepie resztę w nocy.
      ...
      ???
      Ja się nie czepiam, ale noc minęła bez śladu. smile))
      • lylika Re: Najbardziej zniszczona 21.02.07, 08:47
        To jest Neverendig Story. W bardzo wolnym smile tłumaczeniu: obiecanki cacanki a głupiemu radość.
        Tyle mam do powiedzenia "w temacie" słowności autorki. smile))
    • groha Re: Najbardziej zniszczona 21.02.07, 14:24
      Czyli normalnie jest. Znaczy - Vivictoria wie, co to tradycja i robi wszystko,
      by stało się jej zadość smile
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka