Dodaj do ulubionych

i co sadzicie o tym stylu?

15.12.03, 03:42
Na trzeci dzień przekonałem się skąd się wzięły małe, brunatne plamy
na moim materacu. Rano, nie mogłem powstrzymać się od drapania swędzących
miejsc. Zauważyłem na ramionach i na szyi zaczerwienienia, przypominające
ukąszenia komara. Dziwne, bo do tej pory nie miałem żadnych problemów z tymi
owadami. Okna były szczelnie zakryte siatkami, tak, że żadne stworzenie nie
mogło przez nie wlecieć.
178 Coś mnie w nocy uchlało – oznajmiłem w kuchni ojcu spod Rzeszowa – A
ciebie?
179 Mnie... nie – odpowiedział. – Może to komary?
180 Też się nad tym zastanawiałem, ale nie widziałem tu żadnego – wziąłem
się do przygotowywania jedzenia, jednocześnie pocierając swędzące miejsca.
- Nie przejmuj się, od kilku ukąszeń nie zginiesz.
Postanowiłem, za namową ojca nie przejmować się tym, ale w pracy, jak tylko
miałem wolną chwilę, to oglądałem zainfekowane miejsca. Przy dłuższym
pocieraniu robiły się na nich małe, białe bąble, a zaczerwienienie wokół
nich powiększało się. Najlepiej było zostawić to w spokoju, ale uczucie
pieczenia było tak intensywne, ze jedyną ulgą było właśnie pocieranie.
Nadeszła pora lunchu. Siedliśmy wszyscy pod zacieniona ściana budynku i
wzięliśmy się za posiłek. Zauważyłem, u syna na rękach ślady podobne do
moich, z tym, ze zamiast bąbli miał małe ranki.
181 Co to jest? – spytałem i pokazałem na jedną z ran.
182 Co? - sprawiał wrażenie, jakby nie wiedział o czym mówię.
183 No... te ślady. Co ci się stało?
184 Nie wiem właśnie, jakieś paskudztwo mi wyskoczyło.
185 Ale skąd? Może cię coś ugryzło w nocy?
186 Nie... chyba nie. To musi być uczulenie, zawsze miałem z tym
problemy.
Jak mówi, ze uczulenie, to widocznie wie o czym mówi. Ja jednak
postanowiłem, że pierwszym co zrobię po powrocie do domu, będzie dokładna
inspekcja materacy i jak tylko otworzyłem drzwi wziąłem się za wykonywanie
tego postanowienia.
Ściągnąłem koce i pościel i zacząłem się dokładnie przyglądać. Materac był
jednak czysty, tak mi się wydawało. Nie zauważyłem niczego szczególnego, a
przez prawie całą drogę z pracy myślałem tylko o tym, że po ściągnięciu
pościeli ujrzę hordy robali maszerujących beztrosko w poszukiwaniu, nowego,
lepszego miejsca dla siebie. Miejsca, z którego będą mogły przypuścić na
ofiarę frontalny atak.
Następnego ranka obudziłem się z nowymi ukąszeniami. Byłem zły, bo nie dość,
że stare się jeszcze nie zagoiły, a już moją skórę pokrywały nowe, jeszcze
większe i bardziej czerwieńsze. – Co to może być do jasnej cholery? –
myślałem.
Znów ojciec spod Rzeszowa doradził mi abym się niczym nie przejmował, że
choćby nawet było w materacu kilka stworzeń, to przecież nie ma w tym nic
złego. – One też chcą żyć – mówił, ale mnie ten argument nie przekonywał.
Niech sobie żyją, ale nie moim kosztem. Zresztą, znalazł się wielki obrońca
praw insektów – cwaniak, bo jego nie gryzą.
Wracałem teraz do domu i za każdym razem sprawdzałem łóżko, bez rezultatu.
Przyglądnąłem się też bacznie terenowi dokoła, bo jeśli nie było ich w
materacach to gdzie mogły by być? Może podczas dnia koczowały w swoich
gniazdach, gdzieś w ścianie, albo w podłodze, a ciemną nocą wychodziły na
żer? Byłem pewny, ze tak jest.
W nocy, gdy już wszyscy spali, zrywałem się nagle, bo miałem wrażenie że
mnie coś gryzie. Zapalałem lampkę przy łóżku i obserwowałem pościel. Miałem
nadzieję, ze złapię któregoś na gorącym uczynku, jak skrada się do mnie na
swoich małych nóżkach. Nic.
Postanowiłem zebrać do kupy wszystkie wiadomości na ich temat. Po pierwsze:
na pewno są, bo coś mnie w nocy gryzie; po drugie: czają się gdzieś
niedaleko łóżka, bo w materacach ich nie ma; po trzecie: muszą być strasznie
szybkie skoro do tej pory ich nie złapałem – więcej, nie widziałem ich
nawet; po czwarte: atakują tylko w nocy, bo w dzień nie raz leżałem na łóżku
