billy-pilgrim
19.06.09, 23:34
Każdy marzy, aby jego życie było niczym wielotomowa, barwna powieść. A życie
to tylko nowelka z kiepskim zakończeniem. Orest o niczym już nie marzył, nie
miał wymagań wobec swojej marnej egzystencji. Natomiast czekał, wręcz
desperacko czyhał na ten marny dar od losu – śmierć. Ale ta jakoś w nosie
miała wielogodzinne warty Oresta pod jej bramą. Pewnie miała, suka, lepsze
rzeczy do roboty – myślał sobie, kiedy tak stał przed otwartym oknem w swoim
ciasnym m2. Kiedy już znużył go ten ckliwy obraz zasypanej śniegiem ulicy,
postanowił się utopić, jak każdego wieczora odkąd zginęli wszyscy jego bliscy.
Topił się więc jak co noc w butelce Wyborowej. Powolnie celebrował tą jedyną
przyjemną chwilę w jego gniciu na tym tak popierdolenie tolerancyjnym świecie.
Włączył telewizor. Akurat po czwartym kieliszku przełączył na relacje z
kolejnej parady równości. Jebane pedały! – wrzasnął z wściekłością i wychylił
resztę wódki niemal jednym duszkiem. Cisnął butelką o ścianę, jak zwykle
posłuchał kilku nieprzyjaznych komentarzy pani Orzewicz – sąsiadki z
naprzeciwka, która z jedynie sobie rozumianą sumiennością wsłuchiwała się w
każde „Zdrowaś Maryja” płynące z małego radioodbiornika. Cóż, każdy czeka na
śmierć inaczej. Orest wolał jej pluć w twarz, tak samo jak życie opluwało go i
opluwa każdego ranka, gry wychodzi ze swojego domu – jedynej bezpiecznej
kryjówki. Niedawno przeczytał „Galapagos” Vonnegauta i bardzo zapragnął być
głuptakiem zamieszkującym te bezludne wyspy. Przynajmniej z tymi małymi
skrzydłami i płetwami między palcami mógłby spokojnie kopulować z kimś więcej
niż tylko z samym sobą. Jebać to! - zawył smutno przy akompaniamencie
kolejnej dziesiątki Orzewiczowej. Zaraz potem zasnął.