chmara
15.01.07, 12:44
Bogactwo z ropy, której Wenezuela jest piątym producentem w świecie, Chavez
wyjął spod kontroli banku centralnego i parlamentu. Rozdaje je na programy
socjalne, bezpłatną służbę zdrowia w dzielnicach biedoty, darmowe nauczanie
przez 20 tys. sprowadzonych z Kuby nauczycieli.
Język Chaveza odwołuje się do chrześcijaństwa. W centrum uwagi znajdują się
ludzie biedni. Biedni powinni być jednak cierpliwi, bogaci natomiast - stale
zdobywać się na gesty miłosierdzia i solidarności. "Nie jesteśmy etatystami
ani neoliberałami - zapewnia Chavez. - Znajdujemy się dokładnie w pół drogi,
w miejscu, gdzie niewidzialna ręka rynku splata się z widzialną ręką państwa.
Tyle państwa, ile konieczne, tyle rynku, ile możliwe".
Nie wygląda na człowieka z karaibskiego ludu. Doskonale biały, wykształcony,
nienagannie urzędniczy. Opowiada o 80 proc. obywateli, których dotknęła
bieda, i o kaście uprzywilejowanych, która ukradła Wenezuelę. Przez cztery
lata Hugo Chavez zrobił dla ludzi więcej niż tamci przez 40 lat. Przykłady?
Proszę bardzo. 3 tys. szkół bolivariańskich, w których 1,5 mln dzieci dostaje
trzy posiłki dziennie i oprócz lekcji ma zajęcia sportowe, artystyczne,
komputerowe. 150 tys. nowych mieszkań z dostępem do wody bieżącej i prądu.
Tysiące ludzi z ubogich dzielnic i regionów leczone za darmo. Prawa własności
gruntów miejskich w osiedlach nędzy. Tysiące małych kredytów. Banki mleka,
spółdzielnie rolnicze... To ci ludzie - przekonuje Rodrigo Chavez - zyskali
na naszej rewolucji.