Dodaj do ulubionych

refleksja - Dziecko jako alibi

20.05.07, 11:08
Przeczytałem już połowę postów w tym Forum i widzę, że coś przechodzi w nich
ukryte w tle. Jest coś wspólnego co łączy wiele oderwanych od siebie wątków.

Oto Pani pisze, że nie może już patrzeć na męża, inna nie może go dotykać,
inny Pan nie ma seksu od iluś tam lat, jeszcze inny szuka kochanki, bo
zwariuje gdyż żona poświęca się wyłacznie dla dziecika a jego ignoruje i tak
dalej i tym podobnie.

I są razem mimo, że ich już nic nie łączy poza...? Poza dzieckiem.
Piszecie bolesne posty o tym, jak cierpicie w związkach, jak jesteście dla
siebie obcy, ale z dumą piszecie, że robicie to wszystko bo "mamy dzieci" - i
w tym momencie następuję wielokropek, zawieszenie dramatyczne głosu, potok łez
i utyskiwań.

Małżeństwo jest już nim tylko z nazwy, rodzina jest już w rozsypce - dwoje
ludzi to niedawno szalejących w sypialni, kochających się razem tylko
sublokatorami w swoim domu. Wracacie do domu jak do hotelu, odbębnić często po
łebkach obowiązki małżeńskie i rodzinne.

I nagle jedynym motywem, który powstrzymuje Was od rozejścia się, bo przecież
z Waszych małżeństw, rodzin zostały jeno gruzy - jest nieśmiertelne alibi:
jestem z nią, jestem z nim "bo mamy dziecko".

Też tak tkwiłem bez seksu, bez miłości, w awanturach, z już dawno byłą żoną a
żoną wyłacznie na papierze dłuższy czas. Udawaliśmy nieudolnie przed
dzieckiem, że jeszcze jest rodzina do czasu, kiedy wiarołomna żona zaszła w
ciążę z kochankiem i awantury trwały i trwały. Ja powiedziałem dość.

Ona myślała, że dziecko nic nie wie, ja wiedziałem, że musi wiedzieć, bo jej
awantury niosły się po cąłym osiedlu. Potem siedliśmy całą rodziną, ja zaś
powiedziałem 10 latkowi nieśmiertelne pytanie: "Chcesz nas o coś zapytać"
A mały zapytał: "Czy mnie jeszcze kochacie?"

Rozmowa była trudna, bo jak wyjaśnić dziecku, że rodzice się już nie kochają,
za to jego wspólnie kochamy i kochać będziemy. Były łzy - wszystkich, ale była
spokojna dojrzała rozmowa. Na końcu, gdy już się wszystko zakończyło mały
odpowiedział: "Wiecie, ja wszystko widziałem, podsłuchiwałem Was jak się
kłociliście w kuchni, ale nie widziałem dlaczego, teraz wiem" wstał pocałował
mamę, tatę i poszedł się bawić. Rozstaliśmy się.

Wasze dzieci, no chyba, że są oseskami - wiedzą, że między Wami jest źle, ale
nie wiedzą dlaczego. Nawet jeśli rozmawiacie bez niego, on ma sprzeczne
informacje. Bo wie, że rodzice powinni się kochac a nie wie czy to co widzi to
miłość czy wojna. I nie wie o co te krzyki miedzy tymi, których kocha. Cierpi
chociaż to ukrywa, nosi to w sobie.

A potem, kiedy dziecko już jest duże, ucieka z domu byle dalej. I samo nie
potrafi ułożyć sobie życia, bo nie wie czemu ona czuje awersję do facetów,
czemu on zalicza panienki ale nie potrafi w żadnej się zakochać, lub przy byle
okazji biorą się za łby.

Bo jak potem Wasze dziecko ma wiedzieć - jak się kochać, jak dochodzić do
kompromisów, jak okazywać uczucia, jak budować związek - jeśli tego go nie
nauczyliśmy? Cierpimy w imię odpowiedzialności za dziecko.

A to wszystko to jest jedna wielka bzdura.

Bo dziecko nie wie jak całować i przytulać się, co znaczy być mężczyzną i
kobietą, jak kochać i jak wybaczać, jak dochodzić do konsensusu, jak budować
związek... nie wie i w fikcji jaką niekochający się rodzice tworzą - nigdy się
nie nauczy.
Będzie przesiąknięte Waszym fałszem, będzie cierpiało i miało stresy których
źródła nie jest w stanie zlokalizować, bo nie zna prawdy.
Będzie widziało rodziców śpiących osobno, kłócących się, znikających
wieczorami, milczących lub sztucznych na codzień, przy rodzinnym stole.

Dla "dobra dziecka" tworzymy alibi, które niszczy, okalecza a później czyni z
naszych dzieci - dzieci emocjonalnie zubożone i tak na prawdę nieszczęśliwe.

Sztuka mądrego rozstawania się - tu pokazuje klasę ludzi i szacunek i miłość
do dziecka. Dla dobra dziecka można się rozstać w przyjaźni, gdzie dziecko
będzie szczęśliwe, że chociaż boli je, że rodzice się nie kochają, ale są
fajni razem kiedy oboje się o mnie troszczą.

Dziecko z bólem, ale łatwiej zaakceptuje rozstanie rodziców, bo samo ma w
swoim otoczeniu inne dzieci z rozbitych małżeństw i w końcu zrozumie, że tak
bywa. Ale będzie cierpieć całe życie, nawet będąc dorosłym, żeście te swoje
dzieci, dla ich dobra okaleczyli odbierając atmosferę miłości, której
potrzebują jak tlenu by stać się później normalnymi, kochającymi mężami,
żonami, rodzicami.

Jeśli oboje widzicie, że się nie kochacie - Wasze dziecko widzi to jeszcze
boleśniej. Mówiąc, że będę z nim, z nią dla dobra dziecka - emocjonalnie
okaleczacie swoje dzieci i odbieracie im wzorzec kochania. A nie mając go -
mają wszystko ze swoimi przyszłymi związkami przerąbane na całe życie

Tak to ja widzę.
Obserwuj wątek
    • heyjoe23 Re: refleksja - Dziecko jako alibi 20.05.07, 11:19
      Szacun. Mądre i prawdziwe słowa. Ja miałem mieszane myśli. Naczytałem się sporo
      informacji o tym, czym jest dla dziecka rozwód. Ale masz rację w tym, co
      napisałeś. Moje poglądy o tym czy powinienem zostać czy odejść ewolucyjnie, ale
      nieubłaganie zmierzają do odejścia. Nie tylko pod wpływem tego tekstu, ale
      właśnie atmosfery w domu i tych rzeczy, które wymieniłeś, a które coraz
      wyraźniej zauważam w swoim związku i o których dowiaduję się od innych.
      • metalin Re: refleksja - Dziecko jako alibi 20.05.07, 11:29
        Dobrze,że to napisałeś, chylę czoła.
        Dodam coś jeszcze. Zdezorientowane dzieci często sądzą ,że to one są przyczyną
        konfliktu między rodzicami.
    • misssaigon wiśta wio - łatwo powiedzieć 20.05.07, 11:30
      glosator - do niedawna byłam równie radykalna w swoich poglądach jak ty - kiedy
      rozpadło sie moje pierwsze małżenstwo - spakowałam manatki, złożyłam pozew w
      sądzie i wyprowadziłam się - nie było łatwo, ale nie było tez az tak trudno - bo
      nie mielismy dzieci.

      W obecnej sytuacji (dwoje małych dzieci i trzecie w drodze) - na przeszkodzie
      takiemu teoretycznie "zdrowemu" podejściu staje jedna rzecz- a mianowicie
      wyobraźnia - trudno mi sobie naprawde wyobrazic sobie zorganizowanie
      samodzielnego wychowania trójki dzieci i jeszcze zarobienia na utrzymanie
      rodziny - zapewne sa na to sposoby - ale realistycznie podchodzac do zycia -
      jest to naprawde karkołomna sytuacja. zdecydowanie łatwiej prowadzic dom i
      zajmowac sie dziećmi w dwie osoby - patrząc tylko z praktycznego punktu widzenia.

