Dodaj do ulubionych

Akcja Kronika

18.11.08, 21:12
Przy próbie zbierania zdjęć do kalendarza i przekopywania się przez
wątki archiwalne, przyszło mi do głowy, że szkoda aby nasze wspólne
spotkania, dokonania, sprawozdania ze spotkań i wyjazdów przepadły w
głębiach serwerów GW; -)) No i wymyśliłam kronikę. Kronika miałaby
być w wersji elektronicznej i papierowej, do której sukcesywnie
można dodawać kolejne strony. Pomysł jest taki, aby kilkoma
zdjęciami oraz sprawozdaniami zilustrować wydarzenie, które wpływało
na tworzenie się historii TWCH. Poniżej przedstawiam propozycję, jak
mniej więcej to widzę. W tekście sprawozdań starałam się nic nie
zmieniać, tak aby wypowiedzi były jak najbardziej autentyczne.
Ponieważ sama nie podołam temu zadaniu (a przynajmniej w tak krótkim
czasie do spotkania z Guruą) zwracam się do Was z prośbą o pomoc w
jej tworzeniu, przesyłaniu zdjęć i późniejszym wydruku.
Mam również prośbę o wyrażenie zgody na publikację materiałów,
wykorzystanie zdjęć oraz Waszych wizerunków. Jeżeli ktoś będzie miał
zastrzeżenia co do zdjęć lub tekstu bardzo proszę o zgłaszanie
wszystkich uwag. Konstruktywna krytyka mile widziana wink)
Obserwuj wątek
    • jotka13 Garwoiln 18.11.08, 21:13
      Garwolin, 8 maja 2004 roku

      W wyprawie do Garwolina brało udział 9 osób: Bumbecki x2, Edyta95,
      Cafeszpulka, Edeka5, Jotka13 x2, Klarisa x2 + pies (przepraszam –
      suczka).
      Obejrzeliśmy centrum miasta i oczywiście dworzec PKS. Gdy byliśmy na
      dworcu, na niebie pokazał się świetlisty krąg. Jeszcze chwila i
      bylibyśmy świadkami następnego lądowania „obcych istot” .....
      niestety. Niektórzy twierdzili, że to słońce przebija się przez
      chmury, ale ja pozostanę przy swojej (jedynej, prawdziwej) wersji.
      Część merytoryczna wyprawy została zakończona grillem w pięknym
      miejscu biwakowym. Chapeau bas dla organizatorek. Piesek mógł
      pobiegać, a my pogadać na tematy. różne. Pogoda nam zdecydowanie
      sprzyjała, padało tylko wtedy, gdy się przemieszczaliśmy.
      Mieliśmy możliwość startowanie do „Szansy na sukces”, ale Sekcja
      Chóralna zredukowana do jednej osoby i bez Przewodniczącej – nie
      ośmieliliśmy się. A nie wiem czy taka szansa się powtórzy?

      Autor: Edeka5

      fotoforum.gazeta.pl/3,0,1559581,2,1.html
    • jotka13 Tończa 18.11.08, 21:14
      Tończa, 26 czerwca 2004 roku.

      Osoby dramatu:
      Bumbecki x2 + 2 suczki – siostry Rolka i Maluśka, Edyta95,
      Cafeszpulka, Klarisa, Jotka13, Edeka5 x2, Siwapp, i Antyhiggs.

      Wycieczka rozpoczęła się z przygodami, czyli Klarisa złapała gumę i
      trzeba było szukać wulkanizacji.
      Ale dalej już według planu.

      1. Sucha - Muzeum Architektury Drewnianej Regionu Siedleckiego.
      Prywatny skansen, własność profesora Kwiatkowskiego, na co dzień
      dyrektora Łazienek Królewskich w Warszawie, którego spotkaliśmy
      przed dworem. Głównym obiektem skansenu jest oczywiście drewniany
      dwór odnowiony przez Profesora. Toczy się w nim życie takie, jak
      przed laty. Właściciel zebrał wszystko, co jeszcze istniało z
      dawnego wyposażenia dworu, w tym portrety jego mieszkańców. Trochę
      dalej usytuowano uratowane przed zagładą trzy chałupy wiejskie. Po
      drugiej stronie gumna stoi piękny ośmioboczny maneż, stodoły. Po
      drugiej stronie drogi natomiast, za piękną bramą, zgromadzono
      jeszcze jeden dwór o przedziwnych proporcjach, wiatrak, plebanię z
      XVIII wieku i karczmę.

      2. Liw - Muzeum Zbrojownia na Zamku.
      Zamek w Liwiu jest najstarszym nabytkiem architektury na terenie
      pogranicza mazowiecko-podlaskiego. Drewniano- ziemny gród liwski
      strzegł "ściany wschodniej" państwa przed napadami Jadźwingów,
      Rusinów i Litwinów. Prawdopodobnie na przełomie XIV i XV wieku
      rozpoczęto budowę murowanego zamku na sztucznej wyspie wśród bagien
      i rozlewisk rzeki Liwiec. Niestety warownia po drugim najeździe
      Szwedzkim popadła w ruinę. W XVIII wieku starosta liwski zbudował na
      fundamentach domu gotyckiego dworek dla urzędu starostwa, który
      niestety spłonął w połowie XIX wieku. Podczas II wojny światowej
      niemiecki starosta powiatu sokołowsko - węgrowskiego zamierzał
      rozebrać ruiny zaimku na cegłę dla budowanego nieopodal obozu
      zagłady w Treblince. Zapobiegł temu młody opiekun zabytków Otto
      Warpechowski, który oszukał starostę, wmawiając mu krzyżackie
      pochodzenie zamku i doprowadzając do rozpoczęcia odbudowy warowni za
      niemieckie pieniądze (!). Prace, przerwane przez Niemców w 1944
      roku, wznowiono w 1956 roku. Od 1963 roku istnieje Muzeum Zbrojownia
      na Zamku w Liwie posiadająca w swych zbiorach kolekcję portretu
      sarmackiego z XVII-XVIII wieku, militariów z XV-XX wieku i malarstwa
      batalistycznego.

      3. Węgrów – Bazylika Mniejsza ze zwierciadłem Twardowskiego.
      Tego punktu programu nie udało się nam wykonać, gdyż kościół był
      zamknięty. Obejrzeliśmy wnętrze przez oszklone drzwi. Próbowaliśmy
      dostać się do środka, pukając, robiąc miłe miny, ale nic z tego.
      Osoby we wnętrzu udawały, że nas nie widzą, nie słyszą, nie

      4. Stara Wieś – Pałac Radziwiłłów.
      Pałac Radziwiłłów oglądaliśmy przez zamkniętą bramę. Jest to piękny
      pałacyk w stylu neogotyckim otoczony parkiem, wspaniale utrzymany
      przez Narodowy Bank Polski. Zajrzałam do „Bocznych dróg”, do opisu
      pałacu Radziwiłłów i coś mi się nie zgadzają strony, w które
      zakręcają drogi, ale droga do Tończy faktycznie biegnie wzdłuż
      ogrodzenia pałacowego parku.

      5. Tończa!!!!!
      Nic tam nie ma, nawet tabliczki z nazwą wsi. Nie – są, krowy.
      Wytypowaliśmy domek, który nam pasował do idei wycieczki i
      faktycznie na podwórku były dwie studnie. Największą sensację na wsi
      stanowiliśmy my - robiący zdjęcia krowom.

      6. Grill itp

      Bumbecki wybrały na mapie i najważniejsze znalazły piękne miejsce na
      piknik. Łączka nad Liwcem, gdzie oprócz grilla, rozpaliliśmy małe
      ognisko. W planach oryginalnych nie było ogniska - wszystko miało
      być grillowane. Ale po zwiedzaniu tak zgłodnieliśmy, że nie chciało
      nam się czekać na uruchomienie grilla. W tempie ekspress został
      zebrany chrust oraz złożone i rozpalone ognisko. Mąż Edeki
      dostarczył fachowych patyków do smażenia kiełbasek, które
      natychmiast zostały wykorzystane. Zanim szaszłyki na grillu doszły,
      myśmy zdążyli spałaszować pieczone kiełbaski (niektórzy nawet po
      dwie porcje). Niestety nie mieliśmy ziemniaków, które by były jak
      znalazł do ogniska Potem była długa sjesta - a klimat był jak z
      bajki. Piękna pogoda, śliczna polanka nad Liwcem, las, ptaszki
      ćwierkają, płonie ognisko, w powietrzu jeszcze unosił się zapach
      pieczonej kiełbaski i szaszłyków, piwko.

      Żeby mi nikt nie narzekał, że sprawozdanie jest mało szczegółowe –
      jadłospis:

      - kiełbaski pieczone nad ogniskiem,
      - karkówka pieczona na grillu,
      - szaszłyki z indyka z papryką i cebulą pieczone na grillu,
      - surówka z pomidorów, papryki, ogórków i cebuli,
      - rzodkiewki.

      Napoje:

      - kawa bez cukru,
      - herbata bez cukru,
      - woda mineralna,
      - soki,
      - piwo.

      Desery:

      - ptasie mleczko,
      - banany z czekoladą pieczone na grillu.


      W tak zwanym międzyczasie prowadzone były rozmowy na tematy różne.
      Nikt oprócz piesków nie zdecydował się na kąpiel w Liwcu, może
      następnym razem. Wycieczka została zakończona ekologicznie –
      wygaszeniem ogniska i zabraniem wszystkich śmieci.

      Ps. Dowiedziałam się wczoraj, że w Węgrowie jest powiedzenie "W
      Tończy to się świat kończy".
      Co potwierdziliśmy naszą wyprawą.

      Autorzy: Edeka5, Siwapp.

      fotoforum.gazeta.pl/3,0,1559582,2,2.html
    • jotka13 Grójec 18.11.08, 21:16
      Grójec, 4 września 2004 roku

      W sobotę, zgodnie z rozkładem jazdy spotkaliśmy się wszyscy około
      11.00 w Górze Kalwarii i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Było nas 13
      sztuk dorosłych + synek Klarisy - Mariusz + dwie suczki: Rolka i
      Maluśka. Pierwszym etapem był Grójec, zwiedziliśmy kościół, chociaż
      mieliśmy trudności z dostaniem się do wnętrza, bo kościelny był
      akurat na pogrzebie, ale Sławek, mąż Edeki dał na tacę i weszliśmy.
      Chrzcielnicę znaleźliśmy ławkę, w której miała siedzieć Helena
      Wystrasz obejrzeliśmy z namaszczeniem. Następnie udaliśmy się na
      rynek w poszukiwaniu Araba. Niestety Araba w Grójcu nie pamiętają
      nawet najstarsi Górale. Sprawdzaliśmy nawet w knajpie z kebabem, też
      bez skutku. Przy okazji scenka rodzajowa.
      Sławek wszedł do sklepu po piwo.
      - Czy jest piwo z lodówki?
      - Co pan! Tu nie gastronomia.
      Wyruszamy w dalszą drogę, następny etap Mała Wieś. Okazuje się, że
      dworek w Małej Wsi jest niedostępny dla zwiedzających. Jedziemy
      dalej do Petrykozów, do dworku Wojciecha Siemiona, w którym jest
      skansen i muzeum. W Petrykozach wita nas napis na płocie: Teren
      prywatny. Stoimy i nie wiemy co robić. Jotka i Mbumbecki wyruszają
      na zwiady. Spotykają pana Siemiona i omamiają go do tego stopnia
      opowieścią, że jesteśmy grupą osób jeżdżącą śladami kultury
      polskiej. Dostajemy klucze do skansenu i idziemy go oglądać:
      wiatrak, kuźnia i kamienny krąg z odlewem pośladków w stringach.
      Ruszamy dalej szukać miejsca na piknik. Krążymy po okolicy, która
      jest jednym wielkim sadem, wszędzie gdzie nie spojrzeć rosną
      jabłonie, uginające się od jabłek. Jedziemy tak "bocznymi drogami",
      że samochody tylko jęczą, a kierowcy sprawdzają czy silniki są na
      miejscu. Znajdujemy miejsce nad rzeczką Pisią, gdzie robimy ognisko
      i rozpalamy grilla. Zasiadamy wokół ogniska i do wieczora raczymy
      się kiełbaskami, szaszłykami, sałatkami, pysznymi ciastami, bananami
      z czekoladą z grilla i innymi smakołykami. Urządzamy pasowanie
      Krzysztofa, który znosi to wyjątkowo spokojne i cierpliwie, niestety
      nie mamy ze sobą przykładnicy i musimy posłużyć się patykiem od
      pieczenia kiełbasek. Krzysztof występuje jednoosobowo ciałem- jak
      sam twierdzi - ale czworoosobowo duchem. Czyli reprezentuje całą
      swoją rodzinę, zagorzałych wielbicieli Guruy. W końcu po kilku
      godzinach obżarstwa i lenistwa zbieramy się do drogi.
      Niestety nie dopisały nam aparaty fotograficzne - Siwej i
      Krzysztofowi skończyła się klisza, Bumbeckim siadła bateria, a Edeka
      zapomniała swojego zabrać Ze zrozumiałych względów jest to skrócona
      wersja naszego pobytu w Grójcu, może ktoś jeszcze coś doda.

      Autor: Stara.gropa




      Jedynie słuszna i prawdziwa relacja z Grójca wink
      4 września Roku Pańskiego 2004 odbyła się wycieczka plenerowa TWCh
      do miejscowości Grójec. Zgodnie z licznymi ustaleniami poczynionymi
      wcześniej, zgromadzenie grupy odbyło się w centrum Góry Kalwarii.
      Tradycją jest, że jakiekolwiek ustalenia czasowe są puszczane mimo
      uszu przez Szanowne Towarzystwo i oczywiście nikt nie stawił się na
      czas. Kar cielesnych jednak nie zastosowano. Nielegalne zgromadzenie
      w centrum miasta zostało obfotografowane przez miejscową prasę i
      inne media a następnie rozgonione na cztery wiatry przez oddział
      szturmowy policji. Kawalkada eleganckich pojazdów mechanicznych
      ruszyła w drogę, łamiąc wszelkie zasady i przepisy ruchu drogowego.
      Przejazd minął bez większych problemów, nie licząc pryskających spod
      kół kur i rowerzystów. W miejscowości Grójec towarzystwo rozbiegło
      się po zakamarkach osady w poszukiwaniu piwa i toalet. Sieć handlowa
      miasta jak żywo przypomina to z okresu wczesnej młodości Guruy a i
      nieliczny towar na półkach pochodzi prawdopodobnie z tamtych czasów.
      Po wielu staraniach, prośbach, błaganiach i przy użyciu siły
      fizycznej, udało się zdobyć upragnione napoje w postaci piwa z
      marihuaną. Wartym zapamiętania wydarzeniem był napad na Kościół.
      Żądna wrażeń historyczno-sensacyjnych grupa, najpierw obleciała
      Kościół wokół, lecz zamknięty na głucho gmach nie zaspokoił
      ciekawości zgromadzenia. Wywleczony siłą z sadu kościelny na widok
      zipiącej i warczącej gromady, rzucił klucze kościelne i uciekł z
      krzykiem gdzieś w pola. Podobno nie odnaleziono go po dziś dzień.
      Towarzystwo wdarło się do wnętrza przez zakrystię i o dziwo nie
      zdemolowało Kościoła, choć widać było, że niektóre jednostki mają ku
      temu wielką ochotę. Po wizytacji Kościoła udano się na spoczynek do
      pobliskiego lokalu gastronomicznego, gdzie spożyto 4 kg ciast
      wszelakich, wypito 6 litrów kawy i 4 litry herbaty. Członkowie grupy
      głośno komentowali poziom lokalu oraz jakość obsługi i podawanych
      specjałów. Zgodnie wydano opinię, że nie ma to nic wspólnego ani z
      Europą ani z XXI wiekiem. Okoliczna ludność z wielkim
      zainteresowaniem oglądała to dziwowisko wciskając rozdziawione mordy
      do wnętrza. Po konsumpcji nastąpił atak na rynek. Za grupą biegły
      miejscowe dzieci, wykrzykując coś w niezrozumiałym języku oraz stado
      psów. Rynek nie zrobił na wizytujących większego wrażenia. Ulice
      należało przechodzić środkiem z uwagi na spadające z nieba cegłówki
      oraz stwierdzono absolutny i karygodny brak Araba. Hasło do odwrotu
      ogłoszono, gdy autochtoni zaczęli zbierać się w podejrzane grupy i
      wyrywać kamienie z bruku. Następnym punktem imprezy był obóz
      indiańsko- partyzancki połączony z konsumpcją. Zaczęto szukać
      odpowiedniego miejsca. Matko Boska! Zostaliśmy wywiezieni w sady,
      bagno, kamieniołomy, rzeźnię miejską, oczywiście korzystając tylko z
      dróg bezklasowych. Jęczały podwozia, kości i luzowały się plomby w
      zębach. Po drodze ogłoszono plan napadu na letnią rezydencję rządu.
      W nierównej walce nie udało się sforsować bramy. Premier uszedł z
      życiem. Dysząca chęcią zemsty i żądna krwi horda ruszyła dalej w
      poszukiwaniu ofiary. Biedny pan Siemion. W swej posiadłości został
      brutalnie zrzucony z dachu i odebrano mu klucze od włości. Nastąpiła
      cześć historyczno- artystyczna, wizytacja osady starożytnych Polan.
      Część wycieczki wyjawiła chęć osiedlenia się tam na stałe. Po
      utopieniu kaczek w stawie i pożarciu rzęsy z jeziora, grupa udała
      się w dalszą drogę. W końcu udało się znaleźć miejsce odpowiadające
      wymaganiom towarzystwa. Zgromadzono oprzyrządowanie turystyczne i
      rozpalono wielgaśne ognisko. Cudem udało się nie puścić z dymem
      okolicznych wsi. Żeńska część grupy zrzuciła giezła i po kąpieli w
      strumyku udała się na pobliską łąkę w charakterze świtezianek i
      rusałek błotnych. Męska część ruszyła na polowanie. Jedyne co im nie
      uciekło i dało się złapać było pijanym chłopem na rowerze. Trochę
      łykowaty, ale zgłodniała grupa nie była już tak wybredna. Ciało
      zostało fachowo poćwiartowane i oprawione i rzucono mięso na ruszt.
      Przypadkowo na sąsiedniej łące odbywał się Sabat Czarownic.
      Spłoszone niewiasty żegnały się pobożnie na widok tego towarzystwa i
      w popłochu odlatywały na drzewami w nieznanym kierunku. Po licznych
      tańcach wokół ogniska i po orgii nastąpiło pasowanie nowych członków
      TWCh. Zostali zmuszeni do wypowiedzenia zaklęć a tajemniczym słowom
      towarzyszył przeraźliwie wyjący wiatr i pioruny bijące z czystego
      nieba. Następnym punktem zaślubin był taniec na rozżarzonych węglach
      i wypicie pucharu krwi. Ciała kandydatów zostały wytatuowane w
      dziwne znaki. W mroku błyskały przekrwione oczy i lśniły obnażone
      kły. Hasło do odwrotu ogłosiły komary, które zaczęły licznie
      gromadzić się nad głowami biesiadników. Powrót do cywilizacji nie
      był łatwy. Na nowo trzeba było przybrać maski urzędników, bankowców,
      nauczycieli. Społeczeństwo jest nieświadome, jakie indywidua krążą
      wokół. I dobrze. Ta nieświadomość chroni ich przed zakładem
      zamkniętym.

      PS. Jakiekolwiek podobieństwo do osób miejsc sytuacji i
      czasoprzestrzeni jest całkowicie przypadkowe.

