hrabalek
29.06.05, 22:44
Jakoś tak duszno dzisiaj i łeb boli mnie niemiłosiernie.
Tabletka?- może jeszcze nie, przecież mam w ręce nową książkę Chwina"Żona
prezydenta",prawie ciepła z księgarnii, nie mam czasu na szukanie tabletek
przeciwbólowych.
Zaczynam .
No jak na początek - to zaczyna być niewesoło. Chwin sobie chyba żarty ze
mnie stroi. Historyjka o życiu prezydentowej, paszkwil i co gorsza totalne
skojarzenie z Masłowską.Czyżby Chwina ubiegła w kpinach Masłosia, a On
spóźniony -literacko pięknym chwinowym językiem o tym samym co Ona? - no nie!
kilkanaście kartek i mam ochotę rzucić książką o ścianę. Ale poczekam, to
niemożliwe ,żeby Chwin ...
No dalej jest jeszcze inaczej, bo Chwin zaczyna się bawić w political
fiction, wymyśla rzeczy niestworzone, oj nie! raczej stworzone- bo mam
wrażenie ,że czytam kolejne wydania naszych wiadomości TV.
Jestem wkurzona coraz bardziej, ale muszę czytać dalej, bo nie wierzę,żeby
Chwin...
NO i już po 2/3 książki czuję ,że Chwin znowu złapał mnie na wędkę.
A to cwaniak, prześmiewca i dręczyciel . Fajnie to sobie ułożył.
Cała ta opowiastka o prezydentowej- o kant dupy ją rozbić!
Najważniejsza jest przypowieść o Joachimie.
Chwin przepięknie żartuje sobie z naszego negocjacyjnego podejścia do
dekalogu i Pana Boga- nie! Chwin to nie dewota!
Widzę -jak uśmiecha się pod wąsem , kiedy pisze ,że:
"Pytania religijne zostawmy księżom. Oni są od tego. W końcu za tłumaczenie
tajemnic wiary dostają od nas w kościele pieniądze na jedzenie , papierosy i
samochody".
To na tyle. Tą książkę trawi się dopiero na drugi dzień, teraz mam
emocjonalny szum w głowie , zamiast bólu.
To wszysto przez jakiś "dobrze zaostrzony ołówek firmy Ranson z Connecticut z
różową gumką na końcu".
A to ci Chwin.
Pozdrawiam.
;)