marajka
26.09.08, 10:45
Delikatnie i powoli wciągam powietrze. Zapach palonych liści
łaskocze mnie w nos. Zamykam oczy i widzę polną drogę, obsadzoną
kasztanowcami.
Zawsze woń jesieni przypomina mi najszczęśliwsze momenty życia.
Prawie widzę samą siebie, jak w granatowej spódniczce i białej
bluzce wskakuję do rowu. Mama mi na to nie pozwoliła, powiedziała,
że pobrudzę nowe lakierki. Ale czym są czyste buty w porównaniu z
przyjemnością rozdeptania ich obcasem twardej, kłującej łupiny
kasztana? Wyciągam kilka zielonych, kolczastych kulek z rowu i kładę
je na drodze.
Przygniatam obcasem i wyjmuję wspaniałe, gładkie i błyszczące
kasztanki.
Wyciągam przed siebie rękę z tym cudem i patrzę pod słońce. Mieni
się rudymi refleksami, zupełnie jak włosy mojej przyjaciółki. Też
chciałabym mieć takie.
Przytulam kasztan do policzka. Jest ciepły. Nie wiem, dlaczego, ale
zawsze czułam od nich ciepło. Uśmiecham się.
Ból ramienia. Ktoś mnie klepnął Otwieram oczy i patrzę na
swoje dłonie.
Dlaczego nie ma w nich kasztanów? Odwracam głowę. Jak mogłam
zapomnieć?
Przecież nie jestem już dziewczynką z podstawówki. Jestem studentką
i razem ze swoją klasą urządzamy pożegnalne ognisko. Takie
ukoronowanie szkolnych wspomnień. Wcale nie miałam ochoty na nie
przychodzić, ale mama powiedziała, żebym przynajmniej w ostatnich
dniach przestała zgrywać dziwaka i wyszła do ludzi.
Całe życie słyszę od niej, żebym wyszła do ludzi i nie potrafię jej
wytłumaczyć, że to ludzie odtrącają mnie. Ona twierdzi, że to na
moje własne życzenie. Żeby nie wyprowadzać się z domu w atmosferze
złości przyszłam na to spotkanie. Jakoś przeżyję. Zresztą, pewnie za
godzinę wszyscy będą już pijani i wrócę do domu.
Słyszę za plecami swoje imię. Wołają mnie, ale nie reaguję
od razu. Mam piękne imię, ale nikt nie potrafi go wymówić jak
trzeba: miękko, ale dostojnie zarazem. Często powtarzam w myślach
swoje imię, bo to jedyne, co mam ładnego.
Dlatego, na zwykłe: „Aśka!” reaguję powoli. Lubię tylko „Joannę” i
tak nazywam sama siebie. Jestem pod tym względem jak Jana z książki
Lucy Montgomery. Tylko, że ona nazywała samą siebie właśnie
zdrobnieniem. Wzdycham. Skoro mnie wołają, muszę iść. Wszyscy już
siedzą wokół ogniska. Rozglądam się uważnie po ich twarzach, po
twarzach ludzi, z którymi spędziłam dwanaście lat życia. W pobliskim
miasteczku nie rozdzielano raczej klas, które przechodziły kolejne
stopie edukacji. A szkoda…
- Chcesz browara?- pyta mnie Mateusz.
- Nie chcę. Na każdym spotkaniu pytacie o to samo. Ja nie
piję. Wszystkie doznania chcę przeżywać świadomie i na trzeźwo.
Śmiech. Doznania kojarzą im się tylko z seksem. A ja cenię sobie
głównie doznania duchowe. Każdą radość, każdy smutek, każde
przerażenie staram się przeżywać głęboko. Chcę umrzeć jako
doświadczona kobieta, która nie uroniła ze swojego życia ani
chwilki, bo przeżyła je intensywnie. To tak jak z jedzeniem
pomarańczy. Musisz ją dotykać wąchać, smakować, żeby czuć
przyjemność przy jej jedzeniu. Musisz być świadomy, że jesz
pomarańczę, a nie kromkę suchego chleba, choć efekt będzie taki sam-
poczujesz się nasycony. Oni swoje pomarańcze łykają, ja je wącham i
smakuję. To jest różnica miedzy nami. Gdybym im to powiedziała,
uznaliby mnie za jeszcze większą wariatkę niż mnie mają.
- Dobra, dajcie spokój. Niech je kiełbasę i popija soczkiem.
Przecież już jesteśmy dorośli.(...)
Jest to jako-takie? Znajomym się podoba, ale wiadomo, czy mówią
szczerze? Anonimowo łatwiej zbluzgać.