      Autor: 36krzysiek

      <a href="
      • lylika Re: Grójec 18.11.08, 21:41
        Tak mi się podoba ten pomysł jak nie wiem co! Mówiłam już na spotkaniu, że cudny. Mogę się włączyć i "obrobić" fotograficznie i sprawozdaniowo, czyli wrzucić w wątek te spotkania z Guruą na których byłam. Byłyby to dwa spotkania grudniowe, spotkanie ogrodowe, spotkanie na targach i w Domu Qultury.
        Życzysz sobie?
        • lylika Matki założycielki... 18.11.08, 22:03
          Zapraszamy do współpracy. Nie dajcie się prosić. smile
    • dorka_31 Re: Akcja Kronika 18.11.08, 22:21
      Póki co nie mam uwag, bo na już uwzględnionych spotkaniach i
      wyprawach mnie nie było. Od razu też mówię, iz nie będę mieć żadnych
      zastrzeżeń co do wykorzystania moich fotek, a wręcz przeciwnie -
      bardzo się ucieszę jeżeli zostaną wykorzystane smile W razie potrzeby
      mogę też pomóc, tyle że na razie nie bardzo wiem jak.
      • dorka_31 Re: Akcja Kronika 18.11.08, 22:22
        Zapomniałam jeszcze dodać, ze pomysł jest świetny i ogromnie mi się
        podoba smile
    • groha Re: Akcja Kronika 18.11.08, 22:39
      Brawo Jotko! Pomysł jest świetny, po prostu - świetny! Bardzo chętnie posłużę
      pomocą na odcinku wszystkich krzy świętokrzyskich, łącznie ze spotkaniem w
      połowie drogi, jeśli tylko mieści się to w koncepcji i istnieje taka potrzeba,
      rzecz jasna. Istnieje? smile
      To jeszcze przydałyby się bardziej szczegółowe wytyczne:
      - czy odkopane i wybrane sprawozdania umieszczać tutaj?
      - czy zdjęcia wybrać według własnego gustu?
      - dokąd i w jakiej postaci to wszystko przesłać?
      Aha, jakby co, to możemy to od razu wydrukować i przesłać gotowe, nie ma problemu.
      • ter.eska Re: Akcja Kronika 19.11.08, 08:04
        brawo Jotko!!!Pomysł bomba!!!Co do zgody na publikację-jeśli znalazłabym się na
        jakowymś,nie ma problemu,przeciwnie-jest radość i dumasmile
    • jotka13 Re: Akcja Kronika 19.11.08, 09:49
      Dziękuję bardzo wszystkim za miły odzew.
      Lyliko, Groszko bardzo Wam dziękuję za propozycję pomocy, oczywiście
      przyjmuję z otwartymi ramionami. Dorko to, ze dołączyłaś do nas
      później to nie ma znaczenia, uczestniczyłaś przecież aktywnie i w
      sprawozdaniach i spotkaniach z J.Ch.
      Co do spraw technicznych, to myślę że wrzucajmy „obrobione”
      sprawozdania do wątku i przesyłajcie mi je w Wordzie sukcesywnie na
      pocztę. Od razu będzie wiadomo, które wydarzenia są już zrobione. Co
      do zdjęć, to wybierzcie tak 10-12 Waszym zdaniem najlepiej
      obrazujących sprawozdanie lub wydarzenie. Jeżeli było to inspirowane
      książką, to skan okładki książki, które posiada Gopos plus kilka
      zdjęć, dobrze by było aby na chociaż jednym była jak największa
      ilość osób uczestniczących w danym spotkaniu. Tutaj przykłady:

      picasaweb.google.pl/jotka132/Kalendarz#
      Ja już mam prawie zrobione spotkanie u Lyliki z okazji 3 urodzin
      TWCh oraz I spotkanie w Szpulce „Wszystko czerwone”. Biorę na siebie
      jeszcze spotkania najwcześniejsze, czyli robocze, statutowe oraz
      powstawanie gadżetów związanych z TWCh – znaczków, wizytówek, itd.
      Pozostaje jeszcze mnóstwo innych np.:
      Gry Warszawskie, spotkania z p.Joanną: w Empiku i na lodach, Garbate
      sprzątaczki, Blondynki i Gangsterzy, Kocie Worki, spotkanie z
      trumienką, ogrodowe u Lyliki x2, 4 urodziny TWCh u Dzidki, pasowanie
      Asi, nalewkowe u xkropki związane ze zmianą na stanowisku prezeski
      itp. Do wyboru, do koloru wink)
      Mam nadzieję, że wszyscy będą się dobrze przy tym bawić, bo teraz
      jak czytam te perełki to aż łezka, nie tylko ze wzruszenia, się
      kręci wink)
      • stara.gropa Re: Akcja Kronika 19.11.08, 10:32
        Jotko, póki piastowałam zaszczytbe stanowisko Prezesowej, to
        ptowadziłam notatki ( w zielonym notesiku Stolarkasmile) z każdego
        spotkania, data, kto był, gdzie się odbyło itd. Służę tymi
        wiadomościami.
        • edyta95 Re: Akcja Kronika 19.11.08, 11:41
          ile mamy Ci pożyczyć, żebyś tych wiadomości nie rozpowszechniała?smile
          • stara.gropa Re: Akcja Kronika 19.11.08, 11:51
            Oj, dużo.
            Tylko nie duście mnie paskiem od fartucha, proszę o szybką i
            bezbolesną śmierćsmile
    • g0p0s Re: Akcja Kronika 19.11.08, 10:53
      Trochę tych sprawozdań się napisało. Raz nawet dwa z jednego
      spotkania smile Jeżeli się nadają, to proszę bardzo. Może spróbuję je
      wydłubać z archiwum i nanieść ew. poprawki. Z czasem krucho, ele
      będę się starał. Oprócz spotkań był jeszcze posłaniec i anonim, też
      do kroniki niech trafią.
      • edyta95 Re: Akcja Kronika 19.11.08, 11:48
        ha, ja też napisałam jakieś sprawozdania, w tym jedno wyjątkowe smile
        • jotka13 Re: Akcja Kronika 19.11.08, 12:40
          niezapomniane 200 wink)
          • groha Re: Akcja Kronika 19.11.08, 13:55
            A drugie było ze spotkania w połowie drogi, przy którym popłakałam się, jak
            bóbr. Ze wzruszenia.
    • jotka13 3 urodziny TWCh 19.11.08, 19:40
      Warszawa, 6 października 2006 roku
      3 urodziny TWCH.

      W zebraniu uczestniczyli: Lylika i Mężydło (tj. Stefanmaria), Stara
      Gropa, Jotka, Edyta, A.Bumbecki, Dorka, Krzysiek, Sławek, Edeka,
      Gość Specjalny oraz 1 piesa, 2 koty, stado sów. Tak jak
      zapowiadałam, dotarłam najwcześniej. Oczywiście, wzięłam ze sobą
      wszystko, oprócz adresu gdzie mam się stawić, ale telefon uratował
      sytuację. Po mnie przyszła Stara Gropa, a dalszej kolejności
      niestety nie pomnę. Wszyscy podpisywali listę obecności, a Krzysiek
      dodatkowo składał też swój autograf na pięknie wydrukowanym i
      włożonym w okładki egzemplarzu powieści. Siedział na kanapie, flesze
      błyskały mu po oczach i mógł poczuć się jak gwiazda (Krzysiuuu!
      Opowiesz nam jakie to uczucie?! Gości witał pan domu wołając w
      domofon "Hasło! Wpuszczam pojedynczo", czym niechcący zdezorientował
      jednego ze swoich pracowników, który nawinął sie zupełnie
      przypadkiem akurat w godzinach naszego spotkania. Okazał jednak dużą
      bystrość umysłu, odpowiadając bez namysłu: "zasilacze!" (Hmmm,
      ciekawe... albo był to człowiek, co niejedno w życiu widział, albo u
      Lyliki w domu niecodzienne powitania są czymś normalnym...) Po
      wejściu gości witał ciemnoróżowy napis SZKORBUT wykonany na lustrze
      (czyżby szminką?) oraz psica gospodarzy, którą każdy obowiązkowo
      pomiział. Kotka, jak na damę przystało, czekała na powitania
      odpoczywając na parapecie, aczkolwiek raczyła też przez chwilę
      uczestniczyć w spotkaniu. Pani domu zaskoczyła wszystkich wykwintnym
      przyjęciem, dzięki czemu każdy mógł poczuć się jak Gość Specjalny,
      nie tylko pan Tadeusz, który przybył z opóżnieniem i osobiście
      zdmuchiwał świecę na wspaniałym torcie dostarczonym przez Edytę (z
      okazji 3-lecia TWCh). Ponadto, Edyta przyniosła też precjoza
      przysłane przez Asię, zaś ja wizytówki reklamujące Forum, wykonane
      do spółki z Goposem (on - pomysł graficzny, ja - wykonanie). Oprócz
      błyskotek Edyta przyniosła również przysłane jej przez Asię 4
      damskie torebki. Na razie jeszcze nie zdecydowaliśmy co z nimi
      zrobimy, więc można zgłaszać propozycję. Jedna z torebek, z uwagi na
      niebanalny fason wzbudziła szczególne zainteresowanie i razem ze
      Starą Gropą natychmiast znalazłyśmy dla niej alternatywne
      wykorzystanie w postaci oryginalnego nakrycia głowy (co osobiście
      wypróbowała na sobie Bumbecka). Na widok precjozów wszystkie baby
      rzuciły się do rozgrzebywania, zaś jednostki płci męskiej z lubością
      obserwowały błysk zadowolenia w naszych oczach. Po nacieszeniu się
      kosztownościami zostały one upchnięte w świeczniki. Acha, z okazji
      oglądania był też krótki pokaz mody torebkowo-biżuteryjnej w
      wykonaniu Edyty i Edeki. Po przyjściu Gościa Specjalnego nastąpił
      mocno oficjalny plan spotkania i rzeczywiście wyjątkowo dużo rzeczy
      udało nam się omówić, ale przedstawienie konkretów pozostawię
      Szefowej, bo ona z pewnością okaże się dużo bardziej skrupulatna w
      tej materii (ja tylko zamieszczam moje chaotyczne spostrzeżenia).
      Wspominaliśmy też urodziny Małży, ale propozycja Krzyśka, co by
      odśpiewać gromkie "Sto Lat" i wysłać jubilatce w formie MP3, jakoś
      nie doczekała sie realizacji. Po omówieniu spraw oficjalnych
      nastąpiła degustacja tortu oraz wspaniałych ciast Lyliki. Niedługo
      potem niestety musiałam opuścić gościnne progi, co by zdążyć na
      pociąg, więc o dalszą część sprawozdania poproszę kogoś z
      pozostałych. Jak zwykle ogromnie dziękuję mężowi Lyliki za podwózkę
      na dworzec, dzięki temu mogłam pobyć z Wami dłużej...


      Autor : dorka_31
    • jotka13 Re: Akcja Kronika 19.11.08, 20:17
      Ja wymiękam, przecież nie mogę pociąć takiego wątku:

      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=14722&w=36966551&v=2&s=0
      Jesteście cudowni wink)))
    • g0p0s Re: Akcja Kronika 20.11.08, 10:42
      Spotkanie 8 lipca 2005, regulaminowe

      G0p0s:
      Spotkanie odbyło się. Na trawniku przed Cafe Szpulką. Szczęśliwie
      stały tam stoliki i krzesła. Atmosfera była gorąca, opadów brak,
      ciśnienie w normie, wiatr słaby zmienny, zachmurzenie zerowe,
      wilgotność w normie.
      Uczestniczyli: Stara.gropa, Jotka13, Edeka5, 1/2 Bumbecki, Anmanika
      z kumpelą, Cafe.szpulka z doskoku, 1/2 Bumbecki chwilowo, G0p0s
      niespodziewanie.
      Wybrane tematy dyskusji:
      - rozmowa Starej.gropy z Panem Tadeuszem
      - szpony hazardu w praktyce
      - powieść zainicjowana przez Grohę (mlaskanie i oblizywanie palców)
      - rozmowa Starej.gropy z Panem Tadeuszem
      - tłumaczenie dialogów filmu Wszystko Czerwone z jednego języka na
      inny, ale też słowiański
      - szpony hazardu w praktyce - wpływ daty urodzenia
      - Gurua w RMF CLASSIC - anons
      - różności wszelkie
      - szpony hazardu w praktyce - planowana gonitwa wokół placu 3+
      - różności wszelkie
      - striptiz w wydaniu żeńskim i zwłaszcza męskim - teoria bez praktyki
      - różności wszelkie
      - rozmowa Starej.gropy z Panem Tadeuszem
      - dlaczego faceci czytający Guruę są podejrzani
      - różności wszelkie
      - wyjście z Cafe Szpulki męskiego striptizera - opóźniony czas
      reakcji
      - różności wszelkie
      - śladami Gurui, czyli gdzie i kiedy zrobić grilla
      - różności wszelkie
      - planowana wystawa
      - różności wszelkie
      - szpony hazardu w praktyce - Cafe Szpulka jako bankomat
      - różności wszelkie
      Po czym przybyła druga 1/2 Bumbecki chwilowo z trzema czworonożnymi
      przyjaciółmi człowieka i obie oddaliły się. Wymienione w wątku Edeki
      persony udały się do kasyna w hotelu 'Grand', który przywitał nas
      foliowym opakowaniem na stylowych rusztowaniach (typ warszawski)...

      Edeka:
      Wypad do kasyna zaliczony, co prawda tylko automaty, ale pierwsze
      koty za płoty.
      Uwaga do uczestników wypadu - ruletka też była tylko dalej.
      Chcę się rozprawić z przesądem, że urodzeni w kwietniu nie
      wygrywają. Wygrywają, chociaż może tylko za pierwszym razem.
      A tak w ogóle to wycieczka do kasyna liczyła 6 osób: Anmanika, Iza,
      Stara.gropa, Jotka, Edeka i po raz pierwszy (i mamy nadzieję, że nie
      ostatni) G0p0s. Niestety jako, że z psami nie wpuszczają do kasyna
      Bumbecki musiały zrezygnować (tym razem).

    • g0p0s Re: Akcja Kronika 20.11.08, 10:43
      Spotkanie 9 września 2005, regulaminowe

      G0p0s:
      Miejsce spotkania - Mozaika, ogródek

      Czas spotkania - 19:00 - 22:00 z wąsem (czasu lokalnego)

      Uczestnicy:
      Goonia *
      Marrtawu *
      Anmanika w akcie I
      1/2 + 1/2 Bumbecki w akcie II
      Edeka5
      Edyta95
      Jotka13
      Klarisa
      White.falcon
      3 osoby jeszcze na forum nie udzielające się *
      G0p0s
      - - - - - - - - - - - - - - - - - -
      Razem: od 12 do 13, średnio 12,5, a w sumie 14
      * - premiera na spotkaniu

      Przebieg:
      Niestety flash mob przed spotkaniem nie odbył się. Trudno. Może
      następnym razem. Goonia dzielnie spacerowała przed wejściem z
      książką w ręku. "Szkorbut, szkorbut" w wykonaniu Edeki spełnił
      funkcję systemu identyfikacji 'swój - obcy'. Goonia okazała
      się 'swój'.
      Z uwagi na sprzyjające okoliczności przyrody ulokowaliśmy się w
      ogródku lokalu. Stopniowo przybywały następne osoby. Na stole Edeka
      umieściła biało-czerwoną część garderoby wierzchniej. Nie była to
      flaga. Martawu z osobą jeszcze nie z forum dały się rozszyfrować z
      daleka. Coś emitowały? Machanie ww. garderobą potwierdziło diagnozę.
      Z uwagi na początkowy brak Bumbecki z referatem, dyskusja była
      wielowątkowa. A to zmiana image'u White.falcon, a to przygody przed
      spotkaniem, a to wspomnienia z wakacji, a to nie pamiętam co. Były
      pytania o "Rogatka" i "Powieść bardzo sensacyjną". Brak Grohy dał
      się odczuć. Rozległość stołu również. Nie wszyscy wszystko słyszeli.
      Anmanika w ramach maratonu warszawskiego będzie reprezentować TWCh w
      sztafecie i zasuwa 5 km. Można kibicować lub reanimować. Kwestia
      tłumaczenia dialogów filmu wg. "Wszystko czerwone" ponownie nie
      została rozstrzygnięta. Poruszony został temat przyszłych wycieczek
      po Warszawie ze Starą.gropą. Następnemu spotkaniu ma towarzyszyć
      wódka bezalkoholowa. Pojawił się wątek hazardu i świtała chęć repety
      wyprawy do kasyna, tym razem w Mariocie.
      Anmanika musiała się oddalić do zajęć służbowych nie cierpiących
      nomen omen zwłoki, wkrótce przybyły Bumbecki.
      Okazało się, że Bumbecki nie pamięta tematu referatu, ani trzech
      pierwszych słów jego gotowej już treści. Wg niecnych podejrzeń te
      trzy słowa to "O k(piii)wa m(piii)ć". Ale to tylko przypuszczenie,
      za które z góry przepraszam. Na następnym zebraniu w Szpulce
      Bumbecki zdejmuje spodnie. To będzie dowód rzeczowy, a nie skutek
      przegranego zakładu.
      W zastępstwie referatu zapanował nastrój nostalgiczny. Weterani
      spotkań snuli nie kończące się opowieści o prapoczątkach forum,
      Towarzystwa, o spotkaniach z Guruą. Były też wspomnienia ze
      wspólnych wypraw śladami Guruy, którym jak się okazuje towarzyszyło
      wiele przygód. Wątki zoologiczne były jak najbardziej obecne.
      Ponieważ część uczestników musiała nas opuścić, osoby pierwszy raz
      uczestniczące w spotkaniu otrzymały prezenty - niespodzianki. Po
      krótkich negocjacjach prezenty otrzymali pozostali uczestnicy
      spotkania. W trakcie owego rozdawnictwa stłukłem szklankę po piwie.
      Tak mimochodem to się stało. Siedziałem obok Edeki i już myślałem,
      że wizja Bzr1 spełni się i będzie zadyma na całego. Nic z tego.
      Zignorowali nas. Dalsze wspomnienia toczyły się rączo, czas biegł
      nieubłaganie. Przyszedł moment rozstania. W tym czasie ponownie
      stłukłem tę samą szklankę. I ponownie nic! Żadnego zamykania lokalu.
      Bumbecki nie zdążyła tym razem usnąć. Spotkanie dobiegło końca.
      Mozaika wzięła swoją nazwę od rzeczonej, wykonanej z drobniutkich
      płytek ceramicznych na ścianie wewnątrz. Taki tam maz, o ile dobrze
      pamiętam z wizyt w zamierzchłych czasach. Trochę dawnej atmosfery w
      niej pozostało, głównie w zachowaniu obsługi. Nie zostało
      jednoznacznie rozstrzygnięte, czy toaleta jest płatna. Część zgodnie
      z wywieszką płaciła 1 PLN, a część korzystała za friko. Większość
      pozycji w karcie jest "z bitą śmietaną". W dziale "Ciasta"
      figuruje "Guma do żucia Orbit". Stanowiliśmy ok. połowę ogólnej
      frekwencji w lokalu. Pierzaczek się nie plątał, Półgłówek nie
      zszedł, tak więc nie musieliśmy korzystać z telefonu na zapleczu.


      A oto prawdziwa relacja ze spotkania dla tych, których na nim nie
      było. Ci co byli, smutną prawdę znają.

      Miejsce spotkania - Mozaika, ogródek

      Czas spotkania - 19:00 - 22:00 z hakiem

      Uczestnicy:
      Nie wiadomo do końca kto był, ani ile było osób. Parę osób nacięło
      się po raz pierwszy.

      Przebieg:
      Flash mob przed spotkaniem nie odbył się. Nie było naiwnych. Jakaś
      persona smętnie snuła się przed wejściem z książką w ręku.
      Zniechęcający okrzyk "Szkorbut, szkorbut" uruchomił instynkt
      ucieczki, który jednak z kretesem przegrał z wrośnięciem w ziemię.
      Na ramieniu coś rytmicznie pulsowało. Okazało się, że tak goni serce
      Gooni, reszta kadłuba też była Gooni.
      Ponieważ wiadomo było jak będą zachowywać się przy stole
      zgromadzeni, na miejsce zebrania wybrano ogródek. Przynajmniej
      wykidajło nie będzie mógł zablokować drogi ucieczki swoją kwadratową
      sylwetką w drzwiach. Z wyrazem niechęci na twarzach przybywały
      następne osoby. Na stole umieściliśmy niby czerwony gałganek.
      Bezmyślne machanie nim zwabiło Marrtęwu wraz z częściowo przypadkową
      ofiarą. No cóż, niektórzy mają pecha.
      Z uwagi na początkowy brak Bumbecki z referatem, dyskusja była
      wielowątkowa. A to rebrending White.falcon, a to przykre przygody
      przed spotkaniem, a to wspomnienia z nieudanych wakacji, a to
      dzieciożerne psy i inne równie fajne tematy. Były narzekania
      na "Rogatka" i "Powieść bardzo sensacyjną". Ogólnie było sennie i
      chaotycznie. Anmanika narzekała, że musi w ramach maratonu
      warszawskiego reprezentować TWCh w sztafecie i zasuwać aż 5 km. Tym
      bardziej, że jeszcze nie dorosła do firmowej koszulki, którą musiała
      nabyć. Kwestia tłumaczenia dialogów filmu wg. "Wszystko czerwone"
      ponownie nie została rozstrzygnięta. Poruszony został temat
      przyszłych obowiązkowych wycieczek po Warszawie ze Starą.gropą.
      Następne spotkanie zapowiada się jeszcze smętniej - nawet wódka
      będzie bezalkoholowa. Pojawił się wątek hazardu i zawisł w powietrzu
      obowiązek repety (poprzednio kompletnie spalonej) wyprawy do kasyna,
      tym razem w droższym Mariocie.
      Anmanika wolała się oddalić do zajęć służbowych niż dalej
      uczestniczyć w tak nieudanym spotkaniu, wkrótce przybyły Bumbecki.
      Okazało się, że Bumbecki nie pamięta ani tematu referatu, ani trzech
      pierwszych słów jego gotowej ponoć treści. Jeżeli referat będzie
      powstawał w takim tempie, to zostanie wysłuchany przez aparaty
      słuchowe (o ile Szpulka daje możliwość wjechania wózkiem
      inwalidzkim). Dla zabicia czasu weterani spotkań snuli kombatanckie
      opowieści o trudnych prapoczątkach forum, kłodach rzucanych pod nogi
      Towarzystwu, o rozczarowujących spotkaniach z Guruą. Były też
      wspomnienia ze wspólnych wypraw śladami Guruy, którym jak się
      okazuje towarzyszyło wiele odrażających przygód. Drastyczne wątki
      zoologiczne były jak najbardziej obecne. Bumbecki obiecała dla
      wzmocnienia efektu, co o spotkaniach sądzi, zdjąć w Szpulce spodnie
      i . . .
      Ponieważ część uczestników nie zdzierżyła i zaczęła wychodzić, osoby
      pierwszy raz uczestniczące w spotkaniu otrzymały prezenty - nic nie
      warte niby niespodzianki. Po krótkiej szamotaninie prezenty mieli
      również pozostali uczestnicy spotkania. Właśnie w tym momencie
      została stłuczona szklanka po piwie. I taka jest prawda, proszę
      Wysokiego Sądu, hm, Drodzy Czytelnicy.
      Obsługa lokalu obserwowała nas trwożnie z oddalenia. Widoczna jednak
      była na ich twarzach chęć przetestowania świeżo uruchomionego numeru
      112.
      Martyrologiczne wspomnienia toczyły się leniwie, czas biegł całe
      szczęście nieubłaganie. Przyszedł długo oczekiwany moment rozstania.
      Podczas niesnasek na tle zrzutki na zapłacenie rachunku ponownie
      została stłuczona ta sama szklanka. Kelnerzy zachowali zimną krew,
      przecież dobrowolnie opuszczaliśmy lokal i to nawet po nie
      oczekiwanym zapłaceniu rachunku. Spotkanie dobiegło do upragnionego
      końca. Wszyscy odetchnęli z ulgą.

