peekaboo_boo
04.03.08, 20:30
Piszę na tym forum, bo szukam porady doświadczonych małżeństw a
nie "teoretyków". Z góry przepraszam że nie na temat.
Gdy się poznaliśmy nie miałam ochoty na stały związek. Szybko
zaszłam w ciążę, pomimo że się zabezpieczałam (rok znajomości, 3
miesiące "chodzenia"). Wiem, że nie jest to dobry początek związku,
ale życie nie zawsze układa się tak jakbyśmy planowali.
Jesteśmy ze sobą od ponad 4 lat, bez ślubu (bo miałam wątpliwości).
Ja studiuje, on pracuje. Nie było różowo, ale nie mogę też
powiedzieć żeby było źle. Nie kłócimy się jakoś wyjątkowo często, na
co dzień okazuje mi uczucia, normalnie ze sobą rozmawiamy, miło
spędzamy czas.
Moje studia są niestety bardziej absorbujące niż myślałam. On wraca
z pracy i nie jest skory do pomocy. O wszystko muszę nim walczyć, o
umycie naczyń, o spacer z dzieckiem, o obowiązki pielęgnacyjne
względem dziecka. Generalnie dzisiaj odpuściłam sobie i cały dzień
leży przed TV. Nie przeszkadza mu że dziecko ogląda filmy pełne
przemocy razem z nim. Ustaliliśmy że dziecko jest myte co 2 dni (to
jego obowiązek) ale on gdyby nie moje przypomnienia wcale tego by
nie robił (wytrzymałam 6 dni bez przypominania).
Od grudnia nasze kłótnie (3) wymykają się spod kontroli. Wyzywa mnie
od najgorszych, wyśmiewa to że jestem na utrzymaniu innych
(uwierzcie, że bardzo ciąży mi ta sytuacja), że jestem tępa, do
niczego się nie nadaje itp. Używa wulgaryzmów, stara się mnie zranić
wyciągając fakty z mojej przeszłości, o których nie mówiłam
wcześniej nikomu (np. "nie dziwie się że ojciec cię lał"). To bardzo
mnie boli, ale z drugiej strony zaczynam się uodparniać... A może
przychodzi obojętność?
Wczoraj jednak przekroczył granicę. Wybuchła kłótnia, też go tym
razem wyśmiewałam, ale nie sięgałam po "ciężki kaliber" bo wiem że
miałabym wyrzuty sumienia. Zaczął ośmieszać mnie przy dziecku,
używał wulgaryzmów "ale brudas z tej głupiej dziwki, twojej matki"
(słowa skierowane do dziecka podczas oględzin sterty brudnych
naczyń, których nie raczył umyć). Gdybym miała gdzie to wczoraj
uciekłabym z dzieckiem. Nie jest to możliwe. Mogę, co prawda liczyć
na wsparcie finansowe rodziny, ale w moim domu rodzinnym nie byłoby
lepiej (toksyczny brat). Od wczoraj cały czas mnie obraża, także za
pośrednictwem dziecka. Robi wszystko żeby mnie sprowokować, łamie
wszystkie moje zasady (klnie jak szewc przy dziecku, głośno ogląda
tv). Wiem, że jeśli wyjadę teraz do rodziców to za tydzień będzie
chciał żebym wróciła. Będzie obiecywał że to się nie powtórzy.
Będzie mówił jak bardzo mnie kocha… Rodzice mieszkają daleko i byłby
problem z dzieckiem (i wyjazdem na uczelnie, a studia to mój
priorytet).
Zupełnie nie wiem co robić. Czuje się jak w pułapce, bez wyjścia.
Czy jest szansa żeby było dobrze albo żeby chociaż jakoś przetrwać
ten rok aż nie usamodzielnie się? Czy był ktoś w podobnej sytuacji?