pasior76
21.12.05, 00:18
Przychodzili tam różni znajomi, witali się, zamieniali po kilka słów
obojętnych i odchodzili; on siedział wciąż, bo miał jakąś ukrytą na dnie
serca nadzieję, że może go który zaprosi do siebie na wigilię - ale nikt nie
prosił.
Słońce się już zaczerwieniało od zachodu, gdy się on podniósł, kupił jeszcze
w bufecie butelkę wódki i różnych drobiazgów i powlókł się z powrotem do
domu. Nad śniegami mżył się mrok, w głębiach drgały opale, zachód był
powleczony złotem i purpurą, gdy dochodził do swojej siedziby. Nie zważał na
nic i nic nie widział... prócz tego, że jest sam na świecie.
Patrzeli się na niego Wawrzonowie zdumieni, ale nic nie rzekł, tylko wziął
klucz i poszedł do siebie. Rzucił się, jak stał, na łóżko i leżał. Godziny
się wlokły leniwie, a on leżał i nie mógł sobie dać rady z bólem, ?ie mógł
przemóc ogromnej tęsknoty i żalu, jaki nim szarpał. Wił się na tym łożu w
męce, wyciągał ręce jakby po ratunek, żebrał spalonymi usty zmiłowania
jakiego; ale męka trwała, si&roctwo trwało - a zmiłowania nie było. Jakiś
zielonawy, pełny czerwonych refleksów mrok wlewał się do i by przez zamarzło
szybki i pogrążał wszystko jakby we własną niepamięć, a jemu zaczęły snuć się
we wspomnieniu całe lata tułaczki, fragmenty życia przeszłego, wieczna nędza
człowieka bezdomnego, przerzucanie z kąta w kąt kraju i ten ostatni,
czteroletni pobyt na kolei. Od czterech lat wisiał przy drodze żelaznej na
nędznej dla wszystkich posadzie starszego robotnika, ale dla niego było to
błogosławione miejsce, bo cztery lata tutaj przesiedział spokojnie i zdawało
mu się, że-już przestał go trapić los zawistny. Dobrze mu było tutaj. Zżył
się z chłopami i chłopiał sam bardzo prędko, unikał kolegów, miasta, nie
wyjeżdżał nigdzie, bo, co prawda, nie miał i do kogo. Myślał tylko czasami ze
strachem, że mogą go stąd wziąć i wysłać na drugi koniec linii. Chłopi
otaczali go życzliwością, bo dobry był dla robotników i sam się zresztą
garnął do wsi i do ludzi wiejskich. Zapomniał po trosze o innym świecie i
innych ludziach, i o swej samotności, dopiero dzisiejszy dzień rozdrapał mu
przyschło rany i przejął go głębokim bólem świadomości, że jest sam na
świecie, że nie ma ani rodziny, ani przyjaciół, ani jednego serca
życzliwego... Sam!
Myśli mu się rozbiegały w świat, jakby szukając serca i duszy bliższej, ale
spadały niby struny zerwane gwałtownie, że aż jęczał ciężko... Sam! Zaczął
chodzić po izbie, żeby przytłumić wzruszenie i rozpalał się wewnątrz łzami,
co mu zalewały serce taką ostrą, gryzącą falą cierpienia, że aż jęczał i
chwytał się za piersi, bo mu zdawały się pękać od łkania... Męka trwała wciąż
i trzęsła nim, odbierając prawie przytomność.
Węgle dogasały w piecyku, mrok wieczoru zapełniał izbę jakby szmaragdowym
pyłem, a przez okienko widniał rozległy, mroźny świat, stojący w wielkiej
ciszy i spokoju.
- Sam! sam jeden na świecie, bezdomny jak pies!
A niech to pioruny zatrzasną! a niech!... - zakrzyknął prawie głośno i poczuł
taki nagły przypływ bólu osamotnienia, taka rozpacz go przejęła bezgraniczna,
że upadł na łóżko i zapłakał ogromnym, męskim płaczem, co to serce rwie
kawałami, pali jak ogień i boli, boli, boli.
Cisza była dokoła l szarota, tylko ten spazmatyczny płacz rozdzierał
powietrze krwawą smugą beznadziejnej rozpaczy i płynął ogromną skargą w
nieskończoność.
- Panusiu! - szepnął cicho Wawrzon.
Kubicki porwał się z łóżka i patrzał na chłopa nieprzytomnymi oczyma.
- Może pon do nos poda na wilije, już tam kobita nasykowała, co mogła,
przecie pon nie pogardzi... przecie zawdy mili choćby z chłopamy, kiej
samymu.
- A... dobrze... dobrze... - nie mógł więcej nic powiedzieć ze wzruszenia,
jakie go ogarnęło.
Poczciwi, dobrzy... - myślał z serdeczną wdzięcznością i poszedł na drugą
stronę.
Marcysia stała przed sienią i wyglądała pierwszej gwiazdy.
Cisza... Niebo pogodne i przysłonione zwojami mgieł, przestrzeń biaława
majaczeje nieobjętym ogromem.
