grrrrw
18.01.04, 13:19
O naturalnym planowaniu rodziny z Williamem Coreyem ze stowarzyszenia Liga
Małżeństwo Małżeństwu (The Couple to Couple League) rozmawia Katarzyna
Cegielska
Jest Pan od 20 lat dyrektorem ds. szkolenia stowarzyszenia The Couple to
Couple League (Liga Małżeństwo Małżeństwu). Czym się ono zajmuje?
- Jest to niedochodowa organizacja założona dla promowania i nauki
naturalnego planowania rodziny. Założyciele - John i Shelia Kipleyowie, znali
encyklikę "Humanae vitae" i reakcję, jaka towarzyszyła jej przyjęciu w
świecie, szczególnie zachodnim, czyli w Europie i Ameryce. Byli przekonani o
potrzebie wzięcia odpowiedzialności za udostępnienie małżeństwom takiej
postawy życiowej, jaka została zarysowana w "Humanae vitae". Zdawali sobie
sprawę, że jest to obowiązek świeckich.
Co zatem uczynili?
- Początkowo ich zamierzeniem było uczenie innych małżeństw we własnej
parafii. W pierwszym zorganizowanym przez nich spotkaniu w 1971 roku
uczestniczyło 14 małżeństw, które chciały nauczyć się rozpoznawania płodności
małżeńskiej na własne potrzeby. W czasie tego spotkania dwa czy trzy
małżeństwa wyraziły chęć szerszego poznania małżeńskiej płodności, a
następnie uczenia innych. Kipleyowie umożliwili im to, chociaż jeszcze wtedy
nie mieli zamysłu tworzenia jakiejkolwiek organizacji, a tym bardziej
międzynarodowej.
Jak doszło do założenia stowarzyszenia?
- Kipleyowie mieszkali w okręgu Minneapolis. Po dwóch latach John otrzymał
pracę nauczyciela teologii w katolickim college'u w stanie Ohio. Oprócz
podstawowej pracy wykładowcy kontynuował nauczanie metod rozpoznawania
płodności, teraz już w okolicach Cincinnati. Jednocześnie podtrzymywał
kontakty z małżeństwami z Minneapolis. W latach 70. było wiele katolickich
rodzin wielodzietnych, które miały 6-7 dzieci. Odczuwały one potrzebę jakiejś
formy planowania rodziny, formy, która nie byłaby sprzeczna z nauczaniem
Kościoła katolickiego. Po jakimś czasie John Kipley uświadomił sobie, że przy
takim zapotrzebowaniu na szerzenie wiedzy o naturalnych metodach planowania
rodziny powinien zrezygnować z zajęć w szkole. Jego rodzina podzielała to
zdanie. Wtedy zwrócił się do arcybiskupa Cincinnati, jak również biskupa
Minneapolis o wynagrodzenie przez dwa lata, by mógł pracować tylko nad
naturalnym planowaniem rodziny. I tak się stało. Przy końcu tego okresu John
założył organizację - stowarzyszenie The Couple to Couple League. Już wtedy
prowadziła działalność na znacznym obszarze środkowych Stanów Zjednoczonych.
Małżonkowie wykładali w weekendy. Prawie zawsze tam, gdzie nauczali,
znajdowali się chętni, chcący nieść tę samą pomoc innym małżonkom. W ciągu
pierwszych dziesięciu lat stowarzyszenie rozrastało się bardzo szybko.
Jak liczne jest w tej chwili stowarzyszenie?
- Obecnie w Stanach Zjednoczonych mamy ponad sześćset aktywnych małżeństw,
które instruują inne małżeństwa. Są to wolontariusze.
Stowarzyszenie działa nie tylko w Stanach Zjednoczonych...
- Stowarzyszenie działa też w Europie, na przykład w Polsce, Rosji, Czechach,
na Słowacji, w Anglii - tu było najlepiej, bo tu ludzie mówią po angielsku,
także w Hiszpanii, Niemczech czy Włoszech. Jednak chyba najbardziej owocny
wzrost obserwujemy w Polsce. Jest tu ponad dwadzieścia małżeństw skupionych w
organizacji Liga Małżeństwo Małżeństwu (więcej szczegółów - www.lmm.pl). Mamy
też instruktorów w Kamerunie w Afryce, w Ameryce Południowej, na Filipinach
czy w Indiach.
W jaki sposób stowarzyszenie dociera do młodych narzeczonych, małżonków?
- Początkowym zamierzeniem było dostarczenie potrzebnej wiedzy tym, którzy
naprawdę jej potrzebują, czyli małżonkom. Obecnie w Stanach Zjednoczonych
obserwujemy, że największą część uczestników takich kursów stanowią
narzeczeni - około 55 proc., a około 45 proc. małżonkowie. Ale wydaje mi się,
że udział narzeczonych będzie stale rósł. Wiąże się to z tym, że coraz więcej
księży kieruje narzeczonych na tego typu kurs, jako część programu
przygotowania do małżeństwa. W Polsce jest oczywiste, że w czasie takiego
kursu jest przekazywana konkretna wiedza, ale w USA prawie nikt o tym nie
wie. Był czas, kiedy w ogóle narzeczeni w ramach przygotowania małżeńskiego
nie stykali się z tą wiedzą. Tak na dobrą sprawę tylko jedna diecezja -
Denver w Kolorado, wymaga od wszystkich narzeczonych ukończenia kursu
naturalnego planowania rodziny. Wiemy, że jest kilka innych diecezji, gdzie
biskupi uważnie przyglądają się temu eksperymentowi Denver.
Co należy rozumieć przez pełen kurs, jaki jest realizowany przez CCL?
- Cały program składa się z czterech spotkań, które trwają po 2 godziny z
kwadransem. Cały kurs zajmuje więc około 9 godzin. Poszczególne spotkania
odbywają się co miesiąc. W niektórych miejscach odpowiedzialni za
przygotowanie do małżeństwa w diecezji wprowadzają obowiązek uczestniczenia
tylko w pierwszym spotkaniu i narzeczonym zostawiają decyzję, czy chcą
kontynuować kurs. Niestety, bardzo mało narzeczonych decyduje się na dalszy
udział.
Z czego to wynika?
- W moim przekonaniu wynika to z faktu, że najważniejszą sprawą w tej
dziedzinie jest nastawienie, motywacja. Narzeczeni, którzy przychodzą niejako
przymuszeni na spotkanie, potrzebują dłuższego czasu, by chcieli uczestniczyć
dobrowolnie w kursie. Jedno spotkanie nie zmienia nastawienia. Ci narzeczeni,
którzy przychodzą, tak naprawdę nie mają żadnego powodu, by kontynuować
uczestnictwo. Są pod wpływem bardzo zeświecczonej, zsekularyzowanej kultury,
która otacza ich od urodzenia. Trzeba pamiętać, że większość z nich pochodzi
z rodzin, gdzie rodzice bądź stosowali antykoncepcję, bądź nawet poddali się
sterylizacji. Oni po prostu wymagają formacji i nie da się tego zrobić w
ciągu jednego, nawet dwugodzinnego spotkania.
W Polsce coraz częściej słyszymy, że Ameryka, od której zaczęła się rewolucja
seksualna, teraz odwraca się od tych złych nawyków, od szkodzenia życiu. Czy
podziela Pan ten pogląd?
- Prawdą jest, że są czynione wysiłki, by pomóc młodym ludziom przyjąć jako
własny styl życia - życie w czystości. Mówię tutaj o programach edukacyjnych
dla młodzieży życia w abstynencji seksualnej. Wzrasta też wśród duchownych
świadomość, że naturalne planowanie rodziny i rozpoznawanie płodności przez
małżonków jest ważne. Panuje powszechne przekonanie, że rewolucja seksualna
nie przyniosła powszechnego szczęścia. Natomiast ilości pracy, jaka jest do
wykonania, nie da się określić. Rzecz w tym, że chociaż te programy powstają,
większość młodzieży, nastolatków, uczniów szkół średnich nie zetknęła się
jeszcze z nimi, bo niestety nie docierają one do młodych ludzi. Przyszłość
rysuje się jednak obiecująco.
A jak wygląda współpraca z lekarzami? Czy na studiach medycznych studenci
otrzymują wiedzę na temat naturalnych metod planowania rodziny?
- Liczba szkół medycznych, które w swoim programie mają tę wiedzę, jest
bardzo niewielka. W konsekwencji lekarze są przeważnie ignorantami w
dziedzinie funkcjonowania płodności, naturalnego planowania rodziny. Na dobrą
sprawę jest im to na rękę, bo mogą wtedy szybko i sprawnie zapisywać pigułki.
Jednak niektórzy lekarze są przekonani, że świadomość płodności małżeńskiej
jest ważna. Istnieje organizacja One More Soul (Jeszcze Jedna Dusza),
zrzeszeni w niej lekarze nie przepisują środków antykoncepcyjnych, nie
kierują pacjentek na tzw. aborcję ani do lekarzy, którzy takie metody
stosują. Adres internetowy tej organizacji podaje około 250 lekarzy, którzy
są za życiem. Wiem, że w Polsce, w serwisie internetowym www.lmm.pl istnieje
podobna lista lekarzy nieprzepisujących antykoncepcji, pod nazwą Wirtualna
Przychodnia Pro-Vita. Wspomnę jeszcze o jednej formie współpracy z lekarzami:
The Couple to Couple League prowadzi dwa razy w roku seminaria dla lekarzy.
Uczestnictwo w nich daje punkty, które i tak medycy muszą zebrać, by wykazać
się ciągłym dokształcaniem.
Jak