anahella
10.11.04, 01:37
- Dalibyście napój miłosny mądra babko - młody mężczyzna zaskoczył wioskową
czarownicę. Kerwana otworzyła oczy.
- A skąd tu się diable wziąłeś? - zapytała zła, bo nie lubiła jak ktoś ją z
zadumy wyrywał.
- A ze wsi przyszedłem. - Grimp zdziwiony spojrzał na kobietę. - Przecież
mnie znacie.
- A wiem, że ze wsi, tylko czemu cię nie zobaczyłam na drodze?
- Bo patrzyliście w niebo.
- Eee! - machnęła ręką czarownica. - Zawsze przychodzicie jak chcę odpocząć. -
Jednak z zaciekawieniem popatrzyła na węzełek w rękach młodzieńca. - Co tam
masz?
- Kilka jajek od matczynych kur. Dobre jaja, duże i smaczne. - niepewnie
zaczął Grimp.
- Dałbyś miedziaka - skrzywiła się Kerwana
- Nie mam mądra babko.
- To wróć jak będziesz miał. - stanowczo odpowiedziała Kerwana. - Na piwo w
gospodzie masz, to i na napój miłosny znajdziesz.
- A tak za trochę jadła to nie dostanę nic?
- A kim jest wybranka?
- Córka garbarza. Malina
- Do bogatej panny się zalecasz. A gadałeś już z nią?
- Nooo - zaczerwienił się Grimp. - Jeszcze nie.
- To idź do Wierzbiny i pogadaj. Poproś o jakiś przedmiot, który do niej
przynależy i wróć z nim przed zabawą na rynku. Tylko pamiętaj. Nie wolno jej
tego zabrać. Niech sama ci da.
Grimp skłonił się czarownicy i pobiegł do wsi. Kerwana patrzyła za nim.
- Głupi chłopak - mruknęła do siebie.
- Co tam szepczecie matko? - zza węgła wynurzyła się Polana.
- A takie tam sobie mówię. - Kerwana zakończyła temat. - Słońce zaraz
zajdzie. Zwierzęta trzeba oporządzić. - wydała polecenie. Polana posłusznie
poszła do obory. Chciała zobaczyć matczyne czary, ale zwierzęta były
ważniejsze.
Grimp wrócił do Kerwany następnego wieczora. Z wypiekami na twarzy podał jej
kawałek drewna.
- A co to jest? - zdziwiła się czarownica.
- To łódeczka z kory. Malina wyrzeźbiła ją jak była dzieckiem.
Kerwana wzięła przedmiot i zniknęła w chacie. Wypaliła dziurkę w łódeczce i
przeciągnęła przez nią rzemyk. Wróciła do chłopaka przed chatą.
- Zaczarowaliście to?
- Ano zaczarowałam. Byłeś dziś w gospodzie?
- Jeszcze nie.
- To daj mi miedziaka, którego chciałeś tam wydać. I wróć jutro. I żebyś mi
wcześniej do gospody nie zachodził. A łódeczkę noś na szyi, żeby cała
Wierzbina widziała. Ino nie mów we wsi, że to ja kazałam.
Następnego dnia Kerwana wysłała chłopaka na łąkę. Zebrał bukiet dzikich
bratków. Czarownica znów zniknęła w chacie. Tym razem tylko po to, aby
związać je rzemykiem. Grimp wrócił do ukochanej z nakazem podarowania jej
bukieciku. I tak przez kolejne dni. Za każdym razem Kerwana brała od niego
miedziaka.
Trzynastego dnia chłopak nie wytrzymał.
- Już tyle miedziaków wam dałem a wy mi jeszcze nie daliście napoju miłosnego.
- To zabierz je. Zostaw mi tylko jednego. - Kerwana wyciągnęła rękę z
drobnymi. - Zabierz je i zaprowadź Malinę do źródła w lesie. Powiedz, że tyle
razy nie poszedłeś do gospody ile miedziaków masz w dłoni. A potem kup jej za
to na jarmarku wisiorek.
- Monety są zaczarowane?
Kerwana w odpowiedzi tylko kiwnęła głową.
- A napój?
- Nabierz w garście wody ze źródła i daj jej się napić. Woda z owego źródła
ten jeden raz zadziała magicznie.
Chłopak ukłonił się i uszczęśliwiony pobiegł do Wierzbiny.
- Matko, to nie była żadna magia. - pokręciła głową Polana.
- Mylisz się córko. To była najprawdziwsza magia. Taka, którą każdy w sobie
nosi. Tylko nie każdy umie ją w sobie odnaleźć.