Dodaj do ulubionych

Moje małżeństwo

18.11.07, 21:02
Przyjrzałam sie mojemu małżeństwu z boku ,mam nadzieje chłodnym okiem.
Podsumowałam oczekiwanie męża względem mnie i są to:
1.Seks
2.Dobry humor(ale taki znikąd ,mam być po prostu miła i uśmiechnięta)
3.Nie obarczania go moimi potrzebami i pragnieniami ( chce świętego spokoju)
I teraz uwaga-gdy wszystkie jego oczekiwania zaspakajam ,staję sie dla niego
niewidoczna.Mąż przestaje na mnie zwracać uwagę.Nasz wieczór w 99% przypadków
wygląda tak:mąż przychodzi z pracy,włącza internet,robi sobie w miedzy czasie
parę herbat,robiąc też mi ( o super),o godz 12 żąda( tak właśnie-żąda) sexu,bo
lubi spać po orgaźmie,o 1 idzie spać.Gdy seksu nie ma ,bo np już śpie -robi to
przed kompem, gdy nie śpie-ale nie mam ochoty( nie jest to normą) obraża
sie(wynosi sie spać do drugiego pokoju,nie odzywa sie) lub obraża
mnie(usłyszałam juz sto razy,że jestem oziębła).
I tak wygląda nasz wieczór.Koszmar,marazm i zgnilizna.
Co zyskuje zaspakajajac jego potrzeby? Zadowolonego męża,brak hustawek
emocjonalnych,względny spokój.Co tracę? Poczucie własnej wartości i
atrakcyjności ( czuję sie jak gumowa lala z otworem).
Nie mam pojęcia dlaczego dałam sie uwikłać w taki związek,nawet trudno mi
ocenić czy taki związek to norma i czy nie mam zbyt
wygórowanych,idealistycznych potrzeb? Czy może to ja prowokuje takie
zachowanie,na które później narzekam.Sama nie wiem.
Mam sex( byle jaki, ale jest),mąż mi pomaga w domu,nie włóczy po
nocach,pracuje.Podzielcie sie oceną tej sytuacji,bo ja już nie umiem
stwierdzić co dobre ,a co złe.
Obserwuj wątek
    • amina.mina2 Re: Moje małżeństwo 18.11.07, 21:26
      Nie chcę ci radzić , żebyś z nim pogadała, bo zapewne to juz nie raz
      robiłaś. Zaproponuj wieczorem jazdę dowolną, zamiast nudnego do bólu
      krótkiego programu obowiązkowego. Poza tym ważne jest , żeby
      wiedział o TWOICH potrzebach, pragnieniach, nie może tak byc, że
      tylko jedna strona zaspokaja potrzeby i nie ma nic w zamian.
      • orange_tail Re: Moje małżeństwo 18.11.07, 23:31
        i właśnie dlatego nie chcę mieć męża, ani faceta "do mieszkania". wolę być
        kochanką i zgarniać to, co najlepsze.

        czemu ludzie tak gnuśnieją razem? to straszne...

        mimo wszystko, podziwiam wieloletnie pary, w których wszystko, łącznie z seksem,
        gra jak w szwajcarskim zegarku. od lat. zazdroszczę. jest ich tak niewiele. ale
        klucza nie znam do tej pory :)



        • gomory Re: Moje małżeństwo 18.11.07, 23:52
          Trudno byc "wieczna" kochanka i zawsze zgarniac to co najlepsze.
          Po pierwsze mezczyznom pasuja takie uklady w nieskonczonosc, bo daja poczucie, ze ten zwiazek jest niezalegalizowany i zawsze moze jeszcze sie cos na boku wydarzyc. Z czasem coraz bardziej trudno z kochanka zrobic kogos bedacego wsparciem w np. chorobie. W koncu on zna Ciebie tylko z lepszej strony, to po co mu poznawac gorsza czy zwyczajna? Ty takze nie wisz jakby sie zachowal w sytuacji gdybys potrzebowala poswiecenia, wsparcia i opieki.
          Bedac tylko kochanka nie masz szans na korygowanie uciazliwych cudzych nawykow. Nie uczysz ani siebie ani jego codziennych kompromisow. Nie znasz go jakim jest naprawde, tylko jakim sie kreuje w chwilach gdy jestescie razem. Im dluzej jestes sama tym mniej w przyszlosci bedziesz sklonna do poswiecania czastki siebie dla zwiazku. Mezczyzni w kochankach nigdy nie chca widziec matki.
          Gdybym ja byl kobieta to po okresie szalenstw i badan rynku matrymonilanego dazylbym do stalego zwiazku, to daje mocne oparcie w zyciu. A mialbym chyba z tym trudniej niz Ty, bo na 100% bylbym lesbijka ;).
          • orange_tail Re: Moje małżeństwo 19.11.07, 00:31
            > Po pierwsze mezczyznom pasuja takie uklady w nieskonczonosc, bo daja poczucie
            ze ten zwiazek jest niezalegalizowany i zawsze moze jeszcze sie cos na boku
            wydarzyc. Z czasem coraz bardziej trudno z kochanka zrobic kogos bedacego
            wsparciem w np. chorobie. W koncu on zna Ciebie tylko z lepszej strony, to po co
            mu poznawac gorsza czy zwyczajna? Ty takze nie wisz jakby sie zachowal w
            sytuacji gdy
            > bys potrzebowala poswiecenia, wsparcia i opieki.

            ależ ja wcale nie potrzebuję wsparcia w "trudnych chwilach". od tego mam
            rodzinę, przyjaciół. nie zniosłabym widoku "ukochanego" przy moim szpitalnym
            łóżku. to są moje sprawy i już. Przerabiałam szpital i wiem, czym to się je.

            > Bedac tylko kochanka nie masz szans na korygowanie uciazliwych cudzych
            nawykow. Nie uczysz ani siebie ani jego codziennych kompromisow. Nie znasz go
            jakim jest naprawde, tylko jakim sie kreuje w chwilach gdy jestescie razem. Im
            dluzej jestes sama tym mniej w przyszlosci bedziesz sklonna do poswiecania
            czastki siebie dla zwiazku.

            bardzo odważna teza (ostatnie zdanie). jednak nie mam ochoty, żeby ktokolwiek
            poznał mnie tak od A do Z, chyba że bym pozwoliła... i tego chciała.

            >Mezczyzni w kochankach nigdy nie chca widziec matki.

            a ja w kochankach nigdy nie chcę widzieć ojca.

            Lesbijką nie zostanę, za bardzo lubię facetów koło siebie. Za bardzo lubię, jak
            pragną, by być blisko mnie. A ja tylko sobie wybieram... Jeśli mam chęć.

            Ale wróćmy do tematu głównego...
            • avide być kochanką... piękna rzecz... do czasu 19.11.07, 13:36
              Teraz póki jesteś młoda, piękna, atrakcyjna. Mężczyźni Cię pragną. Z czasem
              pojawią sie zmarszczki, może stracisz figurę a już na pewno witalność. Kochanek
              zostawi Cię dla młodszej, ładniejszej. To na co się zdecydowałaś to szacuję masz
              ok.15 lat życia. czyli tak między 27-43. Po tym czasie coraz trudniej będzie Ci
              być kochanką. No chyba, że jesteś wyjątkowo urodziwą kobietą.
              Zachorujesz, coś się stanie, i nagle okaże się, że rodzina jest ok, ale ma i
              swoje problemy i nie bardzo mogą pomóc. Rodzice sami schorowani więc nie dadzą
              się rady opiekować sie małym-duzym dzieckiem.
              Przyjaciele połącza się w związki będą mieli dzieci i nie zawsze znajdą dla
              Ciebie czas.
              Jak raz drugi poczujesz się samotna, ale tak prawdziwie samotna wtedy dopiero
              poczujesz co to znaczy mieć partnera obok siebie. Takiego dla którego jesteś
              najważniejsza na świecie. Takiego dla którego dużo poświeciłaś ale i on
              poświęcił dla Ciebie. W każdym małżeństwie sa lepsze i gorsze momenty, to
              naturalne ale chowanie głowy w piach tak jak Ty to czynisz nie jest wyjściem z
              sytuacji.

              Dla mnie Twoja postawa to zwykłe tchórzostwo i konformizm. No i boisz się. Wcale
              bym się nie zdziwił, gdyby ktoś kiedyś Cię bardzo skrzywdził. Tak jak nie każda
              kula na wojnie zabija tak nie każdy facet to świnia i cham.
              Ale trzeba mieć w sobie dużo odwagi i samozaparcia by wejść w związek z innym
              człowiekiem i zmieniać siebie i jego dla wspólnego celu jakim jest szczęśliwe
              małżeństwo. To jest sztuka.
              I wiesz coo ... teraz najlepsze... TO JEST MOŻLIWE !!!!

