cse
09.10.07, 21:03
Cieszę się, że trafiłem na to forum; z zainteresowaniem czytam je już od
pewnego czasu. Chciałem teraz zadać swoje pytanie, chociaż, jak sądzę, jest
ono skierowane jedynie do części Forumowiczów: Jak radzicie sobie z
ograniczeniami nakładanymi przez katolicką etykę seksualną w zakresie
antykoncepcji?
Pytam dlatego, że sam mam z tym duży problem. Oboje z żoną jesteśmy
katolikami praktykującymi, wliczając w to zagadnienia katolickiej etyki
seksualnej (dalej: KES) - w aspekcie tego wątku należy to czytać: stosujemy
tylko naturalne metody antykoncepcji. Nasze kilkuletnie już obserwacje
prowadzą nas jednak do pesymistycznego wniosku, że KES w żaden sposób nie
pomaga pielęgnować/rozwijać namiętności między małżonkami; działa wręcz
przeciwnie.
W naszym przypadku jest tak: żona ma okres 7-8 dni. Wyczytaliśmy gdzieś, że
plemniki mogą w skrajnych przypadkach przeżyć do 5 dni. Ponieważ żona ma
stresującą pracę związaną również z wyjazdami, dzień owulacji często przesuwa
się. 8+5 daje 13, biorąc więc pod uwagę możliwość przyspieszenia owulacji,
współżycie w pierwszej połowie cyklu nie wchodzi w grę, jako zbyt ryzykowne.
Potem dochodzi kolejne kilka dni na owulację i "bufor bezpieczeństwa" po niej
(a źródła mówią, że czasem po pierwszej owulacji występuje też druga po dwóch
dniach, więc bądź tu człowieku mądry, kiedy to już wreszcie dni płodne się
kończą; metoda objawowa, przynajmniej w naszym przypadku, jest czasem trudna
do stosowania).
Po tych wszystkich "odliczeniach" zostaje raptem około 8 dni, kiedy możemy
czuć się bezpiecznie w sensie niezachodzenia w ciążę. No i teraz dochodzą do
tego czynniki zewnętrzne typu stres, delegacje, brak humoru i inne takie, więc
częstotliwość naszego współżycia jest, delikatnie mówiąc, niska.
W naszym przypadku mój apetyt na seks jest znacznie większy niż żony. Muszę
jednak przyznać, że całkowicie rozumiem jej relatywnie niskie zainteresowanie
współżyciem nawet i w tych wspomnianych ośmiu dniach, bo trudno tu mówić o
spontaniczności, kiedy z góry wiadomo, że właśnie w tym tygodniu ja będę
"atakował". Na dodatek oboje mamy świadomość, że "jeżeli nie teraz, to
następna okazja będzie dopiero za miesiąc", co powoduje u obojga frustracje
(chociaż może z różnych powodów).
Jak więc widzicie, w naszym przypadku stosowanie KES sprowadza seks do
arytmetyki (odliczanie) oraz dyplomatyki i łowów w ostatnim tygodniu cyklu. W
tym aspekcie o romantyczność trudno a o frustracje łatwo.
Czy ktoś z Was boryka się z podobnym problemem i może podzielić się swoim
doświadczeniem w jego rozwiązaniu?
cse