Dodaj do ulubionych

beznadziejna sytuacja...

04.03.08, 20:30
Piszę na tym forum, bo szukam porady doświadczonych małżeństw a
nie "teoretyków". Z góry przepraszam że nie na temat.
Gdy się poznaliśmy nie miałam ochoty na stały związek. Szybko
zaszłam w ciążę, pomimo że się zabezpieczałam (rok znajomości, 3
miesiące "chodzenia"). Wiem, że nie jest to dobry początek związku,
ale życie nie zawsze układa się tak jakbyśmy planowali.
Jesteśmy ze sobą od ponad 4 lat, bez ślubu (bo miałam wątpliwości).
Ja studiuje, on pracuje. Nie było różowo, ale nie mogę też
powiedzieć żeby było źle. Nie kłócimy się jakoś wyjątkowo często, na
co dzień okazuje mi uczucia, normalnie ze sobą rozmawiamy, miło
spędzamy czas.
Moje studia są niestety bardziej absorbujące niż myślałam. On wraca
z pracy i nie jest skory do pomocy. O wszystko muszę nim walczyć, o
umycie naczyń, o spacer z dzieckiem, o obowiązki pielęgnacyjne
względem dziecka. Generalnie dzisiaj odpuściłam sobie i cały dzień
leży przed TV. Nie przeszkadza mu że dziecko ogląda filmy pełne
przemocy razem z nim. Ustaliliśmy że dziecko jest myte co 2 dni (to
jego obowiązek) ale on gdyby nie moje przypomnienia wcale tego by
nie robił (wytrzymałam 6 dni bez przypominania).
Od grudnia nasze kłótnie (3) wymykają się spod kontroli. Wyzywa mnie
od najgorszych, wyśmiewa to że jestem na utrzymaniu innych
(uwierzcie, że bardzo ciąży mi ta sytuacja), że jestem tępa, do
niczego się nie nadaje itp. Używa wulgaryzmów, stara się mnie zranić
wyciągając fakty z mojej przeszłości, o których nie mówiłam
wcześniej nikomu (np. "nie dziwie się że ojciec cię lał"). To bardzo
mnie boli, ale z drugiej strony zaczynam się uodparniać... A może
przychodzi obojętność?
Wczoraj jednak przekroczył granicę. Wybuchła kłótnia, też go tym
razem wyśmiewałam, ale nie sięgałam po "ciężki kaliber" bo wiem że
miałabym wyrzuty sumienia. Zaczął ośmieszać mnie przy dziecku,
używał wulgaryzmów "ale brudas z tej głupiej dziwki, twojej matki"
(słowa skierowane do dziecka podczas oględzin sterty brudnych
naczyń, których nie raczył umyć). Gdybym miała gdzie to wczoraj
uciekłabym z dzieckiem. Nie jest to możliwe. Mogę, co prawda liczyć
na wsparcie finansowe rodziny, ale w moim domu rodzinnym nie byłoby
lepiej (toksyczny brat). Od wczoraj cały czas mnie obraża, także za
pośrednictwem dziecka. Robi wszystko żeby mnie sprowokować, łamie
wszystkie moje zasady (klnie jak szewc przy dziecku, głośno ogląda
tv). Wiem, że jeśli wyjadę teraz do rodziców to za tydzień będzie
chciał żebym wróciła. Będzie obiecywał że to się nie powtórzy.
Będzie mówił jak bardzo mnie kocha… Rodzice mieszkają daleko i byłby
problem z dzieckiem (i wyjazdem na uczelnie, a studia to mój
priorytet).
Zupełnie nie wiem co robić. Czuje się jak w pułapce, bez wyjścia.
Czy jest szansa żeby było dobrze albo żeby chociaż jakoś przetrwać
ten rok aż nie usamodzielnie się? Czy był ktoś w podobnej sytuacji?
Obserwuj wątek
    • eeela Re: beznadziejna sytuacja... 04.03.08, 23:22
      Bardzo przykro się czyta o twojej sytuacji, ale boję się, że tu nie ma jak
      udzielić dobrej rady.
      Ja byłam w takim niedobrym związku przez cztery lata, ale byłam zaślepiona
      bardzo mocnym uczuciem i ono czyniło dla mnie odejście niemożliwym. Dopiero pod
      koniec, kiedy już naprawdę zaczynało się wszystko potwornie sypać, zaczynałam
      chwilami marzyć o samotnym życiu - ale i tak nie byłabym pewnie w stanie szybko
      się rozstać, gdyby nie to, że facet zaczął robić na boki.

