glosatorr
20.05.07, 11:08
Przeczytałem już połowę postów w tym Forum i widzę, że coś przechodzi w nich
ukryte w tle. Jest coś wspólnego co łączy wiele oderwanych od siebie wątków.
Oto Pani pisze, że nie może już patrzeć na męża, inna nie może go dotykać,
inny Pan nie ma seksu od iluś tam lat, jeszcze inny szuka kochanki, bo
zwariuje gdyż żona poświęca się wyłacznie dla dziecika a jego ignoruje i tak
dalej i tym podobnie.
I są razem mimo, że ich już nic nie łączy poza...? Poza dzieckiem.
Piszecie bolesne posty o tym, jak cierpicie w związkach, jak jesteście dla
siebie obcy, ale z dumą piszecie, że robicie to wszystko bo "mamy dzieci" - i
w tym momencie następuję wielokropek, zawieszenie dramatyczne głosu, potok łez
i utyskiwań.
Małżeństwo jest już nim tylko z nazwy, rodzina jest już w rozsypce - dwoje
ludzi to niedawno szalejących w sypialni, kochających się razem tylko
sublokatorami w swoim domu. Wracacie do domu jak do hotelu, odbębnić często po
łebkach obowiązki małżeńskie i rodzinne.
I nagle jedynym motywem, który powstrzymuje Was od rozejścia się, bo przecież
z Waszych małżeństw, rodzin zostały jeno gruzy - jest nieśmiertelne alibi:
jestem z nią, jestem z nim "bo mamy dziecko".
Też tak tkwiłem bez seksu, bez miłości, w awanturach, z już dawno byłą żoną a
żoną wyłacznie na papierze dłuższy czas. Udawaliśmy nieudolnie przed
dzieckiem, że jeszcze jest rodzina do czasu, kiedy wiarołomna żona zaszła w
ciążę z kochankiem i awantury trwały i trwały. Ja powiedziałem dość.
Ona myślała, że dziecko nic nie wie, ja wiedziałem, że musi wiedzieć, bo jej
awantury niosły się po cąłym osiedlu. Potem siedliśmy całą rodziną, ja zaś
powiedziałem 10 latkowi nieśmiertelne pytanie: "Chcesz nas o coś zapytać"
A mały zapytał: "Czy mnie jeszcze kochacie?"
Rozmowa była trudna, bo jak wyjaśnić dziecku, że rodzice się już nie kochają,
za to jego wspólnie kochamy i kochać będziemy. Były łzy - wszystkich, ale była
spokojna dojrzała rozmowa. Na końcu, gdy już się wszystko zakończyło mały
odpowiedział: "Wiecie, ja wszystko widziałem, podsłuchiwałem Was jak się
kłociliście w kuchni, ale nie widziałem dlaczego, teraz wiem" wstał pocałował
mamę, tatę i poszedł się bawić. Rozstaliśmy się.
Wasze dzieci, no chyba, że są oseskami - wiedzą, że między Wami jest źle, ale
nie wiedzą dlaczego. Nawet jeśli rozmawiacie bez niego, on ma sprzeczne
informacje. Bo wie, że rodzice powinni się kochac a nie wie czy to co widzi to
miłość czy wojna. I nie wie o co te krzyki miedzy tymi, których kocha. Cierpi
chociaż to ukrywa, nosi to w sobie.
A potem, kiedy dziecko już jest duże, ucieka z domu byle dalej. I samo nie
potrafi ułożyć sobie życia, bo nie wie czemu ona czuje awersję do facetów,
czemu on zalicza panienki ale nie potrafi w żadnej się zakochać, lub przy byle
okazji biorą się za łby.
Bo jak potem Wasze dziecko ma wiedzieć - jak się kochać, jak dochodzić do
kompromisów, jak okazywać uczucia, jak budować związek - jeśli tego go nie
nauczyliśmy? Cierpimy w imię odpowiedzialności za dziecko.
A to wszystko to jest jedna wielka bzdura.
Bo dziecko nie wie jak całować i przytulać się, co znaczy być mężczyzną i
kobietą, jak kochać i jak wybaczać, jak dochodzić do konsensusu, jak budować
związek... nie wie i w fikcji jaką niekochający się rodzice tworzą - nigdy się
nie nauczy.
Będzie przesiąknięte Waszym fałszem, będzie cierpiało i miało stresy których
źródła nie jest w stanie zlokalizować, bo nie zna prawdy.
Będzie widziało rodziców śpiących osobno, kłócących się, znikających
wieczorami, milczących lub sztucznych na codzień, przy rodzinnym stole.
Dla "dobra dziecka" tworzymy alibi, które niszczy, okalecza a później czyni z
naszych dzieci - dzieci emocjonalnie zubożone i tak na prawdę nieszczęśliwe.
Sztuka mądrego rozstawania się - tu pokazuje klasę ludzi i szacunek i miłość
do dziecka. Dla dobra dziecka można się rozstać w przyjaźni, gdzie dziecko
będzie szczęśliwe, że chociaż boli je, że rodzice się nie kochają, ale są
fajni razem kiedy oboje się o mnie troszczą.
Dziecko z bólem, ale łatwiej zaakceptuje rozstanie rodziców, bo samo ma w
swoim otoczeniu inne dzieci z rozbitych małżeństw i w końcu zrozumie, że tak
bywa. Ale będzie cierpieć całe życie, nawet będąc dorosłym, żeście te swoje
dzieci, dla ich dobra okaleczyli odbierając atmosferę miłości, której
potrzebują jak tlenu by stać się później normalnymi, kochającymi mężami,
żonami, rodzicami.
Jeśli oboje widzicie, że się nie kochacie - Wasze dziecko widzi to jeszcze
boleśniej. Mówiąc, że będę z nim, z nią dla dobra dziecka - emocjonalnie
okaleczacie swoje dzieci i odbieracie im wzorzec kochania. A nie mając go -
mają wszystko ze swoimi przyszłymi związkami przerąbane na całe życie
Tak to ja widzę.