ahuman
07.08.08, 15:14
Napiszę tutaj bo wydaje mi się że macie spore doświadczenie w
kształtowaniu, sukcesach i porażkach związków i może napiszecie coś
co wpłynie na moją decyzję.
Sprawa stara jak świat. Wpadka, pomimo stosowania pigułek. Nie chce
mi się wnikać więc zakładam że to ten mikroskopijny ułamek procenta
kiedy antykoncepcja nie zadziałała a nie niedbałość lub zła wola
mojej partnerki. Nie jesteśmy małżeństwem ani specjalnie stałą parą.
Nie łączy mnie z nią żadne głębsze uczucie. Fascynacji z mojej
strony brak. Spotykaliśmy się sporadycznie, coraz rzadziej.
Zazwyczaj po to żeby nie siedzieć samotnie w domach, wypić butelkę
wina, obejrzeć film.
Czasem kończyło się seksem, czasem po prostu snem.
Do dzieci mam stosunek zdecydowanie negatywny, wynikający z dwóch
różnych zjawisk. Po pierwsze nie lubię ich czysto fizycznie,
momentami wręcz czuję odrazę. Takie małe uszkodzenie postrzegania
dzieci - zauważyłem że mocno odbiegam na tym tle od moich znajomych.
Po drugie uważam, że wychowywanie dziecka to olbrzymia
odpowiedzialność. Nie będę wnikał w to jak ja tę odpowiedzialność
rozumiem bo to jest temat na sporą rozprawkę, napiszę jedynie że
świadomie zdecydowałem się nie posiadać dzieci ze względu na tę
odpowiedzialność której najnormalniej w świecie nie chcę brać na
siebie. Nie kryłem tego mojego stosunku do dzieci i wszyscy ludzie w
moim otoczeniu świetnie sobie z niego zdają sprawę. Dlatego bardzo
dbałem o antykoncepcję. Nie jest dla mnie problemem abstynencja,
rozważałem wazektomię. Wiele lat udanego seksu wraz ze stosowaniem
pigułek przez moje partnerki chyba stępiło jednak moją czułość na
tym punkcie i mam teraz efekt.
To co wiem o tym co ona wiedziała/myślała przed wpadką: zdawała
sobie sprawę z charakteru naszych spotkań - rozmawialiśmy o tym.
Sama wyartykułowała w którymś momencie że mieć ze mną dziecko to
była by tragedia, najgorsze co może się wydarzyć. Zdawała sobie
sprawę że angażowanie się nie ma sensu. Ja na nic nie naciskałem, w
ostatnim czasie nawet zdecydowałem się zakończyć znajomość.
Teraz tak sobie siedzę i analizuję sytuację i widzę że ona chyba
jednak miała nadzieję że ja się zaangażuję.
Jestem zwolennikiem aborcji - szczególnie w takiej sytuacji jak
nasza. Uważam to za jedyne słuszne rozwiązanie. Sam jestem wpadką
dla moich rodziców i szczerze mówię, że wolałbym aby przerwali ciążę
ze mną.
Obecnie muszę podjąć decyzję co do przyszłości. Aborcja odpadła bo
ona nie chce. Nie wiem czy ona chce dziecka, ale zdecydowanie
stwierdziła że urodzi. W ten sposób zostałem postawiony przed faktem
dokonanym - nie chcę ale będę miał dziecko, albo raczej będzie
istniało moje dziecko.
Po pierwsze muszę przedefiniować całe moje plany i spojrzenie na
życie. Po drugie muszę coś zrobić aby móc w ogóle jakoś efektywnie
żyć - muszę albo pozbyć się przekonania że jestem odpowiedzialny za
powołanie do życia kolejnej świadomości, albo pozbyć się złości,
poczucia starty własnego życia i wściekłości na siebie za kontakt z
tą kobietą i na nią za (moim zdaniem) totalny brak odpowiedzialności
za siebie i dziecko podejmując decyzję o urodzeniu.
Tak, wiem że każdorazowo podejmując decyzję o współżyciu powinienem
akceptować fakt że może dojść do poczęcia. Ale w takim razie powinno
się taką nieplanowaną ciążę przerywać jak najszybciej. W końcu
stosowanie antykoncepcji wyklucza nastawienie pro-prokreacyjne.
Obecna moja sytuacja nauczyła mnie przynajmniej tego że czasem nie
ma nawet takiej opcji. A ponieważ nawet wazektomia nie daje 100%
pewności (zdarzają się samoistne udrożnienia nasieniowodów)
pozostaje mi więc abstynencja.
Minęło już kilka miesięcy, zbliża się poród. Ona potrzebuje coraz
więcej pomocy. Staram się, ale coraz gorzej śpię, chodzę wkurzony,
coraz bardziej męczy mnie beznadziejność sytuacji do jakiej
dopuściłem.
Zostać z nią czy odejść? Zmieniam zdanie kilka razy dziennie.
Ona chce spróbować zbudować związek. Ma nadzieję że nam się uda. Uda
nam się? Szczerze wątpię. Czy waszym zdaniem związek jaki możemy
próbować budować ma jakiekolwiek szanse czy szkoda naszego czasu?
Ja świadomie nie chciałem mieć dzieci. Jeżeli odejdę to nie mam
zamiaru ubiegać się o jakiekolwiek prawa, choć od obowiązków
finansowych się nie będę uchylał. Ale pozostałym obowiązkom raczej
nie sprostam.
Napiszcie coś bo oszaleję.
I nie piszcie że za kilka lat będę żałował że nie mam/nie chciałem
mieć dzieci, bo nie będę działał wbrew sobie z myślą o tym, że
kiedyś będę żałował jeżeli teraz nie zadziałam… Po prostu nie
wiadomo co będzie za kilka lat.
P.S. Mamy oboje troszkę ponad 30 lat. To tak żeby umiejscowić
sytuację wiekowo.