      Po drugie - zadaje sobie pytanie - dlaczego ja mam byc matka 24 h na dobe - a
      ojciec dzieci = "weekendowym tatusiem"? - znam takie scenariusze - rozwiedziony
      facet prowadzi "kawalerskie zycie" - praca, potem piwko w pubie albo siłownia,
      wieczorem spotkanie na seksik z jaks laska. W tym samy czasie kobitka oddaje
      dzieci do przedszkola, idzie do pracy, robi zakupy, odbiera dzieci, sprzata,
      gotuje etc etc. W weekend ojciec zabiera dzieci na dzien lub dwa i oddaje
      wczesnym niedzielnym popołudniem, zeby jeszcze zdązyc na grilla do znajomych.

      Dlaczego ja mam sie tylko poświecac? Tak samo jego dzieci jak i moje - dzielmy
      sie wiec opika po polowie tak abysmy obydwoje mieli czas wolny dla siebie - a ze
      mieszkamy razem? cóż...trzeba sobie znależc laske lub faceta z mieszkaniem na
      randkowanie. Nie widze powodu aby az tak ułatwic facetowi zycie - oczywiście
      zdarzaja sie sytuacje kiedy decyzje podejmuje partner za nas i po prostu
      wyprowadza sie do "podrywki" zostawiajac nas z całym przychówkiem - i wtedy
      zaczyna sie ....

      • heyjoe23 Re: wiśta wio - łatwo powiedzieć 20.05.07, 11:54
        To pomyśl tylko, czy bardziej się cieszysz jak jesteś sama albo z dzieciakami
        czy też jak on jest razem z Tobą/Wami. Poza tym, jak facet ma odrobinę
        przyzwoitości, to nie będzie chciał zostać tylko weekendowym tatusiem, tylko
        będzie chciał mieć kontakt tak często jak to możliwe. Ja tak będę robił. Chyba
        że matka próbuje zawłaszczyć dzieci prawie na wyłączność a wszystkim naokoło
        opowiada, że mąż się nie interesuje dziećmi poza wyznaczonymi "okienkami".

        Moje szczęśliwe chwile to weekendy albo dni w tygodniu, jak moja żona gdzieś
        wychodzi/wyjeżdża na jakieś kursy, konferencje czy wieczorne wyjścia. Nie mam
        problemów ani obaw przed czasem z moim dzieckiem. Potrafimy się razem bawić i
        spędzać czas, a w tym wszystkim znaleźć czas dla siebie samego.

        Fakt, że przy trójce dzieci jest trudniej, ale moje pytanie jest takie: czy
        chcesz się do końca życia męczyć i udawać? A nie zawsze kobieta ma ciężej - u
        mnie teraz (fakt, że rodzina jest jeszcze kompletna) z rzeczy przez Ciebie
        wymienionych: dziecko oddaje do przedszkola i odbiera opiekunka, zakupy robimy
        w podziale po połowie (a uwielbiam robić je samemu z dzieckiem), sprząta
        znajoma pani, gotujemy po równo. Dodam jeszcze, że pierzemy po równo a prasuję
        prawie wyłącznie ja. Uświadom facetowi, że to są też jego dzieci i że powinien
        im poświęcać odpowiednią ilość czasu. Będzie więcej czasu dla Ciebie. Choć na
        pewno nie będzie to łatwe, szczególnie jak masz trzecie dziecko w drodze (nie
        wiem zresztą, czy myśli o jakiejś zmianie czy tylko tak piszesz "teoretycznie").
      • glamourous Re: wiśta wio - łatwo powiedzieć 20.05.07, 12:03
        Swieta racja, miss. Glosatorr pisze z punktu widzenia faceta, bo w sumie
        prosciej jest odejsc do zycia bez zobowiazan, nie martwiac sie o organizacje
        przyszlego zycia z dwojka czy trojka absorbujacych maluchow. Natomiast dla
        kobiety w momencie rozstania zaczyna sie prawdziwy survival. Podczas gdy ona
        staje na glowie jak to wszystko pogodzic, poskladac tak zeby dzieci nie odczuly
        zmiany - i jeszcze uporac sie z wlasna rana emocjonalna i byc moze depresja, dla
        niego jedynym problemem organizacyjnym jest jak pogodzic weekendowa wizyte
        dzieci z piatkowym wyjsciem do pubu na podryw lub - tak jak napisalas - z
        niedzielnym grillem u znajomych.

        Niestety panowie. Kobiety nie pala sie do rozstania z niekochanym juz ojcem ich
        dzieci nie z lenistwa czy zyciowej biernosci, lecz wlasnie z powodow czysto
        praktycznych - nie chca zamieniac swojego zycia w morderczy kierat a siebie w
        sfrustrowanego perszerona.

        Taka jest prawda z naszego, kobiecego punktu widzenia : rozstanie pary
        obarczonej dziecmi niesie za soba spore pogorszenie jakosci zycia kobiety,
        ktorej potem - z dziecmi "na karku" trudno nawet znalezc sobie nowego partnera.
        Bo jak na to znalezc czas, sile i energie - abstrahujac juz od tego ze wolni
        mezczyzni srednio pala sie do zwiazkow z kobietami samotnie wychowujacymi dzieci.

        Natomiast facet startuje sobie od zera i zyskuje wtedy, powiedzmy sobie
        szczerze, wolnosc oraz otwarta droge do faktycznie lepszego ulozenia sobie
        zycia. Mozecie mi mowic, ze facet tez cierpi z powodu rozstania, bo kocha
        dzieci, ale na litosc boska, przyznajcie obiektywnie, ze to obciazenie jest
        niespolmierne do tego ze to dla kobiety zaczyna sie czas ciezkiej zyciowej proby.

        No chyba ze do przyjecia jest model opieki nad dizecmi dosc popularny teraz na
        zachodzie : po rozwodzie rodzicow dzieci mieszkaja tydzien u jednego, tydzien u
        drugiego. I wtedy opieka rozlozona jest fifty-fifty. Jezeli gotowi jestescie
        panowie podjac takie wyzwanie, to wtedy - prosze bardzo....

        • heyjoe23 Re: wiśta wio - łatwo powiedzieć 20.05.07, 12:11
          Jeśli układ taki jak w ostatnim akapicie dostałbym wyrokiem sądu (no i w takim
          przypadku oczywiście wyrok bez alimentów) jutro rano jestem w sądzie o 7:00 czy
          kiedy go tam otwierają, z pozwem.

          Poza tym glamourous napisała prawdę. Ale ja bardzo chętnie chciałbym, żeby było
          tak jak w ostatnim zdaniu. Zostawię nawet wszystko co mam teraz jej (mieszkanie
          w domu dwurodzinnym, samochodzik) byle było tak, jak napisałaś.
        • glosatorr Re: wiśta wio - łatwo powiedzieć 20.05.07, 12:34
          glamourous napisała:

          > Swieta racja, miss. Glosatorr pisze z punktu widzenia faceta,

          Przepraszam - ja piszę z punktu widzenia ojca, odpowiedzialnego - mężczyzny,
          a nie faceta, który zostawia żonę i czuje się jak nowonarodzony kawaler.
          Myślę, że nie czujesz tego co napisałem.


          > bo w sumie
          > prosciej jest odejsc do zycia bez zobowiazan,

          To jest fikcja co napisałaś - nigdy nie ma czegoś takiego jak życie bez
          zobowiązań - jeśli jest dziecko albo dzieci.
          Jeśli ktoś jest nieodpowiedzialny - to tak sobie myśli.
          Ja też mogę zadać pytanie - a jak za przeproszeniem te dzieci się pojawiły,
          troje czworo czy dwoje - jeśli się nie kochacie, jeśli czujecie, że coś nie tak
          było między Wami. A gdzie matki i ojca odpowiedzialność i ponoszenie konsekencji
          za włożenie w kobietę i wyjęcie prącia i pozostawienie nasienia?
          hę?
          To takie samo myślenie jak mówienie "seks bez zobowiązań".
          Pisałem tu- że jest to fikcja, kolejne alibi by ludzie nie mieli wyrzutó
          sumienia i poczucia winy za skok w bok lub przelotny romans.
          Z chwilą kiedy mężczyzna ma orgazm = ponosi konsekwencje tego faktu nawet, jeśli
          ma mocną prezerwatywę a kobieta jest niepłodna.
          A fakt posiadania dzieci, to wspólne konsekwencje obu stron.
          Ja chciałem mieć rodzinę - to ja zostałęm odrzucony i zdradzony.
          Więc konsekwencje tego ponosi ta strona, która to uczyniła.
          Nie myślała o tym - wiem - ale tak jest. A ja od swoich obowiazków się nie
          uwolniłem. Zajmowałem się dzieckiem sam - 3 lata. I to ja nazywam
          odpowiedzialnością.


