jagandra
09.06.06, 22:23
Przejrzałam kilka wątków i widzę, że nasz problem to "klasyka gatunku". Ale
jednak proszę o uwagi, jeśli ktoś ma jakieś...
Mąż trzyma mnie na dystans. W zasadzie nie mogę go dotknąć. Gdy ostatnio
prosząc go o coś dotknęłam jego ramienia, zareagował na to ostro: "weź te
paluchy!". Gdy usiadłam obok niego, odsunął się, gdy żartobliwie znów się
przysunęłam, stwierdził, że jestem agresywna. Seks zainicjowany przeze mnie
prawie nie istnieje, z reguły odmawia. Kochamy się tylko w nocy, choć ja
rzadko mam w nocy ochotę. Mąż kładzie się zawsze ok. 2 godzin po mnie, gdy
już śpię.
Po kolei:
W ciąży rzadko miałam ochotę, trudno powiedzieć, ile było w tym fizjologii,
ile psychiki.
Mąż nie dbał o mnie, gdy byłam w ciąży, wręcz miał do mnie pretensje, że się
nad sobą użalam, bo kiedyś kobiety w ciąży robiły w polu, miał mi za złe, gdy
w połowie ciąży poszłam na zwolnienie (miałam dość m.in. wysiadania z PKS-u,
by puścić pawia, ciągłego wyczerpania). Nie chciał być przy porodzie, zgodził
się pod groźbą rozwodu... i bardzo mi pomógł, wyglądało na to, że był dumny z
siebie, ze mnie, wzruszony dzieckiem. Ale jednak była to taka wygrana-
przegrana. Był przy porodzie, pomógł mi, zadbał o mnie, ale pod przymusem.
Był od początku fajnym tatą, głównie zabawowym, ale jednak.
Przez prawie rok po porodzie w ogóle nie miałam ochoty na seks. Po pierwszych
trudnych 2-3 miesiącach macierzyństwa czułam się bardzo szczęśliwa. Nie
rozumiałam wtedy, że brak seksu był dla niego tak dużym problemem.
Gdy córa miała 9 miesięcy, poszłam do pracy i zaczęło się kilkumiesięczne
przemęczenie i oczywiście brak ochoty na seks, głównie marzyłam o spaniu. Gdy
prosiłam męża, by rano zajął się małą, bym mogła trochę odespać, odmawiał, o
co mam wciąż do niego żal.
Potem mi ochota powoli wracała, niby było OK do czasu, aż mi się zaczęło
chcieć częściej. Cieszyłam się z tego, że częściej chcę, starałam się nawet
rozbudzić, nie zasnąć przy usypianiu małej, bo czułam się winna, że tak długo
nie chciałam. No a mąż często odmawiał. Złościłam się, nie rozumiałam, miałam
wrażenie, że się na mnie mści. Kilka awantur tylko pogorszyło sprawę. Wzięłam
się w garść, skończyłam z awanturami, z narzucaniem się, no i jest jak
jest... już od ładnych kilku miesięcy.
I nie wiem, czy będzie jeszcze dobrze. Mąż wlazł do skorupy i nie wygląda na
to, by zamierzał z niej wyjść. Radzi sobie grając nałogowo w kółko w jedną
grę komputerową, poświęca na to niemal cały wolny czas.
Często zarzuca mi agresję i nadmierną kontrolę (chcę, by wszystko było po
mojemu, o wszystko pytam, wszystko chcę wiedzieć). Rzeczywiście jak się
wścieknę, bywa ostro. Jeśli chodzi o kontrolę, to jednak mam wrażenie, że to
nieprawda, np. mieszkanie jest urządzone w większej części według jego
projektu. Jeśli chodzi o pytanie o wszystko, mam wrażenie, że to raczej jego
problem - jego lęk przed okryciem się, ośmieszniem, kontrolą właśnie też.
Mam problem z wyrażaniem agresji, bo mam do niego żal o wiele spraw i
niemówienie o tym mi nie pomaga. Po kłótni czuję się czasem lepiej, niestety
on nie akceptuje ani swojej, ani mojej agresji, więc to do niczego dobrego
nie prowadzi na dłuższą metę. Ja wyrzucę z siebie trochę żalu, a on nie i
jeszcze nazbiera więcej pretensji do mnie.
Czy możecie mi coś mądrego napisać? Czy może być jeszcze dobrze między nami?:(