              Pozdrawiam.
              Avide.
              • miedzianakonefka Re: być kochanką... piękna rzecz... do czasu 19.11.07, 14:43
                Nie przesadzaj. Stałe związki to nie żadne tam ochy i achy. Jakbym
                mógł drugi raz mieć szansę zaczynać z wiedzą którą posiadam to w
                życiu bym się w żaden stały związek nie pakował. I wcale nie jest
                dla mnie jakimś przerażającym starzeć sie samemu. Bardziej mi sie to
                potoba niż rodzinne pitu pitu i puszczanie bąków pod kołdrą

                Alleluja i do przodu...
                • eeela Re: być kochanką... piękna rzecz... do czasu 19.11.07, 14:59
                  Znam kilka przykladow na piekna przyjazn i milosc przez cale zycie.

                  Serce mi sie sciska jak w tanich romansach, kiedy widze swoich stryjecznych
                  dziadkow na przyklad, do dzis kochajacych sie, przekomarzajacych ze soba,
                  smiejacych sie razem, dbajacych o siebie.

                  Wiem, ze to sie jakos strasznie czesto nie zdarza. Ale zdarza. I warto sie o to
                  starac, przynajmniej wedlug mnie, bo ja lepszego rozwiazania na zycie osobiste
                  nie jestem sobie w stanie wyobrazic.
                  • avide Re: być kochanką... piękna rzecz... do czasu 19.11.07, 15:48
                    Byłem ostatnio u moich dziadków którzy z racji tego, że mieszkają kilkaset
                    kilometrów ode mnie zbyt często ich nie widuję, niestety.
                    Ale do sedna.
                    Scena.
                    Dziadek obolały i schorowany leży na łóżku. Podchodzi do niego babcia, i mówi:
                    "odwróć się staruszku na brzuch to Ci pięknie plecy nasmaruję" :)Dziadek na to:
                    "No skoro sobie tego życzysz skarbie..."
                    Po czym jak powiedziała tak zrobiła. Maja po jakieś 75 lat. Cudny to był widok
                    jak wspólnie żartowali z siebie, ze starości, razem, śmiali się. Na koniec
                    dziadek podziękował babci buziakiem. Normalnie sie rozczuliłem.
                    Po tym wszystkim babcia poszła gotowac obiad a ja z dziadkiem uciąłem sobie
                    męską pogadankę o .... kobietach :))).

                    A w przeszłości bywało różnie, przeważnie burzliwie. Kłócili się, kochali, była
                    zdrada i rozwód a później wybaczenie i ponowny ślub :))). Teraz ... teraz sa
                    parą szczęśliwych staruszków cieszących sie resztka życia jakie im pozostało,
                    wspólnego życia dodam.
                    Para niezłych wariatów, których kocham najbardziej z całej mojej rodziny.
                    Gdyby nie ich chęć założenia rodziny, nie było by takich scen, czego ogromnie
                    bym żałował nie ukrywam. Czasami warto się trochę pomęczyć.

                    Konefka .... gdybym miał drugi raz wybierać czy się żenić czy nie zrobiłbym to
                    na 100%. Nie wiem czy wybrałbym ta sama kobietę wiedząc to wszystko co wiem
                    teraz. Może zrobiłbym wszystko by sie odkochać w porę, a może nie, jednak na
                    pewno zawarł bym związek małżeński bo podobnie jak eeela nie wyobrażam sobie
                    innej recepty na życie. Skakanie z kwiatka na kwiatek całe życie to nie dla mnie.

                    Pozdrawiam
                    Avide
                  • sunflower30 Re: być kochanką... piękna rzecz... do czasu 19.11.07, 23:17
                    bo ja lepszego rozwiazania na zycie osobiste
                    > nie jestem sobie w stanie wyobrazic.
                    >
                    Jakby to powiedzieć....żeby nie urazić :"Takie widzi świata koło,
                    jakie tępymi zakreśla oczy" -A. Mickiewicz. Jeśli nie jesteś sobie w
                    stanie wyobrazić, to nie znaczy, że go nie ma :))
                    • sunflower30 Re: być kochanką... piękna rzecz... do czasu 19.11.07, 23:20
                      powyzsze było do eeli, nie do avide :)
                    • eeela Re: być kochanką... piękna rzecz... do czasu 20.11.07, 12:39
                      Jeśli nie jesteś sobie w
                      > stanie wyobrazić, to nie znaczy, że go nie ma :))

                      Gdybym myslala, ze jest, tak bym napisala. Ja nie dobieram slow przypadkowo.
                • zelm71 Re: być kochanką... piękna rzecz... do czasu 23.11.07, 15:41
                  A właśnie że nie. W stałym związku mogą być achy i ochy i bardzo
                  często są, przez całe życie.
                  Ty idziesz na łatwiznę i boisz się że np. trafisz kulą w płot.
              • amina.mina2 Re: być kochanką... piękna rzecz... do czasu 19.11.07, 16:17
                "Dla mnie Twoja postawa to zwykłe tchórzostwo i konformizm. No i
                boisz się. Wcal
                > e
                > bym się nie zdziwił, gdyby ktoś kiedyś Cię bardzo skrzywdził. Tak
                jak nie każda
                > kula na wojnie zabija tak nie każdy facet to świnia i cham."

                To prawda boi się, z pewnością ktoś juz ją zranił , dlatego tak
                poukładała sobie życie, obawia się bliskości. Ale nie nazwałabym
                takie postepowanie tchórzostwem. Kochanka kojarzy się z tajemnicą,
                niepewnością i zaskoczeniem, dlatego to tak niektórych rajcuje. Być
                może dla niej to najlepsze rozwiazanie, życ w bajce... Tylko ta
                bajka zazwyczaj nie kończy się dobrze.
              • sunflower30 Re: być kochanką... piękna rzecz... do czasu 19.11.07, 21:41
                Z tą szcześliwością w małżeństwie, to jest troche tak, jak z krainą
                mlekiem i miodem płynącą. Wszyscy wiemy, że była, ale nie wszystkim
                było dane tam sie znaleźć. Małżeństwo to wcale nie jest jedyny z
                mozliwych sposobów na szczęśliwe życie. Powiem więcej, jest wielce
                przereklamowane i wcale nie gwarantuje, ani przysłowiowej szklanki
                wody, ani miłości do grobowej deski, ani trzymania sie za rączki
                podczas powrotu z niedzielnej sumy.
                Wazne jest, aby każdy żył jak chce, dziewczynie odpowiada bycie
                kochanką i jej sprawa. Na szczeście skończyły sie czasy jedynie
                słusznego sposobu życia, nareszcie możemy żyć, jak chcemy. I nikomu
                nic do tego. Niechęć posiadania małżonka wcale nie musi wynikac z
                tego, że ją ktoś zranił, ale zwyczajnie z wyboru.
                Sztuką wcale nie jest wejście w związek, ale raczej odważne
                mówienie, że sie tego nie chce.
                • eeela Re: być kochanką... piękna rzecz... do czasu 19.11.07, 22:00
                  > Sztuką wcale nie jest wejście w związek, ale raczej odważne
                  > mówienie, że sie tego nie chce.

                  Wejscie w zwiazek nie jest sztuka. Tworzenie go - juz tak.
                  A mowienie, ze sie nie chce zwiazku nie wymaga zbyt wielkiej fatygi ani odwagi.
                  Odwage trzeba miec, aby stawiac czolo zyciu w samotnosci.
            • eeela Re: Moje małżeństwo 19.11.07, 14:54
              > ależ ja wcale nie potrzebuję wsparcia w "trudnych chwilach". od tego mam
              > rodzinę, przyjaciół.

