luckykasik
08.08.10, 19:31
Podczytuje to forum już kilka lat i dopiero teraz zdecydowałam się napisać -
zwlekałam chyba ze strachu przed takim ostatecznym przyznaniem się do mojej
klęski. Będzie długo bo mam tendencje do rozpisywania się a sprawa jest
wielopoziomowa i ciężko czasami to w słowa ubrać - wybaczcie więc jeśli będzie
trochę chaotycznie.
Mam 34 lata, mąż 40 - mamy prawie 4 letniego syna a razem jesteśmy od
2005roku. Na początku znajomości seks był bajeczny - kilka razy dziennie,
totalny spontan - coś czego zawsze w sferze intymnej pragnęłam bo wreszcie
poczułam się w tej sferze spełniona. Jestem kobietą lubiącą seks, nie mam
wielkich zahamowań, jestem otwarta na nowości i nie boje się eksperymentować -
zawsze to były cechy, które moi partnerzy cenili - poza tym jak twierdzą znani
mi faceci mimo mojej pulchności jestem bardzo atrakcyjną kobietą. Z mężem
wszystko było dobrze do czasu zajścia w ciążę - ten fakt nałożył się z
problemami w jego pracy oraz z naszą przeprowadzką do domu moich rodziców.
Skończył się seks - jakieś pieszczoty od czasu do czasu, stosunek - jak dla
mnie to była zupełna sahara po niezłej seksualnej powodzi. Były rozmowy, moje
łzy, jego pretensje, że stres, że się wszystko zmienia, że w domu moich
rodziców nie czuje się komfortowo itd. Wierzyłam w to - sama sobie
tłumaczyłam, że tak może być, że muszę poczekać i dać mu czas. Po urodzeniu
syna wyprowadziliśmy się do naszego mieszkania i... i nic się nie
zmieniło...wymówki się tylko zmieniły na inne a we mnie nagromadzał się żal,
wściekłość, bezsilność i ból, że tak jest. Znowu rozmowy, krzyki, płacze -
jego zarzuty, że tylko o "pieprzeniu" myślę, że nic innego się nie liczy, że
jestem ciągle niezadowolona itd. Zgadzam się - z kobiety pogodnej,
uśmiechniętej, pełnej energii będącej wulkanem seksu stałam się zrzędliwą babą
- mam huśtawki nastroju i czasem żyć mi się po prostu nie chce. Są miesiące,
że kochamy się raz - oczywiście z mojej inicjatywy a przy dobrych wiatrach mąż
mnie "obsługuje" oralnie 2 razy - i co??? Może dla wielu z Was to jest dużo bo
macie gorszą suszę, ale dla mnie to jest nic - zero totalne. Co robię - włażę
na porno strony i sama sobie dogadzam - wpływa to na mnie źle - czuje się
poniżona i oszukana przez męża. Jestem w wieku pełnej aktywności seksualnej a
żyje jak mniszka i cholernie mi z tym źle. Doszło do tego, że wylądowałam u
psychiatry z depresją - oczywiście wg męża to inne powody leżą u podstawy
mojej choroby - przecież nie fakt, że mnie nie bzyka!!! Uprzedzę Wasze rady
apropos seksownej bielizny itp rzeczy - jak się wystroiłam i zaczęłam się snuć
po pokoju to mi powiedział, że ok kochanie, ale tylko dziennik obejrzę!!!
Masakra jakaś - żebrze o seks i często słyszę - jutro kochanie, nie wieczorem
tylko rano bo mi się teraz nie chce itd. Myślałam o kochanku, ale nie
wyobrażam sobie myśli o innym facecie pieszczącym i dotykającym mnie - poza
tym to oszukiwanie kogoś kogo się kocha - nie chce tak. Nadmienię, że poza
seksem nie mamy nieporozumień i kłócimy się tylko o "łóżko". Jak pojechaliśmy
sami na urlop - tyle gadał przed jak to będzie się działo bo sami bez dziecka,
bez problemów - i co? i 1 raz się kochaliśmy - na tyle mu energii starczyło.
Teraz trochę wyjaśnień o mężu - z powodów zdrowotnych bardzo przytył - ma
cukrzycę i nadciśnienie - twierdzi, że mu się nie chce seksu, że go nic i nikt
nie podnieca i oczywiście to nie moja wina (tłumacz to kobiecie - jak ja mam
wrażenie, że to moja wina że on nie chce). Najchętniej leżał by na kanapie i
patrzył w TV popijając piwko - nie rozumiem tego - bo jak mnie by coś wkurzało
i brakowała by mi mojego poprzedniego życia to coś bym z tym zrobiła. Mąż
twierdzi, że nie ma na tyle siły i ochoty żeby się np. odchudzać - jak ja bym
mu wszystko szykowała, ustaliła i zrobiła to może by się podporządkował -
akurat już to widzę - jego nawet na wspólny spacer z synem nie można namówić -
zawsze jest stwierdzenie - jak już koniecznie chcesz to może gdzieś
PODJECHAĆ!!!??? Lekarz dał mu viagrę - nic nie dało tylko wzwód i 1 stosunek
- bez tego czasami mu staje więc po cóż to brać - jak chciałam iść na terapię
małżeńską to się dowiedziałam, że to przecież ja mam problemy i depresję to po
co on tam...generalnie niby rozumie moje żale i pretensje i ciągle obiecuje
poprawę, ale...ja już nie mam sił czekać kiedy ta poprawa nastąpi...wariuję z
braku rozładowania napięcia, jestem chronicznie nieszczęśliwa i jest mi z tym
źle - nie chce być taką osobą jaką się stałam. Nie przyjmuje już do
wiadomości, że on tak teraz ma - ja mam inaczej i dlaczego to ja mam jego
rozumieć i się dostosować - dlaczego nie może być odwrotnie???
Wiem, że moja historia jest jak wiele innych na tym forum, ale może coś
napiszecie, jakiś Wasz ogląd na tą sytuację, może ja jakoś inaczej spojrzę,
może mi się w głowie rozjaśni???!!!
Osoby nie mogące powstrzymać się od złośliwości proszę o podarowanie sobie
odpisywania - nie chce się wkurzać czyimiś kąśliwościami.
Pozdrawiam.