Dodaj do ulubionych

Zmiany - w końcu tak czy nie?

08.10.08, 18:42
W ostatnim czasie pojawiły się dwa wątki IMO bardzo do siebie
podobne jednak z bardzo różnym reakcjami.

Pierwszy dotyczył kobiety, która mocno przytyła po ślubie. Spora
cześć forumowiczów stwierdziła, że skoro mąż żenił się z kobietą
szczupłą, to może czuć się oszukany zmianą, że ona nie dotrzymała
swojej części ‘układu’ a wersja demo nie pokrywa się z komercyjną.
Ona nie chcąc schudnąć ma w dupie jego potrzeby.

Drugi to wątek mężczyzny, który żeniąc się z kobietą miał wyraźnie
jasno określone jej preferencje seksualne oraz stosunek do rodziny.
Miał nadzieję, że to się zmieni, ale nie zmieniło się. Wersja demo =
wersja komercyjna. I okazuje się, że małżonka nie wyrażając chęci
zmiany sytuacji… też ma w dupie potrzeby męża!

W pierwszym przypadku zmiana jest zła, w drugim brak zmiany… zły!
Ktoś mi potrafi wytłumaczyć różnicę?
Obserwuj wątek
    • anula36 Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 08.10.08, 18:55
      pukt widzenia zalezy od punktu siedzenia.
      Jako tlustawa egoistka jestem za tym aby maz dal dobry przyklad i sam rozpoczal diete docelowo przeksztalcona w dla dwojga.
      Jestem tez kopaniem w dupe zdrzadzajcych publicznie mezusiow z pretensjami, a nie stawianie ich za przyklad potomstwu.

      I nikomu nie kaze sie z tym zgadzac.
    • rumpa Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 08.10.08, 19:53
      Nie nie nie
      nikt nie mówił że ma się zmienić
      były nawet sugestie na przykład z mojej strony że pan małżonek też
      by mógł się sobie przyjrzeć
      problem był inny - nie chciała iść na terapię w ogóle
      terapia NIE OZNACZA prania mózgu ani przerabiania się, z silnym
      wskazaniem na osobę która jest na nią ciagnieta
      sądząc po układach rodzinnych pani mogła oczekiwać, że zostanie
      poddana kolejnemu praniu mózgu i kolejna osoba będzie jej mówiła co
      i jak ma robić
      zgoda na terapię oznacza ni mniej ni więcej - jesteś dla mnie ważny,
      nie możemy ustalić pewnych kwestii, więc mimo że mnie jest wygodnie
      i nic nie chcę zmieniać, to zgadzam się na rozmowę w neutralnych
      okolicznosciach - bo a nóż widelec uda się nam spojrzeć na sprawy z
      innego punktu widzenia i znajdziemy rozwiązanie, które w tej chwili
      nam nie przychodzi do głowy, bo jesteśmy zapętleni i w szybkim
      tempie zbliżamy się do granicy wytrzymałości.Małżeństwa.
      koniec kropka
      nic więcej
      na terapii równie dobrze może się okazać że bardziej nawala poczucie
      rzeczywistości partnera wlokącego na terapię
      chodzi o otworzenie możliwości porozumienia, chociażby zaznaczenie
      chęci zrozumienia
      równie dobrze może ten wlokący na terapię lepiej zrozumieć :)))
      i dlatego częsc ludzi uważa że babka odrzucając taką możliwość po
      prostu zamyka się w skorupie i ma małżeństwo w d...

      co do babki utytej - no jakoś tak jest że jak kobieta nie ma faceta
      w d... jako faceta, to mu się chce podobać - skala poswięceń :)))
      jest różna, jedne wsadzą sobie implanty (niewiarygodne jak dla mnie)
      inne nie pokażą bez makijażu, a jeszcze inne ograniczą do zachowania
      higieny. słyszałam o babce, chudej z natury, co se u gorseciarki
      uszyła specjalne majtasy, coby mieć biodra szersze.Bo męża takowe
      kręciły.Wizualnie, w łóżku akceptował chude żony - a babka miała
      poczucie humoru i ... własnej wartości.
      Mimo że mam dosc luzny stosunek do upiększania się, jednak, ponieważ
      kręci mnie błysk w oku męża, to pilnuję rozmiarów tyłka,
      minimalizuję zwis cyca, nie noszę mini, ale na przykład obcisłe
      spodnie, od wielkiego dzwonu zrobię sie na bóstwo :)))
      nawiasem mówiąc po ustaleniu związku mój wygląd okazał się bardziej
      seksi, co było miłym zaskoczeniem dla męża :)))
      okazuję zainteresowanie jego zainteresowaniem moją osobą
      babka, która się zapuszcza i ma kompletnie gdzieś, czy faceta kręci
      czy nie - po prostu ma gdzieś faceta - sytuacja jest bardzo podobna
      - olanie drugiej osoby, brak zainteresowania nią
      I nie chodzi tu o jakiś dogmat typu - zmieniamy się
      • fanny Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 08.10.08, 20:57
        Bardzo mi sie Twoj post, Rumpa, podoba i gdybym tylko tak dobrze potrafila istote rzeczy opisac, to z przyjemnoscia bym sie pod nim podpisala ;-)

        f.
        • aandzia43 Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 08.10.08, 23:25
          Podobnie, jak Fanny podziwem darzę post Rumpy:-) Sama bym tak ładnie nie
          napisała, a że wyraża on i moje poglądy, więc się tylko podczepiam
          entuzjastycznie;-)
      • mujer_bonita Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 08.10.08, 23:29
        Rumpa - Twoja wypowiedź jest absolutnie prawdziwa i absolutnie...
        bezużyteczna ;)

        > I nie chodzi tu o jakiś dogmat typu - zmieniamy się
        • manahmanah77 Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 08.10.08, 23:47
          Dajemy sobie wejść na głowę? Jesteśmy kameleonami przy potrzebach partnera?

          Nie popadajmy w skrajności. Przecież związek zakłada jakieś wzajemne docieranie
          się, kompromisy, wzajemne uczenie się i dojrzewanie - związek nie jest układem
          dwojga odrębnych osób, które na pierwszym planie stawiają swoją odrębność, potem
          długo nic, potem dobro własne i partnera. Oczywiście, że nie wolno zagubić
          siebie i swoich potrzeb po to, by stać się satelitą drugiej osoby, ale to nie
          znaczy, że nie wolno się do niej w ogóle dostosowywać, albo wszystko ważyć i
          każde ustępstwo negocjować. Po co taki związek w ogóle? Telewizor też gada.

          Złoty środek proszę.
          • mujer_bonita Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 08.10.08, 23:51
            manahmanah77 napisał:
            > Złoty środek proszę.

            Właśnie - jest spora różnica między docieraniem się a pranie mózgu.
            Nie należy rezygnować z rzeczy ważnych. Po co taki związek?
            • eeela Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 00:29
              Nie czytałam wątków, o których mowa, więc może moja uwaga nie będzie zbyt celna
              - ale czy zachowanie stanu roztycia się to taka ważna rzecz, z której nie należy
              rezygnować?
              • mujer_bonita Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 07:39

                eeela napisała:
                > Nie czytałam wątków, o których mowa, więc może moja uwaga nie
                będzie zbyt celna
                > - ale czy zachowanie stanu roztycia się to taka ważna rzecz, z
                której nie należy
                > rezygnować?

                Przykład był przytoczony w kontekście - 'nie chce jej się wysilić,
                bo ma w dupie partnera'. Podobieństwo do przypadku nr 2.

                A o rezygnacji z rzeczy ważnych mówiłam w kontekście proponowanej
                przez Rumpę elastyczności.
                • eeela Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 12:06
                  Ale Rumpa nie mówiła o rezygnacji z rzeczy ważnych, tylko właśnie o
                  elastyczności, która jest bardzo przydatna w funkcjonowaniu w każdym związku i w
                  każdej relacji - czy to z mężem, czy dzieckiem, szefem czy sąsiadem.
    • manahmanah77 Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 08.10.08, 20:04
      Bez analizowania wątków - brutalna prawda jest taka, że dla trwałości związku i
      osobistego szczęścia liczą się spełnione oczekiwania, nawet jeśli są
      bezpodstawne. Wiem, świństwo w stosunku do tej osoby, która oczekiwań nie
      spełnia - c'est la vie.

      Nie możesz komuś nakazać, żeby pozostał wiernym i oddanym mężem dlatego, że
      zawsze lubił szczupłe brunetki, ożenił się z pulchną blondynką i teraz chciałby,
      żeby dla niego schudła i się przefarbowała (to samo tyczy się kobiet oczywiście,
      na przykład takich, które pragnęły nadzianego macho, wyszły za sympatycznego
      studenta informatyki i teraz płaczą, że nie chodzi na solarium, nie jeździ dobrą
      furą i jak się kochają pyta po dziesięć razy "dobrze Ci?"). Oczywiście to egoizm
      i gdyby było sprawiedliwie, to powinien ładnie się uśmiechać, kochać ją, a
      pragnienia wsadzić sobie w kieszeń, palant jeden.

      Ale sprawiedliwie nie jest. Każdy sobie własne szczęście kuje, popełnia mnóstwo
      błędów, czasem chce przyjąć ich konsekwencje czasem nie, zmusić go nie można.

      Dlatego w takich przypadkach uważam, że jeśli nie ma szans na solidny kompromis,
      najlepiej jest zakończyć związek w możliwie najmniej bolesny dla obojga sposób.
    • glamourous Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 11:49
      Nie mozna nikogo zmusic do milosci az po grob i ani do wiecznej
      satysfakcji ze zwiazku na poziomie z poczatkow zauroczenia. Prawda
      jest taka, ze panta rhei - ewoluujemy my, ewoluuje nasze otoczenie,
      nasz zwiazek, nasze uczucia, zmieniaja nam sie zyciowe okolicznosci
      i czasami to co wydawalo nam sie od biedy akceptowalne na poczatku
      zwiazku, z biegiem lat niestety coraz bardziej nas razi. Taka juz
      jest natura ludzka. I tekst "widzialy galy co braly" - choc
      sprawiedliwy i sluszny - jest wobec powyzszego zupelnie
      bezuzyteczny. Niestety, jak mawial Wolter, nie zyjemy w najlepszych
      ze swiatow. Pewnie, ze POWINNO TAK BYC, ze skoro partner na poczatku
      na tyle tolerowal zoniny seksualny konserwatyzm oraz jej niezdrowe
      przywiazanie do mamusi, ze pomimo tego wybral ja sobie na zone, to
      POWINIEN teraz cicho siedziec i nie miec pretensji po latach, bo TAK
      WYBRAL. Na ewolucje jednak nie ma mocnych, i zadne swiete oburzenie
      ze "to nie fair" nic nie pomoze. Czlowiekowi ma niestety prawo sie
      odwidziec i nic na to nie poradzimy.

      A ta historia z zona ktora przytyla - no coz, nie mamy zadnej
      pewnosci ze gdyby od dnia slubu nie przytyla nawet kilograma to maz
      by jej nie zdradzal i szalenczo kochal do grobowej deski. Wszystko z
      biegiem czasu ewoluuje - kilogramy, atrakcyjnosc, uczucia,
      pozadanie. Pewnie ze kiedy nasz wyglad z biegiem lat ewoluuje
      pozytywnie - lub przynajmniej nie negatywnie - mamy wieksze szanse
      na utrzymanie czyjegos zainteresowania. Ale i tak nie mamy na nie
      dozywotniej gwarancji.

      Przy tym wszystkim, przy calej swiadomosci ewolucji, niechec do
      kompromisow i brak motywacji zeby choc troche sklonic sie w strone
      potrzeb partnera jest zwyklym egoizmem. Tu znowu zacytuje
      niegdysiejsze bardzo trafne stwierdzenie naszego forumowego
      Avide : "jezeli ktos kategorycznie odmawia wspolpracy ucinajac,
      ze "ON TAK MA I SIE NIE ZMIENI" to znaczy ze "JA" jest dla niego
      wazniejsze niz "MY" i nie powinien w takim razie zawracac komus
      komus glowy zwiazkiem, tylko zyc sam."
      Zacytowalam niedokladnie, ale tak to mniej wiecej lecialo ;-)
      • mujer_bonita Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 12:56
        glamourous napisała:
        > Pewnie, ze POWINNO TAK BYC, ze skoro partner na poczatku
        > na tyle tolerowal zoniny seksualny konserwatyzm oraz jej niezdrowe
        > przywiazanie do mamusi, ze pomimo tego wybral ja sobie na zone, to
        > POWINIEN teraz cicho siedziec i nie miec pretensji po latach, bo
        TAK
        > WYBRAL. Na ewolucje jednak nie ma mocnych, i zadne swiete
        oburzenie
        > ze "to nie fair" nic nie pomoze. Czlowiekowi ma niestety prawo sie
        > odwidziec i nic na to nie poradzimy.

        Oczywiście, że ma prawo się odwidzieć, zmienić, wyewoluować. Tyle,
        że druga strona nie musi z pokorą przyjmować wszystich zmian. Każda
        elastyczność, docieranie ma swoje granice! W końcu wybieramy
        partnera o konkretnych cechach i gdyby nie one to nie bylibyśmy
        zainteresowani. Dlaczego mamy więc trwać przy osobie, która w wyniku
        zmian przestała zaspokajać nasze potrzeby? W imię miłości?

        W drugim przykładzie facet po prostu popełnił życiowy błąd. Wybrał
        partnerkę, która nie zaspokajała jego ważnych potrzeb (i nie chodzi
        tylko o seks). Wiedział o tym i miał nadzieję, że się zmieni. Pewne
        rzeczy można 'dotrzeć' inne nie. Należy nauczyć się je odróżniać.
        Jasne, że żona mogłaby spróbować pójść na kompromis, terapię.
        Problem w tym czy po tych zmianach związek byłby dla niej dobry -
        przecież decydowała się na konkretny układ, nowy może jej w ogóle
        nie odpowiadać. Ma godzić się na coś czego nigdy sama by nie wybrała
        dla dobra związku, dzieci?
        • krzysztof-lis Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 13:01
          > przecież decydowała się na konkretny układ, nowy może jej w ogóle
          > nie odpowiadać.

          A ja zawsze myślałem, że w małżeństwie celem istnienia układu jest dobro dwojga
          ludzi a nie dobro tylko jednego.

          Obydwoje popełnili błąd:
          * on, wiążąc się z kobietą, która nie spełnia jego oczekiwań,
          * ona, wiążąc się z mężczyzną, którego oczekiwań nie zamierza spełniać.

          W wątku, o którym rozmawiamy, wszelkie koszty tego błędu ponosi on.

          Dlaczego?
          • mujer_bonita Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 13:20
            krzysztof-lis napisał:
            > A ja zawsze myślałem, że w małżeństwie celem istnienia układu jest
            dobro dwojga
            > ludzi a nie dobro tylko jednego.

            Oczywiście. Należy więc wchodzić w związek z osobą, która te
            potrzeby zaspokaja oraz czy a przede wszystkim jest w stanie je
            zaspokoić.

            > * ona, wiążąc się z mężczyzną, którego oczekiwań nie zamierza
            spełniać.

            Co zapowiedziała od samego początku a on zaakceptował. Potem mu się
            odwidziało.

            > W wątku, o którym rozmawiamy, wszelkie koszty tego błędu ponosi on.

            Nie tylko on. Myślisz, że porzucenie i zdrada to dla kobiety takie
            nic? Ona ponosi konsekwencje JEGO błędu. I do tego ma teraz ten błąd
            naprawiać?
            • krzysztof-lis Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 13:30
              > Ona ponosi konsekwencje JEGO błędu.

              Jakie konsekwencje?

              > Myślisz, że porzucenie i zdrada to dla kobiety takie nic?

              Porzucona? Dramatyzujesz.
              • mujer_bonita Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 14:22
                krzysztof-lis napisał:
                > Jakie konsekwencje?

                Chciażby zdrada. Dla kobiety często ogromne upokorzenie.

                > Porzucona? Dramatyzujesz.

                Jasne - koniec związku to cód, miód i orzeszki.
                • krzysztof-lis Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 14:28
                  > Chciażby zdrada. Dla kobiety często ogromne upokorzenie.

                  Z pewnością. Zwłaszcza dla takiej, która mężowi nic od siebie nie daje. Bo skoro
                  już przyzwyczaiła się, że mąż ma spełniać jej zachcianki a ona jego
                  niekoniecznie, to zdrada będzie naprawdę bardzo bolesna.

                  > > Porzucona? Dramatyzujesz.
                  >
                  > Jasne - koniec związku to cód, miód i orzeszki.

                  O porzuceniu to możemy mówić w sytuacji, gdy ktoś jest kompletnie niczemu nie
                  winien. A jak ktoś odmawia współpracy nad wspólnym szczęściem w związku, jest
                  współodpowiedzialny za jego rozpad. I nie zostaje porzucony... To pojęcie nie
                  mieści w sobie takiej sytuacji.
                  • mujer_bonita Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 14:55
                    krzysztof-lis napisał:
                    > O porzuceniu to możemy mówić w sytuacji, gdy ktoś jest kompletnie
                    niczemu nie
                    > winien. A jak ktoś odmawia współpracy nad wspólnym szczęściem w
                    związku, jest
                    > współodpowiedzialny za jego rozpad.

                    Krzysztofie, zwolenniku teorii układu. Pomyśl - żenisz się,
                    decydujesz się na układ oprarty na pewnych zasadach. Dajmy na to, że
                    seks jest dla Ciebie ważny. Dla twojej małżonki nie ale uważa, że
                    jest w stanie poświęcić się dla dobra Twojego i związku. Po paru
                    latach małżonka stwierdza, że nie jest w stanie tak więcej.
                    Proponuje zmianę układu - seks raz na kwartał (względnie w pół drogi
                    2 razy na miesiąc). Tobie to nie odpowiada. Czy jesteś WSPÓŁWINNY
                    ROZPADU związku?
                    • krzysztof-lis Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 10.10.08, 09:51
                      > Krzysztofie, zwolenniku teorii układu. Pomyśl - żenisz się,
                      > decydujesz się na układ oprarty na pewnych zasadach. Dajmy na to,
                      > że seks jest dla Ciebie ważny. Dla twojej małżonki nie ale uważa,
                      > że jest w stanie poświęcić się dla dobra Twojego i związku. Po
                      > paru latach małżonka stwierdza, że nie jest w stanie tak więcej.
                      > Proponuje zmianę układu - seks raz na kwartał (względnie w pół
                      > drogi 2 razy na miesiąc). Tobie to nie odpowiada. Czy jesteś
                      > WSPÓŁWINNY ROZPADU związku?

                      Nie, bo nie naruszam tego układu, na który się umówiliśmy.

                      Ale widzisz, jak się już taka rozbieżność pojawi, to nie należy jej pozostawiać
                      samej sobie na zasadzie "spier--laj, masz to, na co się zdecydowałaś".
                      Zachowując się tak, choć w zgodzie z obowiązującym układem, zrobię głupstwo.

                      Tu nie chodzi o to, żeby ona się od razu zmieniała. Czy żeby się w ogóle zmieniała.

                      Gwoździem do trumny tego związku jest raczej to, że ona nie zgodziła się na
                      pomoc specjalisty. I to uważam za odmowę współpracy nad wspólnym dobrem =
                      współodpowiedzialność za rozpad związku.
                      • mujer_bonita Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 10.10.08, 10:06
                        krzysztof-lis napisał
                        > Nie, bo nie naruszam tego układu, na który się umówiliśmy.

                        I właśnie o to mi chodzi. Są pewne rzeczy, które ustala się na
                        początku. Ważne rzeczy. To tworzy podstawę związku.

                        > Tu nie chodzi o to, żeby ona się od razu zmieniała. Czy żeby się w
                        ogóle zmieni
                        > ała.

                        Bla, bla, bla. Jasne - terapia miała być po to żeby sobie pogadać?
                        Autorowi wątku małżonka nie odpowiadała i starał się ją zmienić. Jak
                        sam nie dał rady to chciał terapi. Można sobie gadać, że 'co jej
                        szkodziło itp' ale nie zmienia to faktu, że on od niej OCZEKIWAŁ
                        zmian.

                        > I to uważam za odmowę współpracy nad wspólnym dobrem =
                        > współodpowiedzialność za rozpad związku.

                        Tyle, że WSPÓLNE dobro w tym przypadku oznaczało JEGO dobro.
        • aandzia43 Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 13:10
          Pewne
          > rzeczy można 'dotrzeć' inne nie. Należy nauczyć się je odróżniać.

          A masz jakiś pomysł na to to, by posiąść sztukę odróżniania rzeczy podlegających
          zmianie i rzeczy nie do ruszenia?
          • krzysztof-lis Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 13:26
            > A masz jakiś pomysł na to to, by posiąść sztukę odróżniania rzeczy
            > podlegających zmianie i rzeczy nie do ruszenia?

            Z postów mujer_bonity wynika całkiem prosty podział:
            * podlegają zmianie zachowania mężczyzny,
            * nie do ruszenia są zasady i zachowania kobiety.
            • mujer_bonita Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 14:31
              krzysztof-lis napisał:
              > Z postów mujer_bonity wynika całkiem prosty podział:
              > * podlegają zmianie zachowania mężczyzny,
              > * nie do ruszenia są zasady i zachowania kobiety.

              Z postów krzysztofa_lisa wynika całkiem prosty podział:
              * kobietom nie wolno się zmieniać (układ jest układem)
              * mężczyznom wolno - w końcu chodzi o zaspokajanie ich potrzeb

              Krzysztofie - ja nie dzielę ze względu na płeć. Każdy ma coś, co
              jest dla niego ważne, coś czego nie chce / nie może zmienić. Jeżeli
              druga strona się na to nie godzi - nie powinna się wiązać!
              • glamourous Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 15:02
                mujer_bonita napisała:


                Jeżeli
                > druga strona się na to nie godzi - nie powinna się wiązać!
                >


                Och, ten idealizm. Tak jakby w zyciu wszystko bylo tak jak byc
                POWINNO... :-/ Gdyby czlowiek wiedzial ze sie przewroci, to by sie
                polozyl. Nie wszystko da sie w zyciu wykalkulowac i przewidziec.
                Facet sie zakochal, kobieta podobala mu sie POMIMO pewnych wad,
                teraz po latach okazalo sie ze te wady zatruwaja mu zycie. Czy to
                tak ciezko zrozumiec, ze ludzie w przedmalzenskim zauroczeniu
                popelniaja bledy? Gdyby wszystko bylo tak jak POWINNO, gdyby ludzie
                mieli zdolnosc przewidywania i zimnej kalkulacji w stanie
                zakochania, nie byloby ani tego forum, ani nieszczesliwych
                malzenstw, ani rozwodow.

                Kazdemu moze sie zdarzyc, ze w stanie zauroczenia zle obliczy szanse
                przetrwania tego zwiazku - na szczescie istnieje choc czesciowa
                szansa naprawienia bledow niedopasowania dzieki TERAPII. Rozsadek i
                dobra wola nakazuja przynajmniej sprobowac. No, chyba ze mamy
                zwiazek gleboko gdzies.
                • mujer_bonita Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 15:19
                  glamourous - chba nadal nie rozumiesz o co mi chodzi.

                  > tak ciezko zrozumiec, ze ludzie w przedmalzenskim zauroczeniu
                  > popelniaja bledy?

                  Jasne, że ludzie popełaniją błędy. Zakochany człowiek jest ślepy. A
                  nawet jak widzi - ma nadzieję, że się zmieni (oczywiście tylko na
                  lepsze). Co nie zmienia faktu, że jest to błąd a konsekwencje
                  ponoszą obie strony.

                  > Gdyby wszystko bylo tak jak POWINNO, gdyby ludzie
                  > mieli zdolnosc przewidywania i zimnej kalkulacji w stanie
                  > zakochania, nie byloby ani tego forum, ani nieszczesliwych
                  > malzenstw, ani rozwodow.

                  Jedna rzecz to nie móc przewidzieć co będzie w przyszłości, zmian
                  jakie mogą zajść itp. Inna to wiedzieć od samego początku, mieć
                  jasno powiedziane jak będzie jak nie i mimo tego zakładać, że uda
                  się to zmienić. Sory - wiążąc się z praktykującym katolikiem,
                  liczenie, że 'po ślubie uda się namówić na zmianę poglądów' to już
                  nawet nie naiwność, to już głuota :D

                  > No, chyba ze mamy
                  > zwiazek gleboko gdzies.

                  Oczywiście. I nie ma nic złego w mieniu gdzieś związku, który ma
                  zmienić ważne dla nas rzeczy. Spróbować owszem warto, jednak są
                  takie rzeczy, których nie zmienisz. Pomyśl sama co by było gdyby mąż
                  zakomunikował Ci teraz - 'sex raz na kwartał'. Poszłabyś na terapię
                  i byłoby raz na miesiąc. I co? Masz trwać w tym stanie bo 'nie masz
                  związku gdzieś'. Powtarzam - elastyczność TAK ale wszystko ma swoje
                  granice.
                  • glamourous Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 16:03
                    mujer_bonita napisała:


                    Poszłabyś na terapię
                    > i byłoby raz na miesiąc. I co? Masz trwać w tym stanie bo 'nie
                    masz
                    > związku gdzieś'.


                    Ja z kolei twierdze ze NIC NA SILE. Tak jak napisalam wyzej, jezeli
                    nie ma mozliwosci kompromisu, to kazda ze stron ma 2 opcje : zostac
                    i cierpiec lub wyjsc z niesatysfakcjonujacego ukladu. I
                    stanowisko "przeciez 15 lat temu wiedziales i nie narzekales" nic tu
                    nie zmienia.


                    > Spróbować owszem warto, jednak są
                    > takie rzeczy, których nie zmienisz. Pomyśl sama co by było gdyby
                    mąż zakomunikował Ci teraz - 'sex raz na kwartał'. Poszłabyś na
                    terapię i byłoby raz na miesiąc. I co? Masz trwać w tym stanie
                    bo 'nie masz związku gdzieś'. Powtarzam - elastyczność TAK ale
                    wszystko ma swoje granice.


                    Ja tez wcale nie twierdze ze wszystko da sie zalatwic terapia, bo
                    pewne roznice rzeczywiscie sa nie do przeskoczenia. ALE mozna
                    przynajmniej sie postarac, ruszyc tylek, sprobowac RAZEM to
                    naprawic, powalczyc o zwiazek (bo a noz-widelec sie uda?) A nie,
                    zaskorupiwszy sie w swoim lenistwie i minimalizmie, zaprezentowac
                    partnerowi olewczo-bierna postawe i zawetowac porozumienie
                    stwierdzeniem, ze "przeciez widzialy galy co braly". Nigdzie nie
                    napisalam ze terapia zawsze gwarantuje poprawe i zapewnia dalsze
                    trwanie zwiazku. Chodzi mi o to, ze jezeli jest chociaz CIEN szansy
                    na poprawe, to zona nie powinna go torpedowac, chocby nawet
                    argument "widzialy galy co braly" stal po jej stronie.
                    Mozna unosic sie honorem "bo ja mam racje, bo moje na wierzchu, bo
                    od poczatku wiedziales jaka jestem" - ale malzesntwa sie tym nie
                    naprawi.


                    > Sory - wiążąc się z praktykującym katolikiem,
                    > liczenie, że 'po ślubie uda się namówić na zmianę poglądów' to już
                    > nawet nie naiwność, to już głuota :D


                    Przyklad z praktujacym katolicyzmem jest nieadekwatny do omawianej
                    przez nas sytuacji. Co innego wiara/swiatopoglad, a co innego
                    niedojrzalosc emocjonalna i spoleczna zony autora tamtego watku.
                    Wiara nie jest patologia, nie podlega leczeniu i naprawianiu.
                    Problemy z osobowoscia owszem tak.
                    • mujer_bonita Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 16:49
                      Galm, ja nadal mam wrażenie, że mówimy o dwóch róznych sprawach.

                      Jasne, trzeba próbować, starać się docierać. Prawda oczywista,
                      absolutnie bezużyteczna.

                      Wchodząc w związek wchodzimy jako MY. Mamy swoje wartości,
                      przyzwyczajenia, nawyki. Jedne bardzo ważne inne nie. Partner to
                      akceptuje (przynajmniej powinien). Wiążemy się z człowiekiem o
                      pewnym światopoglądzie, wartościach, cechach. Ten konkretny zestaw
                      nam odpowiada, jest naszym Graalem.

                      Po jakimś czasie druga strona się zmienia. Z różnych powodów - jest
                      to całkowicie normalne. Jedne zmiany da się zaakceptować inne nie.
                      Jeżeli partner nagle stwierdza, że coś mu się nie podoba i żąda
                      zmian, które nam nie odpowiadają to NIE JEST NASZA WINA. Rozumiem,
                      że ktoś się pomylił, jest to bardzo bolesne ale nie zmienia faktu,
                      że problemem jest zmiana z jednej strony. Jeżeli zmienia się to co
                      nas w partnerze pociągało to nie mamy obowiązku się dostosowywać i
                      nie ma w tym ani odrobiny naszej winy!

                      Zwalanie (częściowo) winy na stronę, której nie chce zaakceptować
                      niekorzystnych dla niej zmian jest dla mnie wysoce niestosowne!
                      • glamourous Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 18:15
                        mujer_bonita napisała:

                        > Galm, ja nadal mam wrażenie, że mówimy o dwóch róznych sprawach.


                        Posrednio. Tobie chodzi o teorie, mi zas o praktyke tej samej
                        sprawy. Tobie chodzi o samo stwierdzenie faktu "tak, to nieladnie
                        wymagac od kogos po latach zmiany, skoro kiedys wzielismy go z
                        konkretnymi, widcznymi wadami i calym przychowkiem". Ty twierdzisz,
                        ze osoba z problemem MA PRAWO zaslonic sie fraza "KIEDYS nie miales
                        obiekcji", ja zas, ze zwiazek sie od tego stwierdzenia nie naprawi ;-
                        )

                        > Jasne, trzeba próbować, starać się docierać. Prawda oczywista,
                        > absolutnie bezużyteczna.


                        Dla mnie bezuzyteczna jest prawda o niestosownosci wypominania komus
                        wady ktora kiedys sie - powiedzmy - akceptowalo (raczej tolerowalo
                        chyba). Moze jest to i niestosowne i nie fair, ale nie zmienia faktu
                        ze COS Z TYM TRZEBA ZROBIC inaczej zwiazek sie posypie. I o tym
                        pisze. Tu nie chodzi o zwalanie winy, czy o udowadnianie drugiej
                        osobie po czyjej stronie lezy racja - bo takie przepychanki nic nie
                        daja. Ale o zaproszenie do sprobowania chociaz troche popracowac nad
                        soba dla dobra zwiazku. Kobieta ktora zwiazala sie ze skapym facetem
                        ma prawo po 10 latach miec tego jego skapstwa serdecznie DOSYC,
                        pomimo iz wczesniej wydawalo jej sie ze bedzie mogla z tym jakos
                        zyc. Ma prawo poprosic meza o zweryfikowanie jego podejscia do
                        sprawy finansow, o dostosowanie sie do jej potrzeb, czy nawet o
                        udanie sie do psychologa - bez wzgledu na to jak ON czuje sie
                        pokrzywdzony czy oburzony jej roszczeniami w swietle
                        zasady "widzialy galy".
                        Pewnie, kobieta owa POWINNA sie byla wczesniej zastanowic, i
                        wykalkulowac sobie czy po 10 latach nie bedzie miala tego dosyc, ale
                        nie kazdego stac jest na takie zyciowe dalekowidztwo. Wtedy bylo to
                        dla niej OK (kazdy kiedys byl mlody i niedoswiadczony), dzisiaj nie
                        jest nie do zniesienia - po prostu
                        ewoluowala i nie ma w tym zadnej "glupoty". A jej maz ma dwie
                        opcje : moze wyjsc
                        naprzeciw jej AKTUALNYM potrzebom - lub strzelic
                        focha, odmowic wspolpracy i rozwalic zwiazek.
                        • mujer_bonita Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 18:21
                          Zgadzamy się we wszystkim oprócz:
                          > A jej maz ma dwie
                          > opcje : moze wyjsc
                          > naprzeciw jej AKTUALNYM potrzebom - lub strzelic
                          > focha, odmowic wspolpracy i rozwalic zwiazek.

                          To nie mąż rozwala związek. Zasady i priorytety były jasne. Ona
                          mogła mieć ich serdecznie dość ale to ONA nie ON. Przykre ale
                          WIDZIAŁY GAŁY CO BRAŁY.

                          Efekt ten sam ale winę ponosi jedna strona. Ta która popełniła błąd.
                    • bi_chetny Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 16:50
                      brawo glamorous. dokładnie to samo chciałem napisać. skąd te porównania do
                      religii ???
                      • aandzia43 Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 17:07
                        bi_chetny napisał:

                        > brawo glamorous. dokładnie to samo chciałem napisać. skąd te
                        porównania do
                        > religii ???

                        Ja też nie wiem skąd. W sąsiednim wątku też pisałam Mujer, że
                        wyciąganie spraw poglądów religijnych jest zupełnie od czapy w
                        kwestiach, które poruszamy w tych wątkach.
                        • mujer_bonita Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 17:47
                          aandzia43 napisała
                          > Ja też nie wiem skąd. W sąsiednim wątku też pisałam Mujer, że
                          > wyciąganie spraw poglądów religijnych jest zupełnie od czapy w
                          > kwestiach, które poruszamy w tych wątkach.

                          Po raz kolejny tłumaczę, że jest to przykład jednej z tych kwesti,
                          które nie podlegają 'docieraniu'. Każdy ma prawo określić na
                          początku związku to co jest dla nas ważne (nie nam sądzić czy jest
                          to seks, religia, upodobania kulinarne czy estetyczne). Jeżeli jasno
                          i wyraźnie zaznaczamy, że pewne rzeczy będą takie a nie inne to
                          potem sory - WIDZIAŁY GAŁY CO BRAŁY!

                          Jak można mieć pretensje, że wersja demo jest zgodna z komercyjną?
                          • aandzia43 Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 18:08
                            Mujer, od kiedy seks, kulinaria czy gusta estetyczne to sprawy
                            niezmienne na przestrzeni całego życia?:-O
                            Stara jestem, a że sklerozy jeszcze nie mam, to moge podać
                            dziesiątki przykładów na zdecydowanie zmiany, jakie zaszły we mnie w
                            tych kwestiach. Niektóre pod wpływem mojego męża. Nie, nie
                            indoktrynował mnie. Jestem otwarta na propozycje i nowinki, i nie
                            odrzucam a priori tego, co ludzie mają mi do zapropo owania.
                            • mujer_bonita Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 18:16
                              aandzia43 napisała:
                              > Mujer, od kiedy seks, kulinaria czy gusta estetyczne to sprawy
                              > niezmienne na przestrzeni całego życia?

                              Mogą się zmienić ale nie muszą. Zmiana tego co pociągało nas w
                              partnerze stanowi problem. Zwróć uwagę, ile jest na tym forum
                              narzekających na spadek libido partnerów - nie do wszystkiego da się
                              dostosować.

                              > Jestem otwarta na propozycje i nowinki, i nie
                              > odrzucam a priori tego, co ludzie mają mi do zapropo owania.

                              Gdyby mąż zaproponował Ci małżeństwo otwarte lub seks grupowy w
                              ramach 'propozycji i nowinek' - przetestowałabyś?
                              • aandzia43 Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 19:13
                                > Gdyby mąż zaproponował Ci małżeństwo otwarte lub seks grupowy w
                                > ramach 'propozycji i nowinek' - przetestowałabyś?

                                Ja niczego nie testuję od razu, tylko dlatego, że mi ktoś coś
                                zaproponwał. Ale zawsze zastanawaim się nad propozycjami bliskich mi
                                ludzi. I wiem, z doświadczenia, że wiele rzeczy, które kiedyś
                                wydawały mi się nieprawdopodobne, potem stały się miłą
                                codziennością. Na dzień dzisiejszy grupowego seksu w swoim życiu nie
                                przewiduję. Pytałam niedawno małża, co sądzi o tym
                                rodzaju "spędzania czasu wolnego" Nie widzi tego też
                                • mujer_bonita Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 19:16
                                  aandzia43 napisała:
                                  > Ja niczego nie testuję od razu, tylko dlatego, że mi ktoś coś
                                  > zaproponwał.

                                  I właśnie o to mi chodzi. Nie masz obowiązku godzić się na coś,
                                  tylko dlatego, że partner zaproponował.
                                  • aandzia43 Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 19:21
                                    "Ale zawsze zastanawaim się nad propozycjami bliskich mi
                                    ludzi. I wiem, z doświadczenia, że wiele rzeczy, które kiedyś
                                    wydawały mi się nieprawdopodobne, potem stały się miłą
                                    codziennością"

                                    Pierwsza cęść mojej odpowiedzi nie może istnieć bez tej drugiej,
                                    przez ciebie pominiętej.
                                    • mujer_bonita Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 19:35
                                      aandzia43 napisała:
                                      > Pierwsza cęść mojej odpowiedzi nie może istnieć bez tej drugiej,
                                      > przez ciebie pominiętej.

                                      Nie pominełam. Ja również rozważam propozycję i biorę pod uwagę
                                      zdanie bliskich. Na końcu jednak mam pełne prawo powiedzieć NIE i
                                      nie będę winna jeżeli drugiej stronie się to nie podoba.
                                  • fanny Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 19:30
                                    mujer_bonita napisała:

                                    > aandzia43 napisała:
                                    > > Ja niczego nie testuję od razu, tylko dlatego, że mi ktoś coś
                                    > > zaproponwał.
                                    >
                                    > I właśnie o to mi chodzi. Nie masz obowiązku godzić się na coś,
                                    > tylko dlatego, że partner zaproponował.

                                    Alez nikt nie twierdzi, ze pani z wspomnianego watku ma sie godzic
                                    na zmiany zaproponowane przez meza. Miloby tylko bylo, gdyby
                                    zgodzila sie, dla dobrostanu tego zwiazku, na terapie.

                                    Np. ja, gdyby moj maz nalegal na seks grupowy, poprosilabym go o
                                    wizyte u terapeuty, zeby z jego pomoca zaglebic temat i przekonac
                                    sie czy mozliwy jest w tej sprawie kompromis.
                                    Bo moze to ja mam zahamowania czy uprzedzenia, nad ktorymi bez
                                    szkody dla siebie moge popracowac, a moze moj maz ma podswiadome
                                    braki, ktorych przepracowanie zaskutkuje tym, ze pomysl jemu samemu
                                    wyda sie nierozsadny i nieprzemyslany.

                                    f.
              • eeela Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 21:17
                > Krzysztofie - ja nie dzielę ze względu na płeć.


                Oj, nie zgadzam się. Pozwolę sobie na personalna uwagę, że Ty i Krzysztof to dwa
                bieguny dokładnie tego samego zachowania. Jak lustrzane odbicie. I do tego
                jeszcze jednocześnie pojawiliście się na forum. Uzupełniacie się, natura nie
                znosi próżni ;-P
                • krzysztof-lis Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 10.10.08, 08:42
                  Za dużo tych zbiegów okoliczności, cholera!
                  • eeela Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 10.10.08, 11:48
                    Eee, nie ma co robić teorii spiskowych. Już wolę jakieś o ying i yang, wodzie i
                    ogniu, dwóch przeciwieństwach splecionych w walce na forum ;-P
        • glamourous Mujer... 09.10.08, 14:40

          mujer_bonita napisała:

          . Tyle,
          > że druga strona nie musi z pokorą przyjmować wszystich zmian.
          Każda
          > elastyczność, docieranie ma swoje granice!


          A pewnie, ze NIE MUSI. Nikt jej niczego kazac nie moze. Ale wtedy
          nikt tez nie moze tez kazac drugiej osobie trwac w tym zwiazku/w
          wiernosci bez szemrania.
          Jezeli kompromis nie jest mozliwy, obie strony maja 2 wyjscia z
          sytuacji : zostac (i sie meczyc w konflikcie oraz niedopasowaniu)
          lub sie rozstac.

          Sprawa jest prosta : jestes gotowy cos zrobic dla zwiazku (wyjsc
          naprzeciw oczekiwaniom patrnera, pojsc na terapie itp) = masz szanse
          ten zwiazek utrzymac. Wolisz upierac sie przy swoim = OK, nikt cie
          zmuszal nie bedzie, ale miej swiadomosc ze zwiazek sie posypie,
          pomimo Twoich idealistycznych wyobrazen ze powinno byc "widzialy
          galy co braly"

          Prawda jest taka, ze gdy ludziom zalezy to potrafia gory przenosic.
          JJesli zas nie maja ochoty ruszyc tylka zeby cos naprawic pomimo
          sygnalow alarmowych ze strony partnera, to znaczy ze niespecjalnie
          zalezy im na zwiazku. I nie ma co tu dalej filozofowac.
          • mujer_bonita Re: Mujer... 09.10.08, 14:49
            glamourous napisała:
            > Sprawa jest prosta : jestes gotowy cos zrobic dla zwiazku (wyjsc
            > naprzeciw oczekiwaniom patrnera, pojsc na terapie itp) = masz
            szanse
            > ten zwiazek utrzymac. Wolisz upierac sie przy swoim = OK, nikt cie
            > zmuszal nie bedzie, ale miej swiadomosc ze zwiazek sie posypie,
            > pomimo Twoich idealistycznych wyobrazen ze powinno byc "widzialy
            > galy co braly"

            Zgadzam się. Autor wątku coś dla związku poświęcił. Swoje potrzeby
            (IMO jego głupota). Potem stwierdził, że jednak poświęcić nie może.
            Teraz oboje muszą pracować nad kompromisem. Jasne - jak to w życiu.
            Co nie zmienia faktu, że to NIE FAIR w stosunku do żony.
            • rumpa Re: Mujer... 09.10.08, 18:32
              Równie dobrze można powiedzieć że ONA WIEDZIAŁA o jego potrzebach i
              UZNAŁA że jest w stanie i MA OCHOTĘ wyjść im na przeciw.
              I wychodzili sobie...jakiś czas o czym pan pisze
              a potem ktoś przesolił albo znudził albo jeszcze co, i się jej
              odechciało...
              czy on nie ma prawa czuć się oszukany - w końcu widziały gały co brały
              :)))

              • mujer_bonita Re: Mujer... 09.10.08, 18:40
                rumpa napisała:
                > I wychodzili sobie...jakiś czas o czym pan pisze


                Hmmmm.... przeczytałam raz jeszcze i nie zauważyłam ani odrobiny
                tego o czym piszesz. Możesz zacytować słowa z których to wyczytałaś?
                • rumpa Re: Mujer... 09.10.08, 23:00
                  Jednakże chyba zaczęło mi jej
                  wtedy brakować, zresztą ona okazywała to bardzo mocno.

                  Ciągle próbowałem, z pewnymi sukcesami, "zarażać" ją takim
                  podejściem. I miałem
                  wrażenie, że to się jej podoba.

                  Choć wiele też się udało.
                  Pamiętam wiele sytuacji, kiedy prosiła mnie, abym jej coś doradził
                  np na
                  zakupach, w których jej chętnie towarzyszyłem. Doradzałem, choć nie
                  jestem
                  jakimś znawcą. Muszę przyznać, że miałem spory wpływ na jej obecny
                  wizerunek.
                  Może ktoś mnie posądzić o to, że próbuję ją dopasować do swoich
                  wyobrażeń, ale
                  kiedy widzę, jak śmieje się patrząc na swoje dawne zdjęcia i
                  przypominam ją
                  sobie unikającą towarzystwa, i widzę jak teraz jest zupełnie inną
                  osobą bez
                  kompleksów z tego choćby powodu, to wiem, że to miało sens. Tylko
                  wystarczyło
                  trochę się postarać.

                  Przeważnie liczyła, że ja
                  coś zrobię, a ona się na to zgodzi lub nie...

                  portret osoby biernej ale nie sprzeciwiającej się z definicji
                  zmianom
                  raczej ostrożnej do przesady, by nie powiedzieć wygodnickiej
                  fantastyczny układ - królowa łaskawie aprobująca - jak się jej
                  podoba lub nie - jak sie nie podoba
                  a nie podobać może się na przykład wysiłek spojrzenia poza czubek
                  własnego nosa
                  • mujer_bonita Re: Mujer... 09.10.08, 23:16
                    Rumpa - w przytoczonych przez Ciebie fragmentach nie ma nic co
                    potwierdziałoby Twoją wcześniejszą wypowiedź.

                    'Równie dobrze można powiedzieć że ONA WIEDZIAŁA o jego potrzebach i
                    UZNAŁA że jest w stanie i MA OCHOTĘ wyjść im na przeciw.
                    I wychodzili sobie...jakiś czas o czym pan pisze'

                    Z tych fragmentów wynika, że on próbował ją zmienić a ona z oporami
                    się poddawała (nie wiadomo czy miała ochotę na zmiany czy robiła to
                    dla świętego spokoju).

                    > portret osoby biernej ale nie sprzeciwiającej się z definicji
                    > zmianom
                    > raczej ostrożnej do przesady, by nie powiedzieć wygodnickiej
                    > fantastyczny układ - królowa łaskawie aprobująca - jak się jej
                    > podoba lub nie - jak sie nie podoba

                    Dokładnie tak! Jeżeli partnerowi nie podoba się to jacy jesteśmy to
                    może zaproponować zmianę a druga strona może ją wprowadzić lub nie.
                    I nie ma to nic wspólnego z byciem 'królową'. Nie ma obowiązku
                    godzenia się na wszystkie propzycje partnera.

                    A o tym, że ona jest osobą bierną wiedział w dniu ślubu. To też ma w
                    sobie zmienić bo szanownemu małżonkowi się odwidziało?
                    • krzysztof-lis Re: Mujer... 10.10.08, 08:47
                      > A o tym, że ona jest osobą bierną wiedział w dniu ślubu. To też ma w
                      > sobie zmienić bo szanownemu małżonkowi się odwidziało?

                      A o tym, że on jest osobą dążącą do zmian wiedziała w dniu ślubu. To nagle teraz
                      on ma przestać oczekiwać zmian?
                      • mujer_bonita Re: Mujer... 10.10.08, 09:34
                        krzysztof-lis napisał:
                        > A o tym, że on jest osobą dążącą do zmian wiedziała w dniu ślubu.
                        To nagle teraz
                        > on ma przestać oczekiwać zmian?

                        Wiedziała i wiedząc zapowiedziała, że pewnych rzeczy NIE ZMIENI. On
                        to ZAAKCEPTOWAŁ. ŚWIADOMIE. Nie postawił warunku zmian tylko 'miał
                        nazieję' że się jednak zmieni. Nikt go nie zmuszał. Wszedł w układ,
                        którego jedną z zasad było, że żona tych rzeczy NIE ZMIENI.
      • aandzia43 Re: Zmiany - w końcu tak czy nie? 09.10.08, 13:05
        Glam napisała:
        > Przy tym wszystkim, przy calej swiadomosci ewolucji, niechec do
        > kompromisow i brak motywacji zeby choc troche sklonic sie w strone
        > potrzeb partnera jest zwyklym egoizmem. Tu znowu zacytuje
        > niegdysiejsze bardzo trafne stwierdzenie naszego forumowego
        > Avide : "jezeli ktos kategorycznie odmawia wspolpracy ucinajac,
        > ze "ON TAK MA I SIE NIE ZMIENI" to znaczy ze "JA" jest dla niego
        > wazniejsze niz "MY" i nie powinien w takim razie zawracac komus
        > komus glowy zwiazkiem, tylko zyc sam."

        I jeszcze pozwolę sobie zacytować siebie z sąsiedniego wątku:
        Układ na przestrzeni lat ewoluuje. Przynajmniej powinien. Ludzie też.
        Przynajmniej powinni. Jeśli nie, to są zamrożonymi w dziecięctwie dziwadłami.
        Upieranie się przy takim stanie rzeczy to idiotyzm. Zmienianie "samych siebie",
        czyli ewolucja, to cnota.
        Gdyby poszła na tę nieszczęsną terapię, to przecież nie po to, by zmienić się w
        kobietę z marzeń męża, tylko żeby ruszyć do przodu w ogóle.

        I jeszcze Rumpę:
        zgoda na terapię oznacza ni mniej ni więcej - jesteś dla mnie ważny,
        nie możemy ustalić pewnych kwestii, więc mimo że mnie jest wygodnie
        i nic nie chcę zmieniać, to zgadzam się na rozmowę w neutralnych
        okolicznosciach - bo a nóż widelec uda się nam spojrzeć na sprawy z
        innego punktu widzenia i znajdziemy rozwiązanie, które w tej chwili
        nam nie przychodzi do głowy, bo jesteśmy zapętleni i w szybkim
        tempie zbliżamy się do granicy wytrzymałości.Małżeństwa.

        i jeszcze raz Rumpę:
        generalnie - interesujemy się tym drugim człowiekiem albo nie, kręci
        nas albo nie, wychodzimy mu na przeciw albo nie
        role się zmieniają, jesteśmy elastyczni, otwarci na drugą osobę,
        UWAŻNI i troskliwi
        kochamy

        I chyba wszystko jasne.
        • selfmademan Tak by the way.. 10.10.08, 08:44
          Obserwując ten wątek oraz wyjściowy nasunęła mi się pewna refleksja
          Jak trudno jest zrozuiec ( w domysle kol Bonicie ) kwestie bardzo
          jasno, szeroko, fachowo i logicznie przedstawione przez kilka innych
          pań :)
          Byc może nawet w tej chwili, Bonita z obecnymi doświadczeniami
          zyciowymi zwyczajnie nie jest w stanie przyjąć do wiadomości iż ktoś
          inny ma rację ( o różnicach w doświadczeniach zyciowych
          dyskutujących tu ladies nie wspomnę, bo dla mnie są tak widoczne, aż
          kłują w oczy;) )
          Podobnie (biorąc poprawkę na poziom itelektualny oczywiście) ma się
          z zoną autora tak szeroko ostatnio omawianego wątku - co pokazuje
          jak na dłoni jakim kolosalnym problemem jest nie tylko próba
          zrozumienia odmiennego punktu widzenia, ale przede wszystkim zmiana
          własnego zdania i akceptacja cudzego spojrzenia na sprawy istotne (
          by nie powiedzieć kluczowe dla związku ).
          • krzysztof-lis Re: Tak by the way.. 10.10.08, 08:50
            Ciekawe, czy mujer_bonita ma ochotę wybrać się na terapię dla poprawy
            zrozumienia w swoim związku z forum. ;)
            • mujer_bonita Re: Tak by the way.. 10.10.08, 09:30
              Krzysztofie - nadal czekam na odpowiedź na pytanie zadane Ci w tym
              wątku.
              • krzysztof-lis Re: Tak by the way.. 10.10.08, 09:38
                Musiałem przegapić. O które pytanie Ci chodzi?
                • mujer_bonita Re: Tak by the way.. 10.10.08, 09:42
                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=15128&w=85690753&a=85728704
          • mujer_bonita Re: Tak by the way.. 10.10.08, 09:29
            selfmademan napisał:
            > Obserwując ten wątek oraz wyjściowy nasunęła mi się pewna
            refleksja
            > Jak trudno jest zrozuiec ( w domysle kol Bonicie ) kwestie bardzo
            > jasno, szeroko, fachowo i logicznie przedstawione przez kilka
            innych
            > pań :)

            Wersja demo = wersja komercyjna to ŹLE
            Wersja demo <> wersja komercyjna to ŹLE

            Powalająca logika prawda?

            W jednym przypadku mamy żądać kategorycznie powrotu do stanu sprzed
            zmiany (bo przecież nie decydowaliśmy się na grubaskę) w drugi mamy
            prawo żądać zmiany tego na co się decydowaliśmy?

            Logika argumentów? Gdzie? Jedynie przedstawienie własnego punktu
            widzenia. Zgadzam się z elastycznością. Sama mam wiele takich
            rzeczy, których zmiana (lub brak) nie stanowi dla mnie probelmu.
            Autorki wypowiedzi w tym wątku też.

            Problem polega na tym, że myli się tu własne (nie przeczę, że
            bogate) doświadczenia z 'prawdami absolutnymi'. Jeżeli dla kogoś np.
            waga nie stanowi problemu to będzie tu postulował 'bądźmy elastyczni
            wyjdźmy na przeciw partenrowi'. W innych takich kwestiach też.
            Ciężko jest niestety wyjść poza własny schemat i zrozumieć, że dla
            innych ważne może być coś innego. To, że ktoś nie wykazuje
            elastyczności w kwestiach dla nas elastycznych nazywane jest 'byciem
            ograniczonym' i 'posiadaniem w dupie potrzeb partnera'. I kto tu
            jest ograniczony?

            > Podobnie (biorąc poprawkę na poziom itelektualny oczywiście) ma
            się
            > z zoną autora tak szeroko ostatnio omawianego wątku - co pokazuje
            > jak na dłoni jakim kolosalnym problemem jest nie tylko próba
            > zrozumienia odmiennego punktu widzenia, ale przede wszystkim
            zmiana
            > własnego zdania i akceptacja cudzego spojrzenia na sprawy istotne
            (
            > by nie powiedzieć kluczowe dla związku ).


            I sam sobie zaprzeczyłeś. 'Zmiana własnego zdania i akceptacja
            cudzego spojrzenia na sprawy istotne' ma oczywiście dotyczyć tylko
            żony autora? Jej rzeczy istotne, które jasno, wyraźnie i uczciwie
            określiła na samym początku związku są nieważne? LOGIKA!?
            • selfmademan Re: Tak by the way.. 10.10.08, 10:44
              Jej rzeczy istotne, które jasno, wyraźnie i uczciwie
              > określiła na samym początku związku są nieważne?

              Sęk w tym, że nic jasno, wyraźnie i uczciwie nie określiła.
              Była młoda, pod ewidentnym zarządem mamusi, mało wiedziała o życiu (
              on zresztą też). Oboje sobie dokopali (on bardziej jej) - on jakies
              ta wnioski z tego ma, coś chce zbudować, do pewnych kwesti dojrzał -
              a ona generalnie stoi stoi w miejscu.

              TAK JAK TY (mniej więcej) z lekką obsesją na temat przyznania komuś
              racji :) - a już SZCZEGÓLNIE FACETOWI ;)
              NO WAY, mogłabyś drążyć poszczegóne wątki i wypowiedzi w
              nieskończoność, rozkładać każde zdanie na cztery - i dalej swoje.
              Co najwyżej powiesz - "tak, ale...i ty mniej lub bardziej powracasz
              do swojego zasadniczo jedynie słusznego punktu widzenia.
              Acha - kontynuwać tej debaty specjalnie nie zamierzam, jest tyle
              ciekawych wątków (choćby wpływ braku wiązania na związek;);))
              Pozdrawiam przedweekendowo:)
              • mujer_bonita Re: Tak by the way.. 10.10.08, 11:03
                selfmademan napisał:
                > Sęk w tym, że nic jasno, wyraźnie i uczciwie nie określiła.

                Czytanie siada? Cytat z pierwszej wypowiedzi atura wątku:
                'Dodatkowo ona od początku zapowiedziała, że na pewne rzeczy nie
                mogę raczej liczyć, mogę sobie je wybić z głowy'

                Ona jasno wyraźnie powiedziała a on miał nadzieję, że jednak uda mu
                się to zmienić. Teraz płacze bo się jednak nie udało.

                > TAK JAK TY (mniej więcej) z lekką obsesją na temat przyznania
                komuś
                > racji :) - a już SZCZEGÓLNIE FACETOWI ;)

                Nie da się przyznać racji dwum przeciwnym zdaniom. W pierwszym
                przypadku - widziały gały co brały więc wracaj do stanu pierwotnego
                w drugim - co z tego, że widziały gały co brały - zmień się. Na
                rozdwojenie jaźni nie cierpię.

                Co do nie przyznawania racji bo to facet też nie masz racji - w
                przypadku męża grubaski jak najbardziej uważam, że ma prawo być
                niezadowolony skoro żenił się ze szczupłą i bylo to dla niego ważne.
                Ma pełne prawo upominać się o wrócenie do stanu pierwotnego a w
                przypadku odmowy odejść.
                • krzysztof-lis Re: Tak by the way.. 10.10.08, 11:47
                  > Czytanie siada? Cytat z pierwszej wypowiedzi atura wątku:
                  > 'Dodatkowo ona od początku zapowiedziała, że na pewne rzeczy nie
                  > mogę raczej liczyć, mogę sobie je wybić z głowy'

                  Jak dobrze wszyscy pamiętamy, to zdanie dotyczyło SEKSU a nie całego związku.
                  • mujer_bonita Re: Tak by the way.. 10.10.08, 11:58
                    krzysztof-lis napisał:
                    > Jak dobrze wszyscy pamiętamy, to zdanie dotyczyło SEKSU a nie
                    całego związku.

                    Jasne. Ale to autorowi przeszkadzało. Dalsza wypowiedź:
                    'Nie wiem jak będzie dalej. Myślę, że może nam się jeszcze ułożyć.
                    Jest kilka zgrzytów. Największy to znów łóżko. Moja żona nadal
                    wyznaje te same zasady, a w pewnych momentach po prostu czuję się
                    lekceważony'

                    Czyli ma pretensje o to, że w sferze seksu układ jest taki jaki
                    zawarł, jaki z góry małżonka określiła, że będzie.

                    Inne sprawy może nie były powiedziane wprost, ale on również zdawał
                    sobie z nich sprawę:
                    'Zawsze się różniliśmy w wielu sprawach'
                    'Było tak kiedyś, na długo przed ślubem, że stwierdziłem, iż nic
                    raczej z tego nie będzie. Nawet się na jakiś czas rozstaliśmy.'
                    'Sporo nas różniło'
                    ' ciągle wierzyłem, że wystarczy wyrwać ją z otoczenia i będzie
                    mogła pokazać jaka może być'
                    'Zawsze, przez całe nasze wspólne życie miałem wrażenie, że jest w
                    niej jakiś potencjał, tylko trzeba wyrwać ją z toksycznych moim
                    zdaniem klimatów.'

                    IMO dobitnie pokazuje to, że ZDAWAŁ sobie sprawę jaką kobietę bierze
                    sobie za żonę. Miał pełną tego świadomość. Ale jak sam pisze miał
                    nadzieję, że ją zmieni. A teraz płacze, żę się nie udało.
                    • krzysztof-lis Re: Tak by the way.. 10.10.08, 12:26
                      > IMO dobitnie pokazuje to, że ZDAWAŁ sobie sprawę jaką kobietę bierze
                      > sobie za żonę. Miał pełną tego świadomość. Ale jak sam pisze miał
                      > nadzieję, że ją zmieni. A teraz płacze, żę się nie udało.

                      O to, że się nie zmieniła, może mieć pretensje do siebie.

                      Ale o to, że nie wykazuje żadnej chęci pracy nad związkiem, może mieć pretensje
                      do niej.
                      • mujer_bonita Re: Tak by the way.. 10.10.08, 12:29
                        krzysztof-lis napisał:
                        > O to, że się nie zmieniła, może mieć pretensje do siebie.

                        Właśnie. Stada tu są takich naiwnych (płci obojga) co sądzili,
                        że 'po ślubie się zmieni'.

                        > Ale o to, że nie wykazuje żadnej chęci pracy nad związkiem, może
                        mieć pretensje
                        > do niej.

                        Pytanie brzmi czy żadnej pracy nad związkiem, czy nad zmianą układu
                        który zawarli?
              • eeela Re: Tak by the way.. 10.10.08, 12:10

                > TAK JAK TY (mniej więcej) z lekką obsesją na temat przyznania komuś
                > racji :) - a już SZCZEGÓLNIE FACETOWI ;)


                Ja was nie rozumiem, mnie się już dawno znudziło, i już dawno zrozumiałam, że
                według Bonitki reguła jest taka, iż wymagać czegokolwiek od kobiety jest złe i
                niesprawiedliwe, wszystko jedno w którą mańkę. Domaganie się czegokolwiek od
                kobiety (czy to zmiany, czy zachowania pierwotnego stanu) jest w ogóle poza
                wszelką krytyką. Kobieta ma święte prawo się roztyć, nie chcieć robić loda, nie
                uprawiać seksu, a wszelkie męskie działania mające na celu odreagowanie tych
                kobiecych zachowań (czy to w formie próśb, gróźb, rozstania czy wzięcia sobie
                kochanki) są całkowicie nie na miejscu. Z czym tu dyskutować? ;-P
                • mujer_bonita Re: Tak by the way.. 10.10.08, 12:26
                  eeela napisała:
                  > Ja was nie rozumiem, mnie się już dawno znudziło, i już dawno
                  zrozumiałam, że
                  > według Bonitki reguła jest taka, iż wymagać czegokolwiek od
                  kobiety jest złe i
                  > niesprawiedliwe, wszystko jedno w którą mańkę. Domaganie się
                  czegokolwiek od
                  > kobiety (czy to zmiany, czy zachowania pierwotnego stanu) jest w
                  ogóle poza
                  > wszelką krytyką. Kobieta ma święte prawo się roztyć, nie chcieć
                  robić loda, nie
                  > uprawiać seksu, a wszelkie męskie działania mające na celu
                  odreagowanie tych
                  > kobiecych zachowań (czy to w formie próśb, gróźb, rozstania czy
                  wzięcia sobie
                  > kochanki) są całkowicie nie na miejscu. Z czym tu dyskutować? ;-P


                  Eeelu - znowu manipulacja? Wyraźnie napisałam, że w pierwszym
                  przypadku przyznaję rację facetowi. Mało? Nie chcesz zauważyć?

                  IMO tu nie ma podziału na płeć. Widziały gały co brały. Wszyscy mają
                  prawo się zmienić a partner nie ma obowiązku ślepo tego akceptwać.
                  Dotarło w końcu?
                  • eeela Re: Tak by the way.. 10.10.08, 12:56

                    > Eeelu - znowu manipulacja?

                    Oczywiście, jak powszechnie wiadomo, jestem notoryczną i nieuleczalną manipulantką.

                    Co do reszty - wybacz, nie będę się angażować w dyskusję z Tobą na ten temat.
                    Już próbowałam i bardzo się zniechęciłam - i widzę na podstawie Twoich dyskusji
                    z innymi, że nadal prezentujesz dość zaciekłą i niereformowalną postawę, więc
                    sobie daruję.
                    • mujer_bonita Re: Tak by the way.. 10.10.08, 13:02
                      eeela napisała:
                      > Co do reszty - wybacz, nie będę się angażować w dyskusję z Tobą na
                      ten temat.

                      Nie da się dyskutować z osobą, która nie czyta tego co druga strona
                      pisze. Prowadzisz MONOLOG.

                      Napisałaś 'Ona uważa XYZ' ja na to 'Wręcz przeciwnie, nie uważam tak
                      i wyraźnie piszę, że nie'. A Ty na to 'prezentujesz dość zaciekłą i
                      niereformowalną postawę'. Czyli nie czytasz tylko prowadzisz monolog.
                      • eeela Re: Tak by the way.. 10.10.08, 13:13
                        Ale tak właściwie, przyznaj się - po jaką cholerę napisałaś ten post? Ja
                        wyraźnie napisałam, że nie będę brała udziału w dyskusji, a Ty mi na to, że ze
                        mną się nie da dyskutować. Jasne, że się nie da, skoro nie mam zamiaru tego
                        robić :-D Nie musiałaś mi tego uświadamiać.
                        • mujer_bonita Re: Tak by the way.. 10.10.08, 13:21
                          eeela napisała:
                          > Ale tak właściwie, przyznaj się - po jaką cholerę napisałaś ten
                          post? Ja
                          > wyraźnie napisałam, że nie będę brała udziału w dyskusji, a Ty mi
                          na to, że ze
                          > mną się nie da dyskutować.

                          Żeby uświadomić Ci, że to nie jest dyskusja tylko monolog.
                          • eeela Re: Tak by the way.. 10.10.08, 13:36
                            Aha, no tak, bo ja najwyraźniej myślałam, że oświadczając, iż nie mam zamiaru
                            zabierać głosu w dyskusji, mimo wszystko uczestniczę w dyskusji. Urocze :-)
                            Niemniej, dziękuję za troskę.
                            • mujer_bonita Re: Tak by the way.. 10.10.08, 13:45
                              eeela napisała:
                              > Aha, no tak, bo ja najwyraźniej myślałam, że oświadczając, iż nie
                              mam zamiaru
                              > zabierać głosu w dyskusji, mimo wszystko uczestniczę w dyskusji.
                              Urocze :-)
                              > Niemniej, dziękuję za troskę.

                              Nie uczestniczysz w dyskusji. Prowadzisz monolog.
                              • eeela Re: Tak by the way.. 10.10.08, 13:52
                                Wiesz, przypominasz mi taką koleżankę z podstawówki, która nigdy nie rozumiała,
                                gdy robiło się z niej żarty. Dziś mam trochę wyrzutów sumienia, że się tak
                                bawiłam kosztem dziecka wolniej myslącego ode mnie ;-) Chociaż z pewnym żalem,
                                zaprzestanę więc chwilowo robienia sobie żartów z Ciebie, mimo że w sumie
                                ciekawi mnie bardzo, ile jeszcze razy uznałabyś mi za stosowne wytłumaczyć, że
                                nie uczestniczę w dyskusji po tym, jak powiedziałam, że w niej uczestniczyć nie
                                zamierzam :-)
                                • mujer_bonita Re: Tak by the way.. 10.10.08, 14:01
                                  eeela napisała:
                                  > ciekawi mnie bardzo, ile jeszcze razy uznałabyś mi za stosowne
                                  wytłumaczyć, że
                                  > nie uczestniczę w dyskusji po tym, jak powiedziałam, że w niej
                                  uczestniczyć nie
                                  > zamierzam :-)

                                  Tyle razy, żebyś pojeła, że nie odmaiwasz udziału w dyskusji, bo to
                                  czego odmawiasz dyskusją nie jest. No cóż, niektórym ciężko
                                  zrozumieć.
                                  • eeela Re: Tak by the way.. 10.10.08, 14:09
                                    A jakim cudem z góry wiesz, jak wyglądałoby to, czego odmawiam, skoro od
                                    początku tego odmówiłam? :-)

                                    (Oj, nie lubisz się poddawać, nie lubisz - toporem otwarte drzwi wywalisz, jeśli
                                    Ci pyskną :-D )
                                    • bi_chetny Re: Tak by the way.. 10.10.08, 16:53
                                      mujer: skoro tyle osób mówi coś o tobie, to może choć przez chwilę zastanów się
                                      czy na pewno masz rację ?
                                      jeśli taki styl w związku przejawiasz, to albo związki trwają krótko, albo masz
                                      jakiegoś koszmarnego pantofla za męża/partnera...
                                      • mujer_bonita Re: Tak by the way.. 10.10.08, 16:58
                                        bi_chetny napisał:
                                        > jeśli taki styl w związku przejawiasz, to albo związki trwają
                                        krótko, albo masz
                                        > jakiegoś koszmarnego pantofla za męża/partnera...

                                        A możesz rozwinąć na jakiej podstawie wysuwasz taką tezę?
                                        Konkretnie.
                                        • eeela Re: Tak by the way.. 10.10.08, 17:13
                                          Konkretnie to niezmiennie przedstawiasz się jako osoba roszczeniowa, nie
                                          uznająca elastyczności i kompromisów, pozbawiona dystansu do samej siebie i
                                          humoru oraz zaciekła. Wybacz, ale nie będę wybierac cytatów z Twojej twórczości
                                          forumowej, muszę przyznać, że jest wystarczająco irytująca już przy pierwszym
                                          czytaniu i nie chce mi się przez wszystko ponownie brnąć.
                                          • mujer_bonita Re: Tak by the way.. 10.10.08, 17:20
                                            eeela napisała:
                                            > Konkretnie to niezmiennie przedstawiasz się jako osoba
                                            roszczeniowa, nie
                                            > uznająca elastyczności i kompromisów, pozbawiona dystansu do samej
                                            siebie i
                                            > humoru oraz zaciekła.

                                            Kolejna próba wmówienia mi czegoś czego nie sądzę, nie piszę, nie
                                            myślę. Kolejny monolog.

                                            > Wybacz, ale nie będę wybierac cytatów z Twojej twórczości
                                            > forumowej, muszę przyznać, że jest wystarczająco irytująca już
                                            przy pierwszym
                                            > czytaniu i nie chce mi się przez wszystko ponownie brnąć.

                                            Nie podasz cytatów bo ich nie ma. A skoro nie chce Ci się to moco
                                            wygłaszasz kolejny monolog? Do tego niczym nie poparty?
                                            • bi_chetny Re: Tak by the way.. 10.10.08, 17:21
                                              mujer, połowę wątków trzeba by zacytować
                                              • mujer_bonita Re: Tak by the way.. 10.10.08, 17:26
                                                bi_chetny napisał:
                                                > mujer, połowę wątków trzeba by zacytować

                                                Jasne, tyko jakoś nie potrafisz ani jednego ;)
                                                • bi_chetny Re: Tak by the way.. 10.10.08, 17:36
                                                  no to faktycznie jest kontr-argument :)

                                                  sęk w tym, że chodzi o polemikę w całych wątkach a nie tylko pojedyńcze posty
                                                  • mujer_bonita Re: Tak by the way.. 10.10.08, 17:59
                                                    bi_chetny napisał:
                                                    > sęk w tym, że chodzi o polemikę w całych wątkach a nie tylko
                                                    pojedyńcze posty

                                                    Więc proszę o przykład wątku.
                                                  • eeela Re: Tak by the way.. 10.10.08, 18:13
                                                    Ten :-D
                                                • eeela Re: Tak by the way.. 10.10.08, 17:37
                                                  Po prostu szkoda się wysilać - przy Twoim zacięciu i niereformowalności to i tak
                                                  nic nie pomoże. A żyj sobie, dziewczyno, jak chcesz - wkurzający i zaślepieni
                                                  ludzie też muszą być na świecie.
                                                  • mujer_bonita Eeela 10.10.08, 18:01
                                                    Bla, bla, bla

                                                    Ciągniesz ten swój monolog i ciągniesz. Powtarzasz te same
                                                    nieprawdziwe zdania (chyba na zasadzie mantry już w nie uwierzyłaś).

                                                    A jak pytam o konkrety to jakoś nic nie da się podać. Ciekawe.
                                                  • eeela Re: Eeela 10.10.08, 18:11
                                                    Sama tych konkretów dostarczasz, co jeden post, to nowy konkret :-)
                • krzysztof-lis Re: Tak by the way.. 10.10.08, 13:22
                  Biorąc pod uwagę to:

                  > Ja was nie rozumiem, mnie się już dawno znudziło, (...) Z czym tu
                  > dyskutować? ;-P

                  i to:

                  forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=15128&w=85690753&a=85744541
                  mam pytanie
                  • selfmademan Re: Tak by the way.. 10.10.08, 13:34
                    Raczej odwrotnie (jako odbicie lustrzane...) - szykuj się chłopie na
                    dłuższą wymianę pogladów :) nieh no się tylko jakiś "niestandartowy"
                    wątek trafi na foru ;);)
                  • eeela Re: Tak by the way.. 10.10.08, 13:37
                    Ty mi się jeszcze aż tak nie naraziłeś ;-P Ale złapałam Cię już kilkakrotnie na
                    strasznej stronniczości, chociaż jesteś jakiś mniej zawzięty.
                    • songo3000 Re: Tak by the way.. 10.10.08, 18:19
                      Czekajcie tylko aż złapię oddech w pracy, wtedy to my sobie pogadamy ;)
    • mujer_bonita Wyjaśnienie 10.10.08, 18:42
      Nie wiem czy ja piszę po chińsku czy umiejętność czytania w narodzie
      zanika ale parę osób w tym wątku zarzuca mi coś, czego nigdy nie
      napisałam. Wyjaśniam więc:

      Zgadzam się z krzysztofem_lisem, że związek to pewnego rodzaju układ
      nastawiony na obustronne zaspokajanie potrzeb. Wybieramy partnera
      pod kątem właśnie tych potrzeb zaspokajania. Różni ludzie, różne
      potrzeby, różne wymagania. Dla jednych ważnym jest seks (taki a nie
      inny) dla innych szczupłość partnera, jeszcze dla innych religia,
      poglądy, otwartość na świat etc. Szukamy Graala.

      Wybieramy tego konkretnego osobnika, który posiada zestaw cech nam
      odpowiadających właśnie po to, żeby własne potrzeby zaspokoić.
      Partner decyduje się na nas z dokładnie tego samego powodu. Im
      bardziej partner pokrywa swoimi cechami to czego potrzebujemy tym
      lepiej.

      Moim zdaniem jednak trafienie na 100% Graala jest równie
      prawdopodobne jak wygrana w totka. Dlatego staram się wybierać
      partnerów, którzy zapewnią mi rzeczy dla mnie ważne (i vice versa
      oczywiście) a resztę wzajemnie dopasowujemy. Wiele rzeczy da się,
      sporo nawet niezauważalnie.

      W dopasowywaniu jest jednak jest pewna granica właśnie rzeczy
      WAŻNYCH. Nie z każdym da się stworzyć związek. Czasem różnica
      wymagań/oczekiwań jest za duża i nie da się jej przejść. Świadome
      wiązanie się z osobą, która nie spełnia naszych oczekiwań, nie
      zaspokaja ważnych potrzeb z nadzieją ‘po ślubie się zmieni’ to
      wkraczanie na równię pochyłą. Jeżeli już na początku jest źle to
      później będzie tylko gorzej!

      Są pewne rzeczy, których nie da się ‘dopasować’. Jak sobie
      wyobrażacie związek osoby o potrzebach seksu raz na kwartał z osobą,
      która chce codziennie?? ‘W pół drogi’ to męka dla obu stron.
      Wchodząc w związek z tak bardzo niedopasowaną osobą skazujemy się z
      założenia na problemy. Może i te problemy są do przejścia a może
      nie. Jasne – ludzie się zmieniają. Zmiany mogą powodować problemy.
      Zmiany a co mówić o rzeczach od początku wiadomych?

      Piszę to chyba któryś raz na tym forum – związek jest pewnego
      rodzaju kompromisem, obie strony coś poświęcają. ZAWSZE. Dlatego
      należy wybierać takiego partnera, który pasuje w ważnych dla nas
      aspektach życia (niezależnie jakie one są) a reszta to już kwestia
      dotarcia się. Podstawy układu są na ogół ustalane na początku a
      resztę dopasowuje się z czasem.

      Po latach prób dopasowywania się do różnych partnerów wiem już co
      jest dla mnie ważne, z czego zrezygnować nie mogę a co mogę
      poświęcić. Stawiam sprawę jasno. U mnie nie ma wersji demo w żadnym
      aspekcie. Dostajesz to co widzisz. Jak się nie podoba to nie bierz.
      Jestem z człowiekiem, który akceptuje mnie taką, jaka jestem (ba!
      nawet uznaje to za zaletę) więc na wstępie sporo problemów odpada.
      Mamy po prostu wzajemnie dużą procentową zawartość Graala ;)

      Podsumowując:
      Elastyczność – TAK TAK TAK
      Docieranie się – TAK TAK TAK
      Rezygnacja z rzeczy ważnych – NIE NIE NIE

      Czy teraz jest wystarczająco jasno?
      • songo3000 Re: Wyjaśnienie 10.10.08, 18:50
        mujer_bonita napisała:

        > Podsumowując:
        > Elastyczność – TAK TAK TAK
        > Docieranie się – TAK TAK TAK
        > Rezygnacja z rzeczy ważnych – NIE NIE NIE
        >
        > Czy teraz jest wystarczająco jasno?
        No proszę, czyli ludkowie od ewolucji mają trochę racji ;)
        • mujer_bonita Re: Wyjaśnienie 10.10.08, 18:52
          songo3000 napisał:
          > No proszę, czyli ludkowie od ewolucji mają trochę racji ;)

          E? Rozwiniesz?
      • eeela Re: Wyjaśnienie 10.10.08, 19:41
        Dziękujemy za podsumowanie forumowych dyskusji z Tobą - widać, że jednak coś z
        wypowiedzi co bardziej cierpliwych forumowiczów wyniosłaś, brawo :-)
        • mujer_bonita Re: Wyjaśnienie 10.10.08, 19:42
          eeela napisała:
          > widać, że jednak coś z
          > wypowiedzi co bardziej cierpliwych forumowiczów wyniosłaś,

          I znów się mylisz. Wyprostowałam tylko to co inni w mojej wypowiedzi
          nieprawidłowo wyczytalia ja jeszcze inni (z Tobą na czele) próbowali
          mi wmówić.
          • eeela Re: Wyjaśnienie 10.10.08, 19:48
            Jakoś podejrzanie sporo ludzi ma problemy z prawidłowym odczytywaniem Twoich
            intencji, nie niepokoi Cię to?
            • mujer_bonita Re: Wyjaśnienie 10.10.08, 20:35
              eeela napisała:
              > Jakoś podejrzanie sporo ludzi ma problemy z prawidłowym
              odczytywaniem Twoich
              > intencji, nie niepokoi Cię to?

              Nie. Po pierwsze Ty to nie 'sporo'. Po drugie - z doświadczenia
              wiem, że ludzie wrzucają innych w szufladki i przestają słuchać /
              czytać (świetnie tego dowodzisz). Po trzecie - każdy patrzy przez
              pryzmat swoich doświadczeń i widzi w słowach innej osoby analogie do
              swojego życia, kóre często są chybione.

              Ciekawe jest to, że te osoby które je źle odczytują, jakoś nie
              potrafią podać konkretów. Dla mnie to jasny dowód na to, że
              dopatrują się czegoś, czego nie ma.

              Znam swoje poglądy, opinie, intencje. Wystarczy.
              • eeela Re: Wyjaśnienie 10.10.08, 20:47

                > Nie. Po pierwsze Ty to nie 'sporo'.

                Kilka osób oprócz mnie wyraziło tu i ówdzie podobną opinię. Kilka niegłupich
                osób, których opinie zazwyczaj coś wnoszą do dyskusji.


                > Znam swoje poglądy, opinie, intencje. Wystarczy.

                To po co bierzesz udział w dyskusjach, skoro wystarczy Ci, że znasz swoje
                poglądy, i nie troszczysz się o to, aby je zrozumiale komunikować?
                • mujer_bonita Re: Wyjaśnienie 10.10.08, 20:55
                  eeela napisała:
                  > Kilka osób oprócz mnie wyraziło tu i ówdzie podobną opinię. Kilka
                  niegłupich
                  > osób, których opinie zazwyczaj coś wnoszą do dyskusji.

                  Kilka to nie sporo ;) Były też takie, które zrozumiały.

                  > To po co bierzesz udział w dyskusjach, skoro wystarczy Ci, że
                  znasz swoje
                  > poglądy, i nie troszczysz się o to, aby je zrozumiale komunikować?

                  Troszczę się ale jak widać niektórzy tej troski wymagają
                  specjalnej ;)

                  Przykład dyskusji z Tobą:
                  Ty: 'Bonitka wważa, że XYZ'
                  Ja: 'Nie, wręcz przeciwnie'
                  Ty: 'Nie da się z Tobą rozmawiać bo zaciekle bronisz poglądu XYZ'

                  I tak w kółko. To wymaga naprawdę komunikacji specjalnej i przyznaję
                  moje umiejętności wysiadają.
                  • eeela Re: Wyjaśnienie 10.10.08, 21:05

                    > Ty: 'Nie da się z Tobą rozmawiać bo zaciekle bronisz poglądu XYZ'

                    Tego nigdzie w tym wątku nie napisałam :-) Napisałam po prostu, że nie da się z
                    Tobą rozmawiać. Kropka. Żadne 'bo'. Od początku mówiłam Ci, że nie zamierzam
                    angażować się w dyskusję na temat założycielski wątku, więc się nań nie
                    wypowiadałam. Co z kolei Tobie przyszło bardzo ciężko pojąć :-)
                    • mujer_bonita Re: Wyjaśnienie 10.10.08, 21:10
                      eeela napisała:
                      > Tego nigdzie w tym wątku nie napisałam :-)

                      Nie??
                      > już dawno zrozumiałam, że
                      > według Bonitki reguła jest taka, iż wymagać czegokolwiek od
                      kobiety jest złe i
                      > niesprawiedliwe, wszystko jedno w którą mańkę. Domaganie się
                      czegokolwiek od
                      > kobiety (czy to zmiany, czy zachowania pierwotnego stanu) jest w
                      ogóle poza
                      > wszelką krytyką. Kobieta ma święte prawo się roztyć, nie chcieć
                      robić loda, nie
                      > uprawiać seksu, a wszelkie męskie działania mające na celu
                      odreagowanie tych
                      > kobiecych zachowań (czy to w formie próśb, gróźb, rozstania czy
                      wzięcia sobie
                      > kochanki) są całkowicie nie na miejscu. Z czym tu dyskutować?


                      To jest właśnie to o czym mówię. Prowadzisz monolog, powtarzasz to
                      samo mimo, że parę postów wyżej masz WPROST powiedziane, że tak nie
                      jest. To jak? Komunikacja specjalna dla Ciebie?
                      • eeela Re: Wyjaśnienie 10.10.08, 23:10
                        Zauważyłam, że do swojego zestawu ulubionych wyrazów, obok manipulacji,
                        dołożyłaś też monolog :-)

                        Nie odnosiłam się do konkretnego postu. Wyraziłam opinię o charakterze Twoich
                        wypowiedzi na poziomie ogólnym. Ty skrytykowałaś moją opinię, a ja ponownie
                        podkreśliłam, że na zadany w wątku temat nie zamierzam z Tobą dyskutować -
                        kropka. Bez żadnego 'bo'. Bo - jak już wyżej stwierdziłam - nie chce mi się
                        fatygować. Na Twoim miejscu już dawno bym się na mnie obraziła i dała sobie
                        spokój z taką krytykantką. Ty zaś drążysz i drążysz, czym tylko potwierdzasz
                        słuszność mojej opinii o Twoim charakterze :-)
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka