jolinda
01.06.05, 16:21
Był sobie raz smok Antoniusz. Całkiem zwykły, jak na smoka, czyli zupełnie
niezwykły.
Smok Antoniusz był lekką ciapą życiową i często pakował się w tarapaty.
Pośrednio z tego właśnie powodu wołano na niego Krótki. Krótki, bo którejś
wiosny, gdy wybrał się na Planetę Ludzi w poszukiwaniu świeżych pajęczyn i
młodych ślimaków wpadł w pułapkę na smoki, która szczęśliwie go nie zabiła,
ale odcięła lwią część ogona..
Brak ogona sprawiał, że Antoniusz miał ogromne kompleksy. Wiecie - smok
bez ogona jest właściwie skończony u większości smoczyc, zanim zdąży się
przedstawić. W kontaktach międzysmoczych miał wiele trudności, nie pomagała mu
też wada zgryzu (z którą Antoniusz się urodził, natomiast wszystkim wmawiał,
że to wynik bójki z najgroźniejszym z ogrów w obronie jaskini cioci Gertrudy.
Ciocia Gertruda nie zaprzeczała. Być może dlatego, że od setek lat była martwa.)
Wszystkie swoje niedoskonałości Smok Antoniusz rekompensował poczuciem
humoru, umiejętnością stepowania, oraz wyjątkowym darem do języków. Co prawda
Antoniusz biegle znał tylko smoczy, ale słabo znał kilka innych języków.
Między innymi ludzki, mysi i króliczy. Znał bardzo słabo, szczerze mówiąc
potrafił tylko przedstawić się w tych językach, bo 'Antoniusz' brzmiało w nich
dokładnie tak samo, jak w smoczym. Najlepiej szło mu z rybim, ale każdemu, kto
pojmie, że rybi polega na milczeniu i machaniu płetwami, dobrze idzie
porozumiewanie się w tym języku.
Pewnego dnia Smok Antoniusz wybrał się na piknik. Chciał powygrzewać się w
promieniach letniego słońca wśród smoczych przyjaciół. Umówili się w samo
południe na łące poniżej urwiska. Krótki zapakował dwie gry planszowe, miękki
ręcznik, kąpielówki w kropki i trzy jabłka. Wszystko wcisnął do kieszeni, trzy
razy splunął na szczęście przez lewe ramię, wziął krótki rozbieg i wyskoczył
ze swojej groty. Nie zdążył nawet zacząć się bać, a cierpiał na okropny lęk
wysokości, gdy skrzydła wraz z wrodzonym odruchem do nie zabijania się przy
pierwszej lepszej okazji otworzyły się z cichym szelestem.
Antoniusz lekko szybował nad łąką, nadal z zamkniętymi ze strachu oczyma,
gdy nagle poczuł na skórze przeraźliwy chłód, małe zawirowanie i ogoromną
siłę, która ciągnęła go w stronę urwiska.
Otworzył oczy i zobaczył to, czego obawia się każdy smok. Ogniste koło płonące
na ścianie skalnej.
Siła przyciągania była olbrzymia, ale skrzydła Antoniusza nie były wcale
małe. Krótki wyszedłby cało z tej opresji, gdyby nie brak ogona. Ogon zapewnia
sterowność smokom. Ogon jest też źródłem ich magicznej mocy. Oh, teraz jak
nigdy magia była mu potrzebna, ale jedyne czego mógł dokonać w stresie, to
snop iskier z końcówki uciętego ogona. Iskry jednak w niczym nie pomogły, a
nerwowe machanie skrzyłami doprowadziło tylko to tego, że Antoniusz wpadł w
ognisty tunel czaso-przestrzenny zadem, a nie głową. Miało to swoje dobre
strony, bo przynajmniej nie opalił sobie grzywki starannie zaczesanej na żel.
- WITAJ KRÓTKOOGONIASTY SMOKU! - Powiedział Głos.
Głos nie był Głosem słodkim, z pewnością nie należał też do wielkookiej smoczycy.
- Glurp - powiedział Antoniusz przełykając ślinę.
- MÓWIŁEŚ COŚ?
- So ja? Nie, skąd, f szyciu. Nie śmiałbym się odesfać nafet f obliczu, f
obliczu... tego s kim rosmafiam. Nic bym nie śmiał srobić, ani nafet zapytać o
imię, ani poprosić o fiadro fody, gdysz okropecznie saschło mi w gardle...
- MILCZ GADATLIWY SMOKU!
- Taa.. jusz milczę. I tak mnie pefnie sabijesz, tak? Smoki nigdy nie frasają
z Ognistego Koła...
- JESZCZE NIE WIEM.
- Sudownie o Fasza Łaskafość.
- SMOKU, ZOSTAŁEŚ WYBRANY DO ZASZCZYTNEJ MISJI!
- Doprafdy? Na końcu której czeka mnie śmierć? To jusz lepiej mnie tutaj czymś
zadźgaj, uduś, wyrfij mi serce, przypalaj rozszaszonymi fęglami i karm
szpinakiem. Nigdzie nie idę, przeciesz fiem, czym się takie zaszytne misje
kończą...
- MOJĄ TORTURĄ DLA CIEBIE BĘDZIE BRAK MOŻLIWOŚCI WYBORU. WYRUSZYSZ W MISJĘ I
DO SAMEGO KOŃCA ZOSTANIESZ OTOCZONY OCHRONĄ. JESZCZE NIE WIEM JAKĄ, ALE COŚ
SIĘ WYMYŚLI.
- Taak? Dasz mi parasol i asspirynę, tak? Albo so? Nofy ogon? Nie fierzę. Nie idę.
- IDZIESZ. I TO JESZCZE DZISIAJ. SPRAWA JEST WYBITNIE PILNA. A TERAZ SŁUCHAJ.
Zapadła cisza, Głos milczał. Antoniusz słuchał. Im bardziej słuchał, tym
ciszej się robiło. Ciemność nie zapadła, gdyż trwała od samego początku.
Jedynym światłem, jakie widział Krótki były świecące, okarynowe centki na jego
własnej skórze. Ślad po dawnej mocy, dowód, że jest Smokiem Magicznym. Centki
mieniły się, czas płynął, cisza zapadła już jakiś czas temu, czyli NIC się nie
działo. Był to idealny moment na drzemkę. Zresztą, zdaniem Antoniusza mało
jest złych momentów na drzemkę.
Zwinął się w kłębek, poprawił niesforny kosmyk włosów i zasnął.
W czasie gdy spał wydarzyło się bardzo wiele.
Otóż - Głos doszedł do wniosku, że nie ma ochoty na dalsze dyskuje z
gadatliwym smokiem i postanowił rzucić go w wir akcji, tak żeby Antoniusz nie
miał możliwości niczego zepsuć, ani uciec z toczącej się już Historii.
Antoniusz obudził się właśnie w chwili, gdy śniło mu się, że spada z
przepaści, a jego skrzydła zawiodły i nie chciały się rozłożyć. Już, już miał
uderzyć o ziemię, gdy poczuł, że rzeczywiście uderza o ziemię, z tym, że o
wiele za lekko, jak na upadek z przepaści. Antoniusz nie stosował żadnej diety
i nie był zabiedzonym smokiem, więc upadek z dużej wysokości byłby zauważalny.
Nie tylko przez niego, ale również przez okoliczne cztery wioski.
Można by powiedzieć, że nasz bohater był smokiem w dobrym byciu. Skóra mu
błyszczała, położenia żeber nikt by się nie domyślił, a patrząc na fałdy
tłuszczu na brzuchu można by nawet wysnuć wniosek, że Krótki je ciut za dużo
krówek i drażek w czekoladzie.
Nic bardziej mylnego. Te 'zapasy na zimę' powstały przy pomocy
kandyzowanych żab i pająków w miodzie. Bita śmietana z truskawkami też miała
swój udział w wyglądzie Antoniusza, ale zostawmy już ten drażliwy temat.
Antoniusz ocknął się, stwierdził, że jednak nie spadł z przepaści, gdyż w
dalszym ciągu składa się z jednego, ciągłego kawałka smoka. Otworzył oko,
zamknął oko...
- Nie..., to nie mosze być prafda, jeszcze się nie obudziłem, ot so... Niech
mnie ktoś uszypnie.
- aaAAAAaaa...!!! - zaryczał Krótki, gdy przedziwna szyszka spadła mu między oczy.
Ewidentnie nie był to sen.
Ta wiedza nie wpłynęła na Antoniusza uspokajająco. Trzeba przyznać, że Smok
poczuł raczej coś w rodzaju nagłej potrzeby szybkiego biegu w kierunku
'jak-najdalej-stąd'.
***
To są pierwsze dwie części Bajki o Antoniuszu.
Kto ciekawy reszty - zapraszam serdecznie na pospolitebajki.blox.pl/html