      Nie wiem, czy to dobrze, czy źle, że ty najwyraźniej nie masz już tego
      uczuciowego 'utrwalacza' - z jednej strony trudniej ci godzic się ze znoszeniem
      takich zachowań na codzień, z drugiej nie ranią cię one tak bardzo, jak mogłyby,
      gdybyś była od niego emocjonalnie uzależniona.

      Powinnaś chyba zrobić sobe rachunek zysków i strat - co będzie, gdy wyprowadzisz
      się do rodziny, a co, jeśli przetrwasz jeszcze rok (jesteś pewna, że to będzie
      tylko rok?). Myślisz, że z bratem będzie gorzej niż z partnerem? Jak bardzo
      ucierpi psychika dziecka na jednym i na drugim rozwiązaniu? Jakie utrudnienia
      czekałyby cię, gdybyś się wyprowadziła? Dasz radę 'wyłączyć' się od zachowań
      partnera?
      • miskolorowy Re: beznadziejna sytuacja... 04.03.08, 23:27
        myśle,ze podstawa teraz jest praca,bo jeżeli sie nie usamodzielnisz,to będzie
        gnoił dalej,jak zrobić nie wiem,bo to bardzo trudna sytuacja,współczuje,ja sama
        nie miałam lekko z meżem,studia są wazne-rozejrzyj sie za opcja np eksterna-moze
        twoj kierunek to ma-bo zaoczne sa znacznie drozsze i te weekendy,ja sama tak
        kończe studia,nie przeszkadza mi to pracować,mieć czas dla dziecka,dla siebie
    • miedzianakonefka Re: beznadziejna sytuacja... 05.03.08, 08:22
      Z jednej strony straszny mąż który "łamie wszystkie moje zasady"
      wcześniej "toksyczny brat" i "ojciec który lał" a z drugiej strony
      piszesz że "nie sięgałam po "ciężki kaliber" bo wiem że miałabym
      wyrzuty sumienia".
      Nie znam się ale wygląda to na jakiś "syndrom ofiary" którą wszyscy
      w około krzywdzą a ona nie potrafi się ani obronić ani z tego
      wyrwać. A jak się wyrwie to wpakuje się podobnie albo jeszcze gorzej.
      Jeszcze brakuje żeby przykładem starego dziecko Cię zaczeło wyzywać
      i będziemy mieli komplet.
      Może jakiś psycholog by Ci naprawił system wartości albo coś
      podobnego ?

      Alleluja i do przodu...
      • marta406 Re: beznadziejna sytuacja... 05.03.08, 09:39
        > piszesz że "nie sięgałam po "ciężki kaliber" bo wiem że miałabym
        > wyrzuty sumienia".
        Jestem osobą wrażliwą, już jako małe dziecko miałam niespotykane
        poczucie tego co powinno się mówić a co nie. Nie wyciągam ciężkiego
        kalibru, bo wiem, że za kilka dni kiedy się pogodzimy on dalej
        będzie pamiętał moje słowa. Podczas kłótni ludzie powinni się umieć
        ugryźć w język, on tego nie potrafi. Ciekawa jestem jak to wygląda w
        innych małżeństwach?
        > Nie znam się ale wygląda to na jakiś "syndrom ofiary" którą
        wszyscy
        > w około krzywdzą a ona nie potrafi się ani obronić ani z tego
        > wyrwać
        Też zastanawiałam się nad tym.
        Ale nie jestem słaba psychicznie. Znajomi, przyjaciele postrzegają
        mnie jako osobę silną. Nie jestem uległa, wręcz przeciwnie mam swoje
        zdanie, dbam o swoje potrzeby (stąd wynikają te kłótnie, bo chce
        bronić swoich praw). Dziecko co prawda mam grzeczne, w wychowaniu
        jestem konsekwentna i konkretna. Mówię "nie" kiedy trzeba, daje
        kary, kiedy łamie zasady, ale też kocham i rozpieszczam.
        Mój brat zachowuje się jak mój ojciec. Jednak nie mogę powiedzieć
        żeby mnie wyróżniał, tak samo traktuje wszystkich ze swojego
        otoczenia.
        > wyrwać. A jak się wyrwie to wpakuje się podobnie albo jeszcze
        gorzej.
        Właśnie dlatego nie chcę podejmować pochopnych decyzji. Popatrzmy na
        realia. Wyprowadzę się, tylko gdzie? Rodzice pomogą mi finansowo,
        ale nie wiem czy wystarczy mi na życie (popatrzcie ile teraz
        kosztuje wynajem mieszkania, pokoju, czegokolwiek). Bez studiów
        jestem nikim. Po maturze mogę znaleźć pracę w supermarkecie za
        kilkaset złotych miesięcznie i do końca życia być na utrzymaniu
        rodziców. Nie mam możliwości kończenia studiów, pracy i jeszcze
        wychowywania dziecka jednocześnie. Może na innym kierunku, ale wtedy
        musiałabym zaczynać od początku (chyba szkoda skoro został mi tylko
        rok). Na pomoc socjalną nie mam co liczyć. Teoretycznie mieszkam z
        rodzicami, a oni mają wysokie dochody. Jeśli skończę studia, to mam
        szanse na godziwe zarobki i całkowitą samodzielność. A o tym właśnie
        marzę. Oczywiście spróbuje przemyśleć sprawę usamodzielnienia się
        przed skończeniem studiów, dzisiaj wracam do rodzinnego domu, tylko
        co będzie później...
        > Może jakiś psycholog by Ci naprawił system wartości albo coś
        > podobnego ?
        Myślę, ze jestem dosyć pewna siebie. Czuje się tak jakby mój facet,
        miał do mnie o to pretensje (chyba mu tej cechy brakuje) i starał mi
        się to odebrać...
        • miedzianakonefka Re: beznadziejna sytuacja... 05.03.08, 18:07
          To chyba nie do końca tak jest. MHO to skończenie studiów to jakiś
          kamień milowy który sobie postawiłaś żeby jakoś znieść tą całą
          sytuację. Oby po nim nie wyrósł następny pod tytułem "niech dziecko
          podrośnie" a potem kolejny "jak się usamodzielni to wtedy ja...".
          I tak można zmarnować sobie całe życie wiecznie się
          samousprawiedliwiając że "jeszcze nie czas ale kiedyś wszyscy
          zobaczą co ja potrafię". To taka mantra którą można usłyszeć w
          knajpach od starszych żuli kiwających się nad kolejnym kuflem.
          Obym był złym prorokiem ale moim zdaniem za zmiany należy się brać
          od razu zaczynając od małych rzeczy no chyba że kogoś stać od razu
          na desperacki skok na głęboką wodę. I uśmiechnij się. Jutro też
          będzie następny pierdolony dzień :P

          Alleluja i do przodu...
    • gomory Re: beznadziejna sytuacja... 05.03.08, 09:46
      Jedna z bardziej istotnych dla mnie cech w zwiazku to wzajemny szacunek. Pojmuje go m.in. jako powazanie praw i zaniechanie swiadomego ranienia drugiej strony. Owszem rozumiem, ze czasami sie nie da opanowac i cos wybuchnie krotkotrwala eksplozja. Jednakze sytuacja w ktorej ktos przez dluzszy czas np. rzuca obrazliwymi slowami, specjalnie podejmuje dzialania ktore maja byc bolesne, wierci jadem jak rozpalonym kijem w ranie - jest dla mnie nie do zaakceptowania. W moich oczach przekresliloby to taka osobe zupelnie.
      Mam raczej traumatyczne przezycia z klotniami ktore wymykaja sie spod kontroli.
      Napisalem to bys miala poglad z moim moze dosc radykalnym zdaniem.
      Bedac na Twoim miejscu natychmiast uruchomilbym plan ucieczkowy. Nie potrafilbym wiazac swojej przyszlosci z kims kto czerpie satysfakce z ranienia mnie. Poswiecilbym cala energie na poszukiwanie pracy i uniezaleznienie sie, a seks wykluczylbym zupelnie.
      Ale Twoje zycie, Twoj wybor. Ja nie mam w pamieci 4 milych lat i ilus tam orgazmow w lozku. To, ze go nie kochasz to fakt, i nie masz nad czym sie zastanawiac. Wprawdzie wiele zwiazkow jakos tam trwa bez milosci. Ale czy dla oslody masz chociaz dobrego ojca dla dziecka i opiekunczego meza? To juz sama musisz sobie odpowiedziec.
    • mcclark Rodzina 05.03.08, 10:36
      Witam
      Moje zdanie jest takie, że po pierwsze musisz określić co do niego
      czujesz. Jeśli to nie miłość, to sprawa bedzie prostsza.
      Jeśli toksyczność obu rozwiązań jest porównywalna, wolałbym wybrać
      jednak mieszkanie z rodziną. Rodzice (no właśnie - ojciec wnioskuję,
      że się zmienił na lepsze w porównaniu z dzieciństwem. Można więc
      liczyć na pomoc rodziców przy dziecku i na to, że brat również się
      ustatkuje i poprawi...) nie mają problemów finansowych, więc pomogą
      Ci przetrwać jakos ten rok do momentu zakończenia szkoły.
      Oczywiście, decyzja jest Twoja, uważam jednak, że rodzina to rodzina
      i z dwojga złego wolałbym mieszkać z toksycznym bratem niż z
      bezczelnym, złośliwym, chamskim, prostackim ojcem swojego
      dzieciątka, który mnie nie szanuje...
      A po roku - do pracy rodacy...;)
      Pozdrawiam serdecznie.
    • eudajmonika Re: beznadziejna sytuacja... 05.03.08, 10:55
      Sytuacja nie jest beznadziejna.