      I czy jest coś dziwnego w tym, że Stara.gropa śn
      • g0p0s Re: Akcja Kronika 20.11.08, 10:48
        i o rozwiązniu takiego Towarzystwa.
        /Forum nie zdzierżyło relacji/
        • lylika Re: Akcja Kronika 20.11.08, 11:18
          Paluszki lizać... smile
          Co to jest?:
          Stara.gropa śn
          • g0p0s Re: Akcja Kronika 20.11.08, 11:21
            To jest koniec limitu jednego wpisu na forum - c.d. jest w
            kolejnym smile
            • jotka13 Re: Akcja Kronika 20.11.08, 11:43
              Dzięki za sprawozdania, mam tylko prośbę o wpisywanie tytułu relacji
              w tytule wątku - będzie łatwiej je znaleźć, mam nadzieję że nie
              pomerdałam z tymi tytułami wink
    • jotka13 Gry Warszawskie 20.11.08, 11:47
      Warszawa, 19 maja 2007

      Gry Warszawskie – „Klin” – „Lekarstwo na miłość”

      Pod Rotundę z ramienia TWCh (i forum) dotarli: Lylika ze
      StefanMarią, JKM Stara.gropa, Jotka z Krzyśkiem (ale nie 36!),
      Bbzyta, Madonna i ja. Im bliżej 19, tym tłumek przed budkami
      gęstniał. Na wszelki wypadek opanowaliśmy 3 z 4 budek i czekaliśmy w
      napięciu na dzwonek. Telefony milczały. Napięcie rosło, pomysłowość
      uczestników też. Dla urozmaicenia oczekiwania zaczęli ludzie z
      komórek dzwonić do budek. Całe to zamieszanie utrudniło zbieraczowi
      surowców wtórnych zeskanowanie zawartości budek, musiał się ze
      zdziwieniem i swoim pojazdem jednośladowym przedzierać przez tłum.
      Postanowiliśmy wypuścić zwiad do budek w okolicy. StefanMaria udał
      się w kierunku budki za Forum, Jotka z Krzyśkiem do budki za
      Rotundą. Oba patrole zameldowały, że to chodziło jednak o budkę za
      Forum (tak na marginesie, to on się teraz Novotel nazywa, a Novotel
      jakoś inaczej). Ruszyliśmy w tamtym kierunku, a za nami cały tłum
      ludzi. W miejscu, gdzie w filmie stała budka, były na chodniku kredą
      wyrysowane strzałki z napisem 'gra', które prowadziły we właściwe
      (?) miejsce. Kolejka już była, że ho, ho, a może nawet ho, ho, ho.
      Za nami ustawili się ludzie spod Rotundy, też parę ho. Każdy po
      odebraniu telefonu z tajemniczą miną oddalał się kurcgalopkiem.
      Pewne było, że na Pocztę Główną, ale były informacje dodatkowe. Jak
      przyszła nasza kolej, to usłyszeliśmy, że okienko 19
      hasło 'szkorbut'. Wyruszyliśmy na pocztę. Po drodze postanowiliśmy,
      że nie musimy tam lecieć wszyscy. Chociażby z tego względu, że
      akurat wcześniej startujący lecą w przeciwnym kierunku. Na pocztę
      wyruszyła forpoczta pod dowództwem JKM Starej.gropy, reszta
      zaparkowała prawie przy banku pod orłami. To okazało się dobrym
      miejscem, bo tam rozdawali banknoty 500 złotowe, o czym zameldowała
      nasza czołówka. Niestety bez kwitów z poczty nie udało się ich
      wydrzeć i musieliśmy poczekać. Do odwiedzenia były miejsca: Hotel
      Grand, Supersam (miejsce po nim), dom meblowy Emilka. W wyniku
      zebranych informacji trzeba było zgadnąć gdzie produkowano banknoty
      i tam się udać. No to kopnęliśmy się do Grandu. Tam na ladzie w
      recepcji stał telefon, który coś faflunił. Po konsultacji z innymi
      uczestnikami wyszło nam, że o kamienicy 83 mówi. Czas się kurczył,
      postanowiliśmy usprawnić dochodzenie i się podzielić. Krzysiek,
      Madonna i ja ``świńskim truchtem polecieliśmy do tramwaju w celu
      zwizytowania okolic Supersamu, a reszta autem do Emilki. Podczas
      truchtania włączyłem dedukcję i wytypowałem dwa prawdopodobne
      miejsca: Złota lub Sienna 83. Drugi wariant był gorszy, bo taki
      budynek już nie istnieje jak się potem okazało. Pod Supersamem
      rozdawali kartki z Złota, a pod Emilką z 83 i dodatkowo kupony do
      losowania nagród. Spod Supersamu autobusem i dwoma tramwajami
      dotarliśmy na Złotą i połączyliśmy się. Złota 83 to słynny Pekin na
      rogu Żelaznej, nie mylić z Pajacem Kultury. Olbrzymia kamienica,
      aktualnie w stanie mocno zaniedbanym. Tłum się gromadził (ponad 200
      osób) i nikt nie wiedział co dalej. Inicjatywę przejęła nasza Pani
      Prezes. Pogadała ze wszystkimi, ustawiała do zdjęć, agitowała za
      forum i TWCh. Wtedy też ustawiając tłum do zdjęcia pierwszy raz
      zablokowała ulicę). Żałowaliśmy tylko, że od wszystkich składek nie
      pobrała ) Po 21 pojawiła się dziewczyna z ramienia organizatorów,
      trochę przerażona skalą. Zebrała wypełnione kupony (my nie
      startowaliśmy, niech inni sobie książki wygrają). Kolejka do worka
      zajęła 1 pas ruchu. Losowanie odbyło się na trawniczku między
      jezdniami i tym razem ulica w jednym kierunku już była
      nieprzejezdna. Trochę się kierowcy dziwili i kombinowali, ale bez
      scysji. Po imprezie wszyscy byli spragnieni piwa/coli i posadzenia
      na czymś tyłka. Jotka zaproponowała świetny lokal w okolicy.
      Poprowadziła do niego mocno okrężną drogą, żebyśmy się w lataniu po
      mieście wprawiali dalej. Na miejscu okazało się, że jest tam dziś
      dyskoteka. No w ostateczności możemy za nią zapłacić i nie tańczyć.
      Zrezygnowaliśmy z oferty i po krótkich i bezowocnych (a nie
      mówiłem?) poszukiwaniach innego lokalu udaliśmy się gdzie kto chce
      Zabawa polegała na lataniu, a nie na wykorzystywaniu wiedzy. Jak
      ktoś będzie się wybierał na następną, to proponuję rower. O ile nie
      planuje piwa na zakończenie.

      Autor: g0p0s
    • jotka13 Spotkanie w Empiku 20.11.08, 11:48
      Warszawa, 16 lutego 2006
      Spotkanie w Empiku – „Krętka blada”

      Zgodnie z zapowiedzią Gurua spotkała się z czytelnikami w Empiku.
      Nasze umówione spotkanie trochę się rozrzuciło w czasie i
      przestrzeni, ale lekkie spóźnienie Gurui pozwoliło nam się zebrać do
      kupki. W tym czasie uformowała się kolejka, jak za starych, słusznie
      minionych czasów. Gurua została powitana przez pana Tadeusza mniej
      więcej słowami, że namówienie pani Joanny do publicznego wystąpienia
      jest rzeczą trudną, ale z okazji wydania nowej książki się udało.
      Gurua z panem Tadeuszem zasiedli przy stoliku na niewielkim
      podwyższeniu. Na początku spotkanie było filmowane. Czy przez jakieś
      medium, trudno zgadnąć. Na mikrofonie był napis 'Super stacja'. Dużo
      ludzi robiło zdjęcia. Żądni autografów dosiadali się do stolika i go
      otrzymywali. Jako jedna z pierwszych podeszła pani Ada. Zagadka: kto
      to taki? Tylko pani Prezes zgadła od razu. Nasza gromadka stała z
      boku i zastanawiała się co począć. Czy umizgiwać się do pana
      Tadeusza o wejście poza kolejką, stanąć w kolejce, czekać na koniec
      podpisywania? Owo zastanawianie się oczywiście szybko przegrało z
      dyskusją na tematy wszelakie. Czas leciał, kolejka nie malała,
      czekaliśmy. Ponieważ pan Tadeusz wspomniał, że jest też TWCh, to
      ludzie się trochę wgapiali. Dzięki temu dołączyła do nas Tgosia44. W
      momencie jak wyglądało, że już nikt nowy do kolejki nie przybywa,
      Bumbecki zdecydowała się stanąć na jej końcu i zająć dla nas
      miejsca. Planowaliśmy napisać jej na plecach 'Koniec kolejki', ale
      na planach się skończyło. Pojawił się dziennikarz piszący materiał
      do gazety. Niestety nadzieje na rewelacyjny artykuł rozwiał. Podał
      przyczynę, my jednak mieliśmy swoje zdanie na ten temat. Cóż, pech.
      W odpowiednim momencie dołączyliśmy do kolejki. Nasze prognozy co do
      ilości czytelników nie sprawdziły się. Ludzi za nami było mrowie.
      Podeszliśmy do stolika grupą, na wszelki wypadek się
      przedstawiliśmy, otrzymaliśmy autografy, wręczyliśmy prezenty od nas
      (tego poszukiwanego syna alkoholika i książkę od MORDu).
      Poszturchiwana przez nas dla dodania odwagi Stara.gropa zaprosiła
      Guruę na lody. Odpowiedź była uwarunkowana od tego, czego od Gurui
      będziemy oczekiwali. Po zapewnieniach, że nie będziemy niczym
      męczyli, żadnego podpisywania, zaproszenie nie zostało odrzucone.
      Podzieliliśmy się. Jedna grupa pozostała w Empiku, aby trzymać rękę
      na pulsie i dopilotować gości do lodziarni. Druga poleciała tamże
      łapać stoliki. Przechwyciliśmy na początku trzy i je złączyliśmy. Na
      to nasze nieoficjalne spotkanie przybyli Gurua, pan Tadeusz i Julita
      Jaske. Atmosfera była bardziej jak na rodzinnym spotkaniu, niż na
      autorskim. Nikt Gurui nie przesłuchiwał. Rozmowy najczęściej były
      trzy - z Guruą, panem Tadeuszem, panią Julitą. Ponieważ
      trójpodzielnej uwagi nie mam, proszę o uzupełnienia relacji. Pomysł
      z trumienką z poprzedniego spotkania spotkał się z ciepłym
      przyjęciem, żadnych kontrowersji nie wzbudził (uff). 'Trupy do
      wykończenia' zostały przeczytane i ocenione pozytywnie - podobały
      się. Powrócił temat hipotetycznej obsady i filmów. Rosyjski film na
      motywach 'Wszystko czerwone' został oceniony. W pierwszym odcinku
      jest krojenie warzyw, w drugim taniec, w trzecim akcja toczy się w
      bloku, ktoś ginie od halabardy, być może Edek. Gurua wymiękła. Miało
      być na motywach, motywów po trzech godzinach nie doczekała się i
      spasowała z dalszego oglądania dzieła. Stara.gropa zapowiedziała
      następne forumowe dzieło i streściła dla zachęty opowiadanie
      Wołoducha o małym z dnem. Gurua parsknęła śmiechem. Serdecznym.
      Gurua jest w tej chwili zajęta przekopywaniem się przez zdjęcia.
      Chodzi o odszukanie ich do wznawianych tomów autobiografii. Tych
      samych, które były w pierwszych wydaniach. Zmieniło się wydawnictwo,
      zdjęcia się w domu poprzemieszczały, a jest ich w sumie multum. Na
      przełomie kwietnia/maja, najpóźniej w połowie maja będzie wydany VI
      tom
      Autobiografii. Zgodnie z zapowiedziami zostanie tam podsumowany pan
      Tadeusz Jaka będzie nowa powieść, tego nie wie nikt. Wznowienia
      książek są powodowane analizą sytuacji. Gorąco popieraliśmy zamiar
      wydania Autobiografii zdjęciowej. Gurua zastrzegła, że trochę
      wyjaśnień do zdjęć poza podpisami będzie potrzebne. Pan Tadeusz
      rozmyśla jak wykorzystać radiowe nagranie Lesia czytanego przez
      panią Kwiatkowską. Jest z tym taki problem, że zaginął pierwszy
      odcinek. Być może udzielone przez nas rady coś pomogą. Podczas pracy
      w Empiku przed Guruą stała popielniczka, skrzętnie wykorzystywana. W
      lodziarni takiej usługi nie przewidziano. Pan Tadeusz udał się na
      negocjacje. W tym samym czasie Gurua wyciągnęła papierosy
      i 'turystyczną' zamykaną popielniczkę i oddała się nałogowi
      ukradkiem. Pan Tadeusz wrócił i powiedział, że no cóż, bierze to
      przestępstwo na siebie. Gurua jest jak widać przygotowana na każde
      warunki. Zacytowała Alicję, która w jakiś okolicznościach
      powiedziała, że do palenia to ma tylko gębę. Gurua stwierdziła, że
      obżarła się lodami i musi już wracać do pracy. Zawezwany został pan
      Witek (występujący w Krętce), Gurua i pan Tadeusz pożegnali się z
      nami. Mamy obietnicę kolejnego spotkania. Została z nami jeszcze
      trochę pani Julita. Została przez nas przesłuchana na okoliczność
      życia codziennego Gurui. Okazało się, że wprawdzie tramwajem Gurua
      nie jeździ, ale do sklepów udaje się samodzielnie. Niczym się od
      innych nie wyróżnia. Pisząc myśli obrazami i potrafi się sama śmiać
      ze swoich pomysłów. Dużo pracuje i praca jest dla Niej
      najważniejsza, faktycznie dużo podróżuje, teraz już do Alicji
      rzadziej. Pani Julita potwierdza, że Alicja jest taka, jak ją Gurua
      opisuje. No i skończyło się. Czekamy na następne książki i spotkania.
      Od wydawnictwa dostaliśmy 5 egzemplarzy Krętki (z autografem Guruy)
      i postanowiliśmy, że otrzymają je:
      - Edeka - za zasługi na allegro
      - Woloduch - za znalezienie tytułu ksiązki, której poszukiwała
      Gurua. I za fantastyczne opowiadania, jakie napisał na forum.
      - Groha - za całokształt działalności forumowej i zaangażowanie w
      wydanie naszego dzieła literackiego.
      - Asia.sthm - za wprowadzanie dobrego nastroju i oparów absurdu na
      forum.
      - Goonia - za wkład w twórczość literacką uprawianą na forum.
      Zwycięzcom gratulujemy. Nagrody wyślemy pocztą.
      Sprostowanie do obdarowanych książkami; nie dostanie Edeka za
      allegro, bo odmówiła, tylko jej mąż Sławku - w podziękowaniu za
      trumienkę.

      Autorzy: g0p0os, stara.gropa
    • g0p0s Żydowski Cmentarz Powązkowski 20.11.08, 15:05
      Cmentarz Żydowski (Powązki)
      G0p0s:

      Przed wizytą na właściwym cmentarzu Stara.gropa zawiodła nas do
      niejako aneksu do tegoż. Aneks był zamknięty na cztery spusty, ale
      oprócz nas kręciła się przed nim pewna kobieta przyklejona do
      komórki. Jak się od niej odspoiła, to zainteresowała się nami i
      spowodowała, że na rowerku przyjechał 'pan Józio' i otworzył bramę.
      Podczas naszego pobytu na terenie mało znanego cmentarza/pomnika
      kobieta pojawiła się ponownie i (w dalszym ciągu po angielsku)
      dopytywała się kim jesteśmy. Kłopotliwe pytanie (zamiast odpowiedzi:
      My name is Old, Old.gropa, and I'm a President of . . .) Stara.gropa
      skwitowała krótką odpowiedzią, że jesteśmy grupą przyjaciół z
      Warszawy. Kobieta dociekała, czy nie jesteśmy szkolną wycieczką (a
      więc szkoły specjalne są nie tylko u nas smile. Kobieta przedstawiła
      się jako 'nomber two' w organizacji, która między innymi zajmuje się
      renowacją (bardzo niemrawą skądinąd) cmentarza. Była mocno
      zdziwiona, że przyszliśmy ot tak sobie. Edyta została niesłusznie
      posądzona, że jest Rosjanką. Była (nr II) też zdziwiona, że
      najpopularniejszym językiem obcym nad Wisłą nie jest niemiecki tylko
      angielski. Tak więc międzynarodowe kontakty zostały nawiązane. Póki
      co nie na bazie twórczości Guruy, ale zawsze.
      Poczym udaliśmy się na Cmentarz Żydowski przy Okopowej.
      Podobno w tradycji żydowskiej nie ma zwyczaju zapalania lampek na
      grobach, jednak na tym cmentarzu są one przy grobach znaczących osób
      zapalane. Są one niewielkie, w blaszanych mundurkach i z napisem, że
      są koszerne. Żadne z nich nie mają patentu na niegaśnięcie
      (przykrywki). Wycieczki zapalają je, stawiają i odchodzą. Prawie
      wszystkie gasną i nikt ich nie zapala ponownie. Potwierdza to chyba
      tezę roboczą, że wycieczki młodzieży z Izraela zaliczają cmentarz
      jako jeden z wielu obowiązków wpisanych przez organizatorów.
      Klimat tego miejsca jest niezwykły. Jest to kontakt ze światem,
      który realnie istniał przed wojną i zaginął całkiem po niej. Robi
      mocne wrażenie.
      Biegłych w językach (różnych) proszę na wszelki wypadek o
      przetłumaczenie:
      Stara.gropa
      Towarzystwo Wszystko Chmielewskie
      i innych niezbędnych w stosunkach dyplomatycznych haseł smile
      • g0p0s Re: Żydowski Cmentarz Powązkowski 20.11.08, 15:07
        PS
        23 pażdziernika 2005 odbyła się wycieczka na Cmentarz.
    • groha Re: I Sabat Świętokrzyski 20.11.08, 15:43
      06-07.05.2006

      Edeka
      Wycieczka była wspaniała. Atmosfera zarówno. Jak ten komputer zmniejsza świat.
      Zastanawialiśmy się jak to jest, czy znamy się dopiero jeden dzień, czy już 1,5
      roku? W sumie nie ważne. Wiedzieliśmy, że jedziemy do przecudnych znajomych i
      nic a nic się nie pomyliliśmy. A teraz co do wycieczki - fasada zamku w
      Kurozwękach była barwy różu pompejańskiego, co widać na zdjęciach. Z Kurozwęk
      pojechaliśmy do Szydłowa. Po drodze popadało, więc już się nie kurzyło.
      Obejrzeliśmy tam pozostałości murów obronnych i synagogę. W zachowanej synagodze
      jest wystawa judaików tzn. menor (świeczników 7-ramiennych), świeczników
      hanukowych, jadów (wskazówek do Tory), balsaminek. Niestety zachowały się tylko
      mury synagogi, bima już nie istnieje. W latach 70-tych odbudowano, zniszczony
      wcześniej babiniec. Pan, oprowadzający nas po synagodze, był wzruszony, że tak
      nas to interesuje. Na wieczór dojechaliśmy do Anatolki, i to nie będzie żadna
      kryptoreklama, tylko zwyczajna, pospolita reklama - tam jest wspaniale. Opis
      zwierzątek lepszy zrobi Groha. Dobrze, że ma swoje koty w domu bo inaczej
      zostałaby na nocleg w stajence z kucykiem. Spokój kompletny. Żadnego zasięgu
      telefonu. Nikt nie może przeszkodzić. Co prawda rano obudził nas osioł, wydając
      dźwięki zardzewiałej pompy do wody, ale jakiś budzik musi być. Następnego dnia
      udaliśmy się do Jędrzejowa, do muzeum zegarów. Po drodze widzieliśmy panoramę
      zamku w Chęcinach. W muzeum zegarów były również wystawione stare sprzęty
      kuchenne. Mnie najbardziej wpadło w oko dziwne szklane naczynie - okazało się
      być pułapką na muchy. W Jędrzejowie rzuciliśmy jeszcze okiem na kościół
      przyklasztorny, podziwiając wygimnastykowanie XIX-wiecznych wandali, ryjących
      swoje podpisy na kościelnym murze. Po tym wszystkim, niestety musieliśmy oddalić
      się w z góry wyznaczonym kierunku, czyli do domu.