              Ach, wiec kochanek nie moze byc tez przyjacielem?
              I zdradze ci pewna tajemnice: rodziny nie powstaja znikad. Rodziny sie zaklada.
              W zyciu czlowieka nadchodzi taki moment, kiedy rodzina, z ktorej wyszedl, sie
              'przedawnia' (rodzice niestety nie zyja wiecznie, rodzenstwo zaczyna samo sobie
              ukladac zycie) i trzeba jak gdyby od nowa te rodzine sobie zbudowac. Z partnerem
              (jakiej sie chce plci) najczesciej.
    • gomory Re: Moje małżeństwo 18.11.07, 23:36
      Jest tutaj na grupie spora ilosc osob, ktora narzeka na swoje pozycie. Ale wiesz... powatpiewam by ktos Tobi zazdroscil. To a propos stwierdzenia, ze masz pracujacego meza nieszwendacza ktory nie wymiguje sie od bzykanka ;).
      Ponosisz odpowiedzialnosc za to jak wyglada Twoje zycie. Za to, ze pozwolilas na tak "szalone" wieczory jakie przezywasz. To teraz musisz to odkrecac.
      W Twoim przypadku to juz chyba powinnas myslec kategoriami negocjacyjnymi ;). Co chcesz osiagnac a z czego mozesz zrezygnowac. Po pierwsze jasno zaznacz czego sobie nie zyczysz (np. uwag o ozieblosci), i jego znikania przed kompem.
      Z tym pewnie bedzie problem, bo ma juz nawyk. Pewnie sie wku%$#wi ale zasugeruj, ze jest uzalezniony. Wjedz mu na ambicje moze niech pokaze, ze wcale nie jest tak zle i jesli tylko zechce moze przestac zagladac do netu. Jak sie obraza to niech idzie spac do drugiego pokoju - ale komp zostaje w Twoim ;).
      Podstawa dla Ciebie to odciac go od komputera!
      Musisz niestety postarac sie byc dla niego atrakcyjniejsza partnerka do zycia, skoro cos ma sie zmienic. Zaproponuj wspolne rozrywkowe wyjscie? Postaraj sie pogadac z nim na tematy ktore bylyby ciekawe dla was obojga, zeby mial tez jakies rozrywki.
      Pozniej mozesz zaczac kombinowac nad lozkiem, bo w tej chwili OBOJE jestescie rozczarowani seksem. Nie miej zludzen, on nie docenia Twojego poswiecenia. Z tego co piszesz do niego tez dolatuje koszmarna won marazmu i zgnilizny.
    • loppe Re: Moje małżeństwo 19.11.07, 13:17

      Wydaje się że jesteś osobą o znacznie większej wrażliwości niż on.

      ps. seks trwa aż od 12 do 1? długie męki
      • sunflower30 Re: Moje małżeństwo 19.11.07, 21:27
        Victta, uderza mnie w twoim poście, jak dużo piszesz o mężu, o jego
        pragnieniach i jak je zaspakajasz. A gdzie są twoje pragnienia?? Czy
        to tylko świety spokój??? Dla świetego spokoju idziesz z nim do
        łózka??? Tego robic nie wolno!!!!!! Dla świetego spokoju, to można
        zmienić kanał w TV, ale do łózka chodzi sie w innym celu i robi sie
        to nie tylko dla tej drugiej osoby, ale przede wszystkim dla siebie.
        Masz prawo nie chcieć sie kochać, masz prawo nie mieć ochoty, masz
        prawo, odmówić, bo jesteś zmęczona, lub nazajutrz wcześnie wstajesz.
        Ale masz prawo powiedzieć mu, słuchaj facet, kończ z tym klikaniem,
        bo mam ochotę się z tobą bzykać. Myślę, że jasno powinnaś domagac
        sie zaspakajania twoich potrzeb, nie tylko tych łózkowych, bo
        robienie herbaty, to troche za mało !! Wtedy napewno staniesz sie
        dla niego widoczna.
        W twoim wypadku stanowczo odradzam rozmowę, natomiast doradzam
        działanie, ale takie nastawione na siebie :)))
        I nie pytaj na forum, czy tak ma byc w twoim małżeństwie, czy inni
        tez tak mają. Jeśli odpowiem ci, że 99% małżenstw w taki własnie
        sposób spędza czas, to twój niepokój zniknie??? Marazm, zgnilizna
        ulotnią się, bo wszyscy tak mają??? Nie ważne, jak inni mają, ważne,
        żebyś ty była zadowolona.
      • murakami2 Re: Moje małżeństwo 19.11.07, 21:54
        > ps. seks trwa aż od 12 do 1? długie męki

        ha, ha - faktycznie, słuszna uwaga!

        Autorko posta - wyrazy współczucia. Rzeczywiście jesteś rzeczą. Ale
        prawdopodobnie tak się stało przy Twoim współudziale. On jest mało wrażliwy, a
        ty zbyt taktowna, by na niektóre jego dziwactwa już dawno temu zareagować
        krzykiem i biciem po łbie. Na tępych ludzi stanowczość działa. Może na niego tez
        by podziałała. Teraz on i tylko on ustala warunki gry i może sobie wyobraża, że
        jest ci z tym nawet całkiem dobrze, skoro się nie odzywasz. Bo przecież jesteś
        "żoną", a to, jak wiadomo, gatunek charakteryzujący się pragnieniem sprzątania i
        gotowością do zaspokajania męża - broń Boże żadne wyrafinowane rzeczy, od tego
        ma zdjęcia pań w internecie.
        Masz do czynienia z dzieckiem, które jak nie dostanie kaszki o określonej
        godzinie, to wyje i bije mamusię.
        Szczerze, szczerze współczuję. To chyba wolę mój związek z bardzo rzadkim
        seksem, ale z wzajemnym szacunkiem i partnerstwem.
    • victta Re: Moje małżeństwo 20.11.07, 09:41
      Tak macie wszyscy rację.Sama jestem poniekąd odpowiedzialana za ten stan rzeczy
      i nie wymiguję sie od tego.
      Złożyło sie na to kilka spraw.
      Po pierwsze nosiłam w sobie przekonanie ,idealistyczne zreszta, ze wszystkie
      konflikty można rozwiązać pokojowo -negocjacjami.Że partner skoro deklaruje
      miłość powinien dbać o moje dobro też.Dalej wierze w taka możliwość ,ale już nie
      w swoim małżeństwie.
      Druga sprawa jest taka,ze nienawidzę walki,krzyków,pokazywania kłów,walenia po
      łbie,nie lubię walki zarówno otwartej jak i podjazdowej(mam na to alergie po
      moim domu rodzinnym).Nie tak wyobrażałam sobie związek kochających sie ludzi.Po
      trzecie jestem strasznie nieodporna na szantaż emocjonalny,polegajacy na
      odrzuceniu,cichych dniach,wynoszeniu sie spać na kanapę-ogarnia mnie wtedy
      irracjonalny lęk,ale pracuje nad tym.
      Dzięki Wam wszystkim za odpowiedź.Czekam z niecierpliwością,aż stanę na
      nogi(teraz jestem na urlopie wych) i nauczę sie egzekwowania swoich potrzeb.
      • avide Re: Moje małżeństwo 20.11.07, 10:53
        Victta... Faceta trzeba sobie wychować !!!!!!!!!
        I pisze Ci to facet :)).
        Żona od początku sobie mnie wychowywała pod siebie. Pewne rzeczy jej się udały,
        inne nie. Jednak dzięki temu możemy w ogóle jakoś funkcjonować w związku. I
        wiesz co ???? jestem w sumie wdzięczny jej za to że "wychowując" mnie obwarzyła
        mi oczy na wiele spraw o których nie miałem pojęcia. Dzięki temu teraz jestem
        dużo wrażliwszym człowiekiem, liczę się jej zdaniem, słucham jej ale i jestem
        słuchany. A to "wychowanie" wcale nie spowodowało, że wszedłem pod jej pantofel.
        Życie to kompromis. Ja z czegos zrezygnowałem dla niej, ona poświęciła coś dla
        mnie. Tak to działa. Kto się na to nie godzi niech nie wchodzi w związek z innym
        człowiekiem. Nie ma par doskonałych, wszystkie jakoś się do siebie dopasowują.
        Wy tez musicie.

        Nie trawisz walki, wymuszania pokazywania pazurów itp. Wiesz co ... ja tez tego
        w kobiecie nie trawię. Ale powiem Ci, że czasami jest to pociągające. Cholernie.
        Czasami nieodzowne.
        Żona na początku mi mówiła, ale do mnie nie docierało, później leciały we mnie
        nierzadko rożne przedmioty :)), ale zamiast jej słuchać mnie to wręcz
        podniecało, w końcu ostatni etap, etap furii, czasami bezsilności to etap
        paznokci, pięści i jej wyładowanej wściekłości na moim ciele. :)) Czasami
        wyprowadzającej mnie z równowagi, czasami podniecającej, rozpalającej pożądanie
        do granic...
        Mam mnóstwo blizn na ciele po jej paznokciach, i każda ma swoją historię :)).
        Czasami pokazuję jej je jako przypomnienie jej zachowania, ale ona też wtedy
        przypomina mi dlaczego tak się stało. I tak wychowujemy sie na wzajem.
        Czasami warto pokazać pazury i to że się ma temperament i nie godzi się z
        pewnymi zachowaniami ;)). Może się facet nauczy :)) ja się wielu rzeczy tak
        nauczyłem ;)) i choć wtedy byłem zazwyczaj wściekły teraz patrzę z lubieżnym
        uśmiechem wspominając chwile jak się piekliła .... pięknie wtedy wyglądała ;)))).
        Pozdrawiam
        Avide.
        • victta Re: Moje małżeństwo 20.11.07, 13:18
          Avide-Tys mądry facet jest,ale...
          Nie rozumiem słowa wychować w kontekście małżeństwa.Wychowuje sie dziecko.Ja nie
          chce miec za partnera chłopczyka,którego muszę wychować,chce go
          szanować.Szacunek do mężczyzny wzmaga we mnie pożądanie.To jedna sprawa.
          A druga.Zdecydowanie w sprawach pozałóżkowych jestem za partnerstwem.Więc jeśli
          dopuszczam myśl,że mogę rzucic sie na faceta z pazurami,w obronie swoich
          racji,dopuszczam tez sytuacje,że on mi może lutnąć w obronie swoich racji i
          dlatego to podejście mnie nie przekonuje.Choć raz zdarzyło mi sie rzucić miską
          ,ale w ścianę.;-))
          • avide Re: Moje małżeństwo 20.11.07, 15:07
            Ech Victta Victta... tys zwyczajnie za potulna jest...

