glamourous
31.05.15, 23:59
Nie chce zasmiecac watku Yoricovi ;) ale tez ostatnio dopadl mnie syndrom "to wszystko ch...", oczywiscie w tej pejoratywnej przenosni.
Kandydaci albo zbyt leciwi (nie trawie), albo o wiele za mlodzi (mentalnie nie ta bajka), albo chemia zdecydowanie nie teges i mi kompletnie nie zaskakuje.
Ja sie po prostu musze spontanicznie zakochac/zauroczyc, zeby jakiekolwiek kontakty damsko-meskie mialy dla mnie sens i smak. Nie dla mnie jakies przygody na zimno, przelotne romansiki dla sportu, czy FF ktorych zaledwie lubie.
A zakochuje sie cholernie rzadko, srednio raz na 10 lat. Teraz akurat tak jakby pora na nowy cykl, a tu ksiecia na bialym koniu cos nie widac.
Az mi sie przez to libido wylaczylo.
Myslicie, ze strategia polegajaca na tym, zeby po prostu kompletnie przestac sie rozgladac, wylaczyc sie na facetow i pozyc przez jakis czas w swojego rodzaju mentalnej i seksualnej oczyszczajacej pustelni moze zdac egzamin?
Zaznaczam, ze nie bylaby to pokretna filozofia w stylu, ze jak przestane szukac to pewnie wyjde rano do sklepu w pizamie po bulki i spotkam milosc zycia. Ale naprawde mysle o tym, zeby niczego juz nie robic na sile, nie zmuszac sie do zwiazkow i do romansow, bo ktos mi zdrowrozsadkowo pasuje, bo wypada miec zycie seksualne, bo przeciez nie mozna tak lezec odlogiem i zarastac pajeczyna, bo trzeba nadrabiac stracony czas, ktorego i tak juz strasznie duzo stracilam.
A moze takie wylaczenie sie na seks w ogole mnie juz na stale znieczuli, libido mi uschnie i odpadnie i juz w ogole bede do niczego?
Co myslicie?