Z okien chałup biją łuny; czasem żuraw zaskrzypi przy studni, zachrupocze
śnieg pod nogami albo gont lub płot trzaśnie na mrozie i znowu cisza,
rozlewająca w sercach spokój słodki.
Hej! jak tu dobrze, przestronne i spokojnie, hej!
- Już są gwiazdy - szepnęła Marcysia wchodząc.
Wawrzon z opłatkami na talerzu podszedł do Kubickiego. Zaczynają się łamać,
postacie się chylą, ramiona się obejmują, usta szepczą, a w oczach błyszczy
rozradowanie dusz wierzących i pobratanych.
Snopek żyta stał w kącie, a na białym przykryciu stołu postawiła Wawrzonowa
miski z kartoflami i barszczem, na grzybach. Dzieci sprawiały się cicho, bo
na wszystkich twarzach leżało religijne namaszczenie. Po barszczu z
kartoflami, Marcycha podała śledzie, opiekane w mące na oleju, grzyby
smażone, kapustę ze śliwkami, potem kluski z makiem, a na ostatku racuszki na
oleju, bo chłopi w wigilię nie używają nabiału. Wszyscy jedli dosyć
łapczywie, tylko Kubicki nie mógł przełykać, tak go dusiło rozrzewnienie.
- Proszę panusia, toć nie honor ostawiać na misce! prosił Wawrzon.
- Nie ślacheckie to jedzynie, ale z dobrygo serca, to muszą pon przyjąć -
dodała stara.
- Dziękuję, nigdy warn nie zapomnę, że jesteście tacy dobrzy!
- A bo i pon lo nos taki, że i rodzony nie byłby lepszy i milszy. Pon już
całkiem swojak.
- A bom i swojak, człowiek jestem taki, jak i wy, i lepiej mi pomiędzy wami,
lepiej...
Zamilkł, ale było mu coraz cieplej i coraz zaciszniej; gorycz, żal;
osamotnienie odchodziły gdzieś na lasy, a on czuł, że mu teraz bardzo dobrze,
że jest jakby z rodzonymi i serdecznymi... Ten świerszcz, ćwierkający za
kominem, ten stół, ci ludzie, ten nastrój, ta cisza wokoło, przerywana tylko
trzaskaniem płotów i skomleniem psów, hukiem przebiegających pociągów; te
oczy rozradowane i dusze pełne dobroci - wszystko to przywodziło mu na pamięć
dawne jakieś obrazy rodziny, dzieciństwa i przenikało go czułością
melancholijną.
Przyniósł im od siebie herbatę, cukier, wódkę, co tylko miał w zapasie.
- Bierzcie, moi kochani, bierzcie - szeptał czując, że duszę by im dał, gdyby
zechcieli.
Potem Marcycha zaczęła czytać z Historii Świętej o Narodzeniu Pana Jezusa.
Wawrzonowa szykowała herbatę, a gospodarz pykał s krótkiej fajeczki i kołysał
nogą kolebkę z najmłodszym.
- Loboga! Jezusie nosłodszy! - szeptała kiedy -liekiedy Wawrzonowa załamując
ręce. - O bidota serdeczna, o Paniątko kochane, na słomie, w oborze się
urodziło! Taki król i w mizeracji!
Kubicki słuchał tylko i rozmarzał się coraz głębiej. Nie drażniły go ich
twarze, naiwne wykrzykniki, stroje proste ani chropowate czytanie Marcysi,
którą sam czytać nauczył - nic - czuł, jakby tu wzrósł pomiędzy tymi ludźmi i
tymi ścianami, jakby poza tę chatę nigdy się nie był wychylał i był tym
samym, bo i zaczynał czuć tak samo, i tak samo zaczynał się rozrzewniać
niedolą Jezusową, i tak samo w sercu czuł wielką wiarę i wielką miłość do
Tego - w stajence urodzonego.
Tak mu dobrze było, tak słodko, tak spokojnie, że przemykała mu chwilami myśl
jakaś i wtedy ogarniał wzrokiem Marcychę i myślał:
- Zostanę tutaj... co tam! zostanę - i ciepło jeszcze większe czuł w sercu, i
marzenia jakieś niejasne o szczęściu cichym, przy ziemi, przy swoich,
majaczyły mu w mózgu uparcie. - Co tam, zostanę!
Podziękował im serdecznie za wigilię i poszedł do siebie.
Chodził po izbie i rozmyślał, i coraz częściej sobie mówił: - Zostanę! - i
widział ten chłopski dom i Wawrzonów, jako jedyną ostoję dla siebie, i snuło
się przed nim to przyszłe życie, jak smuga jasna, jak pola okryte runią,
wiosenną, pełne ciszy i spokoju. Drugie kury zaczynały piać, a on wciąż
chodził i rozmyślał, i zupełnie świadomifr powtarzał:
- Zostanę. Gdzie ja będę szukał i czego?
Drzwi skrzypnęły do sieni, wyjrzał i zapytał:
- Idziecie do kościoła?
- Tak, matula w południe idą; jo