      G0p0s
      Zdradzę tajemnicę, że mój dyktafon nagrywa tylko trzy godziny, więc sprawozdanie
      będzie niepełne. Podróż z Edeką rozpoczęliśmy od spotkania na peronie dworca. 10
      minut przed odjazdem pociągu, szedłem wzdłuż peronu rozglądając się na lewo i
      prawo. Zastopował mnie telefon. Dzwoniła Edeka z komunikatem, że stoi przed
      napisem „Bar”. Odwróciłem się w tył i ujrzałem ją wpatrującą się w ww. napis w
      odległości 2 metrów ode mnie. W chwili rozmowy byliśmy odwróceni plecami do
      siebie. Jak widać Chmielewszczycy jakoś się przyciągają. Pociąg był bez
      miejscówek i mieliśmy pewne obawy co do frekwencji. Okazało się jednak, że jest
      pustawy i bez tłoku zajęliśmy miejsca w przedziale. Trzy godziny z hakiem
      trzasnęły nam jak z bicza. Tym bardziej, że mieliśmy najnowszy tom
      Autobiografii. Edeka doczytała do strony 72. Niestety pociąg nie miał wagonów
      dla palących. Nie wiem więc, czy nie złamałem kilkakrotnie regulaminu paląc w
      miejscach, gdzie były popielniczki. Za to bilety sprawdzano nam trzykrotnie
      (mnie jeszcze raz ekstra jak wracałem z palenia). Wysiadka z pociągu w Kielcach
      nie była taka prosta. Przed nami wychodziły dwie panie z solidnym bagażem, które
      na zmianę to przywoływały jakiegoś faceta, to wywłóczyły bambetle na zewnątrz. W
      końcu jakoś udało nam się wydostać z pojazdu. Pierwsza rozpoznała nas Groha.
      Zanim się spostrzegliśmy już wyciągnęła czerwony szaliczek, a jej mąż strzelał
      zdjęcia. Po przywitaniu udaliśmy się do pobliskiego lokalu. Gastronomia kielecka
      przywitała nas z pewną rezerwą. Po upewnieniu się, że my chcemy tylko napoje,
      zaprosiła nas w swoje podwoje. Przy kawie/herbacie zajęliśmy się (Groha+Andrzej,
      Edeka, Ida i ja) kontemplacją zdjęć ze spotkania „kocioworkowego” z
      Autobiografii oraz analizą fragmentu poświęconego TWCh. Przed wyruszeniem w
      dalszą drogę Groha zaprezentowała nam jeszcze rozbudowujący się kielecki deptak.
      Okazuje się, że może być ulica tętniąca życiem bez samochodów. Podgrupa jadąca z
      Kielc trochę się spóźniła do Ujazdu. Sławek z Olą i Alą już tam na nas
      czekali. Podczas parkowania Edeka prosiła o podjechanie obok tego żółtego.
      Andrzej posłusznie zaparkował przy żółtym pojemniku do selektywnego zbierania
      odpadków. Cóż, nie wiedział że samochód Edeki jest żółty inaczejsmile. Mimo
      przeciwności rodzina Edeki połączyła się. W Ujeździe na wstępie daliśmy się
      złapać pani sprzedającej opracowania o obiekcie & inne gadżety. Pani bez
      większego trudu skłoniła nas do przeglądania broszur jej autorstwa i wysłuchania
      ich reklam. Gdyby owa pani pracowała np. w salonie samochodowym, to byłaby jedną
      z bogatszych osób w Polsce. Cóż, jak widać zwyciężyło uczucie... Krzyżtopór w
      Ujeździe. Pierwsze wrażenie - dlaczego to jest tak zaniedbane? Wprawdzie jest
      wokół czysto, ale tak jakoś smutno, pusto... Sam pałac/zamek faktycznie
      poruszający. Może trochę mniejszy niż wydaje się na zdjęciach, ale mimo to
      ogromny. No i piękny, pomimo zniszczenia. Zachowały się w zasadzie wszystkie
      ściany i cześć stropów. Na części ścian nadal jest tynk z XVII wieku! Mury są w
      większości z nieregularnych bloczków kamiennych łączonych zaprawą. Oblecieliśmy
      sławne stajnie, dziedziniec, źródło, wieżę z dawnym akwarium. Doszliśmy do
      wniosku, że odbudować to może nie, ale gdyby to było mniej zniszczone... Bajka.
      Omówiliśmy też z detalami warunki życia w takiej budowli w czasach jej
      funkcjonowania (po wizycie we współczesnym wychodku). Konkluzja była taka, że
      niestety, nie przeżylibyśmy. O rycerzach też było. Aha, na zwiedzanie są bilety
      - 6 PLN. Wyruszyliśmy do Kurozwęk. Andrzej jako prowadzący wycieczkę autochton
      tylko dwa razy pomylił drogę. Jak wyglądają Kurozwęki można obejrzeć w
      internecie. Ładnie. Na zwiedzanie wszystkiego są 3 bilety. Zachowałem je do
      kontroli, bo to nigdy nie wiadomo kiedy ta kontrola mnie napadnie... Wizytę
      rozpoczęliśmy od posiłku. Niestety nie było bizona, zjedzenie dzikiego białka
      odleciało nam frrru...! Do wyboru była pomidorówka z kluchami i schabowy z
      serem. Restauracja trochę przypomina stołówkę - zupa jest serwowana w wazach,
      inne dania też są podawane zbiorczo i goście sami sobie nakładają. Uważajcie na
      kelnerkę! Mnie zganiła: „Pan zupy nie zjadł!”. Myślałem, że zaraz powie: „...to
      nie dostanie pan drugiego”. Tym razem mi się upiekło, ale ostrzegam - trzeba
      zjadać wszystko. Zwiedzanie pałacu z przewodniczką się odbywa. Rozpoczyna się od
      piwnic, a właściwie lochów. Nie wiedzieć czemu, mają one postać korytarzyków o
      przekroju nie za wielkim. Na wszelki wypadek szedł za mną Andrzej, aby w razie
      czego mnie wykopać na zewnątrz. Po cholerę im takie piwnice? Ani to węgla, ani
      ziemniaków nie ma gdzie przechować. Podobno w jednym zakamarku trzymali wino.
      Musi, że podczas balang służbę po nie wysyłali, bo tylko na trzeźwo można było
      po nie trafić. Same wnętrza budzą respekt z powodu ich odbudowy. W momencie
      wykupu od Państwa przez Popielów tego pałacu wyglądał on, jak Krzyżtopór
      dzisiaj. Po zwiedzeniu pałacu przyszła pora na bizony. Wcześniej wyczailiśmy, że
      do bizonów wozi platforma z ławkami zadaszona brezentem, przyczepiona do
      ciągnika. Po wyjściu z pałacu, pojazd śmigał obok nas. Zatrzymaliśmy go na
      stopa. Okazało się, że jest już fajrant. Udało się nam wynegocjować jeszcze
      jeden kurs. Bizony są wielkie i brązowe. Łby mają czarne, z wyjątkiem tych które
      się tlenią. Na jedną sztukę potrzebny jest hektar łąki. Młode faktycznie
      wyglądają jak rzucone na trawę szmatki. Nad całością panuje Wódz. Wódz jest
      wielkości szafy gdańskiej, łeb ma jak duży telewizor. Bizony są bezobsługowe.
      Same sobie radzą z zimą i latem. Raz do roku szczepi i kolczykuje je weterynarz.
      Poza tym człowiek tylko je odstrzeliwuje. Nie zwracają one uwagi na gapiów. Wódz
      ma chyba stałe miejsce zalegania, bowiem miejsce z którego wyrasta mu ogon
      znajdowało się dokładnie w środku wydeptanego koła. Po drodze do bizonów
      znajduje się wielbłąd (2g) i dwie sztuki zwierząt nie do końca zdetektowanych,
      ale dobranych kolorystycznie. Wielbłąd wydawał z siebie na nasz widok dźwięk.
      Wyczuł, że kiedyś paliłem Camele? Oprócz
      • groha Re: I Sabat Świętokrzyski 20.11.08, 15:58
        Doszliśmy do wniosku, że zgodnie z zaleceniami pediatrów hartują potomstwo.
        Kogut sobie nóg nie depiluje. Między tym wszystkim plączą się psy marki
        świętokrzyskiej. W kompleksie znajduje się sala konferencyjna na 20 osób. możemy
        tam odbywać spotkania organizacyjne. Przy wyjeździe z Kurozwęk tradycyjnie
        pomyliliśmy drogę. Tradycja to tradycja, nawet ta świecka i nowa.
        Od momentu wyjazdu z Ujazdu ścigał nas deszczyk. Momentami nawet solidny deszcz.
        Czuję się trochę za to odpowiedzialny, bowiem nie zabrałem ze sobą parasola. Mój
        parasol odstrasza deszcze. Łatwo zgadnąć, że deszcz tylko czeka na okazję, aby
        się odegrać i dopaść mnie bez niego. Udaliśmy się więc po niezakurzonej drodze
        do Szydłowa. Mury obronne tego miasta wyglądają dokładnie tak, jak je rysują
        dzieci - w regularne prostokątne ząbki. Za 2 złote od głowy weszliśmy na plac
        przylegający do murów. Na tabliczce wyczytaliśmy, że mamy w pakiecie również
        wstęp do synagogi. Zaczęliśmy jej szukać. W ramach poszukiwań próbowaliśmy się
        dostać do miejskiej biblioteki, ale dała nam odpór. Sąsiedni budynek
        wykluczyliśmy, był zbudowany ze szkła i aluminium. Wyjątkowe poczucie estetyki -
        średniowieczne cudne mury obronne i przy nich błyszczący klocek... Po
        wyczerpaniu dostępnych obiektów, spytaliśmy się gościa od biletów, gdzie ta
        synagoga. Wskazał nam drogę. Podczas pieszej wędrówki deszcz na nas lunął.
        Wtryniliśmy się komuś na zadaszony ganek. Właściciel nas nie pogonił. W ogóle
        miejscowość wyglądała na wymarłą. Prawie żywego ducha. Jak trochę opad się
        zmniejszył skoczyliśmy do synagogi. Została już przez innych opisana. Dodam
        tylko, że mogliśmy ją zwiedzać bez ograniczeń, bowiem nie jest wyświęcona, czy
        jak to się nazywa. Miejscowi zapaleńcy starają się ją rekonstruować, ściągając
        elementy dawnego wyposażenia i inne pamiątki żydowskiej kultury i wiary. Pana,
        który nas oprowadzał zaskoczyliśmy. Powiedział stały tekst przygotowany na taką
        okazję i zakończył: „to teraz sobie państwo mogą pooglądać”. A my, zamiast
        wkrótce wyjść, dokładnie zwiedzaliśmy pomieszczenie i dyskutowaliśmy. Widząc
        zainteresowanie, pan nam zaczął opowiadać bardziej szczegółowo i pokazał też
        przedmioty zgromadzone w pierwszym pomieszczeniu. Chyba nas zapamięta. Synagoga
        ma na dachu takie same ząbki jak mury, dla dostosowania się do otoczenia. Z
        deszczem na karku wróciliśmy do pojazdów i pojechaliśmy do Anatolki.
        Anatolka. Na pewno nie mogą tam jeździć osoby uczulone na sierść. Pies
        (tymczasowo jeden), kot i pozostałe zwierzaki w stajni same dopominają się
        głaskania. Informacja - kopytne karmić tylko marchewką, dostępną u właścicielki
        w promocyjnej cenie 1 zł za torebkę, pokrojonego w talarki, przysmaku. Po
        wygłaskaniu wszystkiego, co się da, zasiedliśmy do wieczerzy. Na początek żurek,
        później piekliśmy kiełbaski. Pierwotnie miało być ognisko (teren z paleniskiem i
        ławkami przygotowany), ale z uwagi na pogodę ulokowaliśmy się, powiedzmy, że w
        remizie, z kominkiem. Jedząc, pijąc i gadając wytrwaliśmy do jedenastej. Ida z
        ciocią Grohą i wujkiem Andrzejem odjechali spać do Kielc. Ida miała jakieś
        przygody z kotami Grohy, ale niech sama o tym opowie. Reszta wycieczki została
        zakwaterowana na miejscu i się pospała. Następnego dnia pogoda była akuratna -
        słoneczko i nie za gorąco. Rano, pierwszy odezwał się kogut, dopiero później
        osioł i poprawił kogut. Takie budzenie z funkcją drzemki. Posililiśmy się
        pierogami i na tym etapie przyjechała do nas grupa kielecka. Okazało się, że do
        Anatolki nie wszyscy operatorzy dolatują i pierwotne plany zdzwonienia się i
        umówienia w Kielcach trzeba było skorygować. Ruszyliśmy w dalszą drogę.
        Najpierw rzucaliśmy okiem na Kadzielnię, czyli amfiteatr wkomponowany w skały.
        Skały są urwiste i wysokie. Można odgrywać sceny rzucania się z wysoka. Pod nimi
        bywa jeziorko, w trakcie naszego zwiedzania wyszło na chwilę. Pojechaliśmy
        oglądać Chęciny. Objechaliśmy zamek dołem dookoła. Jest ładny, zbudowany wysoko
        na górze i też ma ząbki. Po drodze do Jędrzejowa mijaliśmy Tokarnię, do której
        kiedyś grawitowały Bumbeckie. Wykorzystaliśmy ich absencję i przejechaliśmy
        mimo. W Jędrzejowie zaparkowaliśmy na sennym rynku. Jest on taki od niedawna,
        odkąd zbudowano obwodnicę. Wcześniej była tu komunikacyjna sodomia i gomornia.
        Udaliśmy się do muzeum. Na wstępie musieliśmy pokonać trochę rozkojarzoną panią
        w kasie. Nie mogła się połapać, ile i jakich chcemy biletów, ile zainkasować, od
        Edeki w ogóle nie chciała pieniędzy, Edeka musiała jej wciskać. Po załatwieniu
        wszystkiego pognaliśmy za oddalającą się z grupą przewodniczką. Sprzęty kuchenne
        z przełomu ubiegłych stuleci są odjazdowe. Wszystko unplug. Na węgiel, spirytus,
        lód ze stawu itp. Rozmiary naczyń wszelakich po byku. Patelnia do konfitur
        zajęłaby 4 palniki. Urządzenie do destylacji alkoholu też było, widać że mocno
        wyeksploatowane. Zasadnicza część ekspozycji, to zegary słoneczne. Na pierwsze
        skojarzenie, to trochę tak jak muzeum portów morskich. Widzimy je dziś,
        gdzieniegdzie stale przytwierdzone do ścian lub podłoża. Ale były też przenośne.
        Ba, i to ile konstrukcji i modeli! Najróżniejsze. Kieszonkowe, stołowe,
        strzelające i jakie kto chce. Z płytek, nitek, pierścieni, wycinków sfery,
        drewnianej kostki, no naprawdę zatrzęsienie pomysłów. Były jeszcze używane chyba
        na początki XX wieku - przy jednym wyglądającym jak zegarek naręczny, była
        tabliczka: "USA 1936 r.". Usiedliśmy sobie na rynku, jedliśmy lody (nikt nie
        raportuje, że mu zaszkodziły), gadaliśmy, gadaliśmy... Po czym podjechaliśmy
        jeszcze rzucić okiem na miejscowy zabytkowy kościół (ten od Wincentego
        Kadłubka). Najbardziej zdumiały nas wyskrobane na kamiennych murach napisy, a
        zwłaszcza ich daty - z XIX wieku! Ach, ta przedwczorajsza młodzież! Niektóre
        napisy były bardzo starannie wykonane, jeden nawet gotykiem! Drapali nazwisko,
        imię i datę.Na parkingu w strumieniach łez i promieniach słońca pożegnaliśmy
        się. Zostałem zaokrętowany do Edeki z rodziną i wróciliśmy do domu. Każdy do
        swojego ściśle

        groha
        Jak zwykle - nic dodać, nic ująć. Mogę jedynie potwierdzić, że dyktafon G0p0sa
        (G0p0sofon) jest niezawodny, dokładny, jak mikroskop elektronowy oraz ma
        zamontowany wysokiej klasy śmiechometr, czyli czujnik humoru sytuacyjnego,
        najnowszej generacji. Drugą połowę wycieczki ma zapisaną na innej ścieżce, która
        już się odtwarza, jestem tego pewna. Od siebie więc tylko dodam, że gastronomia
        kielecka przywitała nas z pewnym niedowierzaniem, a część kieleckiego deptaka,
        czyli ul. Sienkiewicza, pieszczotliwie zwanej Sienkiewką, , faktycznie tętni
        życiem. Szczególnie - młotów pneumatycznych, koparek i innych takich, więc
        reszta społeczeństwa ćwiczy się w pokonywaniu torów przeszkód, żeby nie upaść na
        dziób. Potwierdzam, że rozpoznawanie się chmielewszczyków następuje od
        pierwszego rzutu okiem. Wiadomo - swój swojego wyczuwa intuicyjnie, dlatego ten
        czerwony szaliczek był tylko na wszelki wypadek. A gdy już był, to coś z nim
        trzeba było zrobić, więc pomachałam nim od niechcenia i natychmiast schowałam do
        torby. Bowiem nie byłam pewna, czy aby bizony nie reagują na powiewające,
        czerwone szmaty podobnie, jak byki... Nie zostało sprawdzone, przepadło.
        Ach, byłabym zapomniała! Żeby nie było, że nasza wycieczka nie przebiegała pod
        znakiem Gurui! Oczywiście, że przebiegała. Jak wspomniał G0p0s - witaliśmy się
        przy najnowszej Autobiografii (szczególnie napawając się fragmentem o TWCh,
        rzecz jasna), a nasze rozmowy, to przecież wiadomo - wszystkie wiodą do Gurui,
        jak te drogi, co to do Rzymu... Zakończenie wycieczki było wręcz symboliczne, bo
        żegnałyśmy się z Idą pod plakatem, z którego patrzyła na nas Gurua! Czyli pod
        reklamą nowej serii Autobiografii. Na dworcu PKS w Kielcach! A o źwierzątkach z
        Anatolki, to ja jeszcze napiszę. Mogę o nich długo...
      • g0p0s Re: I Sabat Świętokrzyski 20.11.08, 16:05
        Coś tu oberwało.
        Orócz błękitnego nieba...
        • g0p0s Re: I Sabat Świętokrzyski 20.11.08, 16:06
          Wrrr
          p p p
          Oprócz
          • groha Re: I Sabat Świętokrzyski 20.11.08, 16:12
            g0p0s napisał:

            > Wrrr
            > p p p
            > Oprócz

            Widzę, widzę, nie zmieściło się i urwało zdanie, jak głupie, najmocniej
            przepraszam. Bez nerw, do Jotki pójdzie, jak trzeba.
        • groha Re: I Sabat Świętokrzyski 20.11.08, 16:17
          Całe zdanie Goposa:
          Oprócz nich są też strusie, różne świnki, coś z rogami i dziwny drób. Jak
          zauważyła Ida - leżą czyjeś jajka.
          smile
          • lylika 26.07.08. Spotkanie ogrodowe. 20.11.08, 20:12
            g0p0s 27.07.08,
            Godzin rozpoczęcia było wiele.
            Najwcześniej wystartowała oczywiście Lylika, później ci, którzy coś
            przygotowywali. Na miejscu akcji działania wspólne rozpoczęliśmy ok.
            15. Trzeba było wynieść wszystko co potrzebne do ogrodu. Nosili
            Cytrynka, Baron, Piotrek i ja. Szefowa dyrygowała i na każdym kroku
            walczyła z rwą. Zrezygnowaliśmy z wyniesienia biblioteki.
            Sukcesywnie docierali kolejni forumowicze, każdy targał żywność w
            ilościach hurtowych. Cierpieliśmy na deficyt powierzchni poziomych.
            Przy kolejnej takiej imprezie trzeba będzie jakieś regały magazynowe
            instalować, cyco.
            Tłum w ogrodzie gęstniał. Listy obecności nie podaję, bo i tak kogoś
            bym zgubił. Każdy może się na forum odezwać.
            Do wskazania drogi z ulicy najęła się Młoda Anmaniki. Czerwona
            sukienka uzupełniona takimż boa były jak znalazł. 18 minęła i nic!
            Mijała coraz bardziej. Niepokój ściągał coraz więcej uczestników ku
            bramie. W końcu jeden z samochodów zatrzymał się przed bramą i z
            pewnym niepokojem wjechał do ogrodu. Z pojazdu wysiadła Gurua,
            Małgosia i Witek. Po powitaniu wszyscy udali się na miejsce
            biesiady. Gurua zasiadła na przygotowanym tronie, obok Małgosia.
            Witek chwycił za aparat i przez całe spotkanie robił zdjęcia. Gurua
            wyraziła życzenie, żeby nie wyglądała na nich jak Hitchock. Przy
            stole VIP'ów za pomocą lekkiej perswazji usadziliśmy Asię.
            Twierdziła później, że siedzenie bok w bok z Guruą odebrało jej
            język w gębie i całe sterowanie nim. Akurat! Całe spotkanie
            przeszeptały sobie nie wiadomo o czym.
            Miedzy ich pogaduchami dowiedzieliśmy się, że aktualnie trwa praca
            nad dwoma książkami. W jednej z nich Gurua na piśmie odpowiada na
            pytanie, skąd czerpie pomysły. Jednym zdaniem prostym. Z
            dolegliwości codziennych na pierwsze miejsce wysforowały się ślimaki
            bez skorup. Jest ich jakaś inwazja w okolicy i nie dają żyć. Łapanie
            nie wiele pomaga, bo przychodzą następne. Zostaliśmy poproszeni o
            pomoc. Podobno nie przechodzą przez rozłożoną na ziemi miedzianą
            siatkę. Czy ktoś coś wie o tej metodzie, no i gdzie można kupić taką
            siatkę? Drugie miejsce zajmują jeże. Też ich jest multum i zgodnie
            ze swoją jeżą naturą sra..., zostawiają produkty przemiany materii,
            wszędzie. Jak byśmy coś o płoszeniu ich wiedzieli, to możemy pomóc.
            Ciśnienie nie bardzo sprzyjało Gurui i koniak bardzo się przydał.
            Stwierdziła nawet, że powinna się nim w ramach przygotowań uraczyć w
            domu.
            cdn
          • lylika 26.07.08. Spotkanie ogrodowe. 20.11.08, 20:12
            bbbzyta 27.07.08.
            To ja o rzeczach, w które byłam bezpośrednio i z bliska zaangażowana
            Pierwsze primo - konsumpcja Ale było! Na pewno wszystkiego nie wymienię:
            wspaniale przypieczone żeberka z grilla, takiż szaszłyczek, rozpływający się wręcz w ustach, a co drugi ząb trafiał w nim na równie apetycznie przypieczone warzywko lub cząstk ananasa; kaszaneczka; troskliwie zgrillowana w srebrzystej folii młodziutka kukurydza;
            smalczyk, w którym jak bursztynki mieniły się przepyszne skwareczki...; piękna mięsna rolada Kajianny; pasty bobowe dostarczone przez Dzidkę, w kolorach przeważnie zielonych lub zbliżonych; inne pasty, dipy, smarowidła w kolorach rozmaitych o różnym stopniu palącości;
            wdzięcznie chrupiące krakersiki-monetki; zatrzęsienie gotowanego rękami Barona bobu, czereśnie o gabarytach wręcz niezwykłych i urozmaiconej barwie.
            Chleb! i inne wypieki, które właściwie zasługiwałyby na oddzielny wątek, tu wspomnę tylko to, co zdążyłam osobiście skonsumować:
            pyszności od Anmaniki, wonny razowczyk pod smalec, coś, co chyba było chlebem z zapieczonymi w środku jarzynkami, urocze ciasto z kruszonką i jagodami, dzieła chyba Kocia, wreszcie rogale marcińskie Konopiki. Pierwszy raz w życiu je degustowałam, bo do Poznania mam daleko. W takim rogalu naprawdę bardzo dużo się dzieje! bo to i mak, i lukier, etc., etc. - w mojej połówce było co najmniej 500 kcal Pochłonęłam je bez najmniejszych wyrzutów sumienia.
            Przepraszam najserdeczniej wytwórców i dostawców innych wypieków - po prostu już nie zdążyłam do nich dotrzeć! Także samo daruję sobie drobne przkąski na jeden ząb (ach, te diabelskie grzybki Barona, których nie zdążyłam......)
            Gurua też jadła i piła i chwaliła, bo trzeba by było być z kamienia, żeby tego nie robić
            Drugie primo: Festiwal Pieśni Chmielewskiej. W przytomności Guruy niezrównany zespół wokalny pod wodzą Kasikaz1 (z marszu! bez prób! nie wymieniam wszystkich wykonawczyń, bo nie chciałabym o którejś zapomnieć, niech się same przyznają. Chwilami nawet odzywał się II głos, wydobywany bardzo fachowo przez Mariurzkę i Emilkę) wykonał trzy pieśni chmielewskie: m. in. Lesio i Stella di Mare. Umiejętności Mariurzki w grze na gitarze są naprawdę bardzo wysokie i niepotrzebnie się obawiała, że coś wyjdzie nie tak, bo było extra! Wszystkie dziewczyny wzniosły się na wyżyny! (rymnięcie jest zamierzone)
            Pełny zestaw pieśni chmielewskich został wykonany po oddaleniu się Guruy, z wielkim zapałem i na całe gardło w zapadłych ciemnościach, a że zbliżała się godz. 22.00, Lylika odmierzała nam czas, podając ile minut zostało, żeby jacyś nieżyczliwi sąsiedzi nie wezwali straży miejskiej (a byliby już wówczas w tzw. "swoim prawie"). Szczęśliwie nikt niczego nie wezwał. Na koniec Baron uznał, że Festiwal Pieśni Chmielewskiej można uznać za odbyty. Ze swej strony bardzo chętnie odbyłabym go jeszcze raz w jakichś sprzyjających okolicznościach
            No, to by było na tyle, niech inni też opisują, bo BARDZO DUŻO SIĘ DZIAŁO!!
            --
            • lylika Re: 26.07.08. Spotkanie ogrodowe. 20.11.08, 20:18
              kajaanna 27.07.08,
              Nie zapominajmy o tym, że p. Chmielewska była oczarowana prezentami!
              A my - oczarowani Nią.
              Hollywood ze swoimi czerwonymi dywanami i blaskiem fleszy może iść w
              krzaki ze wstydu, w porównaniu z działalnością naszych fotografów,
              którzy udokumentowali każdy jej ruch i krok.