      Wygląda jednak z Twojej relacji, że nie warto dalej inwestować w ten
      związek.
      Jednak to Twoje życie, więc jak już odpowiesz sobie na pytania,
      takie, jak postawiła Eeela i podobne, to wszystko będzie proste.

      Ja bym porozmawiała z ojcem dziecka i przedstawiła sprawę
      następująco - skoro jestem "brudną dziwką, którą on musi
      utrzymywać", to chętnie zwolnię go z tego przykrego obowiązku.
      Zaproponowałabym moją wyprowadzkę do rodziców, po uprzednim wspólnym
      ustaleniu wysokości alimentów na dziecko (chyba uznał ojcostwo w
      USC?). Jeśli sprawiałby kłopoty z alimentami, wniosłabym o sądowne
      ustalenie ich wysokości.
      Rodzice mogą Cię utrzymywać przez rok - piszesz, że są zamożni.
      Trzeba zawrzeć z nimi pakt na ten rok, choćy i niechętnie się
      zgodzili, to przecież to lepsze niż słuchanie takich inwektyw, jakie
      tutaj cytujesz.
      Piszesz, że nie poradzisz sobie ze wszystkimi obowiązkami matki i
      studentki, ale zauważ, że ostatni rok studiów to głównie pisanie
      pracy licencjackiej/magisterskiej, można wiele spraw poustawiać z
      promotorem, można ostatecznie wziąć dziekankę, czas na poukładanie
      spraw życiowych i na studia wrócić, nie musisz wcale rezygnować, ani
      zaczynać nowego kierunku (cóż to w ogóle za pomysł?).
      Wiele dziewczyn skończyło studia z dziećmi na ręku, w tym pisząca te
      słowa.
    • trzydziestoletnia Re: beznadziejna sytuacja... 05.03.08, 11:16
      Opisałaś dość typowe zachowanie przemocowca oraz swoje funkcjonowanie i sposób myślenia jak ofiary przemocy. Przemoc to nie tylko uderzenie czy bicie, to rowiez ponizanie, wysmiewanie, wyzywanie, a takze zaniedbania wobec dziecka. Zachowania przemocowe nie ustaja same, a bez wyraznego zaznaczenia granic wrecz nakrecaja sie (czytaj: dzis Cie wyzywa, jutro moze uderzyc). To co opisujesz jako "zobojetnienie" na wyzwiska to raczej przejaw "zamrozenia emocji" (odczuwanie staje sie zbyt bolesne), utraty instynku samozachowawczego, jakbys powoli przestawala sie bronic. Wlasnie dlatego zony tkwia w takich ukladach - powoli traca sily obronne i staja sie bezwolne. Piszesz rowniez o tym, ze jakbys wyjechala do rodzciow to maz bedzie prosil o powrot, obiecywal, zapewnial ze kocha itd. Cykl przemocy sklada sie m.in. z miesiaca miodowego - czyli okresu kajania sie, przynoszenia kwiatkow i obiecywania. Będzie przepraszal, bo jestes mu potrzebna, przemocowiec jest uzalezniony do swojej ofiary i robi sie "malutki", gdy wymyka mu sie z rąk. Bardzo czesto ofiary przemocy sa uzaleznione od meza finansowo, to pozwala na wieksza kontrole i poczucie wplywu. Czesto ta kontrola zaczyna posuwac sie duzo dalej, niezauwazalanie kobieta jest izolowana od przyjaciol czy rodziny, coraz wiecej sfer zycia podlega kontroli i rozliczaniu. Taka kobieta jest "urabiana", traci instynkty samozachowawcze, wolną wolę. Ty jeszcze masz siły i energię, wolę działania (choć pojawia się poczucie, że kazde rozwiązanie ma zbyt wiele wad, podajesz jakis pomysl i sama go odrzucasz).

      Z dobrego serca polecam Ci forum dla osob mających doswiadczenia życia z przemocowcem - znajdziesz tam ew.potwierdzenie tego, czy Twoj zwiazek ma cechy funkcjonowania przemocowego, znajdziesz wsparcie, zrozumienie i konkretne rady, zarowno badac nadal w zwiazku, jak i uwalniajac sie do niego:
      forum.gazeta.pl/forum/71,1.html?f=24028
      Pozdrawiam
      • miskolorowy Re: beznadziejna sytuacja... 05.03.08, 18:04
        niejedna matka pracuje,studiuje,zajmuje sie dzieckiem,to jest realne-ale trudne
        ale co lepsze-kwestia wyboru
    • blue_lena Re: beznadziejna sytuacja... 06.03.08, 13:08
      szacunek to podstawa. jesli nie reagujesz odpowiednio dajesz
      przyzwolenie niestety. musisz jasno okreslic granice.
      boisz sie tego co nieznane, ta blokada często powoduje ze trwa się w
      piekiełku. ale to nie rozwiąze problemu. wręcz przeciwnie. jakies
      kroki podjąć musisz. wiem ze to łatwo się pisze. ale chcę zebys
      zrozumiała, iz strach ma wielkie oczy. uwierz w siebie. nie radzę
      wszystkiego od razu rzucać. po prostu walcz o godność. nie reaguj na
      jego wulgarność. odetnij się.
      bardzo mi się nie podoba to że on zaczyna wciagać dziecko w wasze
      problemy. niedojrzałość skrajna.
      zacznij działać, na początek rozejrzyj się za pracą. powodzenia

    • krissdevalnor100 Re: beznadziejna sytuacja... 09.03.08, 11:48
      No, nie dokładnie w takiej, ale w zbliżonej. Więc będzie dłuuugi
      post:)

      Wersja pierwsza.
      Musisz cos poświęcić, aby zdobyć niezależność finansową. To klucz do
      wszystkiego. Dziecko w takim toksycznym układzie siedzieć nie może,
      więc pierdoły typu "nie chcę zabrać dziecku ojca" darujmy sobie na
      wstępie. Na panu postaw krzyżyk, dobrze, ze nei jesteście po ślubie
      więc poprostu mozesz sie wyprowadzić. Tylko kwestia organizacji tego
      faktu pozostaje na Twojej głowie.
      Ile tych studiów zostało?
      Może trzeba się przenieść na zaoczne i znaleźć pracę? W dzisiejszych
      czasach pracodawcy mało zwracaja uwagę, ze to były studia
      dzienne/zaoczne/zwykły kurs. Kursów zresztą mozesz później dorobić.
      jeśli studiów zostało mało co, to może masz mozliwość zaciągnąć
      kredyt, albo raczej nie Ty, tylko mama/ciocia/babcia/siostra/wujek
      dla Ciebie? Żeby wystarczyło na skromy wynajem i życie przez kilka
      miesiecy a potem biegiem do pracy i spłacać. Wyluzuj z tymi studiami
      w tym sensie, ze jak Cię nie ma kto utrzymywać, to głową muru nie
      przebijesz. A żeby mnie utrzymywał ktoś kto mnie tak traktuje jak
      Twój partner- nie wyobrażam sobie.

      I alternatywnie.
      Mozesz zostać. Zaciąć się, robić swoje (ile Ty właściwie robisz w
      tym domu nota bene? Dziecko myte co drugi dzień, hmmmm....).
      Deklarować dobre chęci pod katergorycznym warunkiem zaprzestania
      agresywnych i ponizajacych wypowiedzi. postawić warunek "zero
      wyzwisk". Podział obowiazków wygląda mi na TWÓJ. To znaczy to są
      Twoje ż(rz?)adania kompletnie niezrozumiałe i nieprzyjmowane przez
      niego. Fikcja. To powinno być ustalone, ale nie da się, moim zdaniem
      na tym etapie. On pewnie uważa, ze zarabia, pracuje i wymaga żebyś
      prowadziła dom. Może słusznie? Jeśli nie, to musisz mu wyjaśnić, ile
      naprawdę czasu zajmują studia, że oceny są funkcją czasu włożonego w
      naukę i że robisz to, zebyście w przyszłości mieli lepiej. To wasza
      WSPÓLNA inwestycja, bo jako para oboje w przyszłosci skorzystacie na
      tym, że kobieta w tym układzie moze wnosic konkretne zarobki a nie
      wisieć na meżu. I że taki stan jest obecnie przejściowy i na tym
      Tobie zależy. Nie wchodź w konfrontacje, raczej sie izoluj i
      powtarzaj swoje deklarujac dobre checi. Jak nie podchwyci, to trudno
      i tak nie unikniesz rozpadu związku. Jak podchwyci, to nie wyskakuj
      z serią pretensji i roszczeń, tylko zacznijcie pracować nad
      związkiem. Ciezka orka. Przeszłam taką drogę (będąc w o tyle lepszej
      sytuacji, że nie byłam totalnie utrzymywana mając wysokie stypendium-
      ale nazywało sie, ze NIE PRACUJĘ). My doszliśmy do równowagi. Nie
      masz gwarancji, ze jak dojdziecie do równowagi, to jeszcze bedziesz
      chciała na niego patrzeć (za dużo słów już padło). Nie masz
      gwarancji, ze w ogóle sie uda. Dużo siły charakteru i dobrych chęci
      potrzeba. Masz tyle- to róbuj, nie masz- to nie trać czasu i teraz
      sie zmywaj.
      Co masz robić? Wybierz raz i nie wycofuj się co tydzień z decyzji
      zmieniając zachowanie, bo jeszcze za 15 lat będziesz się miotać w
      niezmienionym układzie. Pozostaje mi życzyc: powodzenia.

    • bawomar Re: beznadziejna sytuacja... 09.03.08, 12:36
      Witaj mloda dziewczyno!
      To smutne co piszesz.Jego mi nie zal,bo to skurwiel.
      Wiesz co?Bedziesz z nim zyla,przejdziesz z nim przez zycie.Bedziesz
      miala szare zycie,moze czasami bedzie troche lepiej.
      On juz zawsze bedzie prowokowal takie klotliwe sytuacje.
      A Ty za 30 lat powiesz,ze chyba bylo znosnie,bo sa gorsi od niego.
      Ja mam juz ponad 30 lat malzenstwa.Kocham zone.Jest seksi, podnieca
      mnie jako samca.Kocham sie z nia prawie co dziennie(wierzysz?),ale
      zdradzam ja czasami,bo patrze tez na inne(dziwne?).
      Nie zaluje tego,nie mam wurzutow sumienia.Zrobilbym to ponownie.
      Ona paradoksalnie ma przez to lepiej.Staram sie jej to wynagradzac w
      najrozniejszy sposob.Nie wie o co chodzi,a ja nigdy bym sie nie
      przyznal,aby nie poczula sie zraniona.
      Nie wiem co to klotnie i obrazanie slowami sie nawzajem.
      Wiem jednak,jak bardzo trzeba wazyc slowa,bo niektorych nie sposob
      zapomniec.Wasze dziecko zapamieta na zawsze i sytuacje i slowa przez
      Was wypowiedziane.
      Smutne to.Prawda?
      Ja Ci zycze pieknego,troche szalonego zycia,ale z nim to sie nie uda.
      Skoncz studia.Poczujesz sile swojej wartosci.Badz piekna i seksi.
      Znajdzie sie ten,ktory nie bedzie Cie obrazal,ktory bedzie Cie
      uwielbial.Zobaczysz to wszystko w jego oczach.
      Pozdrawiam.Ryszard

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka