Gość: kubu
IP: 193.0.74.*
03.02.02, 18:59
NIESAMOWICIE MNIE DENERWUJE traktowanie Bridget jako jedynego kryterium
porownawczego dla calej, szeroko rozumianej literatury kobiecej.
Co druga ksiazka na naszym ryknu to "opowiesc o kobiecie takiej jak
Bridget", "duchowej siostrze Bridget Jones", "polskiej/niemieckiej,
holenderskiej/tybetanskiej Bridget" czy innej postaci podobnej do Bridget
przeciez to jest chore
ale skoro sie sprzedaje to ja proponuje wypuszczenie na rynek serii dziel
klasycznych z okladkami w krzykliwych kolorach i informacjami mowiacych, ze
"Anna Karenina, ma meza, syna i fortune. Jednak czuje sie samotna. I podobnie
jak Bridget nie boi sie z tym wlaczyc."
"Tess d'Urberville to kobieta pozornie zupelnie inna niz Bridget Jones. Cos
jednak je laczy: samotnosc, smutek i zdolnosc do pakowania sie w rozmaite
tarapaty"
"Scarlett O'Hara to Bridget na miare XIX wieku. Wokol szaleje wojna, caly jej
swiat obraca sie w ruine, ale Scarlett z wlasciwym sobie humorem potrafiprzejsc
przez to i wychodzi zwyciezko."
itd itd
:-///