          > nie martwiac sie o organizacje
          > przyszlego zycia z dwojka czy trojka absorbujacych maluchow.

          O tym trzeba było pomyśleć nim te dzieci zaczęły być w planach.
          To nazywa się odpowiedzialnym rodzicielstwem

          > Natomiast dla
          > kobiety w momencie rozstania zaczyna sie prawdziwy survival.

          Dla mężczyzny też - proszę mi wierzyć. Bo jeszcze musi zarobić na alimenty,
          zarobić na dziecko i jakoś ułożyć sobie życie po podziale majątku, który jakoś
          tak zawsze jest podzielony, że najlepsze kawałki dostaje Ona bo Ona jest matką.

          >Podczas gdy ona
          > staje na glowie jak to wszystko pogodzic, poskladac tak zeby dzieci nie odczuly
          > zmiany

          Dzieci poczują zmianę choćby matka stanęła na głowie.
          To poczucie bezpieczeństwa buduje oboje rodziców nawet jeśli nie są razem/

          > - i jeszcze uporac sie z wlasna rana emocjonalna i byc moze depresja,

          Z tym to każdy musi się uporać sam - czy ma dzieci czy nie ma czy jest ex mężem
          czy żoną. I tu nie ma żadnego bohaterstwa, że ktoś sie uporał.

          > dl
          > a
          > niego jedynym problemem organizacyjnym jest jak pogodzic weekendowa wizyte
          > dzieci z piatkowym wyjsciem do pubu na podryw lub - tak jak napisalas - z
          > niedzielnym grillem u znajomych.
          >
          Wybacz - ale kiedy on bierze dzieci, Ty możesz wybrać się do pubu, wyjść ze
          znajomymi na impreze. Zrobic sobie grilla - tym bardziej, że zwykle tatusiowie
          mają wyznaczone przez sąd dni, jakie Ty akceptujesz.
          Poza tym można zawsze dzieci zostawić mężowi na dłużej. To jest kwestia
          ustalenia wszystkiego. A jeśli jest trudno tak ustalić, bo facet jest trep - to
          sama sobie odpowiedz, gdzie żeś oczy miała kiedy takiego prymitywa wybrałaś na
          ojca swoich dzieci?
          :-)
          > Niestety panowie. Kobiety nie pala sie do rozstania z niekochanym juz ojcem ich
          > dzieci nie z lenistwa czy zyciowej biernosci, lecz wlasnie z powodow czysto
          > praktycznych - nie chca zamieniac swojego zycia w morderczy kierat a siebie w
          > sfrustrowanego perszerona.

          Dlatego marnują dzieciom życie a p[otem dzieci zastanawiają się: czemu mi moja
          żona nie pasuje chociaż jest super laska, czemu wybrałam takiego faceta, który
          mi życie marnuje - dla swojej wygody kobieta niszczy dzieciom życie i odbiera im
          dzieciństwo.
          I to ma kogokolwiek usprawiedliwić?

          >
          > Taka jest prawda z naszego, kobiecego punktu widzenia : rozstanie pary
          > obarczonej dziecmi niesie za soba spore pogorszenie jakosci zycia kobiety,
          > ktorej potem - z dziecmi "na karku" trudno nawet znalezc sobie nowego partnera.

          Więc trzeba pomyśleć przed decyzją dot. posiadania dziecka, czy wolę mieć
          dziecko czy płaski brzuszek i jędrną pupkę oraz facetów od metra jak ogon po
          ziemi :-)
          Albo.... albo... Albo podołasz bycia matką i dasz sobie radę, albo miej jedno,
          na wszelki wypadek, jeśli się facet zbiesi.
          Ale błagam - bycie razem bo tak będzie wygodniej dla mamusi - to tylko alibi.

          > Bo jak na to znalezc czas, sile i energie - abstrahujac juz od tego ze wolni
          > mezczyzni srednio pala sie do zwiazkow z kobietami samotnie wychowujacymi dziec
          > i.
          >
          Można znaleźć wszystko - dla chcącego i przewidującego oraz mądrego - nie ma
          rzeczy niemożliwych.

          > Natomiast facet startuje sobie od zera i zyskuje wtedy, powiedzmy sobie
          > szczerze, wolnosc oraz otwarta droge do faktycznie lepszego ulozenia sobie
          > zycia.

          Tak bywa, ale nie jest tak wcale zawsze. Jest to jednostronna wizja.
          W wielu przypadkach krzywdząca.

          >Mozecie mi mowic, ze facet tez cierpi z powodu rozstania, bo kocha
          > dzieci, ale na litosc boska, przyznajcie obiektywnie, ze to obciazenie jest
          > niespolmierne do tego ze to dla kobiety zaczyna sie czas ciezkiej zyciowej prob
          > y.

          Nie = nie masz racji. W sądach matki traktują dzieci jako element gry i walą
          nimi w ojców. Uniemożliwiają im zajmowanie się nimi. Odcinają od spotkań,
          zabraniają wyjazdów na wakacje - a kiedy więź między dzieckiem i ojcem zaczyna
          słabnąć - utyskują strasznie rozżalone, że mają trudne życie z powodu tego, że
          "On się nie zajmuje dziećmi"
          Owszem, są przypadki, że facet ma gdzieś własne dziecko - ale to są wyjątki. Ja
          to akurat wiem. Natomiast nagminne jest stawianie przeszkód w kontaktach ojca z
          dziećmi.

          >
          > No chyba ze do przyjecia jest model opieki nad dizecmi dosc popularny teraz na
          > zachodzie : po rozwodzie rodzicow dzieci mieszkaja tydzien u jednego, tydzien u
          > drugiego.

          Tak - to jest bardzo czeste, także u nas ale o tym się nie mówi.

          > I wtedy opieka rozlozona jest fifty-fifty. Jezeli gotowi jestescie
          > panowie podjac takie wyzwanie, to wtedy - prosze bardzo....
          >
          Podjąłem nawet większe wyzwanie - i nawet nie domyślasz się, co potrafią
          przechodzić ojcowie. Mamusie wcale nie są takie biedne i nieszczęśliwe.
          Są takie, bo ponoszą konsekwencje swoich własnych decyzji.
          Jeśli mężczyzna jest prawdziwym ojcem dziecka - nie odwróci się od dziecka.
          Od żony bez poroblemu - ale nie od własnego dziecka.
          Zaś na ojca drogie Panie - wybieracie Wy facetów.
          I Wy decydujecie czy taki facet będzie ojcem dla Waszych dzieci.
          Więc jeśli źle wybrałyście = możecie winić wyłącznie siebie.
          I ponosić same konsekwencje swoich wyborów i decyzji.

          Odradzam niszczenie dzieci by postawić na swoim.
          I okaleczanie dzieci, by mieć wygodniej.

      • glosatorr Odpowiedzialne rodzicielstwo 20.05.07, 12:13
        Przy rozwodzie możesz podjąc decyzję kiedy to ojciec dzieci ma się nimi
        zajmować, jeśli nie możecie tego ustalić wspólnie. Rozwód powoduje ustanie
        związku małżeńskiego - ale nie usuwa konsekencji bycia matką lub ojcem.
        Obowiazki troski o dzieci nadal spoczywa na obu stronach. Oczywiście możesz
        podjąc decyzję - że nie "poświęcisz" się dla dzieci i nie będziesz zajmować się
        nimi ale oddasz je ojcu. Znam taki przypadek, kiedy to mamusia jest niedzielną
        mamusią.
        Ale nie ma gorszej sytuacji, gdy jesteś z ojcem waszych dzieci, nie dlatego, że
        go kochasz, ale dlatego, że musisz z nim być, bo inaczej to Ty będziesz ponosić
        ciężar wychowania dzieci.

        Decyduj - czy chcesz zchrzanić dzieciom życie i dalej tkwić w związku, albo mieć
        bardzo trudno - ale w miarę normalne a może i szczęśliwe dzieci gdzieś w
        przyszłości.

        To jest Twój wybór. I konsekwencje faktu, że uczyniłaś ojcem faceta, który może
        nie zasługiwał na miano ojca Twoich dzieci.
        Ale zastanów się - czy konsekwencje Waszych błędów będziecie ponosić Wy -
        rodzice, czy Wasze dzieci - które nie prosiły się na ten świat a jeśli już tu
        się pojawiły, to oboje rodzice powinni dbać, by ich życie było w miarę
        szczęsliwe, czyż nie> I nawet wtedy kiedy są razem lub osobno.

        A co do niedzielnych tatusiów. Na początku, kiedy Mały był mały - brałem go w
        miarę możliwości tak często jak mogłem. Moja Ex nie robiu mi żadnych problemów z
        braniem - bo wtedy ma czas dla siebie i swojego faceta i ich dziecka.
        Ale mój już często mówi: Tata, nie pogniewasz się, że do Ciebie nie wpadnę, bo
        mam impre z dziewczynami? - nie gniewam się, bo jesteśmy kumplami i to się
        rozumie. Dla mnie to wskazówka, że mogę zaczynać nowy związek a nawet pomyśleć o
        następmnym. A to, że musiałem mu dzień w dzień poświęcić parę lat, stracić parę
        kandydatek na partnerki? A co tam! Ważne, że jak patrzę na niego, to wiem że
        będziesz szczęśliwy bo... bo wie co znaczy kochać. To jest tzw. odpowiedzialne
        rodzicielstwo - wiem, termin już zapomniany, nie odgrzewany na róznych forach
        dyskusyjnych, podręcznikach czy mądrych debatach telewizyjnych.
        Ale ja o nim przypominam sobie i każdemu, kto się zastanawia co wybrać - dziecko
        czy własną wygodę.

        ODPOWIEDZIALNE rodzicielstwo nie pozostawia wyboru - zawsze dziecko.
        Jak komuś ciężko - to nie powinien mieć dzieci. Brutalne, ale prawdziwe.
        Dziecko to nie kotek, piesek czy chomik - to człowiek za którego los, życie i
        szczęście odpowiada i jego ojciec i jego matka - bezwzglednie !

        Miłego dnia
        • metalin Re: Odpowiedzialne rodzicielstwo 20.05.07, 12:35
          Miss, Glam , mimo całej złożoności problemu , dziecko dalej jest tym alibi,
          kartą w rozgrywce miedzy rodzicami , czasem nieodpowiedzialnymi.
          Trzeba mieć nadzieję , że wypowiedź autora da do myślenia weekendowym ojcom lub
          kandydatom na takowych.
          • woman-in-love Re: Odpowiedzialne rodzicielstwo 20.05.07, 12:43
            Najgorsze jest udawanie czegos, czego nie ma. dziecko czuje sie jak na
            przedstawieniu, porównuje swoich rodziców do rodziców innycj dzieci i nic mu
            nie pasuje. Nawet najgorsza prawda jest lepsza od udawania. A co do zobowiązań -
            dzieci mogą zostać przy ojcu przecież.
        • misssaigon Re: Odpowiedzialne rodzicielstwo 20.05.07, 13:01
          moje poglądy nie sa jedynie słuszne ani tez profesjonalne - nie jestem
          psychologiem, pedagogiem, terapeuta rodzinnym - dlatego moja argumentacja
          wypływa tylko z własnego doświadczenia i tego co widze w swoim otoczeniu. Nie
          sile sie na obiektywizm bo nie potrafie...:))

          wybór męzczyzny, który bedzie ojcem dzieci - jak widac z przykladow forumowych
          chociazby rzadko odbywa sie na podstawie racjonalnych przesłanek i pełnej wiedzy
          o wytypowanym partnerze - to takie "chybił - trafił" - czesto niestey "chybił" -
          duza role odgrywaja emocje, fizjologia, która ci mówi, ze ten osobnik
          biologicznie jest odpowiedni - wtedy wszystkie drogie sie prostuja.

          Z mojego własnego podwórka - pierwszego męza wybrałam "racjonalnie" z rozsądku -
          i pudło, drugiego - bo sie zakochałam, zauroczyłam ...w jednym i w tym drugim
          przypadku wybór moze sie okazać chybiony.

          czasami w małżenstwie kryzysy nadchodza nagle - bez "vacatio legis" - w pewnym
          momencie cos pęka, uczucie jakies dalej sie kołacze - ale nie ma juz wspolnoty,
          zrozumienia, przyjaźni, wsparcia ..itd itp...rozstania trudno sobie zaplanowac
          na dogodny moment. W czasie małzenstwa okazuje sie , ze istotne sa zupełnie inne
          cechy niz te które liczyły sie w narzeczeństwie - na prawde trudno jest
          "wybadac" kandydata na męza i uniknąc pomyłki.


          Jesli chodzi o opieke nad dziecmi - czesto jest to odzwierciedleniem generalnie
          podziału obowiązkow w malzenstwie - jesli tatus nie mial czasu i checi na rozne
          zajecia domowe i zajmowanie sie dziecmi w czasie malzenstwa - nie bedzie mial
          tego tez pozniej. Ponadto przyadki - kiedy tatusiowie rzeczywiscie chca mieszkac
          i zajmowac na pelnoetatowo dziecmi - sa bardzo rzadkie - w moim otoczeniu to max
          20% i to na wyrost - i to nie dlatego, ze niedobra matka uniemozliwia kontakty -
          ale dlatego , ze taki model funkcjonuje powszechnie - mezczyzna sie wyprowadza -
          zaklada nowa rodzine i ma nowe "piskleta"- dobrze jesli placi alimenty.

          Nie mówmy, ze to wina sądów, wrednych matek etc - tak ludzie postrzegaja role
          matki - ma wychowac dzieci, najlepiej kosztem zycia osobistego - jest model
          spolecznie akceptowalny i godny szacunku. Sytuacje kiedy matki oddaja dziecio
          ojcu pod opieka zwykle spotyka od razu dezaprobata srodowiska - "coz to za
          wyrodna matka". zdarza sie rowniez, ze kobiety padaja ofiara własnej dumy i w
          poczucie krzywdy mówia "niczego od niego nie potrzebuje, skrzywdzil nas, damy
          sobie rade" i świadomie rezygnuje z roszczeń w stosunku do ojca swoich dzieci.


          Nie odkryjemy tu Ameryki - zbyt wiele publikacji popełniono na ten temat - i
          choiaz mozna wyciagnac pewne wnioski czy zaobserwowac prawdłowosci - to kazda
          sytuacja jest inna i trzeba ja odrebnie oceniac.

          • anais_nin666 Re: Odpowiedzialne rodzicielstwo 20.05.07, 13:31
            Z przykrością muszę przyznać rację miss.
            Odpowiedzialnych ojców pewnie paru się znajdzie, jednak zdecydowana większośc
            panów(piszę z doświadczenia) ogranicza sie do płacenia alimantów i czasem
            zabrania dziecka na weekend.
            Mężcyzna odchodząc od zony bardzo często odchodzi też od dzieci...
            Zdarzają sie wyjątki, ale nadal są to tylko wyjątki.
            Ojciec odpowiedzialny (znam paru, tylko paru)... Ojciec odpowiedzialny mimo
            wszystko z dziecmi jest raz na jakiś czas i jak powiedziała miss to na matkę
            spada 90% czynności związanych z wychowaniem dzieci, dbaniem o nie itp.
            Mężczyzna musi zarobić na alimenty. I owszem. Żaden to wyczyn. Matka z reguły
            też pracuje i zarobionych pieniędzy nie odkłada w skarpetę na nowe sukienki, a
            przeznacza na codzienne życie. Często alimenty śmiesznie niskie nie pokrywają
            nawet 20% potrzeb.
        • zlotadusza Re: Odpowiedzialne rodzicielstwo 20.05.07, 18:22
          Glosatorr, piszesz: "Decyduj - czy chcesz zchrzanić dzieciom życie i dalej
          tkwić w związku, albo mieć bardzo trudno - ale w miarę normalne a może i
          szczęśliwe dzieci gdzieś w przyszłości."
          Nie jestem pewna czy przyznać Ci tu rację. Niby co ma wpłynąć na to, że dziecko
          potrafi kochac lub nie w przyszłości swojego partnera i mieć szczęśliwe życie i
          może też szczęśliwy związek? To, że będzie widziało jak matka kocha i przytula
          się do nowego partnera a ojciec do nowej partnerki? Że będzie widziało
          kochających sie ludzi a nie toczących wojny lub zgorzkniałych rodziców? Jakby
          to było takie proste.. Po pierwsze matka wcale nie musi znaleźć drugiej
          prawdziwej miłości, idealnego partnera, stworzyć spokojnego kochającego się
          związku a ojciec może do końca życia mieszkać sam z matką lub siostrą i
          sporadycznie przyprowadzać do domu panienki. Więc niby jak się te dzieci mają
          uczyc obserwując takich rodziców? I w ogóle to co ma do rzeczy widok kolejnego
          (oby udanego) związku matki czy ojca z umiejętnością kochania i szans na
          stworzenie zdrowego związku przez dziecko?
          Moi rodzice np są idealnym związkiem ja natomiast miałam pecha niewiadomo
          dlaczego. Mi się wydaje, że mój syn jest uczony miłości a różne sposoby i nawet
          jak nie widzi okazujących sobie miłość rodziców to raczej ten fakt nie powinien
          go znacząco okaleczyć uczuciowo. Jest kochany, przytulany przeze mnie, babcie.
          Mąż na swój sposób też mu okazuje zainteresowanie. Czasem udaje się nam
          współpracować i wtedy jest nawet fajnie. Syn potrafi okazywać emocje, potrafi
          kochać ludzi. A jak będzie kochał swoją przyszłą kobietę to życie pokaże. Nie
          jeden raz bedzie mieć przecież okazje obserwować nieszczęście, nieudane
          emocjonalnie związki innych ludzi, nie tylko swoich rodziców. Różne
          doświadczenia go spotkają i rozpadający się związek rodziców będzie kroplą w
          morzu tego, co może wpływać na jego życie, podejście do kobiet, związków.

          Ja również mam opory przed rozwodem. Ja również uważam, że to byłoby nie fair
          gdybym cały ciężar wychowania malutkich jeszcze dzieci musiała ponosic ja a
          mąż, tak jak zresztą sam mówił, pojawiał by się jedynie w weekendy albo i
          rzadziej, bo z jakiej racji (tak mówił) mam mieć przez rozwód lepiej i dzięki
          np wolnym weekendom umawiać się na randki i mile spędzać czas. Poza tym jest
          jeszcze jeden problem: czuję, że nie potrafiłby znaleźć drugiej partnerki
          życiowej. On wolałby wrócić do mamusi i z nia mieszkać po ewentualnym
          rozwodzie. Mój mąż niestety przez własne lenistwo woli, kiedy dzieckiem
          zajmuje się babcie, dziadkowie. Równiez przez lenistwo wiem, że nie zwiąże się
          z kolejną kobietą. Tak więc gdzie miałyby nasze dzieci widzieć tą miłość w
          związkach rodziców? Przecież wcale nie jest powiedziane, że rodzice po
          rozwodzie stworzą nowe, udane, prawdziwie partnerskie, kochające się związki.
    • artemisia_gentileschi Re: refleksja - Dziecko jako alibi 20.05.07, 15:15
      Bardzo slusznie napisane. Sama podjelam decyzje o rozwodzie mimo ze cala
      rodzina "dla dobra dzieci" mi to odradza. Coz, nie jestem masochistka i nic na
      to nie poradze, sorry, a takich wzorcow nie chce dzieciakom przekazywac.
      W kwestii opieki nad dziecmi po rozwodzie jestem zwolenniczka modelu
      szwedzkiego - dziecko mieszka na zmiane troche z mama, troche z tata, i opieka
      jest dzielona mniej wiecej po rowno. W Polsce niestety przyjety jest uklad typu
      dziecko zostaje przy matce, tatus sie zmywa, placi alimenty albo i nie,
      odwiedza dziecko w weekendy albo nie, czego by nie zrobil, nie spotka sie na
      pewno z zadna forma dezaprobaty ze strony otoczenia, "bo to tylko ojciec"
      a "mamusia jest dla dziecka najwazniejsza".
    • sagittka Re: refleksja - Dziecko jako alibi 20.05.07, 17:54
      Nie ma lepszego domu niż pełny, ale często dorośli nie są w stanie ze sąbą żyć
      i nie ma w tedy dobrego rozwiązania dla dzieci.
      Mają na codzień jednego rodzica, a drugi jest weekendowy lub mają w miarę po
      połowie każdego, ale wtedy żyją w dwóch domach, z poczuciem uporzedmiotowienia
      (ciągłe przemieszczanie, przekazywanie sobie dziecka, umawianie się).

      Dziecko zawsze potrzebuje rodziców, niezależnie od tego jacy oni są.
      Zauważcie, jak płaczą dzieci zabrane patologicznym rodzicom, z domów, w których
      była przemoc, głód, zaniedbanie, one nadal kochają rodziców, wierzą, ze ci się
      zmienią, chcą z nimi być.
      Myślę, że małe dziecko chciałoby mieć obojga rodziców także wtedy, gdy ci się
      już nie kochają, udają zgodne małżeństwo, mimo że nie zdaje sobie ono sprawy,
      że jest to także środkowisko patologiczne, tylko że z inną patologią.
      Starsze dziecko męczy się będąc świadkiem kłótni, cichych dni, chłodu i
      obojętności, no i nie dostaje pozytywnych wzorców. Tak naprawdę kierując się
      tylko dobrem dziecka trudno podjąć dobrą decyzję, natomiast jeśli weźmiemy pod
      uwagę jego dobro i do tego także nasze własne szczęście, to można znalęźć
      optymalne rozwiązanie.
      • misssaigon Re: refleksja - Dziecko jako alibi 20.05.07, 18:10
        nie ma optymalnych rozwiazan, mozna tylko minimalizowac straty i liczyc na to,
        ze dziecko kiedy dorosnie zrozumie i wybaczy nasze decyzje...ale lepiej nie
        tlumaczyc wszytkiego dobrem dziecka bo dziecko to dobro moze rozumiec inaczej -
        dzielimy zycie z naszymi dziecmi - tak wiec podejmujac decyzje dobre dla sibie
        muismy uznac ze beda one tez dobre dla dziecka - jesli zaakceptujemy te decyzje
        i bedziemy zyc w zgodzie ze soba - dziecko tez bedzie szczesliwsze
        • hard-candy Re: refleksja - Dziecko jako alibi 20.05.07, 21:01
          A ja po przeczytaniu tego wątku (i nietylko tego) mam taką refleksję - dlaczego
          ludzie, którzy zorientowali się, że ich związek to nie to, decydują się na
          dzieci. I na kolejne dzieci.
          Przykłady takie mam też z własnego otoczenia. Kiepsko funkcjonujący związek,
          pojawia się dziecko. Związek staje się beznadziejny już nie do wytrzymania i
          bach ! Drugie dziecko. Planowane, żadna tam wpadka. I wtedy zaczynają się jaja -
          czarne myśli, świadomość zmarnowanego zycia i myśli o rozwodzie, ale niestety
          niestety. Już nie tak łatwo z dwójeczką dzieci, zabrnęło się w końcu jeszcze
          dalej. Na pytanie: "po jaką cholerę decydowaliście się na drugie dziecko, skoro
          doskonale zdawałaś/łeś sobie sprawę, że w twoim małżeństwie jest beznadziejnie
          ?" Odpowiedź: "to już nie ma zbyt wielkiej róznicy, czy jedno, czy dwoje".
          Doprawdy nie ma ?
          • misssaigon Re: refleksja - Dziecko jako alibi 20.05.07, 21:21
            to ja teraz biblijnie pojade " "wiara, nadzieja, miłosc"

            ludzie wierza, że uda im sie naprawic zwiazek, maja nadziej ze dziecko , ich
            wspolna milosc do dziecka i poczucie odpowiedzialnosc powtornie scali ich
            zwiazek, czuja jeszcze do siebie milosc i uwazaja nastepne wyzwanie da im
            motywacje aby zamiast skupiac sie na wlasnych problemach odnowic w sobie milosc"

            a moja osobista refleksja - czasami człowiek sobie sam odbiera te łatwe drogi
            odejscia, mysli - jesli nie bedzie mi łatwo odejsc to nie odejde , bede czuc sie
            bardziej zmotywowany do walki o zwiazek - moze nielogiczne ale prawdziwe
            • glosatorr Dziecko jest celem samym w sobie 20.05.07, 22:36
              Ale nigdy nie jest środkiem do celu.
              Każdy, kto myśli, iż nowe dziecko cokolwiek naprawi, sklei, zmieni
              popełnia horrendalną pomyłkę. Wprost przeciwnie.
              Jeśli coś się w związku rozwala, to dziecko sprawi, że rozwali sie totalnie -
              wcześniej czy później. Dziecko zawsze jest OWOCEM miłości - jeśli nie jest,
              jest tragiczną, najbardziej cierpiącą ofiarą jej braku.
    • ika5 Re: refleksja - Dziecko jako alibi 20.05.07, 21:31
      Znalazlam sie tu przez przypadek , ale jestem wg mnie idealnym " klinicznym "
      przypadkiem opisujacym sytuacje o jakiej mowicie.
      Moi rodzice rozwiedli sie gdy ja mialam 22 lata ( wlasnie wyszlam za maz) a
      moj brat 18 lat ( wyjechal do innego miasta ). Dowiedzialam sie wtedy , ze
      byli razem tylko dlatego , ze na swiecie bylam ja i brat. W momencie , gdy
      dzieci sie usamodzielnily -
      • kawitator Re: refleksja - Dziecko jako alibi 20.05.07, 22:10
        Przeczytałem watek z uwagą. Nie źle piszecie Sam niestety nie mam nastroju do pogłębienia tematu. Pozwolę sobie jednak wrzucić takie zapytano.
        Jak zmieniłaby się sytuacja gdyby w wypadku rozwodu opiekę nad dziećmi z reguły przyznawano facetowi a matce pozostawały by alimenty do płacenia i widzenia weekendowe
        Proszę i pisać ze facet nie dałby rady bo to nieprawda Proszę nie pisać ze dzieci miały by gorzej bo to jeszcze większa nieprawda. Jak zmieniłby sie stosunek rodziców małżonków a przyszłych rozwodników jak by mieli przed sobą taka perspektywę
        • notting_hill Re: refleksja - Dziecko jako alibi 20.05.07, 22:51
          Mogę tylko za siebie- gdyby po rozwodzie dziecko miało zostać "przydzielone"
          mojemu mężowi, stanęłabym na głowie żeby on tego rozwodu nie dostał. Mimo całej
          beznadziejności małżeństwa, NIGDY nie zgodziłabym się w takiej sytuacji na
          rozwód. Tyle, że to nie ja chciałam rozwodu w naszym wypadku, ja się tylko na
          niego z braku innej możliwości zgodziłam.

          Rozwód jest naprawdę traumatycznym przeżyciem, nikt o jako takiej wrażliwości
          nie funduje go sobie ot tak. Pozostanie weekendowym rodzicem nie z własnej woli
          najprawdopodobnie uczyniłoby tę sytuację niemożliwą do zniesienia, nie umiem
          sobie tego nawet wyobrazić. Ale, jak już wspomniałam, w naszej rodzinie rozwód
          odbył się z inicjatywy exa, ja nie poczuwam się do jakiejś znaczącej winy za
          rozpad tego małżeństwa, więc niejako ma co chciał.
        • misssaigon Re: refleksja - Dziecko jako alibi 21.05.07, 08:32
          kawi - nie mozna uciec od biologicznych i spolecznych funkcji jakie sa zwiazane
          z płcią..zmiany w swiadomości społecznej zachodza bardzo powoli i realia zycia
          rzadka za nimi nadązaja..jak juz wczesniej napisałm - spoleczenstwo nie
          akceptuje pozostawiania dzieci ojcom - dopoki sie to nie zmieni to kobieta sama
          bedzie sie najczesciej poczuwac do brania na sibie calosci ciezaru opieki nad
          dziecmi w momencie rozwodu...moze zmini sie to gdy zaakceptujemy model rodziny
          homoseksulanej - dwaj tatusiowie plus dziecko/dzieci..

          z bioologicznego punktu widzenia - instynkt macierzynski i mozliwosc karmienia
          piersia predystynuja kobieta do opiekowania sie dziecmi w czasie wczesnego
          dziecinstwa - i prosze mi nie mowic, ze tatusiowie umieja robic to tak samo -
          zapewne staraja sie - ale to nie znaczy, ze beda matkami dla swoich dzieci, tak
          jak kobiety nie beda ojcami dla swoich i nie naucza dzieci tego - czego ojcowie
          zwykle ucza...

          tu sie nie spelni reguła prostego zastępstwa...

          przyklad z zycia - mialam kilku narzeczonych wychowawywanych przez samotne matki
          - i nauczona tym doświadczeniem kiedy tylko taki absztyfikant pojawil sie na
          horyzoncie - uciekalam gdzie pieprz rosnie - odpowiedzcie sobie sami na pytanie
          dlaczego:D
          • acti1 a ja uciekam, jak uslysze ze rodzice K sie rozwied 21.05.07, 11:23
            a ja uciekam, jak uslysze ze rodzice kobiety sie rozwiedli, ale opoznili rozwod ze wzgledu na studia corki itp. Upewniam sie jeszcze - ale to zazwyczaj tylko formalnosc - czy matka przesadnienie nie holubi swej sorki...(( poprostu zauwazylem, ze kobiety nie majace doswiadczen z oserwacja kochajacych sie rodzicow, zyje uproszczeniami n/t mezczyzn, a na dodatek "meski swiat" przezyc i zainteresowan stanowi dlan jakis niezrozumialy balast, ktory mezczyzna wnosi jej do zwiazku...Zero porozumienia.
          • reni888 Re: refleksja - Dziecko jako alibi 21.05.07, 18:51
            misssaigon napisała:

            > kawi - nie mozna uciec od biologicznych i spolecznych funkcji jakie sa
            zwiazane
            > z płcią..zmiany w swiadomości społecznej zachodza bardzo powoli i realia zycia
            > rzadka za nimi nadązaja..jak juz wczesniej napisałm - spoleczenstwo nie
            > akceptuje pozostawiania dzieci ojcom - dopoki sie to nie zmieni to kobieta
            sama
            > bedzie sie najczesciej poczuwac do brania na sibie calosci ciezaru opieki nad
            > dziecmi w momencie rozwodu...moze zmini sie to gdy zaakceptujemy model rodziny
            > homoseksulanej - dwaj tatusiowie plus dziecko/dzieci..
            >
            > z bioologicznego punktu widzenia - instynkt macierzynski i mozliwosc karmienia
            > piersia predystynuja kobieta do opiekowania sie dziecmi w czasie wczesnego
            > dziecinstwa - i prosze mi nie mowic, ze tatusiowie umieja robic to tak samo -
            > zapewne staraja sie - ale to nie znaczy, ze beda matkami dla swoich dzieci,
            tak
            > jak kobiety nie beda ojcami dla swoich i nie naucza dzieci tego - czego
            ojcowie
            > zwykle ucza...
            >
            > tu sie nie spelni reguła prostego zastępstwa...
            >
            > przyklad z zycia - mialam kilku narzeczonych wychowawywanych przez samotne
            matk
            > i
            > - i nauczona tym doświadczeniem kiedy tylko taki absztyfikant pojawil sie na
            > horyzoncie - uciekalam gdzie pieprz rosnie - odpowiedzcie sobie sami na
            pytanie
            > dlaczego:D
            jestem taka smaotna matka, po prostu źle wybrałąm tatusia dla mojego dziecka a
            pewnie i sAma MAM JAKIS DEfekt w tworzeniu trwalych zwiazkow ,ale nie otym
            chcialam. Mianowicie bardzo przeraza mnie myśl, ze moj syn bedzie mial w
            dorosłym zyciu klopoty z tozsamoscia po prostu "byciem mezczyzna"... Czy mozna
            temu jakos zapobiec? uleczyc? Syn ma 13 lat
            • kawitator Re: refleksja - Dziecko jako alibi 21.05.07, 20:36
              jestem taka smaotna matka, po prostu źle wybrałąm tatusia dla mojego dziecka a
              > pewnie i sAma MAM JAKIS DEfekt w tworzeniu trwalych zwiazkow ,ale nie otym
              > chcialam. Mianowicie bardzo przeraza mnie myśl, ze moj syn bedzie mial w
              > dorosłym zyciu klopoty z tozsamoscia po prostu "byciem mezczyzna"... Czy mozna
              >
              > temu jakos zapobiec? uleczyc? Syn ma 13 lat
              Oczywiście można ;-)))
              To nie jest tak ze każdy facet wychowywany przez samotna matkę jest metropopaprańcem. Dużo matek daje sobie radę . Z tego co obserwuje to najtrudniejsze dla matki jest uznanie ze syn to facet a nie dziecko lub przytulanka oraz, że swoją miłością robi mu krzywdę
              Trzynastoletni chłopak to nie dziecko to juz prawie facet Nie wymaga opieki a stawiania celów i wymogów Mają być trudne i ambitne a nie na niby. Wzorcem męskości może być wujek czyli brat matki, ktoś z dalszej rodziny czy nawet trener sportowy. Może też być ojciec pod warunkiem ze nie wylewałaś na niego codziennie wiadra pomyj przed synem co jest taka typowa reakcją rozczarowanej kobitki To że ty nie mogłaś dogadać się z facetem nie znaczy ze młody i straszy facet się nie potrafią świetnie dogadać. Trzeba dać im tę szanse szczególnie ze facet jest przerażony na widok dwulatka natomiast z 10 czy 134 latkiem dogaduje się świetnie. Mogą pójść na ryby, żagle czy w góry. Nic sobie złego nie zrobią ;-))))))
              Facet musi poznać świat na sobie. Poparzyć paluszki i od czasu do czasu dostać w tyłek Czasami dać po mordzie i czasami zerwać w nos. Jak mu zabierzesz swoja opiekuńczością i miłością te możliwości to wychowasz kalekę a nie faceta
              Nie wychowujesz synka dla siebie Wychowujesz go dla innej kobitki wiec zrób to dobrze.
              • reni888 Re: refleksja - Dziecko jako alibi 21.05.07, 21:02
                Dziekuje...W sumie tak włąsnie staram sie go wychowywac tylko, ze jak czytam
                takie wypowiedzi uogolniajace, ze synowie samotnych matek sa zawsze do bani to
                zaraz panikuje, ze moje wysilki i tak pojda w łeb.
                • misssaigon Re: refleksja - Dziecko jako alibi 21.05.07, 21:24
                  nie zawsze do bani - ale takie przypadki sa po prostu bardziej widoczne -
                  samotne matki maja tendencje do zawłaszczania synów, robienia z nich zastepczego
                  mezczyzny swojego zycia" - a synowie poczuwahja sie do dozgonnego zwiazku ze
                  swoja matka - czesto kosztem aktualnych partnerek.

                  Zeby być madra matka trzeba byc madrym czlowiekiem - symbiotyczny zwiazek z
                  synem nie zrekompensuje nieudanego malzenstwa - a czesto pelni taka role
                  • your_and Re: refleksja - Dziecko jako alibi 21.05.07, 21:45
                    > Zeby być madra matka trzeba byc madrym czlowiekiem - symbiotyczny zwiazek z
                    > synem nie zrekompensuje nieudanego malzenstwa - a czesto pelni taka role

                    Często? Prawie zawsze. I dobre checi i wiedza tu nie pomogą. Jeżeli kobieta nie
                    ma partnera który zaspokaja jej potrzeby emocjonalne jej emocjonalność nie może
                    trafić w pustkę - symbiotyczny związek z synem który zaspokaja naturalną
                    potrzebę bliskości jest nieunikniony.
                    A lokowanie emocjonalnych potrzeb w dziecku które powinny być realizowane z
                    dorosłym zaburza jego psychikę.
                  • zlotadusza Re: refleksja - Dziecko jako alibi 21.05.07, 22:49
                    No to mój mąż to taki właśnie typ wychowywany przez matkę, bo ojca mało w domu
                    było, szukał szczęścia w innym domu, aż wreszcie, kiedy mój przyszły
                    mąż "dorósł" wreszcie się rozwiedli. Naprawdę trudno chyba w dzisiejszych
                    czasach spotkać człowieka tak bojącego się życia jak mój mąż. Najgorsze jest
                    to, że lęki które go ograniczają są nieuleczalne a na moją chęć pomocy reaguje
                    agresją, przez co moja niechęć do niego narasta. Męża ciągle wiążą silne więzi,
                    często zachowuje się jak kaleka życiowa, za którą trzeba o wszystkim myśleć,
                    stać nad nim "z batem" jednak popychanie do działania przynosi odwrotny skutek.
                    Bardzo się boje o mojego syna, aby nie skończył jak mój mąż. Przez to moje
                    nieudolne małżeństwo musiałam sie po cześci zamienić w "faceta" i staram się
                    uczyć syna męskich zachowań, odwagi życiowej. Pozwalam mu doświadczać więcej
                    niż zwykle pozwalają panikarskie matki czy babcie. Wielu rzeczy, których
                    powinien uczyć ojciec niestety uczę ja. Obawiam się jednak, czy to aby dobra
                    droga. W końcu jestem kobietą. Jak mój syn będzie w przyszłości postrzegać i
                    wybierać kobiety?
                    • bugbuddy Re: refleksja - Dziecko jako alibi 21.05.07, 23:59
                      Hej,

                      Mogłabyś napisać coś więcej o przypadku swojego męża?
    • ika5 Re: refleksja - Dziecko jako alibi 20.05.07, 22:16
      i poczytalam to forum ...... i widze , ze sie nie wpasowalam !
      nie poparlam rozwodzenia sie... z powodu " bo tak mi sie chce "....probuje dac
      dowody na to , ze dzieci nie koniecznie musza emocjonalnie w tymze rozwodzie
      uczestniczyc. Wszystko zalezy od postawy rodzicow.
    • lilyrush Re: refleksja - Dziecko jako alibi 21.05.07, 15:15
      Hmm..jak dla mnie bardzo akualny temat- dziecko i rozstanie.
      Najpierw napisze, ze podjećie decyzji o urodzenia dziecka licząc
      na "poruszenie"mojgo męża była pomyłką. Wiem to doskonale, ale nie każcie mi
      teraz tego żałowac...
      Moej dziecko ma rok. Mąż na moja rosbe wyprowadził sie miesiac temu- narazie an
      okres 3 m-cznej seoparacji, zeby zobaczyc czy mamy co sklejac.
      Powodem najbardziej namacalnym były objawy klinicznie mojej depresji- leki
      przestały mi jzu działać. miałam jako altermatywe albo zamkniecie sie na jakims
      oddziale albo zakończenie smetnego zywota pełnego porażek. To, ze nadal jestem
      zawdzieczam mojej mamie
      Jeśli sie rozejdziemy to ja wyprowadzam sie ostatecznie z mieszaknia, bo ono
      jest meza (rodzielnosc majątkowa). Kupuje sobie właśnei mniejsze, dla dzeicka i
      dla mnie. Ale jestem wtej dobrej sutuacji, ze finansowo moge sobie na to
      pozwolic. Zwyczajnie w naszym zwiazku to ja byłam głowa rodziny. Nowe
      mieszkanie jest bardzo blisko obecnego- właśnie po to, zeby i ojciec i jego
      rodzice nie mieli żadndgo problemu z kontaktem z dzieckiem. Mój maz teraz
      spedza z małym właściwie tyle samo czasu co poprzdnio- z tym wyjatkeim, ze nie
      ma go w domu, jak mały śpi. No i jak on jest z dzieckiem to mnie nie ma i
      odwrotnie. Tylko myśmy ise z mężem nie kłócili i nadal sie lubimy.
      Odkad on sie wyprowadziłm jest mi psychicznieo tyle lepij, ze aż sie tego
      boje...Ale nie czarujmy sie- fizycznie jest trudniej. No teraz amły ma
      zabkowanie i akurat zachorował. Kiedy byliśmy we dwoej wstawaiśmy do niego w
      nocy na zmiane- teraz jestem tylko ja. Weicie jak moze człwoieka zdołowac
      permanentne niedosypianie? I ile rzeczy przestaje byc proste, kiedy jest sie
      samą-mamą...
      Co do innych nowych zwiazków- pomijajc to, że nie wierze, ze ktoś mnei jeszcze
      zechce to nawet jesli- nie wiem czy ise odwaze. bo jesli cos nie bedzie sie
      układac, to zafunduje jeszcze dodatkowa rewolucje dziecku. Skonczyła sie
      beztroska wolnego człowieka- teraz to, co zrobie odbije sie tez na dziecku.
      Nie pisze tego, zeby ise skarżyc na zły los albo żeby mnie ktoś pożałował. Mam,
      co sama chciaąłm. to moja decyzja. Jest mi ogólnei lepij, ale na codzień
      potwornei cieżko. I wbrew temu co ise komus moze wydawac- to, ze ja podjełam tą
      decyzje nie oznacza, że to wszystko spływa po mnie jak po kaczce.
      Rozumeim kobieyt, które nie che tego robic. Ja tez mam powazne chwiel słabosci.
      I wiem, ze moj maz liczy na to, ze sie złamie. ze stwierdze, ze lepszy on niz
      nikt...
      • woman-in-love rozwód "tragedią" 22.05.07, 09:46
        jak chce doktryna kościelna, panująca w naszej kulturze nawet nad ateistami -
        rozwód przedstawiany jest jako "tragedia". Być może dawniej, kiedy od całości
        małżeństwa zależało przezycie - istotnie było to nieszczęscie. Ale czasy się
        zmieniają i nie ma już powodu tkwić w upiornych sado-masochistycznych
        więzieniach zwanych szumnie rodzinami, a rozwód jest po prostu rozejsciem się
        dróg dwojga ludzi. Nic nie stoi na przeszkodzie kulturalnemu utrzymaniu
        kontaktów, sprawowaniu wspólnie opieki nad dziećmi i neutralizowaniu ujemnych
        skutków takiego obrotu sprawy. Niestety, ideologia potrzebuje meczenników i w
        związku z tym ludzie rozwodzący się są przedstawiani jako przeniewiercy (mit o
        nierozerwalności małżeństwa) a ich dzieci naznaczeni jako "mali męczennicy".
        Matki niekoniecznie opieraja sie na swoich synach jako zastępczych mężach.
        Świeze rozwódki maja spore wzięcie. Nie kwapią sie zbytnio do nowego mariażu,
        skąd bowiem wiadomo, jak nowy mężczyzna będzie odnosil się do dzieci?
        Bezpieczniej więc jest utrzymać przyjacielski zwiazek z nowym mężczyzną bez
        angazowania syna jako zastępczego męża. Duzo złego narobiła tu książka
        Eichelbergera "Zdradzony prze ojca". Piętnuje sie w niej porzucone matki jako
        pożeraczki i kastratorki własnych synów. Trujaca wprost lektura. Nie wiem, jaką
        Wojciech E. bierze odpowiedzialność za te wypociny i na jakich podstawach je
        opiera.
        • your_and Re: rozwód "tragedią" 16.06.07, 17:36
          woman-in-love napisała:
          > Bezpieczniej więc jest utrzymać przyjacielski zwiazek z nowym mężczyzną bez
          > angazowania syna jako zastępczego męża. Duzo złego narobiła tu książka
          > Eichelbergera "Zdradzony prze ojca". Piętnuje sie w niej porzucone matki jako
          > pożeraczki i kastratorki własnych synów. Trujaca wprost lektura. Nie wiem,jaką
          > Wojciech E. bierze odpowiedzialność za te wypociny i na jakich podstawach je
          > opiera.

          Zebrałem się żeby ci odpowiedzieć w tym drażliwym jak uważam temacie.
          Zgadzając sie z pierwszą cześcią, nie rozumiem dlaczego odebrałaś tak źle
          "Zdradzony przez ojca". Niestety mając sam wiele włanych doświadczeń i próbując
          z nich wybrnąć uważam że jest bardzo, bardzo trafna - niestety.
          Samo zwrócenie uwagi przez Eichelbergera ze miłość macierzyńska może być
          toksyczna było obrazoburcze i odkrywcze w naszej maryjnej kulturze.
          Że samotne matki rekompensują sobie braki relacji miłości partnerskiej robiąc
          zastępczego emocjonalnie partnera z syna, lub przelewając truciznę i nienawiść
          do mężczyzn córce a potem jedne i drugie ma problemy z miłością zaangażowaniem,
          relacjami i powtarzają los rodziców to po prostu fakt i to nie tylko dla tego ze
          zabrakło im wzorca.
          Ale jednocześnie podkreślenie w tej książce że relacje emocje wobec dorosłych
          nie powinny byc przenoszone na dzieci świadomie lub nie jest bardzo ważna. Tak
          samo jak to że warto próbować szukać i inwestować nawet w nowy związek by być
          właśnie lepszym rodzicem szczęśliwym i zrealizowanym. Innaczej to właśnie
          poświacalnictwo a nie poświecenie, dzieci nie potrzebują do rozwoju tej części
          naszej miłości.
          • sylwiamich Re: rozwód "tragedią" 17.06.07, 15:34
            Byłam w związku gdzie nie było awantur, zdrad, alkocholu...jedynie chłód.Moja
            córcia żeby usnąc musiała utykać kołdrę...często kończyło się to atakami
            histerii...bo kołdra robiłam się za krótka by sie przykryć.Syn moczył się w
            nocy.Mogłabym wymieniać jeszcze kilka godzin objawy przebywania w "pełnej
            rodzinie".Pomyślałam:"Do cholery!Chcę żęby dzieci widziały matkę szczęśliwą,
            jako kobietę.Jakie wiano dam im na dorosłe życie?Czego ich uczę?".
            Wyprowadziłam się...obce miasto, brak pracy-dojeżdżałam przez 2 lata 140km.Było
            żle...ale paradoksalnie zaczęliśmy się wszyscy uśmiechać:)Dzieci przestały mieć
            schizy....a ja przytulałam się do kogoś.Nie wyszło....ale nie tracę
            nadziei...będę szukać i będę kiedyś bardzo szczęsliwa...dla swoich
            dzieci...żeby dać im siłę na zmiany w swoim życiu.......Siedzę teraz przed
            kompem....słuchawki na uszach....dzieci mówią:"Mama...dom się pali"Potem
            stwierdzają ze śmiechem:"Słyszy...."
          • woman-in-love Re: rozwód "tragedią" 17.06.07, 15:41
            hej, Your - tak się składa, że przyjaznię sie z wydawcą tej książki, nawet długo
            rozmawilismy o niej i on sam przyznał,że jest bardzo przeholowana. Ja rozumiem,
            że problem istnieje, ale sposób przedstawienia w tym dziele jest IMO nie do
            przyjęcia. Ew. odszukam egzemplarz i wypunktuję ci, co mnie razi. Jako samotną
            matke ofkors.
    • jagandra Re: refleksja - Dziecko jako alibi 17.06.07, 16:53
      Uważam, że dziecko jest powodem, by starać się poprawić związek, rozwiązywać
      problemy, ale nie żeby tkwić w nim.
      Względy praktyczne (trudność utrzymania siebie i dzieci, zorganizowania opieki)
      to inna parafia, ale są bardzo ważne.
      • lena2505 Re: refleksja - Dziecko jako alibi 18.06.07, 00:03
        glosatorr napisał"
        "Każdy, kto myśli, iż nowe dziecko cokolwiek naprawi, sklei, zmieni
        popełnia horrendalną pomyłkę. Wprost przeciwnie.
        Jeśli coś się w związku rozwala, to dziecko sprawi, że rozwali sie totalnie -
        wcześniej czy później. Dziecko zawsze jest OWOCEM miłości - jeśli nie jest,
        jest tragiczną, najbardziej cierpiącą ofiarą jej braku."

        To jest to, o czy bardzo często nie myślimy!!!!

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka