Dodaj do ulubionych

co by nie było - główna przyczyna

01.06.08, 22:02
> Ja byłam akurat na rozdrożu (3 lata po rozwodzie) i z pomiędzy 3
> wielbicieli wybrałam właśnie jego. Tamci pozostali byli
> mało "przyszłościowi", choć wspaniali w łóżku i towarzysko. Nie
> mogłam się spotykać z trzema, a on proponował stały, pełen miłości
> związek. Sprawiał wrażenie bardzo zakochanego i chyba tak było.



Czego byśmy nie mówili, ten temat wraca i wraca. 'On mnie kochał, był cudowny,
opiekuńczy, dba o rodzinę, dobrze się z nim rozumiem, myślałam, że z czasem
się wyrobi/myślałam, że z czasem się do niego przekonam, jak o niego walczyć,
co zrobić, żebyśmy mieli świetny seks' - etc., etc. Jedne panie lekceważą
przesłanki do tego, że facet jest generalnie mało zainteresowany seksem. Inne
panie lekceważą przesłanki, że one same do seksu z danym facetem muszą się
zmuszać. A wszystko to w pogoni za stabilizacją.

Przez setki lat młodszym układali małżeństwa starsi tak, aby młodsi wchodzili
w życie ustabilizowani. Nikt wtedy nie rozprawiał o motylkach w brzuchu.
Motylki, jak śpiewali okcytańscy trubadurzy, to była kwestia pozamałżeńska.
Dopiero w ciągu ostatnich dwustu lat zaczyna się forsować motylki jako
najlepszą przyczynę do zawierania związków - i jak widać, dobrze na tym nie
wychodzimy, bo wchodzimy w związki nie umiejąc dobrze ocenić ich
perspektywiczności, raz pakując się w patologię za sprawą prawdziwych
motylków, innym razem oczekując prawdziwych motylków, kiedy tak naprawdę
głównym motywem jest osiągnięcie stabilizacji.

Lepiej by było, gdybyśmy my, kobiety, potrafiły trochę bardziej obiektywnie
spojrzeć na same siebie i bardziej uczciwie w stosunku do samych siebie
postępowały. Przedkładasz stabilizację ponad dobry seks? Wolisz być żoną
doktora niż kochanką artysty? Świetnie, ja nie widzę w tym nic złego. Ale nie
oczekuj, że znajdziesz wszystkie jabłuszka w jednym koszyku. Jeśli idzie się
za doktorem, rezygnując w pełni świadomie z artysty, należy się godzić z
konsekwencjami swoich wyborów.

(Przepraszam, Moniko, wybralam cytat z twojej wypowiedzi jako zobrazowanie
ogolnej tendencji, nie po to, aby specjalnie cię krytykować.
Obserwuj wątek
    • monikka38 Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 01:09
      Ha, ha!:) Trafiłaś z tym artystą!:) Jeden był (i jest sobie nadal).

      Na pewno często tak jest jak napisałaś. I może nawet myślałam wtedy
      o stabilizacji, bo życie uczuciowe miałam trochę popaprane- mnóstwo
      uczucia i zero pewności co dalej (nie materialnie, bo z tym radziłam
      sobie dużo lepiej niż teraz. Byłam samowystarczalna i niezależna
      finansowo.)
      Faktycznie, gdybym wtedy na zimno zaczęła analizować i porównywać
      aspekty li tylko seksualne, to prawdopodobnie wygrałby w
      przedbiegach poprzedni mężczyzna, ale... no, właśnie...miałam dość
      niepewności, samotnych świąt, obiecywania, że następne święta już
      razem, itd. itp.
      A mój obecny mąż był inny- taki poważnie podchodzący do mnie, do
      związku, punktualny, prawdomówny i mądry. W kilku zdaniach potrafił
      mi wyjaśnić, że tkwię w czymś bez przyszłości. A on oferuje
      prawdziwe życie.
      No i teraz wiem jak wygląda "prawdziwe" życie.
      Nie wiem czy mogłam przewidzieć taki rozwój (a raczej zwój;))
      naszego małżeństwa- nie było TAKICH fajerwerków w łóżku jak z tamtym
      facetem, ale to nie znaczy, że było źle, więc mogłam przypuszczać,
      że może być tylko lepiej.

      Podsumowując, czasami wydaje się nam, może naiwnie, że uda się
      połączyć miłość, seks i stabilizację w jednym- takie najbardziej
      optymalne rozwiązanie dające nam szczęście.
      To niby takie proste, a jakie trudne do osiągnięcia.

      Pozdrawiam.

      • lost_in_confusion Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 07:39
        Jest tak.
        Kazdy probuje ustalic sobie jakies priorytety, niestety, ludzie sa
        pazerni.
      • eeela Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 10:49
        > Podsumowując, czasami wydaje się nam, może naiwnie, że uda się
        > połączyć miłość, seks i stabilizację w jednym- takie najbardziej
        > optymalne rozwiązanie dające nam szczęście.

        Ależ oczywiście, że wszystkim nam się tak wydaje. I zapewnie rzeczywiście naiwnie.

        Ja poszłam w innym kierunku, tzn. zostałam z artystą (dosłownie i w przenośni
        użytej w pierwszym poście), więc narzekam głównie nie na jakość pożycia, tylko
        na to, że trudno go 'uziemić' ;-) I nawet chociaż z trudem wielkim i po wielu
        płaczach w poduszkę i wątpliwościach zaczyna mi się wydawać, że on ideę tego
        'uziemienia' zaczyna lubić, to niestety, mit to nie jest - żaden artysta nie
        jest najlepszy do stabilizacji. Za dużo nieregularnej pracy, rozjazdów, skoków
        finansowych, niepewności, gdzie nas podzieje za rok.

        Jedyne, czego się naprawdę strasznie bałam i przewidywałam, że mogę zakończyć
        związek z tego powodu, była jego obawa przed posiadaniem potomstwa. Ale widzę,
        że zaczyna ona zanikać - uwierz mi jednak, że pracy i dyplomacji w to trzeba
        było włożyć mnóstwo, mnóstwo przeżyć chwil wątpliwości i rozgoryczenia. I
        niestety wiem, że jeszcze takie będą - bo wybrałam artystę.

        Ale jak na razie wciąż uważam, że warto.
    • yoric Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 12:28
      Lost:
      > Kazdy probuje ustalic sobie jakies priorytety, niestety, ludzie sa
      pazerni.

      Pazerni???
      Ciekawe sformułowanie.

      Ja ponad rok temu rozstałem się z najcudowniejszą kobietą, jaką znałem - właśnie
      dlatego, że nie działała sfera seksu. Przez ten rok zaczęło do mnie docierać,
      jak niesamowicie ciężkim zadaniem jest znalezienie kobiety jednocześnie: ładnej,
      w moim typie, bystrej, o odpowiednim poczuciu humoru i odpowiedniej osobowości.
      Zajebiście ciężkim. Dodajmy do tego zbudowanie bliskości przez kilka lat, no i
      oczywiście żeby cały czas, nawet po tych latach, był udany seks. Praktycznie nie
      do zrobienia. Zacząłem rozumieć ludzi idących na kompromisy.

      Mimo to uważam, że wtedy dla decyzji o rozstaniu nie było alternatywy. Bez seksu
      normalnie nie dałoby rady.
      Teraz powoli zaczynam się przyzwyczajać do myśli, że gdzieś ten kompromis będzie
      jednak konieczny, ALE pole kompromisu pozostaje mocno ograniczone. Żeby potem
      nie uwierał.
      Poza tym high standards --> high results :).

      Pozdrawiam
      • n.i.p.69 Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 12:50
        Niestety nie ma tak, że zawsze we wszystkim jest super i bedzie tak w
        nieskonczoność. Z czasem przyzwyczajamy sie do wszystkiego, zarowno do "motylkow
        w brzuchu" jak też do "uwierajacego buta"....problem jest w tym, że z reguły
        oczekujemy wiecej od partnera/ki, niż od siebie.
      • lilyrush Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 14:42
        yoric napisał:

        Przez ten rok zaczęło do mnie docierać,
        > jak niesamowicie ciężkim zadaniem jest znalezienie kobiety jednocześnie: ładnej
        > ,
        > w moim typie, bystrej, o odpowiednim poczuciu humoru i odpowiedniej osobowości.
        > Zajebiście ciężkim. Dodajmy do tego zbudowanie bliskości przez kilka lat, no i
        > oczywiście żeby cały czas, nawet po tych latach, był udany seks. Praktycznie ni
        > e
        > do zrobienia. Zacząłem rozumieć ludzi idących na kompromisy.
        >
        Ja też ;-)
        Znalazłam faceta, który ma właściwie wszystko patrząc z boku. Inteligenty,
        madry, moge przy nim pobyć blondynką. do tego odoweidizalny, poukładany,
        ustawiony życiowo. W łóżku rewelacja. Ale nie jest idelany i mam wybór-albo
        pogodizc sie z tymi kilkoma rzczai, które mi nie pasują, albo odejsc zanim
        jeszcze na dobrze przyszłam ;-)
        A ponieważ fajnych facetów nie rozdają na każdym rogu to zostaję. W końcu ja tez
        nie jestem idealna,a zbyt wiele rzeczy się poukładało dobrze ;-)
      • kici10 Re: co by nie było - główna przyczyna 04.06.08, 00:00
        Ja ponad rok temu rozstałem się z najcudowniejszą kobietą, jaką
        znałem - właśni
        > e
        > dlatego, że nie działała sfera seksu.

        I tak to Yoricu będziesz każdą następną równał do tamtej. A jak Ci
        wyznaczyła wysokie standardy, to masz przechlapane. Czasami zbyt
        wysokie standardy=brak rezultatów.
        Nietety matka natura jak obdarzała nas zaletami, to nie na tej
        zasadzie, że jednemu dała wszystko, a drugiemu nic. Każdemu po
        trochu. Jak w jednej dziedzinie jest fenomenalnie, to w drugiej
        porażka.
    • petra77 Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 15:06
      Ja to cholera nie rozumiem! Dylematów typu: być z tym lub z tamtym?
      Wybrać tego lub owego? Jak się człowiek zakocha to nie ma żadnych
      wątpliwości, a jak nie to ile by nie dumał i nie wybierał i jak by
      nie kalkulował wszystko prędzej czy później rypnie.
      • eeela Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 15:14
        Stan zakochania to czysta biologia. Jedni panowie zawrócą nam w głowie
        melancholią w oczsch, inni penisem, jeszcze inni statusem - ale wszystkie nasze
        reakcje to reakcje chemiczne :-) Miłość pojawia się z czasem, w miarę wspólnego
        trwania, jako przyjaźń, przywiązanie, docenienie. I właśnie podczas tego
        wspólnego trwania, po okresie pierwszych tych tak zwanych 'motylków', mamy za
        zadanie zdecydować - czy ten człowiek nadaje się na
        przyjaciela/wspólnika/kochanka na całe życie, czy też nie. Mamy za zadanie
        zdecydować, czego najbardziej oczekujemy od partnera: bycia świetnym kochankiem,
        czy najlepszym przyjacielem, czy godnym zaufania wspólnikiem w interesie
        nazywanym rodziną.

        To nie ma tak prosto 'zakochać się i już'. To znaczy jest - dla
        dwudziestoletnich dzieci. Po jednym lub kilku razach w dupsko od życia za własną
        bezmyślność taki czarno-biały sposób myślenia przechodzi.
        • petra77 Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 15:32
          Po jednym lub kilku razach w dupsko od życia za własn
          > ą
          > bezmyślność taki czarno-biały sposób myślenia przechodzi.
          >


          Widocznie nigdy nie byłam bezmyślna. Albo jestem wyjątkową
          szczęściarą? Ale i tak wiem, że mam rację:-))) A Wy szukajcie sobie
          przyczyn tam, gdzie ich nie ma, skoro Wam tak wygodnie i nie szkoda
          życia...
        • petra77 Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 15:37
          Aha i jeszcze jedno miałam na myśli miłość a nie chemiczną fazę
          zakochania się. Nikt mi nie wmówi że z gdybania, kalkulowania,
          przyjaźnienia się itp. itd powstanie miłość. Brrr ... Ludzie
          gdybyście nie oszukiwali samych siebie, większości problemów by nie
          było!
          Wiążecie się z wyrachowania licząc na miłość drugiej strony albo
          łudząc się, że kiedyś pokochacie, a później wielkie rozczarowanie.
          Głupota ludzka nie zna granic!
          • eeela Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 15:47

            > Wiążecie się z wyrachowania licząc na miłość drugiej strony albo
            > łudząc się, że kiedyś pokochacie, a później wielkie rozczarowanie.
            > Głupota ludzka nie zna granic!

            Ja jestem ostatnią, której należałoby zarzucać wiązanie się z wyrachowania. Ja
            właśnie ścigam tradycyjne objawy miłości wbrew wyrachowaniu :-)

            Twój pogląd na sprawy jest bardzo naiwny i ograniczony, wybacz. Jest mnóstwo
            związków, które poległy na całej linii, mimo że połączyła je szczera miłość, i
            wiele takich, w których ludzie połączyli się, szukając dla siebie wymiernych
            korzyści, i żyli długo, zgodnie, szczęśliwie i we wzajemnym szacunku.
            • petra77 Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 16:02
              > Twój pogląd na sprawy jest bardzo naiwny i ograniczony, wybacz.

              A może zbyt głęboki i mądry tylko Ty nie potrafisz tego dostrzec?

              Jest mnóstwo
              > związków, które poległy na całej linii, mimo że połączyła je
              szczera miłość,

              Niemożliwe. Jeśli połączyłaby je szczera OBOPÓLNA miłość, nigdy by
              nie poległy.

              wiele takich, w których ludzie połączyli się, szukając dla siebie
              wymiernych
              > korzyści, i żyli długo, zgodnie, szczęśliwie i we wzajemnym
              szacunku.

              Skoro komuś do szczęścia wystarczy święty spokój... Być może
              niektórzy nie potrzebują miłości, bo nie znają takiego stanu. Mogę
              tylko współczuć...
              • eeela Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 16:06
                > A może zbyt głęboki i mądry tylko Ty nie potrafisz tego dostrzec?

                > Niemożliwe. Jeśli połączyłaby je szczera OBOPÓLNA miłość, nigdy by
                > nie poległy.


                Nie. Zdecydowanie nie zbyt mądry i nie zbyt głęboki, tylko ty najwyraźniej za
                mało świata i ludzi widziałaś, żeby to dostrzec.
                • petra77 Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 16:15
                  Skoro nie mam racji, to czemu jestem taka szczęśliwa???
                  I czemu nigdy nie byłam w toksycznym związku???
                  Ani w żadnym związku, w którym działby mi się jakakolwiek krzywda???
                  Mam już 30 lat i sporo związków za sobą. Czemu udało mi się więc
                  uniknąć wszystkich tych nieszczęść, skoro moje poglądy są takie
                  płytkie wg. Ciebie i tak mało wiem?
                  Pomyśl i wyciągnij wnioski.
                  • wiek_chrystusowy Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 16:31
                    > Mam już 30 lat i sporo związków za sobą.

                    I to za kazdym razem byla prawdziwa obopolna milosc? ;)
                    • petra77 Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 16:39
                      Nie, dlatego dość szybko je kończyłam. Teraz nareszcie jest :-)))
                  • eeela Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 16:46

                    > Skoro nie mam racji, to czemu jestem taka szczęśliwa???
                    > I czemu nigdy nie byłam w toksycznym związku???

                    I tak całą swoją życiową wiedzę opierasz tylko na własnym przykładzie?

                    Piękny, lecz jakże nieprawdziwy musi być twój własny świat :-)
                  • zlosnica100 Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 16:46
                    I obys była jak najdłużej
                    Moze madrze wybierałas, moze miałaś farta...

                    Twoje poglady moze nie tyle sa plytkie a jedynie oparte tylko na
                    wlasnym doswiadczeniu.
                    • petra77 Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 17:13
                      > Twoje poglady moze nie tyle sa plytkie a jedynie oparte tylko na
                      > wlasnym doswiadczeniu.

                      Nie żyję na pustyni. Przez tyle lat widziałam wiele, więc darujcie
                      sobie takie głupie zarzuty. Znam zarówno szczęsliwe jak i
                      nieszczęśliwe pary. Widzę i wiem co się wokół mnie dzieje.
                      • eeela Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 17:26
                        Tym bardziej dziwnym się wydaje, że widzisz rzeczy inne niż wszyscy.
                        • petra77 Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 18:00
                          Jakie inne niż wszyscy???
                          Widzę to, czego niektórzy nie chcą dostrzec, albo udają, że nie
                          widzą, albo szukają dróg na skróty, a potem dziwią się, że dotarli
                          do nikąd...
                          • eeela Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 18:14
                            Rozumiem, że masz niezawodną receptę na to, jak odkrywać, co jest prawdziwą
                            miłością, a co nie jest, i na czym prawdziwa miłość polega?

                            Dlaczego nie wytłumaczysz więc tego światu? Zaoszczędziłabyś tym samym całej
                            ludzkości wielu kłopotów.
                            • petra77 Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 18:24
                              A dlaczego miałabym uszczęśliwiać wszystkich na siłę?

                              Wystarczy szukać prawdziwej miłości a nie kombinować i kalkulować.
                              W tym miejscu przypomniała mi się koleżanka z czasów szkolnych,
                              która swego czasu zastanawiała się, czy ma poślubić swojego chłopaka
                              czy może trafi jej się jeszcze coś lepszego...

                              Z tego co tu czytam, to wiele osób ma właśnie takie podejście.
                              Niektórym nawet nie współczuję, bo sami tak sobie pościelali...
                              • wiek_chrystusowy Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 18:46
                                ok, ja sie pozwalam uszczesliwic ;) Uswiadom mnie co to jest prawdziwa milosc,
                                jak sie tego szuka i po czym to poznac, zeby na mur beton nie wyladowac za 10
                                lat na tym forum :)
                                • petra77 Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 23:16
                                  To proste.
                                  Szukajcie a znajdziecie.
                                  A jak ktoś zadowala się "byle kim" ze strachu ze nic lepszego mu się
                                  nie trafi, albo, że czas goni to będzie miał "byle jak".
                                  Tak samo jeśli ktoś przymyka oczy na coś, co mu w związku nie pasuje
                                  w nadziei, że to coś się samo ułoży, ktoś sam z siebie się zmieni...
                                  Jeśli cos Ci nie pasuje to walcz o to, by to zmienic, walcz na maxa
                                  dając z siebie wszystko, a jeśli to zawiedzie odejdź.
                                  Wszystko albo nic. Ale skoro ludzie godzą się na 90%, 80%, 60%, 50%,
                                  40% itd. to tyle mają.
                                  • eeela Re: co by nie było - główna przyczyna 03.06.08, 00:01

                                    > To proste.
                                    > Szukajcie a znajdziecie.


                                    Widzisz, Petra, większość osób na tym forum napotkała na swojej drodze takich
                                    partnerów, o których myślało się i wierzyło głęboko, że to właśnia ta/ten. Bez
                                    godzenia się na 90%, tylko w pełni przekonani, że to właśnie ta jedyna/ten
                                    jedyny, dla którego można wszystko zrobić, każdą różnicę pokonać, etc., etc.

                                    Jeżeli tobie się wydaje, że większość ludzi wiąże się z wyrachowania, to się
                                    mylisz. Większość ludzi wiąże się w dobrej wierze, że to właśnie jest to
                                    uczucie, za którym się goniło.

                                    Rzeczywistość leczy ze złudzeń, że wystarczy kochać, a wszystko będzie dobrze.
                                    To wspaniale, że ciebie ta lekcja ominęła. Życzę ci, żeby tak było dalej, ale
                                    gwarancji na to żadnej nie masz, cokolwiek ci się by teraz nie wydawało.
                                    • petra77 Re: co by nie było - główna przyczyna 03.06.08, 13:23
                                      Ja nigdzie nie pisałam, że większość ludzi tak się wiąże. Na
                                      szczęście nie. Zbulwesowały mnie tylko słowa, które przytoczyłaś na
                                      początku wątku:

                                      > Ja byłam akurat na rozdrożu (3 lata po rozwodzie) i z pomiędzy 3
                                      > wielbicieli wybrałam właśnie jego. Tamci pozostali byli
                                      > mało "przyszłościowi", choć wspaniali w łóżku i towarzysko. Nie
                                      > mogłam się spotykać z trzema, a on proponował stały, pełen miłości
                                      > związek. Sprawiał wrażenie bardzo zakochanego i chyba tak było.

                                      To autorkę wielbiono, kochano i zabawiano, a ona wybierała jak towar
                                      w supermarkecie niemal z kalkulatorem w ręku. I teraz zdziwiona, że
                                      nie jest szczęśliwa. Mogła poczekać na miłość. . .
                                      • eeela Re: co by nie było - główna przyczyna 03.06.08, 14:51
                                        I teraz zdziwiona, że
                                        > nie jest szczęśliwa. Mogła poczekać na miłość. . .

                                        W której to mogłoby jej brakować wielu innych rzeczy, poczucia stabilizacji albo
                                        mogłoby jej doskwierać poczucie ograniczenia, albo mogłaby płakać za straconą
                                        karierą, bo pojechała za mężem do innego kraju, albo wybranek nie chciałby mieć
                                        dzieci, albo, albo, albo - miłość nie załatwia wszystkich problemów, jak ci się
                                        w twojej naiwności wydaje. O tym właśnie napisałam początkowy post - o naszych
                                        wyborach między emocjami a kalkulacjami, że żadne z nich nie zapewniają nam
                                        wszystkiego, co byśmy chcieli, i że musimy się nauczyć rozważniej podejmować
                                        decyzje i godzić się z ich konsekwencjami.
                                        • petra77 Re: co by nie było - główna przyczyna 03.06.08, 15:18
                                          Brrr okropny ten Twój świat. Widać nigdy naprawdę nie kochałaś.
                                          Jeśli jest miłość, to wszystkie problemy stają się tycie... tycie...
                                          w porównaniu z nią.
                                          Szkoda, że niektórzy nigdy tego nie zaznają.
                                          Kalkuluj dalej, a ja wygrzewam się w błogim słońcu miłości...:-)))
                                          • eeela Re: co by nie było - główna przyczyna 03.06.08, 15:50
                                            > Brrr okropny ten Twój świat. Widać nigdy naprawdę nie kochałaś.
                                            > Jeśli jest miłość, to wszystkie problemy stają się tycie... tycie...
                                            > w porównaniu z nią.


                                            Mój świat jest piekny i pełen miłości. I to - popatrz - mimo tego, że używam
                                            czasami rozumu.
                                            • petra77 Re: co by nie było - główna przyczyna 03.06.08, 16:16
                                              Cóż ja używam cały czas, nie tylko czasami.
                                              Nie chciałabym otaczać się ludźmi, którzy tak kalkulują w kwestiach
                                              uczuć. To z milością nie ma nic wspólnego. Przykro mi.
                                            • aandzia43 do petry 03.06.08, 16:22
                                              Ludzie albo są świadomi tego, że nawet w najwspanialszym związku nie
                                              dostają 100% tylko 75 lub 90, albo wolą tkwić w błogiej
                                              nieśiwadomości i zaklętym kręgu wszelkich mechanizmów obronnych, i
                                              zachłystywać się tym, że dostali te 100%. Eeela zdaje się należeć do
                                              tej drugiej kategorii, za co cenię jej posty i postawy.

                                              Nie jestem otrodoksyjną zwolenniczką podejmowania decyzji pod
                                              wpływem kalkulacji, ani pod wpływem emocji (celowow piszę: emocji,
                                              nie uczuć). Jestem zwolenniczką integracji wszelakich pobudek
                                              (emocje, uczucia, intelekt, morale itd.) i kierowania się produktem
                                              tej integracji, czyli rozumem. To nie ma nic wspólnego z
                                              wyrachowaniem czy brakiem miłości. To się nazywa dojrzałość. Tylko
                                              nie pomyl jej ze starością i zgorzknieniem.
                                              • eeela Re: do petry 03.06.08, 16:28
                                                Jestem zwolenniczką integracji wszelakich pobudek
                                                > (emocje, uczucia, intelekt, morale itd.) i kierowania się produktem
                                                > tej integracji, czyli rozumem. To nie ma nic wspólnego z
                                                > wyrachowaniem czy brakiem miłości. To się nazywa dojrzałość.

                                                Ładnie powiedziane, nie wykoncypowałabym tego lepiej :-)
                                                • petra77 Re: do petry 03.06.08, 16:39
                                                  Powiem Wam, że gdy dostawałam w związku mniej niż 100% i mimo starań
                                                  i walki nie było tego 100% to bez żalu odchodziłam, bo wierzyłam, że
                                                  gdzieś te 100% znajdę.
                                                  I znalazłam.
                                                  Jeśli nie wierzycie, że stać Was na więcej, to zadowalajcie sie tymi
                                                  kilkudziesięcioma procentami, tylko nie nazywajcie mnie naiwną.
                                                  Wiem, że nie mam gwarancji, że nigdy nic się nie zmieni między nami,
                                                  ale gdybym wybrała któregokolwiek z poprzedników licząc, że jakoś to
                                                  będzie i lepsze te 70% nic nic, to miałabym gwarancję, że na pewno
                                                  nie byłabym szczęśliwa.
                                                  • eeela Re: do petry 03.06.08, 16:45
                                                    A jak długo jesteście ze sobą?
                                                  • petra77 Re: do petry 03.06.08, 16:52
                                                    2 lata.
                                                  • marianna72 Re: do petry 03.06.08, 17:16
                                                    he ,he to wiele tlumaczy u nas kryzys zaczal sie rok temu po 9
                                                    latach a wczesniej wydawalo mi sie ,ze trafilam szostke w totka;)
                                                  • eeela Re: do petry 03.06.08, 17:28

                                                    > he ,he to wiele tlumaczy u nas kryzys zaczal sie rok temu po 9
                                                    > latach a wczesniej wydawalo mi sie ,ze trafilam szostke w totka;)

                                                    Widzisz, ja w swoim związku też jestem dwa lata. Gdybym nie używała owego
                                                    wcześniej dyskutowanego rozumu, też bym myślała zapewne, że to nie tylko szóstka
                                                    w totka, ale dar Boże zesłany mi za jakieś niezwykłe zasługi w poprzednim życiu
                                                    ;-) Ale że raz już po łbie dostałam, że widziałam wielu ludzi wokół naiwnie
                                                    sądzących, że trafili szóstkę w totka, którym później walił się i palił cały
                                                    świat ich wyobrażeń, to wolę po prostu być ostrożniejsza, podchodzić z
                                                    szacunkiem do tego dobrego, co dał mi los, ale też bez zaslepienia. Zwłaszcza że
                                                    sytuacja od początku była trudniejsza niż to jest zazwyczaj: pochodzący z dwóch
                                                    różnych kontynentów, z dwóch różnych kultur, to jednak wymaga czasu, żeby się
                                                    dograć, dogadać, ustalić pewne wspólne priorytety. Samo kochanie się nie
                                                    rozwiązuje pewnych palących problemów. Na przykład kwestia posiadania dzieci -
                                                    on początkowo był całkowicie przeciwko, ja od początku mówiłam, że bez dzieci
                                                    nie wyobrażam sobie związku. Na przykład kwestia zamieszkania: ja od początku
                                                    ufałam, że on zechce pozostać w Europie, on od początku miał zamiar po kilku
                                                    latach wrócić do Meksyku. To nie są drobiazgi. Żadna miłość nie uczyni z takich
                                                    problemów i różnic drobiazgów. To są poważne, ciężkie do załatwienia sprawy,
                                                    które, jesli potraktowane bez odpowiedniej ostrożności, mogą zburzyć i piękną
                                                    milość, i obiecujący związek.

                                                    Nam się do tej pory udaje i w zasadzie to dopiero zaczynamy wychodzić na prostą
                                                    - na wspólną prostą, w której już mniej więcej wiadomo, jakie wynegocjowaliśmy
                                                    sobie warunki. Ale bezmyślne traktowanie najlepszego daru, jaki może przynieść
                                                    los, jako coś, co po prostu jest dane i nic nie trzeba robić, żeby to zachować,
                                                    najczęściej owocuje tragedią.

                                                    Czego oczywiście Petrze nie życzę - raczej życzę jej, żeby uważniej podchodziła
                                                    do tego, co przynosi życie.
                                                  • marianna72 Re: do petry 03.06.08, 17:45
                                                    eeela napisała:

                                                    >
                                                    > > he ,he to wiele tlumaczy u nas kryzys zaczal sie rok temu po 9
                                                    > > latach a wczesniej wydawalo mi sie ,ze trafilam szostke w totka;)
                                                    >
                                                    > Widzisz, ja w swoim związku też jestem dwa lata. Gdybym nie
                                                    używała owego
                                                    > wcześniej dyskutowanego rozumu, też bym myślała zapewne, że to nie
                                                    tylko szóstk
                                                    > a
                                                    > w totka, ale dar Boże zesłany mi za jakieś niezwykłe zasługi w
                                                    poprzednim życiu
                                                    > ;-) Ale że raz już po łbie dostałam, że widziałam wielu ludzi
                                                    wokół naiwnie
                                                    > sądzących, że trafili szóstkę w totka, którym później walił się i
                                                    palił cały

                                                    No tylko ,ze ja tez juz po tylku od zycie dostalam ( rozwod i
                                                    samotnosc z malym dzieckiem) i dlatego do kolejnego mezczyzny
                                                    podchodzilam z rezerwa.
                                                    Wlasciwie przeszlismy wspolnie sporo, narodzila nam sie dwojka
                                                    kolejnych dzieci i nawet to nie zachwialo naszym zwiazkiem ja
                                                    zreszta uwazam ten zwiazek za udany pod wieloma wzgledami .Moj maz
                                                    nie jest Polakiem wiec rowniez trzeba bylo pogodzic wiele innych
                                                    spraw.
                                                    Tylko ,ze w pewnym momencie czegos zabraklo zabraklo z mojej strony
                                                    i sama nie potrafie sobie z tym poradzic narazie przepracowuje i nie
                                                    podejmuje zadnych decyzji.
                                                    Musze sobie poprostu pewne rzeczy przewartosciowac czytam to forum i
                                                    pomaga mi zrozumiec wiele spraw.
                                                    A praca nad zwiazkiem, pracuje i zawsze pracowalam tylko ,ze nie
                                                    zawsze efekty tej pracy sa takie jakie bysmy chcieli;)).
                                                    Czasami doswiadczenie,ostrozne podchodzenie nie uchroni nas przed
                                                    problemami ,a szkoda .
                                                  • eeela Re: do petry 03.06.08, 17:51
                                                    > Czasami doswiadczenie,ostrozne podchodzenie nie uchroni nas przed
                                                    > problemami ,a szkoda .

                                                    Ufam jednak, że ogólnie rzecz biorąc raczej pomaga niż przeszkadza, oczywiście
                                                    jeżeli z doświadczenia wyciągneliśmy wnioski, a nie uprzedzenia :-)
                                                  • petra77 Re: do petry 04.06.08, 12:45
                                                    Nie jestem zaślepiona, wiem, że różnie może być, ale na razie ten
                                                    związek jest nawet lepszy niż 6-tka w lotto :-))) Nie mam poczucia,
                                                    że to nagroda za coś. Po prostu baaardzo tego chciałam i nie
                                                    godziłam się na połowiczne rozwiązania, na nie do końca udane
                                                    związki. Wierzyłam wciąż, że gdzies tam jest człowiek stworzony
                                                    specjalnie dla mnie. Choć im byłam starsza, tym większe ogarniało
                                                    mnie zwątpienie, kiedy rozczarowywałam się kolejnymi osobnikami.
                                                    Ale w końcu stał się cud!
                                                    Nie ma między nami żadnych różnic światopoglądowych czy też różnic w
                                                    kwestiach moralnych. Nawet gust mamy niemal identyczny. Jedyne
                                                    różnice, to te które związek między kobietą i mężczyzną czynią
                                                    bogatszym. Fizycznie jesteśmy bardzo różni, on jest ekstawertykiem,
                                                    ja introwertyczką. On jest bardziej aktywny i dynamiczny, ja
                                                    bardziej refleksyjna, ale to wszystko jakoś w cudowny sposób się
                                                    uzupełnia i tworzy idealną całość. Bo każde z nas robi najlepiej jak
                                                    potrafi to co najlepiej potrafi dla dobra naszego związku.
                                                    Na początku był okres docierania się i bywały ostre kłótnie. Myślę,
                                                    że to był wynik dotychczasowych naszych doświadczeń i tego, że
                                                    baliśmy się sobie nawzajem zbyt szybko zaufać, musieliśmy się
                                                    sprawdzić po prostu. Zresztą nigdy nie kłóciliśmy się o nic
                                                    poważnego, tylko o rzeczy tak błache, że aż śmiech bierze. Teraz już
                                                    jest wszystko tak, jak powinno być. Mam nadzieje, że na zawsze.
                                                  • eeela Re: do petry 03.06.08, 17:18
                                                    To dokończymy dyskusję za nastepne pięć.
                                                    Choć oczywiście zrozumiem, jeśli nie będziesz miała ochoty ;-P
                                                  • ilragazzo Re: do petry 04.06.08, 09:00

                                                    petra77 napisała:
                                                    > 2 lata.

                                                    Petra, przepraszam za osobistą wycieczkę, ale czytając Twoje posty
                                                    nie mogę się oprzeć wrażeniu, że pisze je osoba co najwyżej
                                                    dwudziestoletnia. Bardzo mało doświadczona dwudziestolatka.

                                                    Życzę pozostania na tym etapie rozwoju - to błogi stan, którego
                                                    rzadko się doświadcza w późniejszym życiu.
                                                  • petra77 Re: do petry 04.06.08, 12:53
                                                    Bardzo mało doświadczona dwudziestolatka.

                                                    Jestem 30- latką którą faktycznie ominęły negatywne doświadczenia
                                                    związkowe. Może właśnie dlatego, że nie bywałam naiwna?
                                                    Kiedyś rzuciła mnie moja pierwsza miłość. Cierpiałam bardzo, ale
                                                    wiedziałam, że skoro to zrobił, to widocznie nie był "ten" i
                                                    widocznie mnie nie kochał. Nie łudziłam się i nie poniżałam przed
                                                    nim.
                                              • aandzia43 Re: do petry 04.06.08, 09:49
                                                > Ludzie albo są świadomi tego, że nawet w najwspanialszym związku
                                                nie
                                                > dostają 100% tylko 75 lub 90, albo wolą tkwić w błogiej
                                                > nieśiwadomości i zaklętym kręgu wszelkich mechanizmów obronnych, i
                                                > zachłystywać się tym, że dostali te 100%. Eeela zdaje się należeć
                                                do
                                                > tej drugiej kategorii, za co cenię jej posty i postawy.
                                                >

                                                Ojej, sorki, miało być oczywiście odwrotnie. Eeela, według mnie,
                                                jest wśród tych świadomych młodych ludzi. To tak tylko dla
                                                formalności:-)
                                                • eeela Re: do petry 04.06.08, 12:03
                                                  Nie szkodzi, i tak z kontekstu całej dyskusji było wiadomo :-)
    • marek_gazeta Sinusoida 02.06.08, 15:48
      ... i wtedy poznałem Dorotę. Miła, inteligentna, spokojna. Bardzo konkretna i zorganizowana, przy tym jednak cierpliwa. Razem budowaliśmy naszą przyszłość. Czułem, że znalazłem wreszcie swoje miejsce w życiu, swoją przyszłość - nowy dom za miastem, pies, w perspektywie dzieci. Niestety, w łóżku było od początku średnio, potem gorzej i gorzej. Na początku nie zwracałem na to uwagi, ale po kilku latach sytuacja zaczęła mi coraz bardziej doskwierać. Nie jestem przecież jeszcze emerytem, lubię seks, chcę czuć uniesienia, dreszczyk ekstazy przy nielegalnym seksie w publicznym miejscu. A tu ciągle tak samo - za mało, za krótko. Oddalaliśmy się od siebie coraz bardziej...

      ... a w pracy pojawiła się nowa koleżanka, Ania. Kobieta-dynamit, wamp z klasą i temperamentem. Wskoczyliśmy do łóżka na pierwszej randce, co za noc! Sprzedałem dom, zamieszkałem w kawalerce. Znów czułem się facetem z jajami, miałem dla kogo chodzić na siłownię i wiązać krawat. Seks na szczycie Rysów, 69 w gorących piaskach Sahary, mazurskie kąpiele na golasa przy blasku księżyca. Było niby świetnie, ale... lata mijały, czułem, że stoję w miejscu. Facet w moim wieku stołujący się w kantynie, mieszkający byle gdzie i byle jak... Wszyscy znajomi uśmiechnięci, zadowoleni, z dziećmi. Ustabilizowani, ustawieni życiowo i emocjonalnie. Jak długo można wytrzymywać taką huśtawkę?

      ... zacząłem spotykać się z Kasią, kobietą pełną ciepła, domatorką. Razem snuliśmy wizję szczęśliwej, spokojnej przyszłości we dwoje...

      [cdnn]
      • wiek_chrystusowy Re: Sinusoida 02.06.08, 16:36
        bylo sie zdecydowac, co bardziej lezy: spokoj i lozkowa kaszanka czy dynamit i
        chaos ;)
      • lilyrush Re: Sinusoida 02.06.08, 17:55
        marek...nie znałam Cię od tej strony..talent pisarski ??? ;-))
      • ewelina-s-82 Re: Sinusoida 02.06.08, 20:06
        ... a w pracy pojawiła się nowa koleżanka, Ania. Kobieta-dynamit, wamp z klasą i
        temperamentem. Wskoczyliśmy do łóżka na pierwszej randce, co za noc! Sprzedałem
        dom, zamieszkałem w kawalerce. Znów czułem się facetem z jajami, miałem dla kogo
        chodzić na siłownię i wiązać krawat. Seks na szczycie Rysów, 69 w gorących
        piaskach Sahary, mazurskie kąpiele na golasa przy blasku księżyca. Było niby
        świetnie, ale... lata mijały, czułem, że stoję w miejscu. Facet w moim wieku
        stołujący się w kantynie, mieszkający byle gdzie i byle jak... Wszyscy znajomi
        uśmiechnięci, zadowoleni, z dziećmi. Ustabilizowani, ustawieni życiowo i
        emocjonalnie. Jak długo można wytrzymywać taką huśtawkę?

        :(mnie właśnie czegoś takiego brakuje....nie doświadczyłam tego w moim
        małżeństwie i chyba nigdy nie doświadczę,bo to już nie ten etap
        znajomości....przykre,ze mając 26 lat nigdy nie doczekałam i nie doczekam
        prawdopodobnie spełnienia w seksie:(((
    • yoric Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 19:00
      > Jest mnóstwo związków, które poległy na całej linii, mimo że połączyła je
      szczera miłość, i wiele takich, w których ludzie połączyli się, szukając dla
      siebie wymiernych korzyści, i żyli długo, zgodnie, szczęśliwie i we wzajemnym
      szacunku.

      Co Było Do Udowodnienia.
      "Trafienie" na początku daje jedynie większe szanse, że pożądanie utrzyma się
      dłużej, ale nie *gwarantuje* absolutnie niczego.

      Ja kiedy mówię o kompromisach myślę o 'rachowaniu' w drugą stronę. Ostatnio
      zrezygnowałem ze związku, w którym miałbym mnóstwo ciepła, świetne porozumienie
      i świetny seks. Rezygnacja była kalkulowana: "kręci mnie, ale nie jest w moim
      typie fizycznie i trochę intelektualnie; najpóźniej za dwa lata będę się
      rozglądał za innymi laskami, lepiej sprawie łeb ukręcić już teraz". Decyzję
      podjąłem ze sporym żalem, bo było sporo pozytywnych emocji z obu stron.
      Teraz znowu serce bije nieco szybciej i mimo, że widzę sporo minusów, kusi mnie,
      żeby dać sobie szansę spróbować (o ile wszystko się rozwinie). W sensie, że może
      jeśli będzie iskra, to nie warto trzymać się dogmatów "musi mieć 175cm i brązowe
      oczy". Może warto mimo wszystko dać szansę. Oczywiście mówię o etapie
      rozpoczęcia związku, a nie małżeństwie, czy narzeczeństwie, więc mam trochę łatwiej.

      Lily:
      > A ponieważ fajnych facetów nie rozdają na każdym rogu to zostaję.

      ale właśnie takiego myślenia nie polecam! Nie mówię personalnie (Lily), bo
      widać, że w sumie jesteś do gościa przekonana. Natomiast ogólnie TRZEBA
      wychodzić z założenia, że fajnych facetów/kobiety rozdają na każdym rogu.
      Inaczej wpadniemy w coś, co się nazywa "mentalnością deficytu", która jest
      nieatrakcyjna dla płci przeciwnej i ją odstrasza. Wysokie standardy to wysokie
      rezultaty :).

      Więc ja bym to zmienił na "MIMO IŻ fajnych facetów/babki nie rozdają na każdym
      rogu, to zostaję". Brzmi inaczej, prawda? ;)

      > bylo sie zdecydowac, co bardziej lezy: spokoj i lozkowa kaszanka czy dynamit i
      chaos ;)

      A może warto poszukać złotego środka? Rozumiem kompromis, ale nie taki, o którym
      od początku wiadomo, że potem będzie całe życie uwierał.

      Pozdrawiam
      • yoric Korekta 02.06.08, 19:08
        Kurrr.. ;)

        "MIMO IŻ fajnych facetów/babki ROZDAJĄ na każdym rogu, to zostaję".

        No :).
      • wiek_chrystusowy Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 19:31
        > A może warto poszukać złotego środka? Rozumiem kompromis, ale nie taki, o którym
        od początku wiadomo, że potem będzie całe życie uwierał.


        A czy tu jest jakis zloty srodek?


        > Przedkładasz stabilizację ponad dobry seks? Wolisz być żoną
        doktora niż kochanką artysty? Świetnie, ja nie widzę w tym nic złego. Ale nie
        oczekuj, że znajdziesz wszystkie jabłuszka w jednym koszyku. Jeśli idzie się
        za doktorem, rezygnując w pełni świadomie z artysty, należy się godzić z
        konsekwencjami swoich wyborów.


        mozna tylko wybrac mniejsze zlo: albo slabszy seks albo brak stabilizacji.
        Naszym zadaniem jest wybor, co uwiera nas mniej, tyle.
        • eeela Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 19:40

          > mozna tylko wybrac mniejsze zlo: albo slabszy seks albo brak stabilizacji.
          > Naszym zadaniem jest wybor, co uwiera nas mniej, tyle.


          Nie no zaraz zaraz. To, że w swojej wypowiedzi uschematyzowałam pewne zjawiska,
          nie znaczy, że one są tak uschematyzowane w rzeczywistości :-) Na pewno gdzieś
          tam na świecie znajdzie się paru ludzi, u których idą w parze zainteresowanie
          seksem i stabilizacją w stopniu równym - ja osobiście jestem przykładem. Miałam
          na myśli to, że zawsze czegoś z całego zestawu zalet, jakie byśmy chcieli
          widzieć u partnera, będzie brakować. Nigdy nie ma tak, że dostajemy wszystko w
          jednym zestawie. Zresztą czy ja wiem, czy życie byłoby wówczas równie ciekawe
          jak jest, gdybyśmy dostawali wszystko, o co prosimy?
          • wiek_chrystusowy Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 19:52
            zdaje sie, ze zyczenie ciekawego zycia w tym kontekscie jest rownie mile, jak
            obys zyl w ciekawych czasach ;)

            >Miałam na myśli to, że zawsze czegoś z całego zestawu zalet, jakie byśmy
            chcieli widzieć u partnera, będzie brakować. Nigdy nie ma tak, że dostajemy
            wszystko w jednym zestawie.

            no wiec wlasnie. My nie dostaniemy w zestawie seksu i stabilizacji, oni nie
            dostana w zestawie seksu i przykladnej kury domowej, tak przykladowo ;) i my i
            oni musimy wybierac miedzy seksem*, kura* i stabilizacja* :)))))


            * czy co tam kto sobie specjalnie wyroznia
            • eeela Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 20:14

              > zdaje sie, ze zyczenie ciekawego zycia w tym kontekscie jest rownie mile, jak
              > obys zyl w ciekawych czasach ;)

              Czy ja wiem... Może i dorabiam sobie wygodniejszą ideologię, ale mnie się jednak
              wydaje, że warto było raz czy drugi dostać w życiu po zarozumiałym nosie, po to
              tylko chociażby, aby wiedzieć o życiu więcej i nie obnosić się z dumą ze swoimi
              'niezawodnymi' pomysłami
              na zycie, jak na przykład 'kierujcie się jeno prawdziwą miłością' - bo prawda
              to, że kiedyś sama bzdury takowe naiwne głosiłam. Że niby wystarczy, że się
              prawdziwie kochamy, i amor omnia vincit i takie tam pierdoły. Dopiero jak się
              dostanie raz czy drugi po dupie, to się człowiek zaczyna zastanawiać, a cóż-że
              to tak naprawdę ten amor i jak on działa :-)
              • victta Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 20:32
                Dla mnie miłość to suma indywidualnego dopasowania i umiejętności pójścia na
                kompromis,takiego wyrzeczenia sie siebie- swojego ego.
                I tego pierwszego czynnika musi być więcej,musi być niejako fundamentem,na
                którym dopiero rozwinie się umiejętność pójścia na kompromis.
                Czy miłość jest wyrachowana? Uważam,że po części tak i po części nie.
                Pierwszy czynnik jest bardzo ludzki,przyziemny,sprzedajemy swoje walory i
                bierzemy od partnera co najlepsze.Taki handelek.Drugi czynnik jest mistyczny i
                idealistyczny.Oba muszą zaistnieć i wzajemnie sie dopełniać,aby można było mówić
                o miłości.
              • wiek_chrystusowy Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 21:06
                a nie wygodniej glosic pochwale prawdziwej milosci, miec szczescie, spotkac
                faceta na poziomie pod kazdym wzgledem i nigdy nie byc wyprowadzonym z bledu? Bo
                ja bym tak wolala ;)))
                • eeela Re: co by nie było - główna przyczyna 02.06.08, 21:57
                  No właśnie zastrzegłam, że nie jestem pewna, czy nieświadomie nie dorabiam sobie
                  ideologii, żeby się pocieszyć ;-) Ale w sumie wydaje mi się, że człowiek po
                  otrzymaniu paru razów z większym szacunkiem podchodzi do tego, co udało mu się w
                  końcu zyskać i wypracować. Z szacunkiem i ostrożnością, dzięki czemu może
                  łatwiej będzie uniknąć ciosów w przyszłości? Bo mało wierzę, że ciosy mogą kogoś
                  ominąć w zupełności. Może nawet i lepiej oberwać za młodu, po kilku latach bycia
                  razem, niż gdyby miał się nam zarywać świat naszych wyobrażeń po latach dwudziestu?
                  • kici10 Re: co by nie było - główna przyczyna 04.06.08, 00:40
                    Bo mało wierzę, że ciosy mogą kogo
                    > ś
                    > ominąć w zupełności

                    Wg. moich doświadczeń, nic tak dobrze nie działa w życiu, jak tzw.
                    ironia losu. Ilekroć przeciwko czemuś zawzięcie pyskowałam, to
                    doświadczałam tego na własnej skórze, co by mi się zmienił punkt
                    widzenia:-)))
                  • monikka38 Re: co by nie było - główna przyczyna 04.06.08, 01:45
                    Bardzo mi się podobają twoje wyważone sądy. Wyrażanie swojej opinii
                    czy "prawd życiowych" w taki sposób, aby nie urazić, a jednak
                    przekazać to, co ważne, to godna podziwu umiejętność.:)
                    Nie jest sztuką bowiem, opierając się tylko na własnych
                    doświadczeniach oceniać postępowanie czy pobudki innych ludzi i
                    krytykować je na podstawie jakże okrojonych informacji; sztuką jest
                    umieć spojrzeć, że tak powiem, "globalnie".;) To potrafią ludzie,
                    którzy widzą odcienie, a nie tylko podstawowe kolory życia.:)
                    Może jest tak, że odcienie zaczynamy dostrzegać wraz z
                    doświadczeniami? Im więcej doświadczeń życiowych, tym więcej kolorów?
                    W pewien sposób jest to pocieszające.:)
                    • eeela Re: co by nie było - główna przyczyna 04.06.08, 12:12
                      Dziękuję, Moniko. Staram się nie urażać i nie sądzić ludzi, którzy proszą na tym
                      forum o radę. Ale nie radzę sobie z nieurażaniem ludzi, którzy na wszystko mają
                      jedną radę na podstawie własnego życia, i w radzie tej uważają się za
                      nieomylnych. Wówczas moje wyważenie w dyskusji zanika i powoduje u ludzi
                      irytację - jak zresztą wyżej widać.
      • lilyrush Re: co by nie było - główna przyczyna 03.06.08, 11:29
        yoric napisał:


        > Lily:
        > > A ponieważ fajnych facetów nie rozdają na każdym rogu to zostaję.
        >
        > ale właśnie takiego myślenia nie polecam! Nie mówię personalnie (Lily), bo
        > widać, że w sumie jesteś do gościa przekonana. Natomiast ogólnie TRZEBA
        > wychodzić z założenia, że fajnych facetów/kobiety rozdają na każdym rogu.
        > Inaczej wpadniemy w coś, co się nazywa "mentalnością deficytu", która jest
        > nieatrakcyjna dla płci przeciwnej i ją odstrasza. Wysokie standardy to wysokie
        > rezultaty :).
        >
        > Więc ja bym to zmienił na "MIMO IŻ fajnych facetów/babki nie rozdają na każdym
        > rogu, to zostaję". Brzmi inaczej, prawda? ;)

        A nazwij sobie jak chcesz ;-)
        Mi sie udało, bo to na co mogę narzekać teraz to fakt, ze mieszka na drugim
        końcu świata i od wejścia mamy pod górkę i ze chce ślubu kościelnego, co
        oznacza, ze ja muszę załatwiać stwierdzenie nieważności mojego.
        Nie można mieć wszystkiego... przecież mógłby mieszkać za rogiem, prawda? No i
        mógłby mieć te 5 cm więcej...;-)
        I to są kompromisy na które mogę iść.
        Nauczona doświadczeniem nie pójdę na kompromis w łóżku i w podstawowych zasadach
        życiowych. I już więcej też nie w temacie tego, kto jest facetem w związku ;-)
        No i wyjeżdżam sobie za ocena niedługo...boje sie jak diabli, ale jak napisałam-
        za dużo rzeczy samo sie w tym związku układa i dzieje, żeby to zmarnować.
        • yoric Re: co by nie było - główna przyczyna 04.06.08, 01:38
          No i git :). Tak trzymać :).
    • yoric Re: co by nie było - główna przyczyna 04.06.08, 02:10
      No dobra. To wiemy już, że w temacie związków poruszamy się między Scyllą i
      Charybdą.

      Z jednej strony myślenie, że możemy dostać wszystko, co chcemy, jest naiwne. Do
      listy życzeń zawsze przecież można dopisać kolejne ("może następny facet będzie
      miał wszystkie zalety obecnego ORAZ czarny pas karate?" :P). Potrzebny jest
      realizm i umiejętność docenienia tego, co się ma.

      Z drugiej strony chadzanie na kompromisy łatwo może zaprowadzić nas do
      rozczarowania. Cyt. z jakiejś setki Forumowiczów "już na początku było źle, ale
      myślałem/am, że z czasem się zmieni..." - na tym Forum chodzi o seks, ale na
      innym może chodzić o picie, albo szacunek do partnera.
      Poza tym jest jeszcze taki czynnik, że osoba zbyt skłonna do kompromisów ma
      kiepską pozycję startową w nawiązywaniu i rozwijaniu znajomości.

      Tu oczywiście pojawia się genialne spostrzeżenie, że trzeba wybrać "złoty
      środek". Tylko gdzie on jest? :)

      Jeśli o mnie chodzi mam w tym temacie jedno głębokie przekonanie i jedno pytanie.

      Przekonanie jest takie, że złoty środek znajduje się między pewnym kompromisem a
      brakiem kompromisu :). Mówiąc jaśniej, optimum jest znacznie bliższe
      'bezkompromisowego' krańca skali. Należy raczej trzymać się swoich wymagań, a
      już w szczególności w sprawach fundamentalnych kompromisu być nie powinno.

      Pytanie jest takie, na ile - na wczesnym etapie - powinna działać świadoma
      kalkulacja odnośnie rzeczy niby drugorzędnych. Tj. "ogólnie podoba mi się i
      kręci mnie, ale jest mocno przy kości, a ja zdecydowanie lubię szczupłe" /
      "fajny gość, ale nieśmiały, a mnie kręcą i imponują mi towarzyscy". Czy
      zlekceważenie takich wymagań, które na początku niby nie uwierają aż tak bardzo,
      to nie jest proszenie się o kłopoty? Bo np. za 5 lat małżonka/ek zacznie
      notorycznie przegrywać (nawet podświadome) porównania z co drugą/im napotkaną/ym
      laską/facetem? Czy to jest tak, że jak się pokocha, to ta reszta się 'jakoś uleży'?

      Pozdrawiam
      • lilyrush Re: co by nie było - główna przyczyna 04.06.08, 09:40
        yoric napisał:


        > Pytanie jest takie, na ile - na wczesnym etapie - powinna działać świadoma
        > kalkulacja odnośnie rzeczy niby drugorzędnych. Tj. "ogólnie podoba mi się i
        > kręci mnie, ale jest mocno przy kości, a ja zdecydowanie lubię szczupłe" /
        > "fajny gość, ale nieśmiały, a mnie kręcą i imponują mi towarzyscy". Czy
        > zlekceważenie takich wymagań, które na początku niby nie uwierają aż tak bardzo
        > ,
        > to nie jest proszenie się o kłopoty? Bo np. za 5 lat małżonka/ek zacznie
        > notorycznie przegrywać (nawet podświadome) porównania z co drugą/im napotkaną/y
        > m
        > laską/facetem? Czy to jest tak, że jak się pokocha, to ta reszta się 'jakoś ule
        > ży'?
        >
        > Pozdrawiam

        Po pierwsze to zależy jaka jest ta sprawa drugorzędna...
        jeśli ona puszysta a ty wolisz szczupłe to dlaczego ona puszysta- bo je źle i za
        dużo i jej na tym nie zależy czy może jednak to genetyczne albo może jakieś
        powody lekko chorobowe. Ogólnie jakie podejścia ta na ma do tej puszystości???
        Bo ludzie sie zmieniają. niektórzy szybciej, niektórzy wolniej, ale zawsze. I
        zależy jaka maja motywacje. Jak ta puszysta jest puszysta bo jej nie zależało, a
        nagle zacznie to może sie zrobić w ciągu tych 5 lat super laską i będzie
        wygrywać porównania ze wszystkimi.
        ale jeśli to geny czy choroby to nie można liczyć na cuda.
        z nietowarzyskością to jeszcze bardziej niepokreślone. Jak zaczynałam rozmowy z
        moim obecnym facetem to trwały one 10 minut i to ja mówiłam. nie wierzyłam, ze
        da sie z nim godzinę przegadać. A teraz...noc mogę przegadać, on gada i ja
        jestem niewyspana ;-)
        Nie wiesz co będzie za 5 lat...
        Powiedziałabym paskudnie, ze jak kreci pomimo czegoś to są duże szanse na
        powodzenie. Jak jest blisko ideału, ale nie kręci to co Ci z tego ideału?
      • aandzia43 Re: co by nie było - główna przyczyna 04.06.08, 09:47
        >
        > Pytanie jest takie, na ile - na wczesnym etapie - powinna działać
        świadoma
        > kalkulacja odnośnie rzeczy niby drugorzędnych.

        Myślę, że trzeba sobie szczerze odpowiedzieć na pytanie: czy to są
        dla mnie rzeczy pierwszorzędne, czy drugorzędne? Wiem, do tego
        trzeba sporej samoswiadomości, umiejętności obserwowania siebie i
        bliźnich. Nie każdy bardzo młody człowiek posiada takową. A i nie
        każdy stary grzeszy tą cechą. Ale pogłówkować intensywnie nie
        zaszkodzi.
        Jeśli dziewczyna kręci faceta naprawdę mocno, to jest spora szansa,
        że będzie go kręcić i za 10 lat. Nawet, jeśli w pewnych szczegółach
        odbiega od jego ideału kobiecej urody. Ona jest najprawdopodobniej
        bardzo w jego typie psychofizycznym (może mniej fizycznym, bardziej
        psychicznym, feromonalnym, neurologicznym i co tam sobie dopiszemy).
        Mam wrażenie, że rokuje to lepiej, niż związek ze swoim ideałem
        urody czysto fizycznej. Z panną z wyśnionego, a płaskiego obrazka,
        bez uwzględnienia tego... subtelnego, a silnego współbrzmienia.
        • justyna.ada Re: co by nie było - główna przyczyna 04.06.08, 12:56
          Dokładnie... bo i samo określenie "kręci mnie" to przecież oznacza
          wlaśnie jakąś kompatybilność na różnych poziomach, fizycznym,
          emocjonalnym, intelektualnym, hierarchii wartości i upodobań, itd
          Im więcej tych zgodności tym chyba pewniej można powiedzieć
          że "kręci".

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka