amaranta78
02.11.05, 14:23
Jest to ksiażka, którą świetnie mi się czytało. Chociaż nie było w niej
jakiejś zawrotnej akcji. To chyba klimat tej książki sprawił, że nie mogłam
się od niej oderwać. Jednocześnie jest to chyba najbardziej wzruszająca i
smutna książka Kinga. W każdej z jego książek mamy do czynienia ze smutkiem,
z cierpieniem, czy ludzką nietolerancją. Każda też jest na swój sposób
wyjątkowa, tak też jest z "Martwą strefą".
Po przeczytaniu pierwszych 100 stron było mi tak smutno, że przerwałam
czytanie, musiałam opowiedzieć komuś o tym, co przeczytałam, żeby trochę
zmniejszyć przygnębienie. To co spotkało Johnny'ego i Sarę to po prostu
ogromna niesprawiedliwość, które niestety zdarzają się w życiu. Johnny Smith
to jeden z moich ulubionych bohaterów, polubiłam go od samego początku.
Dar jasnowidzenia, którym obdarzony został Johnny po obudzeniu ze śpiączki -
czytelnik może zadawać sobie pytanie, czy to miało rzeczywiście jakiś cel,
czy wg wierzących ludzi rzeczywiście Bóg wyznaczył Johhny'ego do wykonania
jakiegoś zadania. I jak to ujął ojciec bohatera: w jakim świetle go to
stawia, jego, który od samego początku nie wieżył żonie - fanatyczce
religijnej, irytował się i śmiał się z niej?
Namiętne chwile pary bohaterów spędzone w stodole - byłam trochę zdziwiona
ich decyzją, nawet teraz mam dylemat: pięknie umotywowana zdrada, czy coś, co
im się naprawdę należało, co im zabrano. Mimo wszystko, jest to nawet
romantyczna scena :)
Książka godna polecenia...