polarnymisiek
22.01.14, 01:37
Witam,
Trochę poczytałem to forum, więc zaryzykuję :) Najwyżej po mnie poużywacie.
Jesteśmy małżeństwem od 12 lat. Mamy dwójkę dzieci. Brak seksu (często z mojej przyczyny), nietroszczenie się o związek i sprawy doczesne związane z brakiem kasy doprowadziły niedawno do kryzysu małżeńskiego. Żona przyznała (w końcu) że już mnie nie kocha. Owszem lubi ze mną przebywać, chce żebym pomagał jej w prowadzeniu firmy,itp. ale nie kocha mnie już miłością jaka była. Skończyła się. Tyle.
Przyznaję, zaniedbywałem nasze relacje, nie radziłem sobie z negatywnymi emocjami, byłem opryskliwy, ordynarny, itp… Wychodziłem z założenia, że nic negatywnego w małżeństwie się nie stanie. Zapieprzanie na dom i poświęcanie się rodzinie wypaliło we mnie potrzebę troszczenia się o nasz związek....sądziłem że moje starania rekompensują te straty emocjonalne i że są przez żonę zauważane i doceniane. Och, jakże naiwnym bytem jest facet….
Można powiedzieć, że należało mi się. Ale w moich oczach jestem po prostu frajerem, który dla dobra rodziny wypruwał flaki (łącznie z wyjazdem 6 miesięcznym) a teraz otrzymuje zabójczy komunikat: "już cie nie kocham". Oki, rozumiem. Psychika żony się poddała. Ulżyło jej, że się ode mnie odcina. Należało mi się…
Ale po pierwsze – zmieniłem swój stosunek do naszego małżeństwa i rodziny. Odkąd poznałem teraz prawdę (a zapewniam, że żona nigdy wcześniej nie była wylewna-zawsze wolała tłumić w sobie emocje niż je wypowiadać otwartym tekstem, co jestem pewien – również miało wpływ na pogłębiającą się między nami przepaść i brak z mojej strony świadomości powagi sytuacji), jestem innym człowiekiem. Ok., element zagrożenia i utraty jest na razie, na świeżo głównym czynnikiem, ale z pewnością wszedłem na inną ścieżkę relacji rodzinnych, małżeńskich i międzyludzkich….
Po drugie – ona chce mieć wybór, oddech, prawo samostanowienia. Ok., rozumiem, tylko trochę dziwnie się czuję mieszkając razem, troszcząc się o rodzinę, pomagając jej rozkręcić i prowadzić firmę, jednocześnie nie mając pewności że ma to jakikolwiek sens….
Po trzecie – i to pytanie do kobiet – czy można tak od hop siup odkochać się ?Czy rodzina, dzieci, wspólna historia (nie zawsze przecież negatywna) nic nie znaczą? Czy to, że jestem teraz innym człowiekiem może z czasem zmienić jej negatywne nastawienie do faktu że mnie jeszcze kiedykolwiek pokocha? (bo to mam wrażenie o wiarę w pewne swoje przekonania jej chodzi).
Po czwarte – żona ma teraz tyle seksu że sama pierwsza wymięka….
Jednym słowem – otrzymała to wszystko czego jej wcześniej brakowało. Tyle, że trochę za późno. Czy jest nadzieja? (celowo nie poruszam tematu dzieci, bo to osobny wątek)
Pozdrawiam wszystkich
Misiek