            Zauważ, że starałem się sowo "wychować" w cudzysłów włożyć.
            To taka przenośnia. Nie chodzi mi o to bys uczyła go jak małego chłopca wiązać
            buty, czy karała go za to że wziął zabawkę kolegi.
            Owo "wychować" to nauczyć, pokazać, wymóc na nim, pewne zachowania, wypracować
            między wami rzeczy ważne.
            Dam Ci przykład dosłowny.
            Przykład:
            Facet lubi notorycznie wychodzić nocami do knajp. Ciebie to wkurza. Nigdy nie
            wiesz co się z nim dzieje, kiedy wróci itp. Jednak nie zabronisz mu chodzić, bo
            i tak Ci się to nie uda jeśli facet ma silną osobowość. Ale .. Ty idziesz na
            ustępstwo, zgadzając się na jego wyjście, on zaś idzie ale również pod
            warunkami. Mówi gdzie i z kim, i w każdej chwili jak zapragniesz możesz wsiąść w
            taxi pojechać do knajpy i dać mu buzi na dobranoc, przy okazji sprawdzając
            oczywiście czy nie łga jak pies i czy właśnie jakaś lala nie wisi mu na szyi. No
            i oczywiście jest pod telefonem. Wyjścia również można ograniczyć. Bo co innego
            wyskoczyć do knajpy z kumplami raz w miesiącu, a co innego włóczyć się po
            knajpach tydzień w tydzień, bo jak to mawia mój ojciec "wszystko jest dla ludzi
            trzeba tylko umieć z tego korzystać".

            KOMPROMIS. Chce iść sam, z kumplami ... ok ale na warunkach jakie są przez
            Ciebie akceptowalne. Z tym że musisz trzeźwym okiem umieć ocenić realność Twoich
            wymagań.
            Moja żona zawsze sprzeciwiał się moim wyjściom do knajpy, ale jak chciałem ją
            zabrać ze sobą tez jej się nie bardzo chciało. Dlatego szedłem sam. Stawiała mi
            warunki. Ale były to absurdalne warunki. np. możesz iść (wychodzę ok 22) ale
            wróć przed północą. Absurd bo samo dotarcie do knajpy często zajmuje ze 40
            minut. Mówiłem jej "no co ty nie po to idę do knajpy z kolegami, żeby po 30
            minutach sie zmywać jak już idę to chce posiedzieć, przynajmniej te kilka
            godzin." Jak na spokojnie jej tłumaczyłem absurd jaki ode mnie wymaga i mówiłem
            prawdę "wrócę o 3" nie docierało. Zatem wchodząc mówiłem jej co chciała usłyszeć
            a ona i tak wiedziała że nie wrócę. Oboje to wiedzieliśmy. Wracałem o tej 3 a
            ona czekała na mnie wściekła a ja mówiłem że wrócę o 3 ale nie chciałaś przyjąc
            tego do wiadomości. Wtedy była dłuuuga rozmowa. Nie mniej nie poddałem się.
            Dotąd tak robiłem aż zrozumiała. I teraz wie, że jak mówię że idę tu i tu, do
            tej i do tej, z tym i z tym, to czeka do określonej godziny. Jak się nie zjawię
            wtedy się wścieka i ma rację.

            To właśnie jest "wychowywanie" faceta, to wypracowywanie kompromisu. Ja z reszta
            "wychowuję" sobie ją również.
            To samo tyczy się spraw łóżkowych i około łóżkowych. Potrzebujesz odpowiedniej
            gry wstępnej, musi to wiedzieć i to szanować, nie lubisz gdy jest agresywny w
            łóżku(wiele kobiet to np. lubi) musi to wiedzieć. Denerwuje Cię to, że siedzi
            przed kompem, zaraz po przyjściu po pracy. Musisz znaleźć alternatywę i
            kompromis tej sytuacji. Musi sam Ci obiecać, że będzie siedział tyle czasu ile
            jest dla Ciebie akceptowalne, a jednocześnie on tez będzie mógł poczytać to co
            chce.
            Moja żona kiedyś też się strasznie wkurzała jak tylko siadłem do kompa. Była
            zazdrosna o każdą sekundę. Nawet nie wiesz ile się musiałem nagadać, żeby pojęła
            że czasami po przyjściu z pracy potrzebuje zwyczajnie chwili dla siebie. Teraz
            ją mam. Jak przeginam, dostaję od niej najpierw upomnienie, później mocniejsze
            upomnienie, a ja nie reaguje zwyczajnie sie wścieka. Tak to działa i mnie te
            zasady odpowiadają. Trzeba ustalić pewne zasady, wyznaczyć granice i się tego
            trzymać.
            Oczywiście tak się dzieje tylko w kwestiach spornych, w których zwyczajnie się
            dogadać nie możemy. Nie ustalamy absurdów pod tytułem, seks o 23-23.45 w środy,
            czwartki i niedziele. Zdrowy rozsądek jest jednak cały czas ponadczasowy :) i
            niezastąpiony.
            Każde ma chwile dla siebie ale jest też czas wspólny. Jeśli jej się zachce
            kochać w trakcie kiedy mi się nie chce ... cóż.. no ja nie zwykłem odmawiać :),
            jednak w przypadku odwrotnej sytuacji jak mi powiedz "nie teraz", nie mam
            pretensji.
            Generalnie zasada "róbta co chceta" w małżeństwie nie obowiązuje i muszą to
            rozumieć i przestrzegać obie strony. Małżeństwo to nieustanne kompromisy i
            ustępstwa. Jeśli jest zachowana równowaga jest super, jeśli jedna ze stron
            przegina... masz sytuację jak u Ciebie, tzn druga jest nieszczęśliwa. Sama nic
            nie zdziałasz, jeśli Twój mąż nie pojmie pewnych rzeczy.

            No i na koniec powrócę do pierwszego zdania tego postu. Żona nigdy by nic nie
            wskórała jeśli raz, drugi czy trzeci nie opieprzyła mnie jak młokosa, jeśli by
            nie rzuciła we mnie różnymi przedmiotami. Bałem się tylko raz :)) jak trzymała
            nóż w dłoni i widziałem furie w jej oczach :)) wiedziałem że to już nie żarty.
            Kapciami, długopisami, garnkami, poduszkami i czym tam chce może sobie we mnie
            rzucać :)). Nawet to lubię ;)). Czasami się z nią droczę co nie znaczy, że nie
            wiem jaka jest wściekła i o co, bo wiem, ale sytuacje jakoś trzeba rozładować.
            :)) Gdyby była potulna jak baranek, wszedł bym jej na głowę i wiem że nigdy by
            nić nie wskórała. I tak wszedłem za bardzo. Dzięki temu że jest jaka jest oboje
            na tym korzystamy, trzymamy się niejako w ryzach, ale takich zdrowych, jak
            któreś zaczyna "przeginać" szybko jest prostowane przez drugie. A przegięcia sie
            zdarzają cały czas, to normalne. Jednak w sprawach ważnych panuje względna
            równowaga. Kobieta musi być silna i stanowcza w ważnych sprawach, podobnie z
            resztą jak facet. Oboje powinni. Trzeba umieć pokazać charakter, temperament.
            Czyniąc to zdobywamy szacunek w oczach partnera, poważanie, respektują nasze
            potrzeby, liczą się z naszym zdaniem. Pozytywny efekt uboczny zaś takiego
            zachowania to pożądanie w oczach partnera/ki. Tak to działa. Kobieta, która
            potrafi tupnąć nogą jest dla mnie osobiście 10 razy ciekawsza niż taka szara
            myszka choćby najbardziej cukierkowata. Szare myszki są kochane ale szybko się
            nudzą. Ja bym z taką nie wytrzymał dłużej jak rok. Wiem bo taką miałem, 7
            miesięcy, i mało nie rzygałem z nudów.
            Sama powiedz czy wolałabyś faceta cichego spokojnego, nigdy nie wyrywającego się
            do przodu, zawsze przytakującego, czy może takiego posiadającego własne zdanie,
            pasje, potrafiącego nieźle wkurzyć ale jeszcze bardziej kochać, popełniającego
            błędy (oby nie za ciężkie) ale umiejącego za te błędy przeprosić i WYCIĄGNĄĆ z
            nich wnioski, krótko mówiąc faceta, mężczyznę a nie ciapę ?????
            Wielu facetów ma podobnie jeśli chodzi o kobiety.
            Mam koleżankę. Przyjaciółka żony. Ta kobieta to uosobienie dobroci. Jest
            niesamowicie kochana, ... i wiesz co ... cały czas sie zastanawiam jak ten jej
            mąż, mój kumpel z nią daje rade, bo ta jej dobroć, ten jej spokój, to opanowanie
            we mnie zabiłoby cała spontaniczność, energię, żywiołowość.
            Niestety, smutne to ale prawdziwe, z takimi "dobrymi" spokojnymi ludźmi, się
            przyjaźnimy, kumplujemy, cenimy ich, przepadamy za ich towarzystwem, dobrze się
            nam z nimi żyje ale ICH NIE PRAGNIEMY, NIE POŻĄDAMY !!!
            Chore to ale to tak działa.

