rozgwiazdka_13
11.07.08, 18:24
...gdy nie ma się siły na nic a przede wszystkim nie ma dla kogo...
Pierwszy raz piszę na forum, ale czytam Was już od jakiegoś czasu. Może
pomożecie mi spojrzeć na moją sytuację trochę trzeźwiej bo w obecnym stanie
nie myślę, a nawet nie jestem pewna czy docierają do mnie jakieś bodźce.
Moja historia jest długa i skomplikowana, ale postaram się Was nie zanudzać.
Kocham mężczyznę, który jest dla mnie wszystkim, jest najważniejszą osobą i
nigdy to się nie zmieni. Od 4 lat jesteśmy razem, wspólny wyjazd na zarobek,
wspólne mieszkanie, mały interes no i plany na przyszłość. Za 2 m-ce miał
odbyć się nasz ślub.
Od pewnego czasu nie mogliśmy dojść do porozumienia i to w błahych sprawach.
Mój partner ma ogromne problemy z okazywaniem uczuć, dawaniem uczucia a przede
wszystkim z rozmową na temat problemów.
Zaakceptowałam, że nie jest romantykiem, wystarczy że ja jestem i tyle. Ja
natomiast należę do osób, które muszą rozmawiać. Gdy o coś się
posprzeczaliśmy, potrafił się do mnie nie odzywać kilka dni, milczeć, siedzieć
i gapić się w sufit nie wypowiadając żadnego słowa. Starałam się go zmusić do
rozmowy na różne sposoby, prośby, krzyki, płacz, zwracanie się i tłumaczenie
mu pewnych spraw jak dziecku...no i nic. Zaczął sięgać po alkohol i siedział i
pił, były to różne ilości no i zawsze w domu. Z początku rozmawiałam z nim w
różnych stanach po alkoholu bo myślałam, że jest mu łatwiej rozmawiać. Ale
padały tylko słowa, że jest nieszczęśliwy...nie argumentując to niczym. W
styczniu wspomniał o ślubie, więc zaczęłam pełną parą przygotowania, chciał
pomóc, ale stał obok. Jeździliśmy wszędzie razem, ale to zawsze była moja
inicjatywa. Jedynie co sam zrobił to poszedł na nauki przedmałżeńskie. Dodam ,
że jego rodzina mnie nie akceptuje i z jej powodu często między nami iskrzyło.
2 m-ce temu zaczął dużo więcej pić, niż zwykle, zarzucać mi wszystko,że za
często sprzątam,że nie mam zajęć (a razem pracowaliśmy), że o wszystko się
czepiam, że mu zakazuje wyjść z kolegami. Więc przestałam sprzątać, starałam
się o nic go nie czepiać, no i zaczął wychodzić , kiedy chciał i z kim
chciał...straciłam go z oczu.Zaczął traktować dom jak hotel. Ja stałam sie
niewidoczna, nie działało nic: mój płacz, nowa bielizna, mój dotyk, nic...
Poszłam do psychologa, nie radziłam sobie z moimi uczuciami, z myślą o ślubie
(jego lekceważącym podejściem do tego), moje poczucie wartości było i jest
żadne. Psycholog zaproponował mi terapię dla osób współuzależnionych od
alkoholu, jak mu o tym powiedziałam wściekł się na mnie i stwierdził, że chce
z niego zrobić alkoholika a on przecież pije i tak się zachowuje bo ma już
mnie dość. Zaczął zawalać pracę, stwierdziłam, że porozmawiam z jego mamą może
coś mi doradzi i jakoś mi pomoże.
Jej pomoc wyglądała tak, że oświadczyła mi, że na ślub się nie zgadza, że nie
pasuję do ich rodziny no i czy na pewno jestem szczera u psychologa bo u nich
w rodzinie nikt nie ma problemu z alkoholem. Porozmawiała z moim narzeczonym i
stwierdziła,że musimy od siebie odpocząć i go zabrała. Nigdy nie spodziewałam
się, że osoba, którą kocham całą sobą i która miała stać przy mnie do końca
życia wyjdzie bez słowa pożegnania z mamą. Jedyne co usłyszałam od niego to,
że w tym związku szczęścia nie ma.
Wyprowadził się w poniedziałek...nie odezwał się. Z dnia na dzień straciłam
wszystko, miłość, nadzieję, pracę...marzenia.
Nie wiem co mam myśleć, jak żyć, na co się jeszcze przygotować....Czy to jest
możliwe aby tak mnie znienawidził, ale po co dał mi nadzieję ze ślubem, po co?
Teraz siedzę z w czterech ścianach i nie ma minuty abym nie pomyślała o jego
słowach...marzę aby wrócił i mnie przytulił