white_truffle
16.12.14, 20:37
Kilka lat temu byłam stałą (bierną) czytelniczką tego forum. Zmagałam się z zupełnym brakiem seksu w związku i szukałam wszędzie pomocy, informacji, rady.
W związku bez seksu - lub raczej z seksem rudymentarnym:) - trwałam 8 lat. Poza seksem nasza relacja była świetna - byliśmy przyjaciółmi, dzieliliśmy pasje i poczucie humoru, uwielbialiśmy swoje rodziny i przyjaciół. Sielanka. Poza tym jednym aspektem...
Wszystko zaczęło się od tego, że podczas pierwszych stosunków odczuwałam ból. Nie potrafiliśmy sobie z tym poradzić, żele ani wino nie pomagały. Konsekwencją było moje unikanie stosunków. Zaczęły się wędrówki po ginekologach i seksuologach. Z tymi drugimi doświadczenia mam raczej kiepskie, ich porady były albo niepoważne (więcej żelu, to na pewno suchość!), albo jeszcze bardziej niepoważne (mamy problemy, bo żyjemy bez ślubu), albo czysto mechaniczne (włóż to, obróć się tak).
W końcu zaczęła narastać w naszym związku frustracja, ja uwierzyłam, że to musi być mój problem (bo on, jako bardziej doświadczony, wcześniej takich problemów nie miał), że jestem oziębła, może aseksualna.
Próbowaliśmy się rozstać po dwóch latach, ale po dwóch miesiącach wróciliśmy do siebie - nasze przywiązanie, miłość, przyjaźń były zbyt mocne.
Potem przyszły kolejne lata bez seksu lub z seksem w stanie szczątkowym. Po pewnym czasie stało się to dla nas czymś normalnym, libido jakby zanikło, zarówno u mnie, jak i u mojego partnera. Nie zdradzaliśmy się, wszystko wydawało się takie dobre i poukładane. Nastąpiły zaręczyny, planowanie ślubu... Ślubu miał być ukoronowaniem naszej prawie bajki - ja w jedwabnej sukni, ślub na południu Francji, w restauracji na klifie... I kiedy już zapłaciliśmy zaliczkę za hotele i restauracje, kiedy miałam już suknię i część zaproszeń była rozesłana - doznałam olśnienia.
Olśnienia, że takie wspólne życie nie jest możliwe. Że chcę mieć dzieci, a niby skąd miałabym je wziąć? Że oboje tłumimy coś, co w końcu jakoś wybuchnie, znajdzie szczelinę i uderzy. I że lepiej skończyć to teraz.
Zerwałam zaręczyny, ale wszystko odbyło się bez bólu, bo poza stratami materialnymi nic nie straciliśmy. Mój partner przyjął moją decyzję spokojnie, mówiąc, że on nigdy by tego nie zrobił, ale wie, że podjęłam tę decyzję dla nas obojga i że będzie to jak wycięcie sobie jakiegoś organu nożem, ale musimy to zrobić.
To była najlepsza decyzja, jaką mogłam podjąć.
Ja i T. dalej jesteśmy przyjaciółmi. Poznał mojego aktualnego partnera, który jednak chyba nie do końca mi wierzy, jak wyglądał mój i T. związek. Nie mieści mu się to w głowie:)
A ja i mój aktualny narzeczony... cóż. Jesteśmy razem już 3 lata. Wciąż uprawiamy seks jak świeżo zakochani, nawet 3 razy dziennie. Dni bez seksu mogę policzyć na palcach jednej ręki. Gdy przypominam sobie, że posądzałam samą siebie o aseksualizm, zbiera mnie na gorzki śmiech, ale i przeszywa mnie strach, bo mam poczucie, że otarłam się o perspektywę życia bez seksu, bez namiętności, bez tego wszystkiego, co tak naprawdę jest bardzo bliskie mojej naturze i jest dla mnie niezwykle ważne.
Nie twierdzę, że rozstanie jest jedynym wyjściem z sytuacji w przypadku problemów z seksem. Na pewno nie, gdy problemy pojawiają się po okresie udanego życia seksualnego. Ale jeżeli w łóżku nie układa Wam się od samego początku, jeżeli podstawowe metody nie pomagają (lampka wina na rozluźnienie, satysfakcjonująca gra wstępna, żel itd), jeżeli nie pomaga seksuolog, psycholog... trzeba tę opcję rozważyć. I nie bać się jej. Ta osoba nie musi znikać z Waszego życia. Niedobranie się pod względem seksualnym jest jak najbardziej możliwe i nie zawsze można tę przeszkodę pokonać...