            Pozdrawiam
            Avide

            PS. Miską w ścianę ??? plizzz ... walnij go ale ... w głowę, tylko oczywiście
            plastikową i nie za mocno, chodzi o to żeby zrozumiał przesłanie a nie żeby mu
            guza nabić czy by wylądował w szpitalu. :))).
            A najlepiej rzuć w niego kapciem z całej siły, czy jakimś ciuchem, poduszką,
            czymś bezpiecznym. Raz że sie wyładujesz (pomaga :)) )dwa że pokażesz mu emocje,
            a krzywdy mu nie zrobisz, to pewne :)).
            • victta Re:Do Avide 20.11.07, 20:32
              Dużo piszesz,ale to fajnie,jest się do czego odnieść.
              Opisałeś mi historię z kanjpą-Twoja żona gdy wracasz później,niż ona by tego
              sobie życzyła ,wścieka sie i ostatecznie rozmawiacie.I widzisz-to jest super,to
              jest budujące,nawet ta wściekłość.Ale co byś zrobił,gdy wracasz o tej 3,a żona
              leży skulona w łóżku,zażywa aspiryne,mierzy ostentacyjnie temperaturę i nie
              odzywa się.Na każdą Twoja próbe wyjaśnienia czegokolwiek mówi,że źle się przez
              Ciebie czuje i nie chce o tym rozmawiać.Kurcze,tak właśnie postepuje mój mąż.Nie
              ma żadnych awantur,a atmosfera jest tak ciężka,że nie ma czym oddychać.
              Rzucanie w niego czymkolwiek w takiej chwili zupełnie by sie nie sprawdziło,bo
              to on jawi sie jako ofiara.
              I taki jest też jego sposób na seks ,tzn. daje mi taki sygnał -albo zadowolisz
              sie seksem jak Ci mam do zaproponowania(czyt.bez gry wstępnej),albo idę przed
              kompa zrobić to sam.Bardzo mi trudno wytrzymac bez seksu ,więc próbuje zadowolić
              sie tym ,który mam.
              I w ten właśnie sposób kręce bicz na siebie.
              Widzisz i to nie jest kwestia braku temperamentu(nie jestem go pozbawiona) tylko
              słabości charakteru z mojej strony.Myslę że mozna być super spokojnym
              flegmatykiem,a jednocześnie człowiekiem o silnej osobowości i wysokim poczuciu
              własnej wartości i taki człowiek nie musi być wybuchowy,żeby był pociągający dla
              partera.
              P.S.
              Miska była ceramiczna i jakbym rzuciła w niego,chyba by nie żył.Do tej pory jest
              dziura w drzwiach i muszę przyznać,mimo ,że brzydze się takimi zachowaniami,że
              wywarło to wrażenie na moim mężu.
              • kici10 Re:Do Avide 20.11.07, 20:57
                Victta, sami dajemy broń do ręki naszym partnerom, pokazując co nas
                rusza,co nas boli, co na nas działa. Jeśli takiego rodzaju
                manipulacje odnoszą skutek, to nie licz, że ktoś ich zaprzestanie.
                Byłby idiotą. Jedyna rada, to olewanie takich zachowań. Im bardziej
                ktoś manipuluje, tym Ty masz lepszy humor podziwiając jego kunszt
                aktorski. Tego rodzaju manipulacje nastawione są na wywołanie
                wyrzutów sumienia, a tym samym skłonienie do określonego działania,
                zgodnego z oczekiwaniami.
              • avide Re:Do Avide 21.11.07, 08:37
                Skoro już i tak wywlokłem tyle życia to już skończę, w końcu po to mam ten nick
                żeby mieć ta swoja anonimowość.

                Victta, pytasz się co robić jak taki ktoś udaje ofiarę...
                Myślisz, że nie przerabiałem tego ?????? Powiem Ci tak. Metoda jest posta. Na
                taką metodę jest tylko jedna metoda. Upierdliwość.

                3 rano. Partner leży i udaje skrzywdzonego przez los. Chce spać, chce odpocząć,
                bo o tej to normalne. Gasi światło, Ty je zapalasz. Zasypia przy zapalonym
                świetle, zaczepiasz go, np. łaskoczesz w stopę i cały czas mówisz, że nie
                zaśnie, nie zaśniecie dopóki nie wyjaśnicie sobie dlaczego do tego doszło.
                Dlaczego Ty wyszłaś do tej knajpy i dlaczego on czuje sie taki pokrzywdzony. On
                sie nie odzywa. Jesteś upierdliwa i systematyczna, nie unosisz się jesteś
                zgaszona, jestes spokojna, akurat teraz spokój jest bardzo ważny a nie okazanie
                temperamentu jak sugerowałem wcześniej. Temperament okazujemy w innych
                sytuacjach, ale nie teraz. Sytuacja sie przeciąga. Oboje jesteście zmęczeni.
                Zaczepiasz go ciągle. W końcu mąż nie wytrzymuje i zaczyna być poddenerwowany.
                Uwierz mi każdy kto chce spać w końcu będzie poddenerwowany takim
                przeszkadzaniem. Może nawet stać się agresywny, miej tego świadomość, dlatego
                ważne bys Ty była teraz spokojna. I cały czas próbujesz pogadać. To nie ważne,
                że może to nawet trwać do rana. Nie zaśniecie dopóki sobie wszystkiego nie
                wyjaśnicie. Rozmowa może być baaardzo długa, często nawet bezowocna, ale tylko
                iluzorycznie. Jak sytuacja powtórzy sie kilka razy dla świętego spokoju zacznie
                z Tobą rozmawiać. Będzie Cię nazywał wariatka, szalona kobietą, niezrównoważona
                psychicznie ale jeśli akurat wtedy będziesz robiła to na spokojnie to mu
                odpowiesz: "Ja niezrównoważona ??? przecież jestem spokojna a wszystko co
                próbuję to porozmawiać, póki co to Ty zaczynasz sie pieklić więc kto tu jest
                niezrównoważony"
                On będzie pragnął spokoju, będzie chciał spać, Ty będziesz pragnęła rozmowy,
                małżeństwo to kompromis, pogadajcie i idźcie spać. To jest kompromis, im
                szybciej to zrobicie tym więcej się prześpicie.

                Będzie Ci mówił, że on nie ma teraz ochoty gadać powiesz mu, że Ty masz za to
                ochotę. Seks jest tylko wtedy kiedy ON chce i jak ON chce fajnie ??? zatem teraz
                ta rozmowa będzie tak jak TY chcesz i kiedy TY chcesz. Jak on zacznie się liczyć
                z Tobą, TY zaczniesz się liczyć z tym że on w nocy woli spać niż pogadać.
                Wszystko zaś co robisz to jedynie próba pokazania mu na jego własnej skórze jak
                sie czujesz TY gdy on Cie szantażuje innymi rzeczami, np. seksem.

                I uwierzm mi... jak to go z czasem nie wyprowadzi w równowagi i dla świętętego
                spokoju nie zacznie Cie słuchac ... albo od niego odejdziesz albo odchowasz
                dziecko i też odejdziesz bo w Tym małżeństwie miłości nie zaznasz. Bo to nie
                jest miłość, to układ małżeński. Miłość jest wtedy gdy ludzie mimo różnych
                przyzwyczajeń, różnych upodobań starają się jakoś do siebie dograć, wypracować
                kompromis, tak by oboju było dobrze, by oboje czuli się szczęśliwi, a póki co to
                jemu jest wygodnie a Ty jesteś nieszczęśliwa.

                I proszę nie pisz, że wy się w ciągu dnia fajnie dogadujecie. Bo tak naprawdę z
                tego co piszesz dopóki jest jak on chce jest fajnie a powinno być fajnie gdy
                jest jak WY chcecie.