              Do Pasowania stanęła liczna grupa beanów. Wszyscy ślubowali,
              oddawali się w ręce makijażystki, prawie wszyscy odszczekiwali pod
              stołem, oprócz Szkorbuta, który z uporem godnym lepszej sprawy -
              miauczał rozdzierająco.
              Reszty nie da się opowiedzieć.
              Lylika stanęła na wysokości zadania, okazując tym samym wielką siłę
              ducha trzymając to wszystko w ryzach, choć po 21.oo byliśmy już dość
              niesterowni.
              Było wspaniale, radośnie, śmiesznie i w ogóle naj!

              aggie9 27.07.08,
              Właśnie dochodzę do siebie, bo już udało się wrócić do domku
              okrutnie miło było wszystkich zobaczyć na własne oczęta, a w Gurui
              zakochałam się na AMEN!!!Miłość bezgraniczna domyślałaj się jaka
              jest, ale real przebił wszystko
              udało mi się (choć z trudem, ze względu na panujący tłok i chaos)
              zamienić kilka słow z Guruą i przysłuchiwać się dyskusji
              zostałam również przez Nią pasowana na hmmmmm... członka....
              wymazano mi twarz na czerwono, trzeba było zjeść czarnego robala i
              okrutnie skatowano mi ręce (doszłam do tego jak Pani od opłat na
              autostradzie ze zdziwieniem patrzyła na moje lewe przedramie
              Po pasowaniu nie mogłam się oprzeć i odważyłam się cmoknąć Guruę w
              policzek... nie odepchła mnie ze wstrętem, więc chyba nie było to
              straszne "fopa"...?? Moment ten zostanie w mej pamięci do końca
              życia...
              Jedzonko było przepyszne, a na pewno to którego spróbowałam...
              szaszłyczki chyba najbardziej
              Winko też, ale nie należy pić go z półlitrowych kubeczków, wina
              starczna raptem na dwa kubeczki i grozi to nabąblaniem... co mi się
              udało... Cytrynka, żyjesz?? (zaproszenie nadal aktualne)
              Akustycznie było cudnie, a przy hymnie TWCh ciarki przechodziły z
              rozkoszy po plecach...
              Flesze błyskały non-stop
              Dziewczyny przy pożegnaniu, albo kładły się na maskę, albo
              polerowały ją szatkami....
              Udało mi się:
              poznać całe mnóstwo przesympatycznych, pozytywnie zakręconych osób
              zgubić komórkę, mając ją cały czas przy sobie
              biegać boso po trawie (cudnej), Szefowo podziwiam ogród!!
              wrócić na boska do domu mamcinego odnaleźć zagubioną komórkę
              wypalić strasznie dużóo Vogue'ów zachachmęcić komuś pich paczkę (Cytrynka nie brakuje Ci papierosków?) obśmiać się jak nigdy
              dowiedzieć się m.in. czegoś na temat: ślimaków, jeży i Disco Polo
              (co to jest na Polsacie, któego ja nie mam), gdzie u Szefowej jest
              lodówka...
              jeszcze wiele innych rzeczy, których chwilowo nie pamiętam...
              Nie udało mi się: ukraść Szefowej bluszczu, wcześniej to zapowiedziawszy....((
              Boszzzzz.... było cudownie ))))
              Dziękuję
              • lylika Re: 26.07.08. Spotkanie ogrodowe. 20.11.08, 20:21
                bbbzyta 27.07.08,
                Chciałam jeszcze dodać, że piwo zostało dostarczone w postaci całej lady chłodniczej z kranikiem, w ilości chyba nieograniczonej, Cafeszpulka nalewała je podczas imprezy z całym poświęceniem i profesjonalizmem. Fundatorem była chyba Asia? DZIĘKUJEMY!
                Takoż Asia była pomysłodawczynią i fundatorką nagród w Konkursie Wiedzy Wszystkochmielewskiej, który odbył się na miejscu w porze już nocnej i był prowadzony przez JKM Starą Gropę.

                36krzysiek 27.07.08, 14:35 Odpowiedz
                Ciekawe po czym tak mnie boli głowa ? No to sparwozdaję. Po
                pierwsze primo tytuł wątku jest jak najbardziej adekwatny do
                wczorajszego garden party. Po drugie w mojej osobistej ocenie było
                to jedno z najfajniejszych spotkań z Guruą. Atmosfera grilla i
                ogrodowej swobody spowodowało, że spotkanie było absolutnie na
                luzie, bez przyjęciowej atmosfery knajpianej. Po powitaniu
                szanownych gości (osobiście powitałem Guruę, wręczając kwiaty i
                ściskając dłoń)Gurua zajęła honorowe miejsce na pluszowym fotelu,
                który sama określiła mianem tronu, goście zajmowali miejsca na luźno
                porozstawianych krzesełkach i ławkach. Sławek i Dorek obsługiwali, z
                wprawą godną francuskich kucharzy, grile. Pysznego jedzonka było w
                bród i panowała rozgardiaszowa i radosna atmosfera. Ale to dalej nie
                to, co próbuję przekazać. Chodzi mi o to, że Gurua autentycznie i
                sponatnicznie była z nami, nie tak świecznikowo i dostojnie, ale po
                przyjacielku serdecznie i rodzinnie. Możliwe, że to tylko moje
                wrażenie, ale wydaje mi się, że jej sie to szalenie spodobało. Jak
                już to opisali moi przedmówcy, były prezenty, pasowanie i Pieśni
                Chmielewskie wykonane naprawdę super, bez podlizywania się Chyba
                po raz pierwszy zostaliśmy jakby oficjalnie przedstawieni Gururze,
                każdy po kolei kłaniał się, z nickiem i facjatą. Korzystając z
                okazji osoby, które akurat miały swoje osobiste święto, zostały
                obdarowane gorącym sto lat i prezentami, Kajaanna z okazji kolejnych
                18 urodzin, ja z okazji dzieńwcześniejszych imienin (jako zaległy
                Baron) i ... no właśnie, kto, mam mroki w pamięci, uhorrendowana
                osoba niech się zgłosi Asia nasza kochana, to osobny wątek, mam
                nadzieję, że samodzielnie sprawozda, bo spędzenie całego wieczoru u
                lewicy Guruy do czegoś zobowiązuje.
                I teraz chyba najważniejsze. UROCZYSTE UKŁONY DLA SZEFOWEJ, DO NÓŻEK
                PADAM, ZA WPUSZCZENIE NAS ZA BRAMĘ, UDOSTĘPNIENIE DOMOSTWA I OGRODU
                I NIE WYRZUCENIE NAS ZA ŚPIEWY, ŚMIECHY I RECHOTY, KTÓRE SŁYCHAĆ
                BYŁO NA CAŁYM ŻOLIBORZU. WIELKIE DZIĘKI. Mam nadzieję, że start nie
                poczyniliśmy i srebra się zgadzają )))) Dziwi mnie tylko, że jakoś
                tańców nie było, choć pojawił się nawet pomysł spontanicznego
                ogniska Brak cywilizowanego opału dadusił jednak pomysł w
                zarodku. Stoły i krzesła wydały się jednak zbyt brutalnym
                posunięciem. Do bólu głowy dołączam jeszcze ból mięśni brzucha i
                twarzy, od śmiania. Chaotycznie sprawozdaję, właśnie sobie
                przypomniałem o niezapowiedzianej i radosnej wizycie Xkropki w
                towarzystwie męża i córy Krysi. Wyrodna matka nie pozwoliła napoić
                dziecka piwem, a te małe rączki aż same się wyciągały ! )))))) Na
                próby karmienia dziecka szaszłykiem i żeberkami też patrzyła
                krzywo ))) Upał nas nie zabił, bo miejsce biesiady było
                zacienione. Informacja o tyle ważna, że w słońcu było chyba 35
                stopni. W trakcie rozmowy Gurua powiedziała, że rozpatrywała, czy by
                nie zorganizować tej imprezy w jej ogrodzie, bo posiada bardzo
                porządnie sikający wąż ogrodowy Gurua wygląda bardzo dobrze i
                kwitnąco, była uśmiechnięta i pełna wigoru i mamy nadzieję, że
                przykre przypadłości poszły precz na wieki wieków. Po odjeździe
                szanownych gości wszyscy rzucili się na fotel, na którym siedziała,
                co by wchłonąć aurę. Asia, na naszych oczach, bezlitośnie zerzarła
                relikiwę, jaką był kawałek ogórka z talerza Guruy. Krzyk się
                podniósł, gdy padło pytanie, kto dopije koniak z kieliszka )))
                Jako jedyny poważny i świadomy chwili, oddałem pokłony relikwiom,
                waląc czołem w blat stołu Wczorajszy wieczór zapadnie mi w pamięc
                na długo i tak sobie filozoficznie podsumuję, że właśnie dla takich
                chwil warto żyć! WIWAT TWCH !!!

                36krzysiek 27.07.08,
                No tak, wiedziałem, że o czymś zapomniałem. Oprócz naszych
                oczywistych walorów wenętrznych, takich jak inteligencja, kultura
                osobista i poczucie humoru objawiły się także nasze zalety
                zewnętrzne! Wszyscy zgodnym tonem wystąpili jak nie przymierzając,
                w Ascot, panie w sukniach i kapeluszach, panowie z elegancką
                nonszalancją lat 20-tych. Szkorbut miał nawet laseczkę !
                • lylika Re: 26.07.08. Spotkanie ogrodowe. 20.11.08, 20:29
                  Może jeszcze słówko o prezentach. Gurua otrzymała zaległe dary w
                  postaci karcianych popielniczek, talii kart chmielwskich i paczki
                  papierosów, butelki czerwonego wina z różowym słoniem na etykiecie i
                  teksty Pieśni Chmielewskich. W trakcie ich wykonywania przez naszą
                  sekcję śpiewaczą, Mariuszkę, Dzidkę i Kasiakaz, sledziła tekst z
                  wielkim rozbawieniem. Występ podsumowała, że jeżeli jakaś TV zwróci
                  się do niej kolejny raz w sprawie udziału w programie, a wiemy jak
                  lubi )) to postawi warunek, że zgoda, ale ma wystąpić nasze trio !
                  Dziewczyny, kariera czeka

                  anmanika 27.07.08,
                  Oj dzialo sie dzialo. Rzeczywiscie byla to impreza 30-lecia. Mam chyba ze 200 zdjec nie wszystkie ostre a to ze smiechu. Najlepsze jednak zdjecie mam Bumbecki i jest to mina na widok plakatu z napisem "Szkorbut". Lyski nie rabnelysmy ani ja ani Emila. Mloda jest nieslychanie dumna, ze wygrala jeden quiz i obnosi sie po Warszawie z nagroda.
                  Dzieki Szefowo za cierpliwosc wyrozumialosc i za prezent imieninowy. Bardzo przepraszam, ze nie moglam zostac i pomoc w sprzataniu ale dziecie juz padalo nanos (nie poprawiac))

                  mariurzka 27.07.08,
                  To i ja dorzucę parę krótkich słów.
                  Dotarłam wreszcie do domu, wymęczona przez upał i ogólne niedospanie (Lyliko - wcześniejsze niedospanie, u Ciebie spało mi się wspaniale) ale ogromnie zadowolona. Chylę czoła przed Szefową za zorganizowanie całej imprezy, a osobiście - za przemiłą gościnę w progach Pani Prezes włącznie z odwiezieniem mnie na dworzec
                  Było sympatycznie i rodzinnie, wszyscy obecni dokonywali przez cały wieczór przeróżnych przegrupowań w ramach wielu obecnych grup i podsekcji Sławek i Dorek fachowo i po mistrzowsku obsługiwali liczne grille, wyczarowując na nich same smakołyki. Jedzenia było w bród, każdy chyba bał się że zabraknie i znosił ilości hurtowe wymyślonych przez siebie specjałów. Faktycznie można by dziś spokojnie urządzić poprawiny.
                  Pani Joanna czuła się dobrze w naszym zwariowanym gronie, to dało się zauważyć. Ze śmiechem zareagowała na pytania JKM Starej Gropy: "Skąd bierze Pani pomysły do swoich książek?" i "Czy to prawda, że przyjęła Pani nasze zaproszenie, bo ponoć wariatom się nie odmawia?"
                  Sekcja śpiewacza z drżeniem gardeł i rąk (grającej na gitarze) wykonała pieśni chmielewskie - wszyscy później zgodnie twierdzili, że dało się słuchać Pani Joanna też nie prosiła o zatyczki, aczkolwiek takowe były na wyposażeniu. A później to już standard - pasowanie Nawet patrzyłam, czy sąsiedzi nie obserwują z balkonów jak nowoprzyjęci członkowie z pięknym makijażem wygłaszają rotę przysięgi w dość nietypowej pozycji Szkorbut odważył się nawet
                  zmodyfikować część przysięgi, co wywołało salwę śmiechu obecnych
                  Działo się więc, oj działo.
                  • lylika Re: 26.07.08. Spotkanie ogrodowe. 20.11.08, 20:33
                    kocio_pierzaczek 27.07.08, 20:43 Odpowiedz
                    Wtrącę swoje trzy grosze. Łyski nawet nie widziałam, tym bardziej
                    nie rąbnęłam, ale zgadzam się z Cytrynką - niech będzie na zdrowie
                    temu, kto się nią uraczył.
                    Było cudownie, pogoda dopisała, akurat tego dnia nie było
                    wieczornego deszczu ani burzy, które od kilku dni moczą Warszawę.
                    Było elegancko, okapeluszyła się damska część towarzystwa oraz
                    Migos. Po zapadnięciu mroku i kilku kolejnych drinkach odbyła się
                    przyjacielska wymiana nakryć głowy i rewia mody.
                    Z całego dostarczonego pożywienia można by staropolskie wesele z
                    poprawinami urządzić. Interwencji policji ani straży miejskiej nie
                    było. Ginęły komórki. A to Aggie, a to mnie (też się znalazła), a to
                    Szefowej (jak wyżej).
                    LYLIKO - wielkie dzięki za przyjęcie tego całego chaosu pod swój
                    dach, do swojej lodówki i na swój trawnik. Mam nadzieję, że
                    kryształy nie ucierpiały i wszystko jest w porządku. Powinnaś chyba
                    teraz zrobić sobie od nas wczasy...
                    A taksówki to chyba wszystkie, które nas do domów odwoziły, były,
                    hyp!... baaardzo wesołe.

                    g0p0s 27.07.08,
                    Jeszcze moje trzy grosze.
                    Wszyscy byliśmy podpisani przez Migosa i Szefowa przedstawiała nas
                    Gurui. Przy okazji Lylika zakwestionowała matkowstwo Xkropki,
                    przypisując dziecię Kociowi, ale nikt się nie oburzył.
                    Wręczyliśmy prezenty: płytki ze zdjęciami z ostatniego spotkania i
                    dokumentację anonimu, zestaw popielniczek, szkatułkę z
                    papierosami "Hazard" i talią specjalną, wątek "Jak pokonałam
                    Alicję", wino ze słoniem na etykiecie.
                    Prezenty otrzymała też Asia: portret góralki, kaloszki do
                    przechodzenia przez morze, figurkę krowy.
                    Solenizanci Anmanika i Baron zostali obdarowani swoimi fotkami z
                    naszych spotkań. Już później znienacka ujawniona jubilatka Kajanna
                    wysłuchała "Sto lat".
                    Goście niestety przyjechali najedzeni i nie wiedzą tak naprawdę co
                    kulinarnie stracili. Gurua skubnęła kawałeczek żeberka, chleba i
                    ogórka. Dalsze losy tego pożywienia zostały już opisane. Być może ma
                    je jeszcze w sobie Asia)
                    Sekcja śpiewacza wystąpiła w dwóch utworach. Gurua była rozbawiona.
                    Tradycyjnie zostali pasowani nowi członkowie.
                    Witek i Małgosia przyznali się, że od czasu do czasu podczytują
                    forum, ale naszych tajemnic nie zdradzają. Trzymamy za słowo!
                    Około 20 niestety goście nas opuścili.
                    No a potem się zaczęło. Rozpełzliśmy się po całym ogrodzie jak te
                    wredne ślimaki. Ale my nie byliśmy wredni, wręcz przeciwnie.
                    Przyjaznej atmosferze sprzyjały zażywane trunki. Asia obdarowała
                    nas prezentami, za co dziękujemy. Między innymi była to kolekcja
                    torebek, które zostały nagrodami w spontanicznie zorganizowanym
                    konkursie chmielewskim. Sekcja śpiewacza zwerbowała więcej członków
                    i spontanicznie wyemitowała w żoliborskie powietrze śpiewnik
                    chmielewski, tudzież wiązankę innych pieśni, nie wyłączając zasobów
                    ludowych. Po koncercie StefanMaria musiał dawać odpór
                    rozentuzjazmowanej delegacji okolicznych mieszkańców.
                    Mniej lub bardziej stabilnie uczestnicy powoli musieli nas opuścić.
                    Podczas robienia porządków i wnoszenia wyposażenia do domu okazało
                    się, że mamy superatę 2 książek, brązowej kapotki i czegoś tam
                    jeszcze. Jak teraz czytam to jest manko na łyskaczu.
                    Było pięknie.
                    Dziękujemy Lylice i jej rodzinie za wszystko, a jest za co.

                    kocio_pierzaczek 27.07.08,
                    Brązowa kapotka była moja. Zawierała w kieszeni ciemne okulary,
                    wszystko dziś odebrałam od Szefowej.
                    Jedno "Sto lat" było śpiewane przez telefon mojej mamusi Mirusi,
                    która akurat miała imieniny. Nasze pienia zrobiły na niej ogromne
                    wrażenie... ))
                    Asia poza tym, co już wiadomo, przywiozła jeszcze torbę w Puchatkiem
                    dla naszego Puchatka i elegancką męską koszulę dla tegoż ). Mam
                    nadzieję, że przed swoim wyjazdem da sie jeszcze namówić na
                    spotkanie. Asia, nie Puchatek...
                    • lylika Re: 26.07.08. Spotkanie ogrodowe. 20.11.08, 20:45
                      36krzysiek 27.07.08,
                      Miałem nie mówić przez wrodzoną skromność ale duma mnie rozpiera
                      do wypęku. Jak już Gopos pisał, z okazji świąt osobistych zostaliśmy
                      obdarowani kolażem własnych zdjęć ze spotkań. Gurua oczywiście
                      zażyczyła sobie obejrzeć i na widok mnie stwierdziła, że 40 lat temu
                      poleciałaby na takiego blondyna )) I pomyśleć, że z racji głupiego
                      opóźnienia w urodzeniu się, taka okazja przeszła mi obok nosa!

                      lylika 27.07.08, 22:22 Odpowiedz
                      > Dziękujemy Lylice i jej rodzinie za wszystko, a jest za co.
                      ...
                      Tera ja.
                      Dziękować będę!
                      Po pierwsze, dziękuję losowi, że dwa lata temu do Was trafiłam. Po drugie, dziękuję za wszystkie spotkania. Po trzecie, za towarzystwo w Towarzystwie, a po czwarte i najważniejsze za to ostatnie spotkanie. Przecież bez Was by go nie było!
                      Kłaniam, kłaniam nisko i wszystkim dziękuję za wszystko (nawet mi się niechcący rymnęło).
                      Najbardziej jednak dziękuję (nie wiem komu mam dziękować), za to, że mogłam osobiście poznać a także gościć u siebie JOANNĘ CHMIELEWSKĄ.

                      ter.eska 27.07.08,
                      wreszcie dopadlam kompa wiec dorzuce swoje trzy grosze:
                      zaczne od poczatku:na wstepie powitaly mnie the_dzidka,mariurzka i kasia.potem byly przygotowania potraw u the_dzidki,no i wyprawa do lyliki.no a u lyliki poznawanie innych uczestnikow i radosne oczekiwanie na NASZYCH DROGICH GOSCI. kiedy GURUA wjechala na podworko nogi zaczely sie pode mna uginac,ale jakos wytrwalam.no,a potem byla cudowna rozmowa z GURUą(choc w wiekszosci raczej sluchanie i wpatrywanie sie w BOSTWO),udalo mi sie zdobyc autograf
                      GURUY,zamienic z NIA kilka slow.nie bede rozpisywac sie o tym co sie dzialo bo juz to zostalo dokladnie opisane wiec nie ma sensu sie powtarzac,dla mnie najwazniejsze bylo to,ze siedzialam kilka krokow od GURUY,moglam na NIą patrzec.dodam tylko,ze w czasie spiewania naszych dziewczat GURUA byla bardzo wzruszona.
                      PRZEDE WSZYSTKIM PRAGNE PODZIEKOWAC PANI JOANNIE ZA PRZYJECIE NASZEGO ZAPROSZENIA TYM SAMYM SPELNIENIE NAJWIEKSZEGO MARZENIA MOJEGO ZYCIA,Pani Malgosi i Panu Witkowi za towazyszenie PANI JOANNIE.
                      PANI JOANNO-przez 36 lat kochalam PANIA wydawalo mi sie,ze najmocniej,ze juz bardziej sie nie da,jednak teraz kiedy poznalam PANIA osobiscie kocham PANIA jeszcze mocniej.
                      ja rowniez pragne podziekowac wszystkim za to,ze spelnilo sie moje najwieksze marzenie,pragne podziekowac lylice za urzadzenie calego wspanialego przyjecia,za ogromna cierpliwosc do rozbrykanych gosci,za ogromne serce,pragne takze podziekowac the_dzidce za przyjecie mnie w swoim domu,za obwozenie po Warszawie,za dostarczenie mnie na miejsce imprezy,za ogromne serce.pragne takze
                      podziekowac wszystkim obecnym na imprezie za gorace przyjecie mnie do swojego grona,za cudowna atmosfere,za wspolna zabawe i za...tu moze nie bede zdradzac,wiecie o co mi chodzi,powiem tylko,ze the_dzidka przekazala mi to dzis,nie wiem jak wam dziekowac.KOCHAM WAS WSZYSTKICH BARDZO...
                      nie wiem co jeszcze moglabym napisac,narazie jeszcze jestem w ogromnym szoku,nie jestem w stanie myslec logicznie.powiem krotkoZIEKUJE ZA WSZYSTKO,KOCHAM WAS.

                      viking2 28.07.08,
                      Jesli mozna dorzucic kilka komentarzy, calkowicie z pierwszej reki (albo moze "z pierwszego ucha", bo przez telefon), i Autorce i Malgosi z Witkiem impreza rzeczywiscie sie szalenie podobala i - znow z oficjalnej deklaracji - "niech juz bedzie, bedzie dalej te ksiazki pisala, skoro wszyscy tak koniecznie chca".
                      O miedzianej siatce, znow "od zrodla" (bo informacja nadeszla ode mnie), wlasna moja zona osobista uslyszala to w kaciku ogrodowym kanadyjskiego programu telewizyjnego i wezwala mnie wielkim krzykiem "o, tu o slimakach, tu o slimakach mowia".
                      Jak rozumiem chodzi nie tyle o siatke, ile o miedz (przypuszczam, ze jakas reakcja miedzi ze slimakowym sluzem, albo moze slimaki tez miewaja fobie?). Moze byc siatka o malych oczkach, powiedzmy 5x5 mm (oczka moga byc i okragle) albo mniej, wyobrazam sobie w blasze miedzianej grubosci moze 0.2 mm, moze 0.5 (mam na mysli, ze nie musi to byc masywna 20-milimetrowa plyta). Chyba cos takiego jest dostepne w rolkach, uzywane jako ekrany filtracyjne do zatapianych pomp wodnych (hydroforowych?).
                      Odnosze wrazenie, ze nawet i bez siatki, miedziana tasma szerokosci jakichs 8-10 cm tez by spelnila to samo zadanie.
                      Jesli chodzi o jeze, to one maja zywic sie slimakami teoretycznie, w praktyce zas wyjadaja kotom z misek (widzialem na wlasne oczy) bo wiecej, latwiej i smaczniejsze. Ja takiego kociego chrupka tez sprobowalem - od razu, by uciac domysly typu "co on, pijany byl?" wyjawie, ze tak - i wcale taki znow wstretny nie byl. Gdybym mial po ciemku penetrowac trawe w poszukiwaniu slimakow, albo przepedzic koty i pozrec to, co w ich misce, to tez wybralbym to drugie...
                      Bardzo porzadnie sikajacego weza ogrodowego tez doswiadczylem na wlasnej skorze. W glebi ogrodu instalowalem pulapke z piwem na slimaki, czasowy wlacznik doszedl byl do wniosku, ze juz pora i uruchomil zraszacze ogrodowe. Zraszacze? Jak to byly zraszacze, to mnie przydalaby sie byla laska Mojzesza... Po perymetrze ogrodu obszedlem dom i wrocilem od frontu, budzac powszechne zainteresowanie swoim wygladem...
                      O whisky tez Autorka slyszala, ale zarzekla sie, ze to nie ona - tym bardziej, ze koniaczek wychodzi jej o wiele bardziej na zdrowie, mimo, ze nie przepada za smakiem. Ale naklaniam ja zawsze slowami "lekarstwo nie musi byc smaczne, wazne, ze skuteczne..."
                      Posty sprawozdawcze TWCh przeczytalem ze wzruszeniem, przy opisach wyzerki ocierajac lzy, same cieknace po policzkach zapalonego "grillowicza" i "miesozercy"... Te zeberka! Te szaszlyczki! Te kaszaneczki, smalczyk, rolada...
                      No, ale dla dobra sprawy, trzeba bylo...
                      Pozdrowienia dla wszystkich czlonkow, kandydatow, stowarzyszonych, sympatykow i osob towarzyszacych.
                      • lylika Re: 26.07.08. Spotkanie ogrodowe. 20.11.08, 20:52
                        eulalija 28.07.08,
                        Jeszcze tylko podziękowania.
                        Dla Guruy, że nas zaszczyciła.
                        Dla Pani Małgosi i Pana Witka za namówienie skuteczne Guruy.
                        Dla Pani Hani (to usłyszałam od Pana Witka), za wyciągnięcie anonimu
                        ze skrzynki i nie wyrzucenie go natychmiast do śmieci)
                        Dla Gospodyni przyjęcia za wszystko.
                        Dla Mężydła za cierpliwość (ja Mężydła o kradzież i skryte
                        wyżłopanie łyski nie podejrzewam, osobiście widziałam, że spożywał
                        zupe chmielową).
                        Dla wszystkich, że jak zawsze bawiliśmy się dobrze w swoim
                        towarzystwie.
                        stara.gropa 28.07.08,
                        Widzę,że Aggie zbyt nieśmiała jest, żeby powiedzieć, że to ona
                        przywiozła rogale marcińskie. Niniejszym ja to czynię.
                        A whisky pewnie została wypita i teraz szukaj wiatru w polu.
                        No i jak kochani? Główki już przestały boleć?)
                        P.S. Ja dostałam od Asi kaczkę diabelską, a niektórzy twierdzili, że
                        belwederską)Może pojawi się na zdjęciach.

                        lylika 28.07.08,
                        My z Mężydłem też bardzo pięknie dziękujemy za sprawozdanie "z pierwszego ucha", bowiem po spotkaniu powiedziałam, że bardzo dużo bym dała żeby być w samochodzie w drodze powrotnej i wysłuchać pierwszych komentarzy. )
                        Czujemy się zaszczyceni i uhonorowani tym, że Pani Joanna zechciała u nas gościć.
                        Pozdrawiamy.

                        papuga_ara 28.07.08,
                        viking2 napisał:

                        >Pozdrowienia dla wszystkich czlonkow, kandydatow, stowarzyszonych,
                        sympatykow i
                        > osob towarzyszacych.

                        DZIĘ!!! KU!!! JEEEE!!! MYYYYY!!!! ))))))))))))))))
                        • kocio_pierzaczek Re: 26.07.08. Spotkanie ogrodowe. 20.11.08, 21:26
                          Cholera, może wreszcie sprostuję, ze ciasto aroniowe z kruszonką nie
                          było moje, ino Barona? Zdaje mi się, że gdzieś prostowałam, tylko
                          nie wiem gdzie, a co ja będę cudzą chwałę zbierać.
    • groha Re: Spotkanie w połowie drogi 20.11.08, 16:02
      Spotkanie w połowie drogi - 02.09.2006

      Groha (03.09.06)

      Donoszę... Tfu, przepraszam. Informuję, że spotkanie w pół drogi, czyli
      świętokrzyski sabat dwóch czarownic (Edyty i Grohy) oraz jednego czarcika
      (Groha) odbył się tak, jak było planowane – u stóp Łysicy (612m n.p.m.,
      najwyższy szczyt najstarszych polskich gór, najniższy w Koronie Gór Polskich, z
      Puszczą Jodłową i gołoborzami), w Świętej Katarzynie, czyli w samym środku
      Świętokrzyskiego Parku Narodowego. Do której dolecieliśmy na swych miotłach w
      pięknym, popołudniowym słońcu i miłym ciepełku, mijając po drodze kilka
      wycieczek autokarowych, dwa orszaki weselne oraz jedną wycieczkę żołnierzy z
      Wojskowego Centrum Szkolenia Sił Pokojowych ONZ w Kielcach, którzy, jak się
      potem okazało, przyjechali nabierać tychże sił przy źródełku Św. Franciszka, ale
      o nim za chwilę. Edytę znaleźliśmy na huśtawce przed Hotelem „Jodełka”, który
      jeszcze nie tak dawno był Schroniskiem PTTK (z 1910 roku, było jednym z
      pierwszych, jakie założono w Królestwie Polskim), a obecnie jest zadbanym i
      całkiem przyjemnym miejscem do spotkań. Byle nie w sobotnie popołudnie, gdy cała
      obsługa czeka na weselnych gości i dla innych nie ma już głowy. Nie wyrzucono
      nas wprawdzie, ale wszyscy byli zbyt mocno podekscytowani imprezą (wiecie
      państwo, zaraz przybędą goście weselni), nie pozwolono nam usiąść w ogródku (bo
      zaraz będziemy witać młodą parę) i raczej średnio cieszono się z naszej
      obecności. Owszem, grzecznie i z zawodową uprzejmością udostępniono nam boczną
      salkę, nawet fajną – z kolekcją starych telewizorów, po czym szybciutko
      przyniesiono zamówione pierogi wraz z rachunkiem, żeby nam tylko do głowy nie
      wpadło zamówić coś jeszcze (bo młoda para już jedzie). Osobiście dostarczyłam
      gospodarzowi tego interesu dodatkowego stresu, bowiem wyszłam na papierosa
      akurat wtedy, gdy wszyscy, wraz z zespołem weselnym, stali w drzwiach, jak w
      blokach startowych, wypatrując nerwowo owej młodej pary. Najwyraźniej nie
      pasowałam do scenariusza ceremonii powitalnej, więc uznałam za stosowne się
      wycofać. Na weselu też nie zostaliśmy, bo nam się muzyka nie spodobała.
      Za to, korzystając z przecudnej pogody, poszliśmy sobie na spacerek, obok
      klasztoru bernardynek z XV w. (to ten, na który wg jednej z legend, diabeł niósł
      wielgachny kamień w szponach, ale nie doniósł, bo przestraszywszy się dzwonów,
      upuścił go na górze Klonówce, gdzie tkwi do dziś, ze śladami czarcich pazurów),
      przez bramę ŚPN (bilet wstępu 5 zł od łebka i nawet Edycie nie udało się nic z
      tej kwoty utargować, ale trzeba przyznać, że ładny ten bilet, w formie folderka.
      Poszedł do kolekcji, okazało się, że obie zbieramy), drogą prowadzącą na Łysicę,
      która dzisiaj okazała się dla nas trochę za wysoka, do źródełka i kapliczki Św.
      Franciszka. Woda w źródle bąbelkuje sobie od wieków i ma ponoć uzdrawiającą moc
      – leczy oczy i ogólnie odmładza, więc zastanawiałyśmy się nawet, czy nie zażyć
      kąpieli, ale zrezygnowałyśmy. Ogrodzenie okazało się za wysokie, no i ci
      żołnierze... W końcu nie przemyłam nic, bo żal mi było makijażu, a Groh
      stwierdził, że wystarczy przemyć okulary, ale Edyta umyła swe piękne oczy,
      zgodnie z tradycją i jak należy. Czyli od dziś ma wzrok orli-sokoli, więc jakby
      co, radzę uważać.
      Zajrzeliśmy także do kapliczki, w której młody Stefuś Żeromski wraz ze swym
      koleżką Jankiem Stróżeckim, w 1888 roku wydrapali na ścianie swoje nazwiska.
      Niezłe ziółka i wandalki z nich były, ale teraz nikt im tego nie ma za złe i
      każdy leci, żeby zobaczyć autograf wielkiego pisarza. Czyli można skrobać po
      ścianach, pod warunkiem, że potem zostanie się zasłużonym dla kultury narodowej.
      Albo być kolegą zasłużonego. Inaczej absolutnie nie wypada. Ponieważ,
      przyspieszony z wiadomych względów, posiłek w „Jodełce” pozostawił w nas pewien
      niedosyt, udaliśmy się do Zajazdu „Baba Jaga” na deser, który zwykle dobrze
      wpływa na zacieśnianie więzi międzyludzkich. Bita śmietana z owocami wpłynęła
      doskonale. Nawet nie wiemy kiedy zrobiło się ciemno, więc chcąc, nie chcąc,
      trzeba było wsiadać na miotły i ruszać w drogę powrotną. Dodam, że wiadome
      świeczniki, z ogromną ulgą i radością ich twórczyni, czyli mnie, zostały
      przekazane towarzyszce Edycie. Ich widok, jak stwierdziła, bardzo ją wzruszył,
      choć ja miałam wrażenie, że bardziej nią wstrząsnął. Ale twarda jest, nie
      zemdlała. Do czego, być może przyczyniło się wyjątkowo ożywcze powietrze,
      płynące z samego serca Gór Świętokrzyskich. Które to góry, jak się okazało, tak
      samo uwielbiamy. A jak pięknie dziś pachniało w nich grzybami, mówię Wam...!

      Edyta96 (05.09.06)

      Z mojego punktu siedzenia
      Na wyznaczone spotkanie przybyłam o wyznaczonej godzinie. Nie spieszyłam się
      zbytnio ku złości innych kierowców (50km/h denerwować może), ale musiałam
      nacieszyć oczy okolicą. Pięknie w Górach Świętokrzyskich o tej porze roku.
      Zachwyciłam się i Mickiewicz ze wstęgami z miedzy plątał mi się po głowie. Groha
      cały czas telefonicznie kontrolująca sytuację, uprzedziła o minimalnym
      opóźnieniu. Zajechałam pod hotel „Jodełka”. Cisza i spokój. Przysiadłam na
      huśtawce, wyjęłam książkę – Boczne drogi – oczywiście, i z głośnym skrzypem
      zaczęłam zabawę. Zadzwonił telefon, a wraz z dźwiękiem pojawiła się Groha z
      Grohem. Padłyśmy sobie w ramiona z ciumaskami i innymi blond zachowaniami.
      Następnie udaliśmy się na spacerek, zahaczając po drodze o samochody nasze
      własne. A tam kolejne wzruszenie. Mowę mi odjęło, a w oczach łzy zaszkliły.
      Groha wyjęła dzieło swoje wiekopomne. Kto raz zobaczy, w oczach mu będzie stało
      do końca życia. Po takim przeżyciu do świętego źródełka polecieliśmy oczy
      przemyć (interpretować tu dowolnie można). Męskość jakaś w wojskowym odzieniu
      tam się plątała, ale w Cytadeli lepsza była, więc większej uwagi nie zwróciłam.
      Wracając obejrzeliśmy kapliczkę, w której pan Żeromski dzieła wandalnego
      dokonał. Oznaki nad datą widać, tak Groha twierdzi a ja jej wierzę.
      Talerz pierogów weselnych na obiad to było dla nas za mało. Kapela grała inne
      przyśpiewki niż my znamy, więc zmieniliśmy lokal. Poszliśmy do „Baby Jagi” (tak
      mi się wydaje, ale mylić się mogę. Wiadomo, jak kobieta czegoś nie wie to
      zmyśli). A tam deserek sami zobaczcie jaki i niech wami zazdrość szarpie (i
      wcale nie przytyłam od tego). W późnych godzinach wieczornych nastąpiło rzewne
      pożegnanie. Ściskając w ręku kamyk w paseczki (prezent od Grohy), pojechałam do
      domku, gdzie nie mogąc oprzeć się pokusie jeszcze raz uwieczniłam dzieło
      wiekopomne (kolor świecy bardzo długo dobierałam, żeby się dobrze komponował)
      Oczywiście w tak zwanym międzyczasie gadałyśmy, gadałyśmy, gadałyśmy i
      gadałyśmy. Groh świadkiem. Udało mu się wtrącić razy kilka, ale bez przesady. To
      bardzo inteligentny człowiek. Został uznany przez nas za wzór męża
      chmielewszczyka. I teraz mam nadzieję, że się nie obrazi. Ma to być, mianowicie,
      łysy blondyn, nie mówiący zbyt wiele, może być wędkarz. O czym gadałyśmy nie da
      się opisać. A teraz proszę sobie zapamiętać, że to ja, Edyta, tak dużo
      napisałam, bo (przez takie bąkniete bo) coś takiego już nie nastąpi raczej.
      Wszystkiemu winne to wzruszenie z widoku wypłynięte.
    • groha Re: II Sabat w Krzach Świętokrzyskich cz.1 24.11.08, 14:40
      16-17.09.2006
      G0p0s
      Bladym świtem na spotkanie wyruszyło pięć zespołów. Do Raju z Kielc wyruszyli
      Groha+Groh+Małża oraz Never. Z Warszawy wystartowali Edeka + Sławek +
      Stara.gropa, Krzysiek + Berek + Baby oraz Lylika + Mężydło + Edyta + autor
      niniejszego. Zespoły Lyliki i Edeki dzięki mobilnym środkom łączności spotkały
      się na popasie po drodze. Dzięki wrodzonej lub wyuczonej punktualności przybyły
      2 minuty przed jedenastą do zajazdu przy jaskini. Po przeskanowaniu parkingu,
      udaliśmy się pierwszymi lepszymi drzwiami do środka. W jednej sali były
      przygotowania do wesela (to taka świecka tradycja naszych spotkań w kieleckim),
      w drugiej były cztery stoliki i skórzane krzesło-fotele. Ciekawe było w nich to,
      że próba oparcia się nieuchronnie zmierzała do ześlizgnięcia się
      eksperymentatora na podłogę. Nic to, nie musimy się opierać, zwłaszcza na
      spotkaniu. Nasz widok przepłoszył nielicznych gości i wszystkie miejsca mieliśmy
      do swojej dyspozycji. Złączyliśmy stoliki w długi stół obrad i konsumpcji. Wnet
      przybył zespół Grohy. Polecieli gdzieś w bok i zaszli nas od tyłu.
      Powyglądaliśmy na Never i poskutkowało to jej przyjazdem. Chyba też gdzieś
      poszła na stronę i przyszła od środka. Jak już się wszyscy powitaliśmy,
      poprzedstawialiśmy i nacieszyliśmy pierwszymi wrażeniami, postanowiliśmy coś
      zamówić. Pani kelnerka wyraźnie zagubiła się w różnorodności naszych zamówień. W
      końcu jak grupa na raz zamawia zestawy śniadaniowe nr 2 i 3, omlety i złośliwie
      kawę lub herbatę, to można kręćka dostać. Na wszelki wypadek unikała nas, jak
      ognia. Jak już wydębiliśmy to co nasze, rozpoczęliśmy śniadanko. Stara.gropa
      oficjalnie rozpoczęła zebranie. Było jak zwykle - przedstawienie porządku obrad,
      dyskusja nad porządkiem obrad, głosowania, zapytania członkowskie, wolne
      wnioski, głosowanie nad uchwałami, zamknięcie zebrania. Żartowałem, było
      NAPRAWDĘ jak zwykle. Próby przedyskutowania czegoś i dojście do wniosków były
      torpedowane w zarodku. Żwawa dyskusja była przeplatana wyglądaniem zespołu
      Krzyśka. Edyta kilka razy rozpoznała Krzyśka i wypadała przez te najbliższe
      drzwi (ku zdziwieniu co po niektórych, że tędy można wchodzić) i machała
      przyjaźnie do przyjezdnych. Potem sobie przypominała, że okulary ma w torebce. W
      samą porę sobie przypominała, bo byli to obcy ludzie. Dotarł do nas SMS, że mają
      jeszcze 70 km do przejechania. Kilku przyjezdnych ominęły nasze powitalne gesty.
      Im było bliżej godziny przyjazdu zespołu Barona, tym bardziej podekscytowana
      była Groha. Zjeść go czy nie, myślała pewnie. Na wszelki wypadek przygotowaliśmy
      składniki zestawu śniadaniowego nr 4 - chleb, sól, ogórek konserwowy. Czekaliśmy
      na najważniejszy składnik potrawy. I w końcu - są, przyjechali. Groha i ja
      wypadliśmy na zewnątrz z kulinariami. Groh z aparatem, pewnie miał nadzieję na
      nagrodę za foty. I kicha. Groha postanowiła nie schrupać Barona. Został powitany
      wraz z Berek i Babami chlebem, solą i ogórkiem. Usadziliśmy nowych gości. I tu
      zaczęły się schody. Pani kelnerka (młoda dziewoja, ale mentalnie z PRLu)
      odmówiła podania czegokolwiek. Pora śniadania się skończyła i szlus. Pełna
      popielniczka w sekcji palaczy i wykorzystana zastawa też jej nie obchodziły.
      Zrobiliśmy składkę z niewykorzystanych elementów śniadania, dzięki czemu dziatki
      nie padły z głodu. Opuściliśmy mocno niegościnne progi. Hotel, motel,
      restauracja, drink bar obok jaskini Raj - omijajcie szerokim łukiem, chyba że
      chcecie na własnej skórze zażyć klimatów z filmów Breji. TWCh stopy w tym lokalu
      nie postawi. Udaliśmy się parkową alejką w stronę Raju.
      Obok alejki jest ogrodzenie z siatki i latają za nim a to motocykle, a to
      transportery opancerzone. Był teleranek w tę sobotę? Przed jaskinią są stragany
      z pamiątkami z regionu. Wiadomo - góralskie ciupagi, muszelki z Bałtyku, lalki w
      strojach łowickich itp. Jest też pan z sokołem na ręku. Sokół za opłatą pozwala
      się fotografować. Niedźwiedzia nie było. Był za to bar z którego niedojedzeni
      skorzystali. Czekaliśmy na swoją kolejkę, bo do jaskini wpuszczają po 15 osób co
      kwadrans. Mnie ciekawi, jak wyliczyli, że to powinno być dokładnie 15 osób, a
      nie na przykład 14. Godziny wejścia trzeba dokładnie pilnować, bo woźna przy
      drzwiach jest groźna jak w podstawówce. Spóźnionych łaja i niemal za ucho ciąga.
      Z jaskini zrezygnowali Groha z Grohem i Mężydło. Baby mimo zapewnień Berek miały
      trochę pietra, ale sytuację przy pomocy cioć i wujków udało się opanować.
      Przewodniczka opowiadała nam o jaskini i Neanderlandczykach, którzy być maże
      sobie w niej mieszkali. Jaskinia (zespół sal) nie jest duża, ale bardzo
      urozmaicona. Występuje w niej bardzo dużo ...tytów, ...gmitów, ...idów itp. we
      wszelkich odmianach w dodatku. A jak już występują, to nie solo, tylko całymi
      stadami. Praktycznie nie ma kawałka wolnego od jakiejś ciekawej formy. Z sufitu
      gdzieniegdzie zwisają farfocle. Nie są to pajęczyny, tylko korzenie drzew.
      Śmiesznie. Kapie na głowę i jest ożywcza temperatura. Przed południem latał
      netoperek, ale przy nas miał pewnie sjestę. Po obejrzeniu wszystkiego co
      udostępniają, wyszliśmy na światło dzienne. Nikt się nie zgubił. Doceniliśmy
      uroki mieszkania we współczesnym budownictwie, nawet tym wielorodzinnym. Będąc
      pod wrażeniem usług kulinarnych Raju, postanowiliśmy dokupić 3 kg kiełbasy.
      Udaliśmy się do pojazdów i pięciomaszynową kolumną nieopancerzoną ruszyliśmy na
      Kadzielnię. Zajechaliśmy tam od innej strony niż przy poprzedniej wizycie. Groh
      pomknął na zakupy, a reszta wycieczki udała się pod górkę drogą wysypaną
      kamyczkami. No i zaczęliśmy je zbierać, wybierając płaskie i kańciaste.
      Nieliczni spacerowicze musieli mieć niezłą zagwozdkę. Stado dorosłych i na
      pierwszy rzut oka zdrowych ludzi gmera w kamykach i co po niektóre wrzuca do
      toreb. Towarzyszyły temu dialogi: ten może być? o taaam jaki fajny! to jeszcze
      pogrzebiemy tam dalej! idę w lewo, bo tu już wybrane. W polowaniu na kamienie
      ochoczo uczestniczyły Baby, dla nich takie kamyki to żywioł, od którego nie
      można ich oderwać. Część wycieczki Groha zaciągnęła na szczyt górki, żeby
      pokazać pomnik i widoki. Berek z Dosią (kamyki!) oraz Edeka i ja zostaliśmy
      sobie w połowie drogi. Mogliśmy za to do woli napatrzeć się na uroczą Skałkę
      Geologów, po której szczycie skakała sobie młodzież. Przy nas nikt nie uczył się
      fruwać. Droga, którą właziliśmy, wiła się wzdłuż zbocza, które to z jednej
      strony za barierką spadało na pysk, a z drugiej kilka metrów wystawało w górę.
      Po jakimś czasie, zza krzaków po tej wysokiej stronie usłyszeliśmy odgłosy
      naszej wycieczki. Wynikało z nich, że się w drodze powrotnej zgubili. Nasze
      nawoływania skierowały ich we właściwą stronę. Jak widać, nawet w takich górach
      można zabłądzić. Zeszliśmy wspólnie na dół i obładowani kamiennym gruzem,
      pojechaliśmy do Anatolki.
      W Anatolce pierwszy przywitał nas Luis, tatuś Asi-Pobudki. Robił iiiiiyyyyy
      iiiiiyyyyy iiiiiyyyyy, z akcentem na yyyyy. Iiiii na wdechu, yyyyy na wydechu.
      Tłumaczenie: chodźcie szybciej z tą marchewką do mnie. Cóż było robić?
      Wyciągnęliśmy wałówy (solidne) i polecieliśmy do źwierzątek. Chyba jednak za
      wolno, bo Luis od razu użarł Lylikę. Mimo tego karygodnego incydentu, całe
      towarzystwo zostało wymiziane i wykarmione. Klawiatura tego nie opisze, trzeba
      pojechać i przeżyć samemu. Pobudka faktycznie nie bardzo jeszcze wie co zrobić z
      marchewką, ale uczy się używać siekaczy - podszczypuje nimi. Wygląda przecudnie,
      robi minki, futerko ma niesamowite, a ten pyszczek... Nadal nosi berecik,
      zatrzyma go na zimę? Pozostałe towarzystwo rozpuszczone. Za to głodne, że uch,
      ha ha. Mizianiu i karmieniu poddaliśmy oślą rodzinę, kucykową rodzinę, państwa
      lamów, konie, drób ozdobny i państwa świnkostwo wietnamskie (przy czym tych
      ostatnich bez mizianiasmile O psach i kotach nie wspomnę. Teraz nie wspomnę, tylko
      później.
    • groha Re: II Sabat w Krzach Świętokrzyskich cz.2 24.11.08, 14:41
      Zostaliśmy nakarmieni żurkiem i żeberkami. Obok nas biesiadowała grupa prawie
      całkiem sfeminizowanych medyków, z jednostkami znanymi Grosze. Po tym posiłku
      włączyliśmy ognisko. Na wstępie uhorendowaliśmy solenizantkę Edytę. Dostała od
      nas śpiew i życzenia, a od Grohy jeszcze anioła z włosami Mozarta. Po czym
      rozpoczęliśmy przygotowania do pasowania. Ujawnić szczegółów nie mogę, ale tym
      razem wszyscy przeżyli. Takie czasy, nie to co kiedyś... Pasowani zostali:
      Lylika, Groha, Never, Małża, Berek, oraz uwaga, uwaga: Mężydło, Groh i Sławek!!!
      Co za straceńcza odwaga! Pasowaniu jak zwykle przewodniczyła Stara Gropa. Po
      ceremonii pasowania, lekko zszokowanym pełnoprawnym członkom zostały wydane
      legitymacje oraz odbył się pobór składki. Ogólną furorę zrobił sernik Lyliki i
      ciasto Grohy. Jeszcze następnego dnia ludziska spoza naszej wycieczki się o te
      rarytasy dopytywali. Się ściemniło i usiedliśmy przy ognisku. Piekliśmy
      kiełbaski. Impreza medyczna nabierała obok nas rumieńców. Nie wiem jak u nich z
      Guruą, ale mogliby być wcieleni do sekcji śpiewaczej oraz założyć sekcję tańca
      terenowego. O dziesiątej się ze śpiewem na ustach i przytupem w nogach oddalili.
      Mamy nadzieję, że przy pomocy jakiś trzeźwych kierowców. A my sobie
      siedzieliśmy, piekliśmy, gadaliśmy. Tym razem dużo o Gurui o nie o sobie.
      Wiernie towarzyszył nam do końca jeden z kotów. Rozwalał się po kolei na naszych
      kolanach. Komisja Certyfikująca ogłosiła swój werdykt i wręczyła dokumenty.
      Troszkę nam wiało, ale obracaliśmy się wywietrzonymi stronami do ogniska i można
      było wytrzymać. Niestety Lylika z Stefanmarią (jak to się odmienia??; dawniej
      Mężydło) oraz Edyta musieli wracać do domu. Uwzględniając ich obowiązki,
      jesteśmy pełni podziwu, że postanowili chociaż jednego dnia nam towarzyszyć.
      Komarów, nietoperzy i wilków w dalszym ciągu nie było. Były obiecane pieczone
      ziemniaki. Po wypaleniu dubeltowej porcji drewna wyłączyliśmy ognisko i udaliśmy
      się do kwater. Sekcja grzybiarzy umawiała się na poranne polowanie. Krzysiek
      obiecywał, że własnoręcznie poderwie sekcję na nogi przed bladym świtem. Miało
      być jeszcze wspólne oglądanie odcinka sierialu 07 zgłoś się, ale Morfeusz porwał
      nas w ramiona.
      Plany Krzyśka podsłuchał kogut i postanowił pójść mu na rękę, a właściwie w
      ucho. Piał o zamówionej porze. I repetował później. Był nieźle poinformowany, bo
      latał po całym gumnie ze swoimi żonami, ale piał tylko pod oknem pokoju, w
      którym spał Krzysiek i ja. Niżej spała Berek z Babami. Wspólnie z nimi byłem
      niewinną, przypadkową ofiarą grzybomanii. Gdzieś tak o szóstej wstaliśmy z
      Krzyśkiem po kolejnym popisie drobiu. Z tym, że ja wstałem trwale, a Krzysiek
      chwilowo. Wkrótce wstał Sławek, później Groh. Psica Goldi od rana jest gotowa do
      głaskania. Musi przecież odrobić nocne zaległości. Świeciło słoneczko, to się na
      nie przenieśliśmy. Koty dostały śniadanie i w zgodzie go wcinały. Goldi
      myszkowała po obejściu to tu, to tam. W końcu ułożyła się na trawniku przed
      nami. Groh zauważył przed jej pyskiem w trawie piłeczkę pingpongową. Chciał ją
      pstryknąć i zobaczyć, co zrobi Goldi. Zanim to zrobił, to piłeczka zamieniła się
      w jajko i znikła w psiej mordzie. Goldi pomemłała je, parę razy wypluła, złapała
      i pobiegła na drugą stronę podwórza. Tam położyła na ziemi i wytarzała się na
      nim. Myśleliśmy, że robi sobie maseczkę na sierść. Ale okazało się, że jajko
      wciąż jest całe. Przyszła z nim ponownie do nas. Pobawiła się jeszcze trochę, a
      potem pacnęła w nie łapą i zjadła. Razem ze skorupką. A więc nie chodziło o
      ładną sierść, tylko o takież szczekanie i o profilaktykę osteoporozy.
      Towarzystwo powoli się budziło. Ostatnie sztuki przed dziewiątą. Dostaliśmy
      śniadanie, które było wzmocnione już chwalonymi wypiekami. Po posiłku, w
      większości zwykłej (albo kwalifikowanej?) odezwał się grzybowy zew. Poszli w
      las. Stara Gropa, Never, Małża, Groh, Sławek, Krzysiek. Nie wracali ranki i
      wieczory. Nie, tylko ranki. Za płotem śmigali grzybiarze, ale nie nasi. W końcu
      przyszli. Z całą, za przeproszeniem, kupą grzybów. Z mety padły dwa pytania:
      skąd je wzięliście i czy one są prawdziwe? Okazało się, że nie dość, że
      prawdziwe, to i niektóre prawdziwki. Najwięcej jednak było takich jednych, które
      Groha uważa za jadalne, a miejscowy grzybiarz, że to nie one akurat są. Cóż,
      czas pokaże kto miał rację... Po nacieszeniu się widokiem bogactwa, zostało ono
      sprzątnięte ze stołu i postanowiliśmy zmierzyć się z zapasem kiełbasy, jaki
      mieliśmy. Znaczy się drugie śniadanko na ciepło zaordynowaliśmy. Kiełbasa
      wygrała. W nagrodę została przekazana właścicielce. Stara Gropa sprawnie
      wyliczyła nasze zobowiązania finansowe i je od nas wyegzekwowała. Never
      musiała wyjechać trochę wcześniej. Zachowała, oprócz wrażeń, jednego grzyba do
      barszczu. Przyszedł czas opuszczenia Anatolki. Czas ten się trochę wydłużał,
      gdyż Baby dostały po lizaku i kleiły się wszystkim do wszystkiego. Za to
      przyklejone do fotelików były bezpieczniejsze. Luis witał następnych gości
      ciągnących do gospodarstwa. Wyjechaliśmy do Kielc. W Kielcach, na początek,
      Grohy wyrzucili Małżę. Dobrze, że trochę zwolnili. Pojechaliśmy pod centrum.
      Przeszliśmy się kawałek kieleckimi ulicami w okolice Pałacyku Zielińskiego. Tam
      planowaliśmy zjeść lody. Lokal działał w ten sposób, że w okienku, u
      roztargnionych pań, zamawia się i płaci, a to czego nie dadzą od ręki, to
      donoszą do stolika. Wyposażeni w lody i napoje gawędziliśmy. Baby latały po
      trawniku. Czasami Berek za nimi. Przyjechała furgonetka i zaczęto wyciągać z
      niej nagłośnienie i instrumenty. Sławek Wierzcholski z Nocną Zmianą Blusa miał
      próbę przed koncertem, który się za chwil kilka rozpoczynał. Dziedziniec, na
      którym się znajdowaliśmy opustoszał. Nie wpuszczano już przed występem nowych
      gości. My twardo siedzieliśmy do końca. Nie siedziała Berek z Babami, bo
      tańcowały. W zasadzie to dla nas tylko grali. Po jednym z utworów dostali od nas
      w zamian pierwsze oklaski, a my od Sławka Wierzcholskiego zaproszenie na
      koncert. No cóż, musieliśmy jednak wracać. Spotkanie zakończyło się w
      tradycyjnej atmosferze akustycznej - musieliśmy do siebie migać. I to by było na
      tyle. Dziękuję wszystkim uczestnikom.
    • jotka13 I spotkanie z J.Ch - Wszystko Czerwone 24.11.08, 16:20
      Cafe Szpulka, 28 listopada 2003 roku
      I spotkanie z Panią Joanną Chmielewską – „Wszystko Czerwone”
      Stawiłam się w Szpulce sporo przed ustaloną godziną "zero". Szpulka
      (wielkie Ci dzięki i mrowie pochwał) mnie wpuściła, nawet nie
      zaglądając do listy gości. Juz kłębił się dość spory tłumek ludzi,
      odzianych w całości, bądź częściowo w czerwone szmatki. Dobrnęłam do
      salki, przeznaczonej dla osób, udzielających się na stronce,
      zostałam rozpoznana i w atmosferze ogólnej euforii i oczekiwania na
      pojawienie się głównej Bohaterki spotkania, upchnięta za stolikiem z
      bobem i orzeszkami. Jeszcze raz przepchnęłam się, by wziąć darmowe
      piwo, nabyłam trzy książki Autorki, których promocja stanowiła clou
      spotkania. Bardzo mi się podobał pomysł wydania wersji kieszonkowej
      książeczek. A już mój rzeczywisty podziw wzbudziła książka, będąca
      drugą częścią przygód Pafnucego. Bardzo eleganckie, doskonale
      zilustrowane dzieło. Pani Joanna nie zawiodła - okazała się taka,
      jak Joanna, opisywana przez nią w książkach, choć przejawiała oznaki
      charakterku, bo nie wszystkie pytania jej pasowały i na niektóre nie
      udzieliła odpowiedzi. Ludzie natychmiast zajęli się zadawaniem
      pytań, dotyczących jej twórczości. M.in. zadałam pytanie o tym, czy
      zwierzaki, występujące w jej opowieściach dość licznie, mają swoje
      realne pierwowzory. Tak. Pies Chaber istnieje w rzeczywistości, choć
      losy jego potoczyły się trochę inaczej - został oddany myśliwemu.
      Natomiast Pani Joanna pochwaliła się, że ma 14 kotów
      na "dochodzące", w tym 7, buszujących po jej domu. Opowiadała, że
      gdy przez dłuższą chwilę nie wpuszcza ich do domu, to drabią łapkami
      w szybkę, a z rana siedzą pod drzwiami, myjąc pyszczki, by je
      wypuściła na dwór. Pani Joanna także powiedziała, że nie podoba się
      jej pomysł kręcenia filmów na podstawie jej powieści.
      Jedynie "Romans wszechczasów", który uważa za najgorszą swoją
      książkę, "rzuca" na pożarcie telewizji. Chmielewska opowiedziała
      także o tym, że nieudane opowieści też ma, istnieją w szczątkach,
      ale nie są wyrzucane do kosza, tylko utykane po kątach szuflad. Do
      jej ulubionych książek, napisanych przez nią należą "Wszystko
      czerwone" i "Skarby". Autorka powiedziała, że pracuje nad nową
      opowieścią, ale tematu nie zdradziła. Zapytana o gusta czytelnicze,
      stwierdziła, że czytała książki Grocholi i jej się podobają,
      natomiast nie czytała twórczości Masłowskiej, nawet trochę zdziwiła
      się, bo chyba nie słyszała o tej Autorce. Wydawca powiedział, że
      użyczy jej książkę Masłowskiej, choć nie jest to literatura, która
      może podobać się Pani Joannie. Był oczywiście poruszany temat jej
      książek damsko-męskich. Tych poradników z przymrużeniem oka.
      Chmielewska nawoływała, by nie tępić męskiego rodzaju, gdyż potem
      zostaną Paniom tylko ciamajdy. Powiedziała, że w planach ma
      napisanie książeczki dla Panów o Paniach.
      Większość osób była ubrana na czerwono i Pani Joanna zauważyła to od
      razu i powiedziała, że czuje się jak na Derbach. Tam nagroda jest
      niebieska i pół widowni ubranej jest na niebiesko.
      Fani Chmielewskiej w atmosferze żartu i zabawy zapytali, czy poznaje
      sprzęt biurowy, który dostarczyli na imprezę, a mianowicie
      przykładnicę i dziurkacz (choć nie był on czerwony). Ponadto był
      zaprezentowany tłuczek z czerwoną kokardką. Zaobserwowałam też Pana,
      piastującego w dłoni tłuczek, zakończony z drugiej strony zgrabnym
      tasaczkiem. Ogromne słowa podziękowania i podziwu dla możliwości
      organizatorskich należą się Starej.Gropie, Kkiecam i oczywiście -
      przewspaniałej Anecie (Cafeszpulka). Bez tych cudownych ludzi
      impreza by nie wypaliła, jak też bez obecności wielu - wielu osób z
      forum fanów, którzy swoimi osobowościami i pomysłami przysłużyli się
      temu, iż spotkanie naprawdę było udane. Przygotowana
      książeczka "Wszystko Chmielewskie", jak też projekt legitymacji
      członkowskiej Klubu Fanów Twórczości Pani Joanny - to majstersztyki.
      Oficjalną część imprezy zakończyło rozdawanie autografów przez Panią
      Joannę i robienie z nią zdjęć. Myślę, że p. Joanna Chmielewska była
      w dobrym nastroju, czyli podobało się Jej spotkanie z nami. Chociaż
      uprzedzała na początku, że jest zestresowana ekipą budowlaną
      niszczącą jej ogródek. Wyglądała tak, że daj nam Boże w Jej wieku.
      Oczywiście – SZPILKI, nieodłączny papieros. Po zakończeniu spotkania
      i po autografach (agent JCh twierdził, że to ewenement, że były
      dedykacje oprócz samych podpisów) odbyło się spotkanie organizacyjne
      Towarzystwa Joanny Chmielewskiej. Mam nadzieję, że napisze o tym
      Agnieszka ½ bumbecki, gdyż je prowadziła.

      Autor: white.falcon
      Odpowiedzi Pani Joanny na zadawane pytania.
      Pani Joanna Chmielewska odpowiadała na pytania prawie 2 godziny, nie
      sposób wszystkiego spamiętać. Posłużę się spisem pytań
      przygotowanych przez kkeicam.:
      - ulubiony alkohol JCh to piwo, whisky, białe wino, ale lekarz
      zalecił Jej picie czerwonego wina, które nijak nie pasuje do
      ulubionych ostryg. A tak w ogóle to pochodzi z abstynenckiego domu i
      alkohol zaczął Jej smakować po 60-ce.
      - do ulubionych miejsc JCh należy południowa Francja i wybrzeże nad
      kanałem La Manche. A Dania jest krajem, gdzie wspaniale odpoczywa,
      pełny relaks.
      - co do dalszych losów Janeczki i Pawełka oraz Tereski i Okrętki to
      nic nie wiadomo, gdyż są to już dorośli ludzie i właściwie JCh mówi,
      że powinna pisać już o ich dzieciach.
      - jeżeli chodzi o postać Alicji, to JCh twierdzi, że jest to postać
      nie w pełni wykorzystana, gdyż w pełną prawdę nikt by nie uwierzył.
      - JCh lubi czytać książki Agaty Christie, ale tylko kryminały, nie
      romanse. Lubi zarówno postać Herkulesa Poirot, jak i panny Marple. -
      JCh lubi czytać książki historyczne, kryminały. Z przyjemnością
      przeczytała książki Grocholi - jest obiecany 6 tom autobiografii
      JCh. Dotyczący głównie wyjazdów wakacyjnych.
      - język pana Mulgaarda jest zlepkiem różnych zasłyszanych powiedzeń,
      pochodzących m.in. od Polonii kanadyjskiej.
      - postacie występujące w książkach JCh najczęściej są postaciami
      autentycznymi, tylko ubarwionymi. Przyjaciele są pytani, czy chcą
      być np. mordercą czy ofiarą. Wrogowie nie mają tej szansy.
      - większość sytuacji również ma swój pierwowzór życiowy, tylko
      trochę zmieniony lub rozbudowany. - JCh twierdzi, że większość
      powiedzonek z książek była znana Jej wcześniej, ona tylko ich użyła
      i spopularyzowała.
      - obecnie pracuje nad 5 nowymi książkami. - oprócz dwóch nowych
      książek „Las Pafnucego” i „Bułgarski bloczek”, wydano
      również „Lesia” i „Całe zdanie nieboszczyka” w wersji kieszonkowej.
      - Pani Joanna potwierdziła, że książki "Lesio" i "Dzikie białko" są
      na faktach autentycznych; Lesiowi książka przyniosła ponoć szczęście
      Autorka zdziwiła się, gdy usłyszała, że Jej ksiązki są silnym
      bodźcem do wychowywania mężów (ponoć dobre żarcie do tego najlepsze,
      pewnie trochę piwka też nie zawadziI nie przejmuje się krytyką
      swoich książek, bo tejże krytyki nie czyta.

      Autorzy: edeka5, siwapp
    • jotka13 Pasowanie Asi 24.11.08, 16:21
      Cafe Szpulka, 9 czerwca 2004 roku
      Pasowanie Asi

      W ostatni piątek odbyło się powitanie i pasowanie Asi.sthm. Oto co
      sie działo:
      Osoby występujące w zdarzeniu: Cafeszpulka, Edeka5, Klarisa,
      Edyta95, Bumbecki w dwóch wcieleniach, ja i główna bohaterka sztuki -
      Asia.
      Początek- rozmawiamy o wszystkim, głównie o Szwecji. Asia przyniosła
      ze sobą prezenty dla Guruy, które wręczymy w trakcie jesiennego
      zjazdu. Prezenty zostaną przechowane w Szpulce. Rozmowa na różne
      tematy trwa dość długo, po kolei schodzą się uczestniczki
      przedstawienia. Siadamy do stołów przygotowanych przez Anetę, na
      stołach staropolski poczęstunek, przyjęty entuzjastycznie, zwłaszcza
      przez Asię, która u siebie, na dalekiej północy, nie ma okazji jadać
      takich rzeczy. Tematy poruszane w trakcie spotkania:
      -Co ma gołąb Bumbecki? Kręćka, kręcz, czy zaburzenia błędnika?
      -Nastał koniec TWCh. z KRS przyszło zawiadomienie o odmowie wpisu do
      rejestru.
      O, matko, o, matko!
      -Propozycja zmiany godziny spotkania na późniejszą, bo jest za
      jasno. Mamy się spotykać o północy, to będzie wtedy zlot czarownic,
      miotły obowiązkowe.
      - Prawdziwy wielbiciel J.Ch. czyta wszystkie książki Guruy. My
      możemy krytykować jej książki, ale inni nie!
      -26.06 ma być wyjazd do Tończy, w celu wykopania jakiejś studni.
      - Robimy koci worek dla Guruy, każdy kto ma ochotę może przynieść do
      Szpulki prezent dla Guruy. Wręczymy je w czasie zjazdu. Musimy
      zrobić prawdziwy worek, z proszkiem do prania itd.
      - W czasie zjazdu, jako atrakcja wieczoru przewidziane zostały
      zawody w jedzeniu bobu.
      -Robimy pasowanie Asi. Przeżyła i śmiała się, więc chyba nie było
      tak źle.
      -Poznałyśmy skrytkę w Szpulce, w której jest przechowywana
      przykładnica.
      -Snujemy wspomnienia o pańskiej skórce, wacie na patyku, Barbapapie,
      oranżadzie w butelkach z kapslem, Złotej rosie i wiatraczkach.
      -Pozdrowienia dla Magdy -lol21ndm. Czekamy w lipcu!
      -Polityka. Moje niewinne pytanie o niedzielne wybory, przemieniło
      łagodne jak owieczki Koleżanki w istne pantery polityczne!
      Adrenalina i temperatura dyskusji skoczyły niebezpiecznie w górę.
      Przerywamy dyskusję, bo robi się groźnie.
      -Ponieważ mówiłyśmy już o dzieciach, psach, jedzeniu, podróżach i
      Gururze to został nam do omówienia już tylko seks. W książkach Guruy
      jest go mało!
      - Oglądamy czerwoną lampę, stojącą w Szpulce. Oświetla tylko górę
      kadłuba.
      -Kłótnia między Klarisą, a Abumbeckim o CZN. W której komendzie
      Joanna rozmawiała z pułkownikiem Jedliną?
      -Asia trochę przerażona widokiem olbrzymiego dzbana piwa przed nią.
      Myślała, że sama musi go wypić. Komisyjnie badana jest zawartość
      piwa w piwie.
      -Obgadujemy innych członków TWCh ). Międzynarodowymi kanałami
      dowiadujemy się, że Doota przyjeżdża do Warszawy we wrześniu. Już
      cieszymy się na pasowanie.
      Wspominamy Paniąciocię i Bejoda. Gdzie jesteście? Tak miło
      rozpoczętą znajomość szkoda by było urwać.
      -Badamy ile mamy lat. Okazało się, że wszystkie mamy dopiero po 18!
      Niesłychane!
      To wszystko miało miejsce do godziny 22.30. Co było potem nie wiem,
      bo musiałam
      opuścić towarzystwo. Mam nadzieję, że co ciekawsze momenty opisze
      ktoś inny. Pa.

