Gość: holden IP: *.internetdsl.tpnet.pl 24.05.05, 20:52 KSIĄŻKA ZBIERA WYSOKIE OCENY RECENZENTÓW PRASOWYCH,JA JEDNAK JESTEM BARDZIEJ CIEKAWY OPINI ZWYKŁYCH CZYTELNIKÓW. Odpowiedz Link Zgłoś Obserwuj wątek Podgląd Opublikuj
maga_ Re: PORWANIE JANE E.-JASPER FFORDE 24.05.05, 21:43 nawet ciekawa. dosyć przyjemna w czytaniu, momentami zabawna, interesujący pomysł (świat, w którym wszyscy mają bzika na punkcie literatury siłą rzeczy zachwyci wszystkich moli ksiązkowych :) ), akcja trzyma w napięciu. tyle, ze ma poza tym dość spore wady- moemntami dość wydumana, autor ma skłonności do stosowania rozwiązań typu deus ex machina (jak nie ma co uratować bohaterki to uratuje ją spadający z nieba meteoryt, a co!) i czegoś jej jednak brakuje. tylko nie do końca potrafię określić czego. no i nie przekonał mnie sposób przedstawienia bohaterów "dziwnych losów Jane Eyre". ja ksiązkę przeczytałam w pociągu. jako lektura właśnie na podróz (albo na plazę?) bardzo się sprawdza. i na takim poziomie oczekiwań przyjemnie się czyta, mozna się uśmiechnąć i wciągnąć w akcję. pozdrawiam Odpowiedz Link Zgłoś
Gość: sumire Re: PORWANIE JANE E.-JASPER FFORDE IP: 213.17.128.* 25.05.05, 14:44 Właśnie czytam, podoba mi się bardzo, ale chwilami mam wrażenie, że jest to jedna z tych książek, które w tłumaczeniu nieco tracą. Tam jest taka masa odniesień do literatury i kultury (i popkultury też) brytyjskiej, że ohoho. Śmieszne momentami jest to naprawdę bardzo, w takim okołopratchettowskim stylu. Przyjemne. Odpowiedz Link Zgłoś
reptar Re: PORWANIE JANE E.-JASPER FFORDE 22.06.05, 14:49 maga_ napisała: > autor ma skłonności do stosowania rozwiązań typu deus ex machina (jak nie ma > co uratować bohaterki to uratuje ją spadający z nieba meteoryt, a co!) Tu bym nie był tak surowy, ale ja to mam w ogóle nieżyciowe podejście do pojęcia "deus ex machina" - jak się dobrze zastanowić, to KAŻDE rozwiązanie jest tego typu, tylko jeden pisarz zawczasu da parę sygnałów, a drugi nie. Co nie ma nic wspólnego z jakością samego rozwiązania. Może zacytuję (niedokładnie) coś, co kiedyś napisali o jednym filmie: jeśli na początku filmu wujek wręcza smykowi scyzoryk, to można być pewnym, że pod koniec filmu ten scyzoryk uratuje komuś życie. No i jak tu oceniać rozwiązanie po tym, czy była zajawka, czy nie...? Ten meteoryt mi nie przeszkadzał, zresztą nie rozwiązywał problemu globalnego, lecz ledwie zaistniałego ze trzy strony wcześniej. Dużo więcej zastrzeżeń mam do podróży przez czas skomponowanej na zasadzie snu bądź kalejdoskopu - taki to wypełniacz. O ile pierwsza odsłona (szpitalna sala) miała uzasadnienie w treści, o tyle druga (wyjście z baru) była zupełnie zbędna. Nigdy nie lubiłem fragmentów stanowiących dla autora gimnastykę śródlekcyjną... Zaraz jednak nadszedł brawurowy fragment z pracą książbaków i trochę się dałem autorowi udobruchać. Sama książka nie bardzo się potrafi zdecydować, czy chce być poważna, czy absurdalna. W tym względzie przypomina mi nieco pewnego fryzjera damskiego. Niektóre żarcidełka będą dobrze wyglądać w Rankinie, Pratchetcie lub w Monty Pythonie, gdzie stężenie groteski jest odpowiednio wysokie, ale jak Wam się widzą w książce niby-to sensacyjnej wstawki jak ta: "- Delamare, czy jest coś, czego ty sobie życzysz? - No - powiedział mężczyzna z psim móżdżkiem, pocierając potylicę w zamyśleniu. - Czy mógłbym prosić, żeby dali jakiejś stacji benzynowej imię mojej mamusi?". Ale za to na koniec brawa za Spis treści. Kto nie zajrzał, nie wie, co stracił   ;-) Odpowiedz Link Zgłoś