                Pozdrawiam
                Avide
                • sylwiamich Re:Do Avide 21.11.07, 08:47
                  Na to są paragrafy...za znęcanie się:))))
                  • avide Re:Do Avide 21.11.07, 09:26
                    Wysoki sądzie, małżonka całą noc mówiła do mnie czy wpędziła mnie w poczucie
                    głębokiej depresji. I w dodatku bezczelnie światło paliła !!! Skandal...:-))))

                    Sylwia ... jaki jest paragraf za "używanie seksu jako środka manipulacji
                    partnerem w związku" ?????
                    Pozdrawiam
                    Avide ;)))
            • cyjanokobalamina Re: Avide 20.11.07, 21:21
              avide napisał:

              > Kobieta, która potrafi tupnąć nogą jest dla mnie osobiście 10 razy
              ciekawsza niż taka szara myszka choćby najbardziej cukierkowata.

              Avide, daj spokoj. Jezeli dla Ciebie rzucanie w faceta czym
              popadnie, wbijanie pazurow, grozenie nozem nazywasz umiejetnoscia
              tupniecia noga, to ja rzeczywiscie naleze do szarych myszek.
              Rozpisujesz sie jakbys mial powod do dumy, a ja Ci wspolczuje
              niezrownowazonej partnerki. Oby Ci kiedys tego noza w
              przyplywie 'tupania noga' w plecy nie wbila.

              • avide Cyjanokobalamino moja ty droga ...... 21.11.07, 08:07
                Nie no...
                Bo mnie zaraz trafi. Ja się nie po to rozpisuje by się chełpić tym, że mam
                niezłe jazdy z żoną. Bo to nie ma się czym chwalić. Choć może tak to zabrzmiało.
                A podobno to kobiety potrafią czytac między wierszami, widzę jednak, że nawet
                kawa na ławę nie pomaga.

                Widzisz Cyjanokobalamino chciałem tylko autorce zasugerować, że czasami warto
                się nawet wyładować na partnerze bo do niektórych ludzi argumenty słowne NIE
                DOCIERAJĄ. Wtedy trzeba bardziej zdecydowanych środków.
                Z tymi awanturami, jazdami to jest tak jak z tym przysłowiem."Ogień przy którym
                sie ogrzewasz to ten sam który Cie może spalić". Najważniejszy jest we wszystkim
                umiar. Nie chodzi o to by się pieklić bez sensu, o wszystko. Gdy żona tak robiła
                nie była wcale ani pociągająca, ani fajna tylko irytująca. Zaś gdy się wściekała
                bo miała o co ... to zupełnie inna para kaloszy.

                Cyjanokobalamino, nie wszyscy ludzie lubią kobiety z temperamentem. Niektórzy
                cenią sobie przede wszystkim spokój. Podobnie jak nie wszystkie kobiety lubią
                facetów z temperamentem. Pisząc te wszystkie słowa chciałem pokazać inne
                spojrzenie.

                Co do wbijania noża w plecy. Fakt, bywało burzliwie między nami. Jednak z każdej
                takiej awantury wyciągaliśmy OBOJE wnioski. Teraz żeby żona tak się wściekła
                muszę naprawdę coś nieźle przeskrobać (a zdarza się :)) bo święty nie jestem). I
                juz mi takich scen nie urządza. Kiedyś jazdy były kilka razy w miesiącu, teraz
                są może dwie na rok. Jednak to, że kilka razy coś takiego mi zaserwowała
                sprawiło, że wiele rzeczy sobie wyjaśniliśmy. No i zawsze oczyszczają atmosferę
                bo zazwyczaj w takich momentach mówisz wszystko co Cię boli.

                Popatrz, co Victta ugrała swoim stoickim spokojem ??????? Gów...o za
                przeproszeniem. Mąż nią manipuluje jak mu się chce, bo wie że i tak ona pierwsza
                pęknie. Jak by mu urządziła taka pełną "jazdę bez trzymanki", raz, drugi, trzeci
                (popartą oczywiście argumentami) jakby pokazała, że nie on jeden może mieć
                "jaja" w tym związku może by się zastanowił. A tak ... szkoda mi dziewczyny, ale
                jest w pewnym sensie sama sobie winna. Mąż sowim stoickim spokojem zabija
                wszystko co w niej najpiękniejsze, całą jej namiętność, pożądanie, jej
                osobowość, wpędza w kompleksy, powoduje utratę poczucia własnej wartości. Jak
                dla mnie jest takim domowym mentalnym tyranem, a nie partnerem, ale w pewnym
                sensie... facet potrafił ustawić się w życiu. Bo po co sie silić i dawać z
                siebie ??? Przecież i tak dostanie to co chce, na spokojnie, przeleci Victte jak
                ON lubi i kiedy mu się zechce, nieodzywaniem się ugra co tylko zapragnie. Po
                prostu oleje ją, położy sie spać, a ona będzie wypłakiwać w poduchę tysiące łez
                zadając sobie pytania "Dlaczego on taki jest ??????". A jak dla mnie, skoro
                słowa do niego nie docierają ... niech zastosuje metody jakich on nie trawi.
                Lubi spokój tak ???? NIech go nie zazna, dopóki jej nie zrozumie. Jeśli po roku,
                dwóch nie dotrze do niego ... cóż, przynajmniej jak sobie znajdzie kochanka i
                być może nawet odejdzie od męża nie będzie miała sobie nic do zarzucenia.
                To co opisałem w poprzednim dłuuugasnym poście działo sie kilka lat temu w moim
                związku. Etap docierania (tak go nazywam) trwał ok 3 lat. To były 3 bardzo
                burzliwe lata. Lata w których nauczyliśmy sie respektować własne zdania,
                nauczyliśmy się rozmawiać, nauczyliśmy sie słuchać wzajemnie. Bo jak jedno nie
                słuchało, drugie truło tak długo aż usłyszało. Victta tego nie zrobiła na
                początku i teraz ponosi tego konsekwencje. Nie nauczyła męża respektować swoich
                potrzeb, słuchać jej i słyszeć co do niego mówi i stosować się do tego co mówi.
                On pewnie od początku był silniejszym charakterem od niej i dlatego zrobił z nią
                to co silne kobiety robią z "facetami ciapkami" ... wciągnął ją sobie pod
                przysłowiowy "pantofel".
                Świetnie ten mechanizm opisała Minsi w wątku o pantoflarstwie. Mam nieodparte
                wrażenie, że właśnie coś takiego miało miejsce w jej związku. Dlatego powinna
                sie postawić !!

                Pozdrawiam.
                Avide.
                PS. Znowu się rozpisałem... przepraszam za ten słowotok.



                • cyjanokobalamina Re: Avide 21.11.07, 22:05
                  Kurcze, a mnie sie wydaje, ze czasem robiac taka awanture mozna z
                  siebie tylko zrobic wariata. Ona sie bedzie darla i rzucala
                  przedmiotami, a jej maz swoim stoickim spokojem jeszcze bardziej
                  podkresli jak niedorzeczne jest zachowanie zony. Avide, rozumiem co
                  piszesz, u Ciebie zadzialalo, u autorki watku niekoniecznie zda
                  egzamin.

                  PS A nadinterpretacji i czytania miedzy wierszami oduczyl mnie moj
                  ukochany juz dawno temu ;)
      • aandzia43 Re: Moje małżeństwo 20.11.07, 17:03
        Druga sprawa jest taka,ze nienawidzę walki,krzyków,pokazywania
        kłów,walenia po
        > łbie,nie lubię walki zarówno otwartej jak i podjazdowej(mam na to
        alergie po
        > moim domu rodzinnym).Nie tak wyobrażałam sobie związek kochających
        sie ludzi.Po
        > trzecie jestem strasznie nieodporna na szantaż
        emocjonalny,polegajacy na
        > odrzuceniu,cichych dniach,wynoszeniu sie spać na kanapę-ogarnia
        mnie wtedy
        > irracjonalny lęk,ale pracuje nad tym.


        Victta, ty się boisz nie tylko walki i krzyków. Ty się boisz zwykłej
        konfrontacji. Dlaczego?


        > Po pierwsze nosiłam w sobie przekonanie ,idealistyczne zreszta, ze
        wszystkie
        > konflikty można rozwiązać pokojowo -negocjacjami.Że partner skoro
        deklaruje
        > miłość powinien dbać o moje dobro też.Dalej wierze w taka
        możliwość ,ale już ni
        > e
        > w swoim małżeństwie.

        Niektóre konflikty można rozwiązać pokojowo przy pomocy negocjacji.
        Ale to muszą być twarde negocjacje. A jeśli chodzi o deklaracje
        miłości, nie są one prostą drogą do spełniania życzeń partnera.
        Właściwie nic z nich nie wynika. Ładnie brzmią i miło się ich słucha.
        I nie wierz w taką "możliwość" (te ideały, o jkaich piszesz wyżej)
        ani w przypadku twojego małżeństwa, ani w przypadku jakiejkolwiek
        innej relacji. Zacznij dbać o siebie. Twój małżonek sam dba o siebie
        wystarczająco dobrze, krzywdy mu nie zrobisz zajmując sie teraz
        sobą. Nie traktuj go jak dziecko.
        • victta Re:Do Aandzi 43 20.11.07, 20:50
          aandzia43 napisała:

          > Victta, ty się boisz nie tylko walki i krzyków. Ty się boisz zwykłej
          > konfrontacji. Dlaczego?

          To prawda-boję się.Boję się podjąć decyzję,że jeżeli mąż nie zacznie szanować
          moich potrzeb to odejdę.
          A dlaczego? Myślę,że to wynika z jakiejś głęboko ukrytej niewiary w siebie.Na
          zewnatrz nauczyłam sie być silną i zaradną kobietą,umiem udawać pewność
          siebie,pewna przebojowość Tylko,że to jest maska,która sprawdza sie w miarę w
          kontaktach społecznych natomiast całkowicie zawodzi w moim małżeństwie.
          • aandzia43 Do Victty 21.11.07, 23:07
            Wiesz Victta, jest taka książka Alberta Bernsteina "Emocjonalne wampiry". Kup ją
            sobie i poczytaj. Po mojemu twój chłop to wampir narcystyczny. Instrukcję
            obsługi wampira emocjonalnego znasz doskonale, masz ją we krwi. Teraz czas na
            instrukcję odklejania się od w/w. Książeczka fajna, dowcipna, czyta się letko i
            przyjemnie, chociaż nie zawsze jest do smiechu. Dobra na dobry początek.

            Powodzenia:-))))))))))))))))))
            • victta Re: Do Aandzi 22.11.07, 09:04
              Dzięki, kupie.
            • grethe Re: Do Victty 23.11.07, 08:57
              Mnie też zaciekawiłaś. Zawsze jakoś byłam z dala od podobnych książek, ale tym razem chyba się skuszę. Póki co zajrzłam na stronę autora i zaczęłam czytać:
              www.albernstein.com/id62.htm

    • jacek612 Re: Moje małżeństwo 20.11.07, 20:51
      Wspólczuję Ci. Twój mąż jest po prostu egoistą. Prawdziwa miłość
      nigdy nie mówi: JA. Prawdziwa miłość mówi: TY. Obawiam się, że tak
      jest w większości małżeństw. Seks jest traktowany instrumentalnie.
      Nie daj się.

      • green_land Re: Moje małżeństwo 21.11.07, 11:12
        Problem też w tym, że to "TY" może być różnie rozumiane...
        On chce seksu i myśli: robie to dla niej, bo przecież moge też sam
        przed kompem.
        Jeżeli tak pojmuje /a wielu, wielu tak robi/, to problem jest więszy.
    • fioletzszarym Re: Moje małżeństwo 21.11.07, 23:26
      >Mam sex( byle jaki, ale jest),mąż mi pomaga w domu,nie włóczy po
      nocach,pracuje.Podzielcie sie oceną tej sytuacji,bo ja już nie umiem
      stwierdzić co dobre ,a co złe.

      normalnie w d*** wam sie poprzewracalo!!!
    • krissdevalnor100 Re: Moje małżeństwo 22.11.07, 17:33
      Pierwszy najważniejszy krok już zrobiłąś- analizę. Serio.
      Teraz zacznij robić to, co lubisz.
      Dlaczego jesteś w domu, kiedy on wraca?
      Dlaczego oglądasz go krążącego od kompa do czajnika?

      Jak ktoś Cie nudzi, to spędzaj czas w innym towarzystwie. Setki rodzajów zajęć, kursów i wszelkich atrakcji czekają, tylko brać. Monotonia życia zawsze musi być generowana przez OBIE osoby w związku, jest niemożliwe, aby jedna z nich prowadziła intensywne zycie, nie oglądała się aż to drugie zrobi "COŚ" (hehehe, uwielbiam to oczekiwanie) i żeby było nudno. Chłop się rozkręci jak Ty się rozkręcisz:)
      • victta Re: Do Avide i krissdevalnor100 22.11.07, 21:01
        Twoja wypowiedź Avide dała mi do myślenia.
        Doszłam do wniosku,że do partnera należy mówić w jego języku.Jeśli ktoś
        preferuje rozmowę to rozmawiać ,jeśli awanturę -awanturować się.
        Pogrzebałam pamięcią w historii mojego związku i rzeczywiście ,jeśli było
        strasznie źle robiłam awanturę i muszę przyznać,że to zawsze pomagało.Robię to
        jednak bardzo rzadko,nie panuje nad tym,poprostu mój małżonek musi stasznie
        przeskrobać.Nie jestem taka potulna pantoflara jak podejrzewasz,nie daję sobie
        skakać po głowie,ale nie jestem tez wybuchowa,na pewno nie wściekam sie o
        wyjścia i wiele innych.
        Druga sprawa jest taka,że w związku istnieją dwa grzechy -grzech złego
        postępowania(i tutaj awantura sie sprawdza) i grzech zaniechania.Ja mam problem
        z tym drugim.O ile można przestać szkodzić swoim destrukcyjnym zachowaniem ze
        strachu to uważam,że ze srachu nie można nic dać.Daje sie z radosnej potrzeby
        dzielenia sie ,z jakiegoś wewnetrznego bogactwa.
        Nosze w sobie takie mądre zdanie: Kto za dużo daje ten zabija związek,ponieważ
        podświadomie oczekuje rewanżu,a gdy go nie dostaje rodzi sie w nim poczucie
        krzywdy.Ja mam w sobie poczucie krzywdy i poczucie niespełnienia ,bo tak bardzo
        chciałabym dawać,chciałabym być jego pzryjaciółką ,partnerka i super
        kochanką.I co zrobić?
        I tutaj musze posłuchac rady krissdevalnor100 i przesunać energie z mojego meza
        na siebie,zaczać dawać sobie.Strasznie to dla mnie trudne i narazie rodzi we
        mnie poczucie jakiejś samotności i pustki.
        Ale mam nadzieje ,ze to zaprocentuje ,albo moim rozkwitem ,albo w lepszym razie
        -naszym.
        Pozdrawiam wszystkich
        • grethe Re: dziękuję Viccta 23.11.07, 09:14
          Viccta, dziękuję Ci za ten wątek - mój został zlekceważony;-) więc przynajmniej tu przeczytalam sporo sensownych uwag, które są adekwatne również i do mojej sytuacji.

          U mnie niby trochę inaczej, ale widzę wiele cech wspólnych - przede wszystkim w moim podejściu. Najwyraźniej popełniłam parę błędów, chciałam być za dobra, realizować się w pracy, ładnie wyglądać, dbać o dom, być śweitną kochanką i partnerką do trudnych dyskusji.
          I wiesz co, przez takie bycie niemal perfekcyjną, chłop mi się rozbestwił.
          Mnie też śmieszyło mówienie o wychowaniu mężczyzny, ja też nie należę do awanturnic czy histeryczek. NIe miałam problemu gdy chciał/chce wychodzić z kumplami (wg jego kolegów jestem "świetną laską", bo oni za każdym razem muszą się o to naprosić). NIe interesują mnie jego pieniądze. "Nie ciągnę" go do ołtarza. Nie wrzeszczę.

          Nie dlatego, że to jakaś strategia; po prostu taka jestem.

          Ale wiesz co, ostatnio mój facet powiedział o żonie swojego brata (której zrestzą nie lubi): ona go krótko trzyma i A. dobrze na tym wychodzi. Zamurowało mnie.
          Chyba rzeczywiście muszę pokazać pazury, tylko nie bardzo wiem jak.

          Życzę Ci powodzenia i dziękuję, że dzięki Tobie i Twojemu wątkowi, niechcący sama się sporo dowiedziałam.
          Muszę jeszcze tylko wyciągnąć wnioski... Dzieki!
          • avide Grethe i Victta i inne .... 23.11.07, 10:48
            Piszę o "wychowywaniu faceta" i się śmiejecie, mówicie że nie jesteście takie,
            że jesteście tolerancyjne ble, ble, ble a chwile później narzekacie na to, że on
            taki a taki.

            wiecie co ... piękne jest to co piszecie. Piękno jest to, że takie jesteście.
            Powiem więcej ... jesteście cudowne. Naprawdę, gdzieś tam w podświadomości
            zawsze chciałem mieć tak właśnie myśląca kobietę.
            Nie mniej jesteście strasznie naiwne tak postępując i same sobie pętlę na szyję
            zakładacie.

            Człowiek to jest taka bestia że ZAWSZE będzie dążyła do maksymalnego
            konformizmu. Osoby, które mimo całkowitej swobody i tolerancyjności swoich
            partnerów same siebie będą trzymały w ryzach to nieliczne wyjątki. Dlatego
            właśnie piękne w was, że tak zaufałyście swoim partnerom ale jak naiwne same się
            przekonałyście.

            "wychowywanie partnera".
            Wiele razy wściekałem się na żonę czemu ona taka jest. Te wszystkie nieprzespane
            noce, liczne awantury (kiedyś była straszna, teraz już to zupełnie inna osoba) i
            inne takie tam. Jednak wychowywaliśmy się wzajemnie. Ona mnie a ja ją i wiecie
            co ... jestem jej za to WDZIĘCZNY !!!!!
            Jestem jej wdzięczny za to, że nie pozwoliła mi na wszystko na co miałem ochotę
            bo nie raz po fakcie okazało się, że miała rację. Dzięki niej wiele się
            nauczyłem. Nauczyłem się żyć z drugim człowiekiem. Nauczyłem się dzięki niej
            słuchać drugiego człowieka. Nauczyłem się, że moje spojrzenie nie koniecznie
            jest zawsze jedynym właściwym. Oboje się tego anuczyliśmy. Za to własnie jestem
            jej niesamowicie wdzięczny, i wiecie co ... ona nigdy się tego ode mnie nie dowie.
            Nie mniej gdyby nie te jej czasami może zbyt radykalne metody dziś byłbym
            zupełnie innym człowiekiem, myślę że chyba jednak gorszym, bardziej
            egoistycznym, egocentrycznym.

            Nie dowie się tego ode mnie właśnie po to by nie próbowała mi wejśc na głowę. By
            ten proces trwał, by nie osiadła na laurach. Bo jak tylko poczuje zbyt dużą
            swobodę od razu robi to co wasi partnerzy. Ja z resztą równiez. Podejrzewam, że
            gdybym był waszym mężem, powielił bym wiele błędów waszych połówek. Bo TAK TO
            ZWYCZAJNIE DZIAŁA. Nawet jeśli w kilku związkach jest inaczej to wyjątek
            potwierdza regułę.

            Pisząc o wychowywaniu partnera to była taka przenośnia. Można to nazwać
            "dopasowywaniem się do siebie" jak zwał tak zwał. Pisząc o tym nie miałem na
            myśli pastwienie się nad nim, bezsensowne awanturowanie się, zakładanie smyczy i
            krótkie trzymanie każdego w każdej sytuacji.
            Miałem na myśli tłumaczenia, pokazywanie im na różnych przykładach co jest dla
            nas ważne i jak czasami się czujemy gdy nas ranią. Przykład gdy mąż się nie
            odzywa, Victta miał pokazać Twojemu facetowi Twoją bezsilność, bezradność a nie
            najgorsze cechy Twojego charakteru.

            Wychowywanie to dostosowywanie działań i środków do osobowości naszych
            partnerów, tak by to do nich DOTARŁO. Napisałem obiektywnie co zadziałało u
            mnie, może zdziała u was, choć do was należy ocena czy to jednak właściwa droga.
            Do jednego dotrze rozmowa, do innego krzyk, a na innego zadziała dopiero jak
            przeżyje coś na własnej skórze. I właśnie takie wszystkie metody wzajemnie z
            żoną na sobie stosowaliśmy i stosujemy, dopasowując się do siebie. Cały czas.
            Nie ma "róbta co chceta" itp. Czasami muszę się nagadać, czasami muszę olać,
            czasami muszę coś ukryć by powiedzieć po fakcie, czasami ustąpić mimo tego, że
            sie z tym nie zgadzam.

            Pozostawianie całkowitej swobody partnerowi to jakby dać wolną rękę dziecku by
            samo się wychowało na porządnego człowieka.
            Rodzice pokazują swemu dziecku co wg nich jest dobre a co złe, uczą go tego.
            Małżonkowie zaś powinni kontynuować ten proces na wyższym poziomie
            wtajemniczenia. Nie mówią "nie dotykaj pokrzywy bo cie to zaboli" tylko nie rób
            tak, nie postępuj w ten sposób bo to mnie zaboli.
            Jak się dziecko nie słucha rodzice stosują bardziej zdecydowane środki, jak
            małżonkowie się nie słuchają, nie dociera do nich, środki powinny być adekwatne
            do charakterów.

            Niestety związki doskonałe same z siebie to utopia, choć sie zdarzają. Podobnie
            jak dzieci, które mimo barku zainteresowania rodziców, same w wieku 10lat
            uznają, że trzeba się uczyć a nie bawić, a później nie wolno kraść bo to jest
            "be", nie wolno krzywdzić innych bo to złe itd. Zdarzają się takie dzieci, choć
            większość takich puszczonych na samopas wiemy jak kończy...

            Przemyślcie to.


            Pozdrawiam.
            Avide.
            • grethe Re: Grethe i Victta i inne .... 23.11.07, 11:54
              Avide, uwierz dałeś mi do myślenia. I na pewno masz w wielu punktach rację, a ja wcale nie twierdzę, że nie powinnam była mojego lubego wychowywać. Powiem więcej - pewnie to był błąd, byłam naiwna, a teraz za to płacę.

              TYlko to już się stało, już za nami, teraz mogę jedynie wyciągnąć wnioski i zmienić swoje postępowanie. A nie bardzo jeszcze wiem jak, bo przyzwoliłam na wiele...
              • aandzia43 Re: Grethe i Victta i inne .... 23.11.07, 12:24
                Jako była "zbyt fajna dziewczyna" podpisują sie ręcami nogami pod tym, co pisze
                Avide. Jeszcze sporo brakuje mi do prawdziwej zołzy, ale usilnie pracuję nad
                sobą i mam nadzieję osiągnąć doskonałość ;-)

                Powodzenia :-)
                • avide Re: Grethe i Victta i inne .... 23.11.07, 14:05
                  Andzia tylko nie stań się zołzowatym perpetuum mobile :)) bo przestanę cię
                  czytac ;))))))). Wszak we wszystkim trzeba mieć umiar ;)).
                  Pozdrawiam
                  Avide
                  • grethe Re: Grethe i Victta i inne .... 23.11.07, 14:13
                    avide napisał:

                    > Andzia tylko nie stań się zołzowatym perpetuum mobile :)) bo przestanę cię
                    > czytac ;))))))). Wszak we wszystkim trzeba mieć umiar ;)).
                    > Pozdrawiam
                    > Avide

                    Haha, a ja właśnie zacznę Andzię czytać i sobie złotymi zgłoskami w pustej głowie mojej zapiszę co mówi:-)
                  • aandzia43 Re: Grethe i Victta i inne .... 25.11.07, 23:23
                    > Andzia tylko nie stań się zołzowatym perpetuum mobile :)) bo przestanę cię
                    > czytac ;))))))). Wszak we wszystkim trzeba mieć umiar ;)).
                    > Pozdrawiam
                    > Avide

                    Spokojnie Avide, chodziło mi tylko o zołzę wg. Sherry Argov z jej ksiązki
                    "Dlaczego mężczyźni kochają zołzy?" ;-)

                    Tresowane tygrysy mnie nie interesują. Cenię sobie obcowanie z wolnymi
                    tygrysami. Ustalamy sobie granice porykiwaniem i obnażaniem kłów. Jest gorąco i
                    interesująco. W przerwach myjemy sobie nawzajem futerka i liczymy prążki. I też
                    jest gorąco i interesująco.
                    :-))))))))))))))))))))))))
              • simonette Re: Grethe i Victta i inne .... 26.03.08, 15:15
                Witajcie,

                Służe słynnym ebookiem " dlaczego meżczyzni kochają zołzy":). brzmi trochę jak kontynuacja i rozwinięcie forum:). Polecam, bo ta ksiązka jest superzdroworosądkowa.

                Główna teza jak ktoś jest za dobry to go WYKORZYSTUJEMY, bo tak jest nasza ludzka natura.

                Apropos kiedyś sama uważałam za mój najwiekszy przymiot,że jestem "dobra kobieta". Wyjścia z kolegami rozumiałam, brak kwiatów tłumaczyłam, spóznienia i owszem wybaczyłam:). Teraz nie rozumiem i wymagam:). I zdecydowanie mi lepiej.ot, ta "dobroć" to nie dobroć jeno brak szacunku to samego siebie, bo niby jakim prawem ktoś cię olewa, lekceważy, a ty to znosisz?
                Słowem, jedno jest pewne myśląc przede wszytkim o sobie ulepszasz wasz związek.
    • emmagazeta Re: Moje małżeństwo 25.03.08, 03:14
      jeśli ty nie potrafisz ocenić tego jako coś złego to powinnaś sobą mocno
      potrząsnąć. Dziewczyno co się z Tobą dzieje? Masz prawo żądać czegoś dla siebie
      chociażby tego, żeby ktoś Ciebie zauważał. A ten otworek, z gumowej lalki{którą
      chyba naprawdę jesteś z góry przepraszam) najlepiej przeznaczyć na jakieś inne
      nieco bardziej wartościowe "doładowanie", chociażby emocjonalne.
    • nerika Re: Moje małżeństwo 25.03.08, 16:42
      Co Ty jeszcze z nim robisz?
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka