zorka99
18.10.06, 10:04
Mam problem. Małżeństwo nie układa się od początku, tzn. od kilkunastu lat.
Jedynym spoiwem są dzieci. Wzajemny chłód. Brak jakichkolwiek oczekiwań z obu
stron. Jest to układ-kontrakt bez żadnych uczuć, o seksie nawet nie
wspominając - kiedys był byle jaki, teraz go nie ma. Kilkakrotne próby z obu
stron ratowania uczuć nie powiodły się. Uczucia wygasły, ale przedsiębiorstwo
pt. "rodzina" funkcjonuje. Jest wygodnie i bezpiecznie. Ewentualność, że mąż
kogoś ma - istnieje, on zaprzecza - ale tak naprawdę nie interesuje mnie to
nawet. Nagle niespodziewanie zjawia się w moim życiu "ktoś", chemia działa.
Też ma rodzinę. Dochodzi do super spotkania, zrozumienia, itd. Jestem
szczęśliwa. Chciałabym kontynuować, może zakochać się i...niestety, nie mogę.
Po tym spotkaniu oprócz szczęścia, (mimo, że nie było nawet pocałunku), czuję
też taki niesmak, "kaca moralnego", głębokie przekonanie, że tak nie mogę. To
nie w porządku. Boję się zaangażowania i nie umiem przełamać się aby spotkać
się ponownie, bo jeśli dam ponieść się emocjom, będę czuła się z tym źle. Nie
jest też tak, że zimne, białe małżeństwo mi nie doskwiera. Brakuje mi uczuć,
chemii, seksu. Jednak brak mi też ochoty odgrzewać go na siłę. Na 100% nie
chcę rozwodu. Czy to w ogóle dobry pomysł, żeby jakoś się przełamać i
zdradzić męża? Jak wtedy pozbyć się tego niesmaku i wyrzutów sumienia? Czy
taki ewentualny związek "na boku" może mi dać szczęście, czy raczej
upokorzenie? Na dodatek ten ktoś ma żonę i dzieci... Napiszcie, czy jestem
skazana do końca na życie bez emocji? Może ktoś miał podobne doświadczenia?