      Autor: stara.gropa.
      Aby wam jeszcze raz gęby ucałować i podziękować za wspaniałe
      przyjęcie. Popiałam juz do wszystkich w domu z zachwytu i zaraz
      polecę na kobieca polonię tez im popiać jak to cudownie jest spotkać
      Chmielewszczykow. Ogłaszam wszem i wobec, że przekładnica nie
      bolała, to z reki zostało pochwalone za charakter pisma i trzymało
      się do dzisiaj, to z gęby dochowało się do soboty. Nawet za uchem
      trochę miałam. Smalec śnił mi się na zmianę z gołębiem. Wy jesteście
      cudowne i jeszcze raz dzięki Anecie, która potrafi pięknie i
      dramatycznie padać na kanapę pod tą sławną lampę ze Szpulki. Rzucam
      się w wir pracy i do czytania Kocich Worków jak Harpia. Juz wam
      strasznie zazdroszczę wycieczki do Tończy , cholera, szukajcie a
      znajdziecie jakieś skarby. Może ktoś wam coś miłosiernie podrzuci???
      No to pa
      Wasza STARA WARIATKA
      Autor: asia.sthm
    • jotka13 Spotkanie nalewkowe - zmiana władzy 24.11.08, 16:22
      Warszawa, 9 marca 2007 roku
      Spotkanie nalewkowe – zmiana władzy
      Spotkanie marcowe gościło u Xkropki.
      Uczestniczyli: Pani Prezes Lylika, Pani Prezes Stara.gropa, Xkropka
      z Małymżonkiem, Edeka ze Sławkiem, Edyta z Wojtkiem, Jotka z
      Krzyśkiem, Never, Marrta i ja. Nie uczestniczyła Zmora. Się jej nie
      spodobaliśmy. Nie była to Zmora z parteru, tylko Zmora w szaro-burym
      futrze.
      Jak zwykle przebieg spotkania był burzliwy i wielowątkowy, o co było
      łatwo wziąwszy pod uwagę ilość trunków dostępnych uczestnikom.
      Trunki występowały głównie w postaci nalewek, w żadnej z nich nie
      było żmii ani innych okazów fauny. Tradycyjnie dla naszej strefy
      kulturowej bazą dla nich była flora, zarówno krajowa jak i
      kolonialna. Na początek nowa władza poleciła nam podpisać listę
      obecności. Nie było jednak książki spóźnień. Może będzie następnym
      razem. Oczekując na tych co mogli dotrzeć później omawialiśmy
      prezenty dla Guruy. Udało się ustalić zawartość bonu. Będzie miał 8
      towarów i 8 usług. Miejsce zakupu wiązanki kwiecia jest uzgodnione.
      Co do wina nie podjęto jeszcze decyzji. Każdy kolejny pomysł możliwy
      do zrealizowania w krótkim czasie jest mile widziany. Jak już się w
      miarę zebraliśmy, zabrzmiały fanfary. Nie bez powodu. Pani Prezes
      Stara.gropa została uhorendowana:
      a) szarfą z napisem (nie chcę go przekręcić, proszę o zacytowanie),
      b) złotym medalem z logo TWCh i napisem <wokół> Towarzystwo Wszystko
      Chmielewskie 2004-2006 <poziomo> starej.gropie za zajęcie 1 miejsca
      na fotelu Prezesa TWCh,
      c) Zapalniczką w postaci zestawu do przypalania składającego się z
      zapalniczki i 100 banknotów pięćset złotowych.
      Natomiast Pani Prezes Lylika została uhorendowana wizytówką na stół
      z napisem: Prezes TWCh Lylika; oraz złotym dzwoneczkiem od
      Starej.gropy.
      Po części oficjalnej powróciliśmy do konsumpcji nalewek. Były też
      bliny, przepyszne, produkcji gospodyni. Wszyscy obecni przekonali
      się również, że Irena Kwiatkowska nagrywała dla radia powieść
      Wszyscy jesteśmy podejrzani. Wielka szkoda, że nie zachowało się
      więcej. Nalewki swoją robotę odwalały. Mimo to, a może dlatego,
      udało się odśpiewać Balladę z Diabłem i Marsz Chmielewski. Był
      śpiew, meksykańska fala i niemy podziw. Sekcja śpiewacza jednak
      bardzo by się nam przydała. Jako deser Xkropka zaserwowała coś, co
      nie pamiętam jak się nazywa, ale wbrew pozorom nie jest słodkie i
      nie widać w nim kalorii. Pyszne!
      Ilość wchłanianych płynów powodował wiadomo co. Akurat dyżur miał
      Małyżonek i on wyprowadzał, głownie uczestniczki spotkania, na siku.
      Dyskusja w tym czasie rozwijała się na tematy oboczne. Bez
      żadnego 'z' zamiast 'o'. Najwcześniej oddaliły się Marrta (jeden
      rzut beretem bez obciążenia) i Newer (wiele rzutów oszczepem). W
      końcu pozostali też uwolnili gospodarzy od naszego towarzystwa.
      PS 1. Uzgodniliśmy czas i miejsce spotkania kwietniowego, ale i tak
      jak znam życie naszego forum to wszystko może się zmienić.
      PS2. Chce mi się spać, proszę pozostałych uczestników o
      sprostowania, uzupełnienia itp.

      Autor: g0p0s
      • lylika Pytanie do Jotki. 27.11.08, 22:19
        Jotko, trochę się pogubiłam. Czego Ci jeszcze brak do Kroniki? Powiedz tylko a zaraz zaprzęgnę siebie i wszystkich z forum do roboty. Baron zgłosił się prawie dobrowolnie.
        Dyryguj, a my będziemy grać.
        P.S.
        Czy Derby też zamierzałaś umieścić?
        • edyta95 Propozycja do ... 27.11.08, 22:49
          Ponieważ czas nam się bardzo skurczył, chciałabym delikatnie coś
          zasugerować. Nie wiem na jakim etapie są prace nad kroniką i czy
          Jotka zdązy, bo to naprawdę dużo pracy. Zatem jeśli istnieje
          ryzyko "niewyrobienia się", to może niech to będzie w formie
          rocznika. Wtedy zrobić na cacy wybrane roczniki, a pozostałe
          dorabiać sukcesywnie. Pomysł kroniki bardzo mi się podoba i nie
          chchiałabym, żeby coś wyszło nie tak, przez zwyczajny brak czasu.
          No mam nadzieję, że nie zaplątałam zbytnio wypowiedzi swej
          • lylika Re: Propozycja do ... 27.11.08, 22:57
            Tyko zacznijmy od samego początku, proszę, a to nastręcza najwięcej trudności.
            Kto ma zdjęcia z piewszego spotkania?
          • dorka_31 Re: Propozycja do ... 27.11.08, 23:11
            Jakby co, kronika może być ozdobą kolejnego spotkania. Wtedy już
            wszystko byłoby dopracowane na cacy smile
          • g0p0s Re: Propozycja do ... 28.11.08, 11:20
            A może na początek relacje ze wszystkich spotkań z Guruą?
            • lylika Re: Propozycja do ... 28.11.08, 11:22
              To jest dobry pomysł.
    • jotka13 Re: Akcja Kronika 28.11.08, 12:12
      Miałam odpocząć od internetu, bo jestem wyjechana, ale z racji
      wyżzej konieczności odpowiadam:
      - na razie mam zrobione te sprawozdania, które są w wątku
      - jestem na etapie opracowania do nich zdjęć
      - popieram pomysł g0p0sa z relacjami ze spotkań z Guruą
      - poproszę o sugestie w jakiej formie to wydrukować
      - wszelka pomoc mile widziana
      - na 100% dostępna będę w środę
    • jotka13 Spotkanie z J.Ch - Kocie Worki 17.12.08, 13:32
      Cafe Szpulka, 28 grudnia 2004 roku

      Spotkanie z Joanną Chmielewską – Kocie Worki


      O godz. 18.00 punkt wkroczyłyśmy z siostrą do Szpulki i zostałyśmy
      skierowane do właściwej sali, gdzie czekało już całkiem pokaźne
      stadko kochanych współforumowiczek i -czów (tych mniej). O dziwo, od
      razu wiedzieli, kto my zacz i pośpieszyli przedstawiać się.
      Zakręciło mi się w głowie od nadmiaru nicków, starałam się
      pospiesznie dopasować je do twarzy. Wcześniejsze zdjęcia ze spotkań
      pomogły bardzo. Następnie zastygliśmy w oczekiwaniu, postanowiłam
      wykorzystać chwilę na coś trochę, powiedzmy innego, i skutkiem tego
      przegapiłam wielkie wejście Guruy, weszłam prosto w wielkie
      zamieszanie, bo nikt nie chciał siadać pierwszy, wszyscy czekali, aż
      Gurua ze świtą znajdą miejsce. Oprócz Pani Joanny na spotkaniu
      stawił się jej syn Robert wraz z żoną i córką, pan Tadeusz,
      zaprzyjaźniona pani z wydawnictwa oraz dwie panie z radia*. Gdy to
      nastąpiło wylądowałyśmy w zacisznym kątku z dobrym widokiem na J.Ch.
      Miejsce miało tylko tę wadę, że nie było Guruy za bardzo słychać.
      Pan Tadeusz przedstawił przybyłych, na co Stara Gropa przedstawiła
      pozostałych. Gdy pan Robert usłyszał Bumbecki momentalnie
      zareagował: "Kto chce gołębia?", więc uważajcie co piszecie drodzy
      koledzy i koleżanki, czytają nas uważniewink Dwie osoby z rodziny
      gdzieś się zgubiły, co J.Ch. trochę wyprowadziło z równowagi (ale na
      krótko), bo były jej potrzebne "do stworzenia ogólnej atmosfery",
      jak sama to określiła. Okazało się, że osoby owe wróciły do domu, co
      zostało ustalone za pomocą telefonu komórkowego podanego przez syna,
      ze słowami "Do tego końca mamunia mów". Ustaliwszy miejsce pobytu
      owych osób, oddaliśmy się konsumpcji frykasów postawionych na
      stołach i niezobowiązującej konwersacji. Na spotkaniu dowiedzieliśmy
      się, że w 2 połowie stycznia zostanie wydana nowa książka JCh. A w
      ogóle w tym roku powinniśmy się spodziewać 3 książek. Będzie pisana
      dalsza część autobiografii, poświęcona głównie podróżom rodzinnym
      JCh. Stara Gropa dyskutowała o pierwowzorach postaci z „Harpii”, tak
      jak czuliśmy w większości były to ciotki, mamusia i Alicja.
      Potwierdzone zostało, że dom Alicji wygląda tak jak zostało to
      opisane w „Kocich workach”, bez żadnej przesady. A w ogóle postać
      Alicji nigdy nie została w pełni wykorzystana, gdyż nikt by nie
      uwierzył, że taka osoba istnieje. 6-metrowy karnisz Alicji, do
      dzisiaj nie został odnaleziony, wersja oficjalna skłania się do
      tego, że odfrunął. Pochwaliliśmy się wyprawami śladami JCh i
      bohaterów Jej książek. Jako dowód, wisiały na ścianach powiększone
      zdjęcia z wycieczek i z poprzednich pasowań w Szpulce. Następnie
      odbyło się pasowanie i zostałyśmy z siostrą zaszczycone pasowaniem
      przykładnicą przez Guruę, która dostrzegła potrzebę formuły
      pasowawczej i na poczekaniu wymyślała dla każdego coś innego.
      Następnie makijaż szminką Manhattan oraz rytualne "Hau Hau, Henio
      nie jest bydlę i świnia". Myślę, że pani Joanna była mile zaskoczona
      formą pasowania i tak sprytnym nawiązaniem do książek.
      Zwłaszcza: "hau hau" sprawiło jej wyraźną przyjemność, chociaż
      powiedziała: "Po co ja pisałam to wszystko?" Koci worek ofiarowany
      JCh sprawił Jej wielką radość. A największą – poszukiwane książki,
      wylicytowane przez nas na Allegro. Widać to wyraźnie na zdjęciu.
      Oprócz książek były też różne popielniczki, proszki do prania,
      rajstopy, kłębek wełny, herbaty, kawa, paczka cukru, złoty zegarek,
      brylant na sznureczku, 2 słoiczki konfitur, chusteczki, skarpetki,
      mydła, filiżanka ze spodeczkiem, futrzana czapka, ogon lisa, żel do
      włosów, różne figurki itd, itp. Córeczka Anamaniki robiła zdjęcia
      wszystkiego i wszystkich, co zresztą widać w albumie. Nie miała
      absolutnie żadnej tremy i świetną zabawę, była tak urocza, że
      absolutnie nikt jej nie odmówił pozowania. Dzięki niej mamy naprawdę
      świetną dokumentację, więc polecam zajrzenie do odnośnego wątku.
      Nie napisałam jeszcze o atmosferze. Wydaje mi się, że obie strony
      były zadowolone ze spotkania, pomimo początkowego zdenerwowania JCh
      nieobecnością dwojga Jej gości. Duża w tym zasługa Anety-
      Cafeszpulki, która urządziła to spotkanie. Spotkanie trwało ponad 3
      godziny, a wydawało się, że to była tylko chwila. I nikt się nie
      wyalienował z rozentuzjazmowanego tłumu, choć tworzyły się podgrupy
      dyskusyjne, ze względu na ilość uczestniczących osób.


      Autorzy: smitte, edeka5

      * Panie z radia okazały się osobami niezidentyfikowanymi do tej pory.

      PS.
      Oto najnowszy list od p. Tadeusza:
      Dzień dobry!
      Przepraszam za zwłokę, naprawdę miałem tłum rozmaitych nadzwyczaj
      obowiązków związanych z początkiem roku. Serdecznie pozdrawiając,
      podaję namiary. Chodzi o pierwsze wydanie (i tylko w tym znajdują
      się interesujące panią Joannę fragmenty): Jerzy Putrament "Wakacje
      [Powieść dla młodzieży]", Czytelnik, Warszawa 1956. Wedle
      posiadanych przeze mnie informacji książka ma 688 str. Dalsze
      wydania, tj. od 1967 roku, już nie wchodzą w grę. Najserdeczniej
      pozdrawiam Panią, Pani Joanno, a za Pani pośrednictwem całe
      Towarzystwo! Szczególnie serdeczne podziękowania za wieczór
      chciałbym przekazać pani Feliszak.
      Do poczytania!
      Tadeusz Lewandowski
    • jotka13 Spotkanie z J.Ch - garbate sprzątaczki 17.12.08, 13:34
      Kompania Piwna, 28 grudnia 2006 roku

      Spotkanie z Joanną Chmielewską – „Lesio”

      Stado ciężarnych sprzątaczek z garbami kłębiło się po autografy,
      które trzaskała nasza dublerka. Gurua stanęła w drzwiach i trochę ją
      przytchło winkTak rozpoczęliśmy. Gościliśmy Guruę, Monikę, pana
      Tadeusza i z pewnym poślizgiem Pawła (od waszej maci). Gururzątko
      niestety zostało otrute parówkami. Otrucie nie było do końca
      skuteczne i życzymy szybkiego powrotu do zdrowia! Naszą kopią Gurui
      była oczywiście stuningowana Lylika. Widać na zdjęciach, że
      podobieństwo jest bardzo duże. Można się nabrać winkRozlokowaliśmy
      się na miejscach i jednak wróciliśmy do standardowego wyglądu. Gurua
      powiedziała, że bez wąsów to ja jestem wykapanym Karolkiem
      przebranym za sprzątaczkę wink Spotkanie prowadziła nasza Szefowa i
      chwała jej za to. Robi to kapitalnie. Ponieważ nic tak dobrze nie
      wzmacnia przyjaźni jak prezenty, to przez całe spotkanie je
      wręczaliśmy. Na pierwszy ogień poszło świąteczne opowiadanie
      Wołoducha. Rulon przewiązany piękną kokardą (materiał i wykonanie -
      Lylika). Gurua powtarza wielokrotnie, że słowo pisane bardzo lubi i
      ceni. Przeczytała opowiadanie od ręki i pochwaliła w sposób
      ponadkurtuazyjny. Powiedziała że się jej podoba i przeczyta sobie
      jeszcze raz po spotkaniu. Następnie Szefowa wręczyła Gurui torebkę z
      prawie krokodyla. A w niej: rękawiczki z prawie węża, prawie
      pistolet (zapalniczka) i 50 tysięcy złotych w prawie niezniszczonych
      banknotach. Zapalniczka pewnie będzie używana, natomiast forsa być
      może pójdzie do kominka. To w końcu jeszcze lepiej niż przypalić
      sobie cygaro jednym banknotem wink Po torebce przyszła kolej na
      książkę ciotki Lucyny. W ręce Moniki został przekazany grający i
      świecący krawat w Święte Mikołaje dla Roberta. Pan Tadeusz dostał
      milczący i nieświecący krawat w książki. Następnie plany uległy
      pokrzyżowaniu. Miało być pasowanie Roberta na honorowego członka
      TWCh. Padały propozycje, aby per prokura pasować Monikę, ale się
      powstrzymaliśmy. Szefowa przekazała legitymację, pasowanie urządzimy
      następnym razem. Przyszła długo wyczekiwana chwila na kacyka.
      Krzysiek z Guruą odpracowali dialog i paczka z trudem (ciasno było,
      a pakulec solidny) trafiła na chwilę w ręce Gurui. Z uwagi na jej
      ciężar szamotał się z nią Paweł. Dokopanie się do arcydzieł zajęło
      trochę czasu, bo wszystko było pakowane jak w oryginale. Gurua
      wyglądał na nieco ogłuszoną całą sytuacją. Nie tylko w tym momencie
      wypsnęło się nie raz coś w sensie: „Ludzie, wy nie jesteście
      normalni” wink. Dzieła zostały wychwalone na wszystkie strony. Jedyne
      zastrzeżenia to: za ładne to wszystko i jednak łby mogły być
      większe. Dziełami Gurua ma się chwalić na prawo i lewo, w tym
      publicznie. Groha i Małża mogą nie nadążyć z realizacją zleceń wink.
      Będąc już przy kacyku, przekazaliśmy album z pozostałymi dziełami
      konkursowymi. Inne rysunki, które brały udział w konkursie, też
      zostały szczegółowo obejrzane i pochwalone. Postraszyliśmy, że
      możemy wykonać wszystkie, bo pozostały nam nadprogramowe kamienie. A
      poza tym prężna sekcja świętokrzyska może jeszcze nazbierać lub
      ułupać. Czy ja już pisałem, że była mowa o naszej normalności? Potem
      była klasówka. Wszyscy dostali kartki z pytaniami ułożonymi przez
      Asię.sthm i Wołoducha. Gurua rozwiązywała test razem z Pawłem, a pan
      Tadeusz zadzwonił do Martusi i jej się wypytywał o odpowiedzi.
      Generalnie wszyscy ściągali jak mogli . Po zakończeniu Szefowa
      czytała pytania i Gurua i pan Tadeusz odpowiadali, po czym ogłaszana
      była prawidłowa odpowiedź. Kilka wpadek zaliczyli, pan Tadeusz, a w
      zasadzie Martusia, więcej. Maksimum punktów zdobyła Xkropka. Były
      też prezenty indywidualne, które sprawiły Gurui nie mniejszą radość.
      Na koniec przekazaliśmy lotnicze zdjęcia Chmielnej 106 wykonane tuż
      przed Powstaniem Warszawskim. Pilot nam nie wyszedł z uwagi na brak
      niezbędnego rekwizytuNa deser Gurua zostawiła sobie wypatroszenie
      świeczników. Upchane były tak solidnie, że potrzebne były narzędzia
      i Paweł . Spowodowaliśmy kolejne przytchnięcie Gurui. Tyle cudów na
      raz . Przy kilku sztukach stwierdziła, że będzie nosić, a przy
      jednej, że taki sam pierścień Jej zginął. W całym życiu nie dostała
      tyle pięknej biżuterii, co od nas . Przy wydobywaniu precjozów ze
      świeczników zostaliśmy określeni jako nienormalni, że pozbywamy się
      takich skarbów.
      Kelnerki w ogóle były trochę spanikowane i na wszelki wypadek nie
      zaglądały do nas zbyt często. Ale już za trzecim razem udało mi się
      zamówić herbatę (po dwóch niepodanych . Serwowania piwa w szklance
      stanowczo odmawiają, tylko w ciężkich kuflach. Przy dużym uporze
      proponują szklankę luzem do kufla lub słomkę . Ciekawe, czy można
      jedno i drugie i sobie przetoczyć?
      I tak nam to zajęło 3 godziny 15 minut. Oczywiście cały czas była
      rozmowa. Tematów multum.

      Autor: g0p0s
      PS.
      W związku z doniesieniami z kraju, z których wynika, że w pewnych
      lokalach piwo zbyt mało uderza do głów, w dniu 28 grudnia 2006 roku
      zostały pobrane komisyjnie próby piwa P oraz piwa T. Badanie
      przeprowadzono w dniu 29 grudnia tegoż roku na sprzęcie odpowiednim
      (dla osób chętnych dokumentacja w formie zdjęć).
      Wyniki:
      Piwo T Ekstakt 5,39 %
      Piwo P Ekstrakt 8,34 %
      Zbadano jeszcze gęstość i refrakcje. Wszystkie badania
      przeprowadzono w temperaturze 20°C. Teraz moi mili trzeba troszkę
      poczekać aż dostanę informację, jakie parametry wyroby te powinny
      posiadać. Wtedy dopiero będę w stanie państwu powiedzieć jaka jest
      zawartość piwa w piwie. Martwię się tylko, że już do żadnej knajpy
      nikt nigdy nas nie wpuści.

      Autor: edyta95

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka