powerbella
30.06.13, 17:26
Witam,
Problem jak w temacie. Jesteśmy "związkiem" od września 2011. Aktualnie on 33, ja 30 lat. Nigdy się nie kochaliśmy. Powtórzę - NIGDY. Na początku spotykania cieszyłam się, że nie ma ciśnienia na łóżko, że taki dżentelmen z niego...ehe...
Nigdy nie było normalnego stosunku z penetracją. Jeszcze na samym początku były pieszczoty, ale tylko ja byłam pieszczona, a on nie dopuszczał do tego, abym ja go dotykała. Po takich kilku razach porozmawiałam z nim. Powiedziałam,że jest to dziwne, źle się z tym czuję, kiedy np. odpycha moją rękę, że wg mnie nie tak to powinno wyglądać. Wyjaśnił mi,że niby ma to związek z problemami dermatologicznymi, na które cierpi (wiedziałam i widziałam to wcześniej) i bał się, że mnie to zniechęci. Ok. Ustaliliśmy, że nie mam z tym problemu i wtedy rzeczywiście zaszły zmiany. On pozwalał siebie dotykać, pieścić, ale zaniedbywał mnie, do stosunku dalej nie dążył, nie chciał, szukał wymówek.
(Nie ma problemu z erekcją,ani z jej utrzymaniem. Ma stulejkę - nie chce leczyć. Jest otyły, waży między 120-140kg, ale otyli też ten seks uprawiają. Za chudszych i grubszych czasów, z poprzednimi partnerkami ponoć ten seks był - wg jego relacji. Ma problemy z tarczycą - niedoczynność, leczy, przyjmuje leki, jest pod kontrolą endokrynologa. Dodam, że w swoich opowieściach kreował się na DonJuana, takie miałam wrażenie.)
Znowu rozmowa, znowu wyjaśnienia, znowu zmiana. Od ponad roku nie dzieje się absolutnie nic między nami. Nie ma pieszczot, nie ma seksu,nie ma niczego - w ciągu roku podjęliśmy 3 razy próby pieszczot, ale oczywiście tylko robótki ręczne, jakieś to było mechaniczne, po wszystkim czułam się fatalnie psychicznie. Pojawiły się za to oskarżenia,awantury, groźby, że odejdę, słowa, że mnie tylko na jednym zależy.
Przez ten czas o ile w ogóle do czegoś dochodziło, to on ZAWSZE znalazł powód na nie - pod prysznicem? Nie, bo mu duszno i słabo. W innej sytuacji nie, bo w dzień jadłam tatara i to og obrzydza, innym razem nie, bo nie. On mnie nie dotyka, ja jego też nie. Wielokrotnie z nim rozmawiałam - na spokojnie i podczas awantur z krzykiem. Najpierw zbywał mnie słowami,że się nic nie dzieje,nie ma problemu, wszystko jest ok. Nie dawałam spokoju, to mnie dręczyło, czułam się fatalnie jako kobieta - nieatrakcyjna.
Przeżywałam okresy zobojętnienia,było mi wszystko jedno, ale potem frustracja narastała i wybuchałam. Potrafiłam być niemiła i arogancka, odciąć mu się, przywoływać brak seksu w różnych sytuacjach. Były dni ciszy, dalej bez zmian. Kiedyś, gdy byliśmy w rodzinnej miejscowości na urlopie,leżeliśmy sobie, zrobił się nastrój, chciałam go pocałować, znowu wymówka - wybuchnęłam płaczem, rozżaleniem, poszłam do domu, nie chciałam z nim rozmawiać. Wtedy po kilku dniach ciszy stwierdził,że pójdzie do seksuologa. To było kilka miesięcy temu, nie podjął ku temu żadnych kroków. Chciał znalezienie specjalisty przerzucić na mnie, ale nie zgodziłam, bo chciałam widzieć tę inicjatywę z jego strony, wreszcie chęć,by coś zmienić. Ale na gadaniu się skończyło.
Od lipca 2012 mieszkamy razem. Robimy wspólne zakupy, chodzimy na spacery, na piwo,śpimy razem. Ale jest między nami straszna pustka. Coraz częściej myślę o rozstaniu, on o tym wie, ale chyba nie sądzi, że to zrobię.
Jedynym przejawem czułości jest jego chęć przytulania, na które ja z kolei mam coraz rzadziej ochotę.
Wcześniej miał problemy finansowe, ale one się wyprostowały, znalazł dobrą pracę, wszystko spłaca regularnie, dobrze zarabia. Przeczekałam te problemy, ale też nic się nie zmieniło. Kiedyś powiedział mi, że miałby ochotę na seks z jedną z moich koleżanek. Zabolało - w związku z naszą sytuacją. Innym razem powiedział, że nawet gdybym się naga koło niego położyła to by nic nie było. (A propos ówczesnych problemów z pracą i pieniędzmi, ale też zabolało).
Wiem, że nikt mi nie da klucza do rozwiązania tego problemu, ale chciałam się wyżalić, moim przyjaciołom nie zrzędzę, oni mają jedną radę - rzuć go. :(