i nic mnie nie ugryzło; po piąte: musi ich być sporo, sadząc po ilości
ukąszeń, już prawie całe ręce miałem zajęte; po szóste: gryzą tylko
odsłonięte części ciała, ręce, nogi, szyję itd.; i po siódme: są bardzo
wścibskie i zuchwałe.
Nie mogłem sobie z nimi dać rady, aż do dnia, w którym nie musiałem iść do
pracy, bo padał deszcz. Leżałem spokojnie na łóżku i czytałem w gazecie, co
to w kraju się nie wyprawia. Patrzę, a tu skrajem kartki maszeruje sobie,
jakby nigdy nic, mały skurczybyk. – No, no nie – myślę – to na pewno ty.
Odłożyłem
delikatnie gazetę, aby mu się przyjrzeć: brunatny robal o wielkości kleszcza
z małym kolcem, którym pewnie przebija skórę i pancerzykiem. Jednym
naciśnięciem kciuka wgniotłem go w kartkę papieru, została po nim tylko
mała, brunatna plama.
Teraz byłem przekonany, że one gdzieś tutaj muszą być, wiedziałem już czego
mam szukać. Nie zastanawiając się długo zerwałem wszystko z łóżka, poszedłem
do kuchni po nóż i jąłem rozcinać materiał materaca, byłem pewien, że są w
środku. Prócz grubej gąbki, którą wypełnione było wnętrze nie było tam nic.
Osunąłem lóżko, ukląkłem i z nosem przy samej podłodze zacząłem szukać
dziurek w drewnie. Znalazłem ich kilka przy samej ścianie, ale żadnych
oznak, że właśnie w tych dziurkach pochowane jest to paskudztwo. Usiadłem
zrezygnowany na brzegu materaca i jedyne co przychodziło mi do głowy to
zerwać cały ten poplamiony materiał i spać na gołej gąbce. Chwyciłem za
rozciętą część i ciągnąłem na wszystkie strony. Wielki kawał materiału
rozpruł się na samym środku, ale gdy rozwarcie doszło krańców, nie chciało
puścić. Wykończenie materaca zrobione było z grubych pasków silnego
materiału. Szarpałem ile się dało i nic nie wyszarpałem. Chwyciłem ponownie
za nóż i postanowiłem przeciąć szwy przy listwie wykończeniowej. Odgiąłem ją
tak, aby było wygodnie ciąć i w tej samej chwili odskoczyłem na bok. Teraz
dokładnie widziałem, o co w tym wszystkim chodzi. Pod listwą, w samym rogu
materaca mieściło się gniazdo insektów, było ich chyba ze dwadzieścia, jeden
przy drugim. Gdy tylko zobaczyły co się dzieje, zaczęły rozbiegać się we
wszystkie strony, jednak te największe, napojone moją krwią nie mogły już
się ruszać i pozostały na miejscu. Nie było sensu ich łapać i zabijać,
należało dokończyć dzieła i powłokę materaca wynieść jak najszybciej na
śmietnik. Przekonałem się jeszcze tylko, czy w pozostałych rogach jest taka
sama sytuacja i po dziesięciu minutach wszystko leżało tam gdzie powinno.
Poszedłem do apteki po spray, bo w tutejszych aptekach można kupić dosłownie
wszystko, nawet puszkę z mięsem wołowym i spryskałem wszystko w odległości
metra od łóżka.
Wszystko potem opowiedziałem ojcu i synowi spod Rzeszowa i poradziłem im,
aby oni tez sprawdzili swoje materace. Ojciec pokręcił tylko głową i
powiedział, ze nie ma takiej potrzeby, że jego tam nic nie gryzie. Syn
natomiast posłuchał moich rad i gdy zobaczył, co się dzieje w rogach jego
materaca zareagował podobnie, odskoczył na bok i złapał zaraz za nóż.
189 Nie lepiej byłoby kupić nowe materace? – spytałem ojca.
190 A po co? Nie szkoda ci dwóch stów? A kto ci zagwarantuje, że one nie
przejdą do nowych materacy? Zresztą, jak będziesz jechał do domu, to co z
nimi zrobisz, zabierzesz je ze sobą?
Nie był to koniec z intruzami, ale po moich zabiegach nie dokuczały mi już
tak bardzo. Owszem, zdarzyło się, że po obudzeniu miałem nowe ślady, jednak
były to pojedyncze ukąszenia. Spray i silikon, który przyniosłem z roboty, a
którym zakleiłem wszystkie szczeliny przy ścianie, skutecznie mnie przed
nimi zabezpieczał. Nie mógł mnie jednak zabezpieczyć przed libacjami
alkoholowy
Obserwuj wątek
    • fnoll proszę o resztę! 15.12.03, 12:25
      bo w tych warunkach nie posunę się do wydania opinii
      (ale, ale - czyta się)

      hej
      • kolekstas Re: proszę o resztę! 21.12.03, 03:48
        Nie mógł mnie jednak zabezpieczyć przed libacjami alkoholowymi, które dość
        często zdarzały się w domu.
        Jeden taki kupił sobie sprzęt grający i nie raz puszczał na cały regulator
        kawałki disco polo. Chcąc nie chcąc nauczyłem się ich na pamięć. Nie pomagało
        tłumaczenie, że komuś to może nie odpowiadać, że ktoś jest zmęczony. Było tak
        jak sobie zażyczył jeden taki.
        Często dochodziło do tego, że po przyjściu z pracy musiałem najpierw rozprawić
        się z pijanymi typami leżącymi na moim łóżku, a dopiero potem myśleć o
        jedzeniu i odpoczynku. Często też, za moimi ciuchami w szafie, za łóżkiem,
        nawet na mojej półce w lodówce, znajdowałem napoczętą butelkę wódki, którą
        jeden taki chował przed szefową. Gdyby tylko ją znalazła, zaraz wylałaby jej
        zawartość do zlewu. Sam nie raz widziałem, jak rozprawiła się w ten sposób z
        alkoholem.
        Ponad miesiąc oszukiwał szefową, mówiąc, ze chodzi do pracy, ale gdy
        przyszedł czas płacenia rachunków okazało się, ze jego konto jest puste.
        Szefowa wpadła w taką furię, ze wyrzuciła go z wszystkimi tobołami za drzwi, a
        przecież apartament stał na niego. Nic nie mogła mu zrobić i on o tym
        doskonale wiedział. Zastanawiałem się, dlaczego ona godzi się na bycie z
        alkoholikiem? Ta cała śpiewka, jakoby była wynajęta przez jego rodzinę, aby
        wyciągnąć go z nałogu wydawała mi się idiotyczna. Związek seksualny też jakoś,
        przy tej różnicy wieku i przy wzięciu pod uwagę faktu, iż alkohol pozbawił
        jednego takiego potencji, był według mnie nie realny. Choć do końca tego nie
        wiem. Przecież mieszkali w jednym pokoju i spali na jednym łóżku, no i kiedyś
        po libacji jeden taki wybełkotał, że choć szefowa ma sześćdziesiąt lat, to od
        tyłu, jak się dobrze wypnie, wygląda na szesnastkę. Nie mogłem sobie tego
        wyobrazić.
        Szefowa jako kobieta była... odrażająca. Rzadkie włosy odsłaniały
        gdzieniegdzie łysinę na jej głowie, jej twarz pokryta była ciągle grubym,
        ciężkim makijażem i gdy się na nią patrzyło miało się wrażenie, ze ma założoną
        maskę. Miała około metra sześćdziesięciu wzrostu i lekką nadwagę. Jej piersi
        straciły już dawno jędrność, o ile ją kiedykolwiek miały i sięgały połowy
        brzucha. Przechwalała się ciągle swoim wykształceniem i oczytaniem. Pracowała
        kiedyś z młodzieżą, a później trafiła do kuratorium. Śmiać mi się chciało, bo
        za każdym razem gdy ją widziałem przypominał mi się kawał i miałem jej się
        pytać dlaczego nie ściągnie sobie tej maski, przecież wtedy o wiele lepiej by
        się czuła.
        Nie jestem typem człowieka, dla którego wygląd fizyczny stanowi jakąś
        przeszkodę w kontaktach. Dlatego starałem się, aby stosunki z szefową były jak
        najlepsze. Ona też była wobec mnie w porządku, szczególnie kiedy się
        dowiedziała, że jestem studentem. Zdziwiło mnie to, bo dzisiaj byle szumowina
        może nim być, wystarczy tylko kasa, albo plecy. Szefowała była starej daty
        kobietą, dla której ktoś po studiach, nie ważne jakich zresztą był kimś.
        Zaproponowała mi nawet, za drobną opłatą rzecz jasna, ze będzie przy okazji
        gotowania obiadów dla siebie i jednego takiego, gotować także dla mnie. Z
        chęcią na to przystałem, miałem po pracy więcej czasu na odpoczynek.
        Po jakichś dwóch tygodniach wszystko wróciło do normy i musiałem posiłki robić
        sobie sam. Kiedy przychodziłem z pracy czekała na mnie tylko wodnista zupa;
        mięso, ziemniaki i surówki były skrzętnie chowane w innej lodówce. Miałem
        nawet problemy z odzyskaniem pieniędzy, bo zapłaciłem za cały miesiąc z góry.
        To był pierwszy zgrzyt, drugi wyłonił się po jakimś czasie podczas kolacji.
        Weszliśmy na temat biblii i tego co jest tam napisane. Zaczęliśmy rozmawiać o
        tym, że dzieło to powstawało na przestrzeni wieków i co rusz ktoś przyłączał
        do niego nowe księgi; o stworzeniu świata, mądrościach, hymnach pochwalnych i
        listach.





        • fnoll Re: proszę o resztę! 28.02.04, 03:10
          kolekstas napisał:


          > Często dochodziło do tego, że po przyjściu z pracy musiałem najpierw
          rozprawić
          > się z pijanymi typami leżącymi na moim łóżku, a dopiero potem myśleć o
          > jedzeniu i odpoczynku

          jakkolwiek pozostała część tesktu jest wprost wyborna i nieco trąci zdrowym
          ludyzmem stasiuka co się chwali to jednakże nie sposób pomieścić w głowie
          zachowanie podmiotu lirycznego w powyżej zacytowanym fragmencie - czyżbyż jadał
          li on na łożu swym!? to depresjonujące, doprawdy...

          ale, ogólnie, przyznaję entuzjazm, jak najbardziej, choć poniewczasie, choć, co
          tam, treści dotykamy tym przecieź ponadczasowej

          pzdr

          docent literatki fnoll
    • henio_bak Re: i co sadzicie o tym stylu? 25.02.04, 23:44
      daj pan spokoj

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka