Dodaj do ulubionych

na zakręcie- pół roku później

28.01.09, 23:09
latem ubiegłego roku pisałam tutaj o mojej sytuacji:
5 letnim, letnim związku bez seksu i o facecie, który pojawił się
nagle w moim życiu i przypomniał jak to jest kogoś pragnąć i kochać.
dużo wtedy pisaliście o szukaniu graala, podążaniem za głosem serca,
walczeniu o szczęście. Wszystko to piękne i wzniosłe.
Życie chyba jednak jest o wiele bardziej prozaiczne.

Pół roku później mój były już partner ma nową kobietę, z którą
planuje dzieci, ślub, wysiudanie mnie z naszego wspólnego domu. Tak
jak przewidywaliście- pocieszył się znacznie szybciej niż myślałam.
I nawet nie chodzi o to, że mam mu to za złe, że zazdroszczę. Mam
nadzieję, że im się uda i będą szczęśliwi. Nawet jeśli teraz
upokarzają mnie kochając się w pokoju za ścianą.

Tamten facet miotał się i kręcił coraz bardziej, kilkakrotnie
przymierzał się do zerwania ze swą partnerką mówiąc mi, że zrobi to
jutro, pojutrze, w najbliższy weekend. Gdy coraz częściej
przyłapywałam go jak już gubi się we własnych kłamstwach i
krętactwach. Pożegnaliśmy się dość ozięble a on pojechał ze swą
kobietą w tę nieszczęsną podróż. Gdy wrócił próbował do mnie dzwonić
i się spotkać, ale wiedziałam, że wciąż z nią jest więc nie
widziałam w tym najmniejszego sensu. Ciągle widzę w statystykach, że
włazi na moją internetową galerię i gapi się na moje zdjęcia. Ale
straciłam do niego resztki szacunku i nie chcę go na oczy widzieć.

A ja...? No cóż. Czuję, że coraz bardziej się zapadam. Czuję, że
przegrałam.
Z weekendu na weekend coraz bardziej przeraża mnie jak pogłębia się
moja depresja. Są dni, kiedy nie dam rady wstać z łóżka. Bo po co?
Są dni, kiedy przerażają mnie myśli, które przychodzą mi do głowy.
Nie chcę czuć na sobie litościwego spojrzenia mojego byłego, jego
nowej, znajomych z pracy.
Więc coraz bardziej zapadam się w sobie. I nawet gdy próbuję
wyciągnąć rękę, to okazuje się, że nie mam do kogo. A im bardziej
przeraża mnie ta samotność tym bardziej dobija myśl, że gdyby się
całkiem zapadła, zniknęła, to nikt by nawet nie zauważył.
Nie miałam pojęcia, że tak strasznie obezwładniające i osłabiające
to może być. Nie miałam pojęcia, że ja mogę się tak czuć, bo zawsze
wydawało mi się, że jestem silna. Wydaje mi się, że ludzie widzą co
się ze mną dzieje i dlatego ode mnie stronią.
Boję się o siebie, bo boję się, że ten stan się nie zmieni, bo się
pogarsza. Boję się, że stracę pracę, dach nad głową, ale nie mam
siły zebrać się i wstać z łóżka. Od wtorku przeraża i paraliżuje
mnie myśl o samotnym weekendzie w pustym domu. Tym, i setkom
kolejnych weekendów.
A miało być tak pięknie.

Coraz częściej łapię się na myślach, że może jednak popełniłam błąd.
Że może ten mój związek nie był jednak na tyle zły by go zakończyć.
Że może zaślepiło mnie blaskiem nowego. Że może nie da się po prostu
mieć wszystkiego i zawsze trzeba coś poświęcić. Że ten mój były to
przecież taki dobry chłopak był. I że przecież nie było nam razem
tak źle.
Zamiast próbować patrzeć na przód- patrzę w tył. Choć odwrotu już
nie ma, bo on ma teraz nowe i ciekawsze na talerzu. No i seks po
kilka razy dziennie. A nawet gdy spędza ze mną trochę czasu to
pewnie bardziej ze strachu, i wyrzutów sumienia, że coś sobie
zrobię.

Wiem, że to wszystko pewnie brzmi jak bezsensowne użalanie się. Może
niektórzy z Was uważają, że mam na co zasłużyłam. Wszystko to pewnie
prawda. Może myślałam, że będzie to trochę jak przestroga, że chcąc
mieć więcej można stracić wszystko.
Obserwuj wątek
    • betina62 Re: na zakręcie- pół roku później 28.01.09, 23:31
      Ludzie stronią, bo są bezsilni, nie mają pojęcia jak Ci pomóc,co Ci powiedzieć więc wolą trzymać się z daleka, trochę ze strachu.
      Sytuacja bardzo trudna emocjonalnie- mam nadzieję, ze przeczyta Twój post TRZYDZIESTOLETNIA - mnie bardzo pomogła pozbierać myśli. Nie będąc fachowcem, za to doświadczoną ;-))) mogę Ci powiedziec, ze umysł płata Ci swoiste figle i dlatego patrząc wstecz poprawiasz wizerunek twojego poprzedniego związku. Cytat z Ciebie: oraz częściej łapię się na myślach, że może jednak popełniłam błąd.
      > Że może ten mój związek nie był jednak na tyle zły by go zakończyć.
      > Że może zaślepiło mnie blaskiem nowego. Że może nie da się po prostu
      > mieć wszystkiego i zawsze trzeba coś poświęcić. Że ten mój były to
      > przecież taki dobry chłopak był. I że przecież nie było nam razem
      > tak źle.

      A jednak wówczas towarzyszyły Ci takie myśli i odczucia, ze uznałaś, ze nie możesz tak dalej żyć. Teraz to potrzeba Ci chyba czegoś lub kogoś kto pomoże zrobić pierwszy krok i wyniesiesz się z tego wspólnego mieszkania!
    • songo3000 Re: na zakręcie- pół roku później 28.01.09, 23:41
      Pamiętam. Pamiętam też, że wyraźnie miałaś dosyć bylejakości związku. Miałaś też być świadoma opcji, że 'kochaś' jednak nie zrezygnuje dla Ciebie ze swojej babeczki.

      Co tu dużo mowić. Odseparuj się od obydwu facetów, poczekaj chwilę aż handra zacznie mijać i idź na polowanie :) A potem testuj, testuj, testuj ... :D

      Pozdrawiam,
      • anula36 Re: na zakręcie- pół roku później 29.01.09, 09:15
        wszystko ma swoja kolejnosc, a jej zakrecenie przewaznie utrudnia zycie. Wychodzenie z jednego kiepskiego zwiazku w drugi bezsensowny, jako ta trzecia, na dodatek mieszkanie z eksem w jednym domu -ty to wiesz jak sobie zle zrobic.
        Moze powinnas pogadac z jakims terapeuta,zeby sie nie pograzac dalej w ta autodestrukcje.
    • new.one Re: na zakręcie- pół roku później 29.01.09, 10:07
      forum.gazeta.pl/forum/72,2.html?f=15128&w=83190354&v=2&s=0
      To jest Twój stary wątek... Postanowiłem go zamieścić bo Ty tego nie
      zrobiłaś a chodzi przecież o to żeby mieć jasność co było a co jest
      teraz. Jak dla mnie wciąż masz problem z kontrolą swojego życia..
      Kiedy masz kogoś przy sobie jesteś pełna nadzieji i wszystko Ci
      wychodzi, chce Ci się żyć. Jednak jak dla mnie bardziej żyjesz tym,
      że ktoś jest przy tobie i potrafi cię docenić w pewnien sposób
      dowartościować. Kiedy brak ci kogoś zaczyna również brakować Ci
      pewności siebie i również zadowolenie z życia zupełnie w tobie
      gaśnie. Czy dla Ciebie wyznacznikeim udanego życia jest tylko
      związek z facetem?
      Zacznij może żyć dla siebie a nie dla innych.. Nie oczekuj tego że
      życie jest coś warte kiedy inni Cię docenią, ale kiedy ty sama
      będziesz wierzyć, że twoja praca i twoje życie jest dobre i udane!
      Co do twoich wcześniejszych relacji to ja sam się zgubiłem.. Z jedej
      strony nie kręci cię młodszy od ciebie facet. który był ponoć
      kiepski w łóżku a teraz piszesz, że za ścianą słyszysz jak jego nowa
      partnerka bzyka się z nim kilka razy na dzień - nie pomyślałaś, że
      to ty byłaś kiepska w te klocki? I najdziwniejsze dla mnie, że ten
      twoj pseudo kochanek (bo ponoć znajomość nieskonsumowana) był-jest
      niepełnosprawny a zachwycał Cię jedynie słowem.. Jak to zrozumieć,
      że kiedy brakowało ci udanego sexu, zaiteresowałaś się egzeplarzem
      nie dokońca pełnowartościowym? Czy to, że się z nim nie przespałaś
      nie oznacza tyle, że ty poprostu masz minimalne doswiadczenie jako
      kochanka w łóżku. Jak dla mnie boisz się facetów i ich sexualnych
      potrzeb.. obawiasz się może, że podświadomie możesz nie dać rady i
      na końcu użalasz się nad sobą, zamiast otworzyć się na nowe
      znajomości!
      • betina62 Re: na zakręcie- pół roku później 29.01.09, 10:47
        new.one masz sporo racji z jednym wszak zastrzeżeniem. Rady typu "otwórz sie na nowe znajomości" albo pytanio-stwierdzenia " może masz mało doświadczenia" nic dziewczynie w tym momencie nie dadzą. Wręcz przeciwnie. Niejako potwierdza w niej świadomość " moja wina, moja wielka wina" . A Szamanka najpierw musi wyjść z destrukcyjnego domu, przestać słyszeć co za ścianą i zyskać motywację do tego, by w ogóle żyć. Poszukiwanie przyczyn i próby dokonania zmian w sobie to następny etap.
      • dziewczyna-szamana-04 Re: na zakręcie- pół roku później 30.01.09, 01:31
        new.one, owszem masz sporo racji, że związek z facetem jest dla mnie istotny, że być może zbyt mocno polegam na tym, czy z kimś jestem czy nie. Ale nie jest tak, że jest to jedyny wyznacznik tego czy moje życie jest udane czy nie.

        Nie bez znaczenia jest fakt, że czy mi się to podoba czy nie to ten cholerny biologiczny zegar tyka coraz głośniej i niemiłosiernie.
        Chcę stworzyć dom, rodzinę.
        Właśnie pogrzebałam na to szansę z poprzednim partnerem. I mam w zasadzie tylko jakieś 2-3 lata na to by to jeszcze zrobić. Zaczynając po raz kolejny od zera.
        Ja wiem, że można żyć pracą, pasjami, hodować zwierzęta i udzielać się towarzysko. Ale dla mnie, jak banalnie to nie zabrzmi, miłość, udany związek to są istotne sprawy w życiu.

        Co do reszty to trochę chyba złapałeś nie ten koniec kijka.
        To, że oni bzykają się kilka razy dziennie nijak ma się do tego kto w te klocki był gorszy, ja czy on.
        Czyż tak właśnie nie jest na początku niemal każdego związku, że z łóżka się nie wychodzi? Dokładnie tak samo było między mną a byłym przez pierwsze miesiące. Poza tym mój były nie był moim pierwszym i jedynym facetem- więc mam porównanie jak może być z kim innym.
        Tu nie chodzi o to, KTO był kiepski. Raczej o to, że po prostu pod tym względem się nie dobraliśmy lub szwankowały inne rzeczy.

        Co do tego pseudo kochanka- trochę okrutne to co piszesz. Czy uważasz, że osoba niepełnosprawna nie może budzić pożądania? Zapewniam Cię, że może. Określanie kogoś egzemlarzem niepełnowartościowym z powodu jakiejś fizycznej ułomności jest wstrętne.
        Pomijam już fakt, że niepełnosprawność mojego pseudo kochanka nie była nawet zbyt widoczna gołym okiem. Wszystko co do seksu potrzebne działało bez zastrzeżeń.
        Twoja teoria jest więc trochę wyssana z palca. Nie przespałam się z nim ponieważ technicznie/czasowo nie było takiej możliwości. Cały "romans" trwał zaledwie kilka tygodni. Oboje mieszkaliśmy ze swoimi partnerami więc nawet nie było gdzie go skonsumować.
        Spotkanie się na dwie godziny na kawę po pracy wymagało niezłych akrobacji i kłamstw, które jak wiadomo krótkie nogi mają.
        Jak wspomniałam, partnerka pseudokochanka natychmiast wyczuła co się święci a on nie zamierzał dawać jej żadnych powodów do oskarżeń.
    • kasitza Re: na zakręcie- pół roku później 29.01.09, 10:56
      No co ja mam ci na to powiedziec?

      Po pierwsze, wspolczuje aktualnej fazy w zyciu, masz przekichane na
      razie. Ale zaklinam cie, pomysl na odwrot niz teraz, czyli, gorzej
      byc nie moze. A skoro gorzej byc nie moze, to wlasnie jestes na
      samym skraju lepszej, zadowalajacej przyszlosci. Wspanialej
      przyszlosci nie ma, to akurat trzeba sobie wybic zglowy. ale moze
      byc jako tako.

      Po drugie: zawolaj juhuuu! i ciesz sie, ze juz niedlugo bedziesz
      sama i bedziesz robila, co chesz. Wiadomo, ze samotnosc czasem
      dokucza, ale wisz ile sobie chlopow mozesz do domu wieczorami
      sprowadzac i jak ktos napisal "wyprobowywac" do woli? A to jest
      piekna sprawa. ja jako zona z jako takim zwiazkiem czesto sobie
      tesknie do tych czasow, kiedy mozna bylo z kim popadnie!
      • de-bi Re: na zakręcie- pół roku później 29.01.09, 12:32
        Idź do psychologa, ratuj się póki nie jest za późno.Wierz mi, żaden facet nie zasługuje na to, żeby doprowadzać się do takiego stanu.
      • cyklista6 Re: na zakręcie- pół roku później 29.01.09, 12:41
        Droga Dziewczyno Szamana,

        Przeczytałem uważnie Twój poprzedni wątek, to był jeden z ciekawszych na tym
        forum ostatnimi czasy. Dziękuję, że nam napisałaś ciąg dalszy.

        Podsumujmy krótko:
        - Twój były przyjaciel Cię nie kręcił, dał Ci poczucie bezpieczeństwa kiedy
        tego potrzebowałaś ale kompletnie nie wywoływał w Tobie motylków, emocji - sama
        pisałaś o związku przyjacielko-siostrzano-braterskim;
        - Twój potencjalny nowy facet okazał się dupkiem, którego interesowało co
        najwyżej bzyknięcie ale na pewno nie Ty jako osoba;
        - jesteś w depresji bo uważasz że coś straciłaś a nic nie zyskałaś - ale
        jesteś w błędzie!

        Zyskałaś wiedzę o obu facetach, no i pewnie co nieco o sobie. Straciłaś związek
        który Cię już nie grzał, ale ciążył Ci zdecydowanie coraz bardziej. Przeczytaj
        swoje poprzednie wpisy bo one dokumentują co wtedy czułaś a o czym już nie
        pamiętasz bo wspominasz poczucie bezpieczeństwa. Ale sama pisałaś, że na tym
        etapie już Ci to nie wystarcza. Jakby ten związek był lepszy to byś nie szukała
        innego faceta, nieprawdaż?

        Bardzo dobrze, że nie związałaś się z tym dupkiem, bo jego brak woli podjęcia
        decyzji w takiej sytuacji go dyskwalifikował wtedy i teraz i na przyszłość.
        Trzeba go po prostu spuścić w toalecie i zapomnieć.

        To bardzo ładnie o Tobie świadczy, że potrafisz dobrze życzyć swojemu byłemu i
        jego nowej przyjaciółce. Widać, że jesteś fajną, wartościową kobietą.

        Nie zamykaj się w sobie, szukaj życia, innych ludzi. To łatwo powiedzieć
        (szczególnie na anonimowym forum) ale chyba tak trzeba. Nie przewlekaj tego
        zakończonego etapu swojego życia. Jeżeli możesz, to wyprowadź się tak abyś nie
        wpadała na swojego byłego i jego przyjaciółkę. Musisz zacząć nowy etap i
        pomogłoby Ci w tym aby się odciąć od poprzedniego. A może szukanie nowego lokum
        byłoby tą motywacją aby wstać z łóżka i czegoś szukać? Oglądać jakieś domy czy
        mieszkania? Zapisz się na jakieś zajęcia które są w miarę często i regularnie,
        niechaj to będzie joga, lepienie garnków czy salsa w klubie fitness - aby mieć
        jakiś szkielet do wypełnienia czasu. W wolnych chwilach przeczytaj Bridget
        Jones, śmiejąc się najbardziej w miejscach gdzie zobaczysz samą siebie :-)

        Na pewno warto przemyśleć sobie, jakich cech poszukujesz u faceta na różnych
        etapach związku? Masz już przecież jakiś bagaż, warto się zastanowić które cechy
        są jednak ważniejsze niż inne. Ale zostaw to na później, jak już staniesz
        emocjonalnie na nogi, teraz jesteś zbyt słaba.

        Do tego wątku wrócisz za pół roku i opowiesz nam, że jest dużo lepiej. Kto wie,
        może coś nam wtedy napiszesz o jakimś nowym, interesującym facecie na horyzoncie...

    • claudel6 Re: na zakręcie- pół roku później 29.01.09, 13:16
      kurde, dziewczyno, az dziwne, ze nikt tego tutaj nie zauwazyl - te wszystkie
      dobre rady po Tobie splyna, Ty masz poczatek (albo juz srodek) depresji, i mocno
      podrecznikowe objawy. siadla Ci fabryka serotoniny i bez farmakologii bedziesz
      sie tylko posuwac po rowni pochylej, w kierunku czarnej dziury.
      pierwsza rzecz, pierwsza – cokolwiek o tym nie myslisz – musisz isc do lekarza i
      poprosic o antydepresanty. bez antydepresantow nie poczujesz sie normalnie i nie
      zaczniesz normalnie dzialac w swoim zyciu.
      a te wszystkie rady, zeby sobie teraz uzywac, kiedy Ty budzisz sie i nie masz
      sily wstac z lozka, pewnie brzmia dla Ciebie jak z kosmosu.
      zacznij brac leki. juz po kilku dniach poczujesz poprawe. zobaczysz.
      a potem zaczniesz zmienaic swoje zycie.
      trzymaj sie i powodzenia
      • gardenersdog Re: na zakręcie- pół roku później 29.01.09, 14:42
        >> zacznij brac leki. juz po kilku dniach poczujesz poprawe

        No tak kolorowo to nie ma. W pierwszym okresie zażywania leków antydepresyjnych
        może występować zwiększone natężenie myśli samobójczych. Także dobry lekarz i
        stała kontrola to podstawa. Poprawa przychodzi później:)
        Spróbuj też zdystansować się od swoich myśli, przetłumacz sobie, że to rezultat
        chemicznej nierównowagi w Twoim mózgu, a nie diagnoza ostatecznego położenia
        • claudel6 Re: na zakręcie- pół roku później 30.01.09, 09:06
          owszem, tak 'kolorowo' bywa, mi fluoksetyna pomagała już po kilku dniach i nie
          był to efekt placebo, bo miałam bardzo wyraźne objawy zmiany całego
          samopoczucia, włącznie z poczuciem powrotu sił witalnych.
          nie ma żadnego natężenia mysli samobójczych, tylko zdarza się, że zdecydowani
          samobójcy nabierają siły do wprowadzenia swoich zamiarów w zycie.
          • anula36 Re: na zakręcie- pół roku później 30.01.09, 16:01
            dokladnie tak jest -najpierw poprawia sie motoryka,potem psychika.
            W miedzyczasie latwiej siepozegnac z zyciem,niz w stanie totalnego otepienia i niemocy.
    • glamourous Re: na zakręcie- pół roku później 29.01.09, 13:19
      Twoim podstawowym bledem w mysleniu bylo/jest oczekiwanie, ze z
      jednego zwiazku gladko, szybko i bezproblemowo wskoczysz sobie od
      razu w drugi. A taka strategia malpy nie zawsze sie sprawdza i warto
      sobie z tego zdac sprawe zanim wcisnie sie guzik z napisem "odchodze
      ze zwiazku" Trzeba przygotowac sie na to, ze cos moze pojsc nie po
      mysli i ze nie od razu wskoczy sie w nowy zwiazek. Przejechalas sie
      na tym, a poza tym zafundowalas sobie najbardziej toskyczna z
      wszelkich mozliwych opcji jaka jest pozostanie w jednym domu z eksem
      i jego nowa laska. Brrrr, koszmar, musialabys byc chyba zupelnie
      niewrazliwym czlowiekiem, zeby sie w takiej sytuacji nie rozlozyc
      psychicznie, wiec to normalne ze masz chandre.

      Przede wszystkim natychmiast uciekaj z tego wspolnego domu, bo sie
      wykonczysz psychicznie (chocby do rodzicow, gdziekolwiek, a
      najlepiej cos wynajmij i stamtad dopiero monitoruj podzial majatku) )
      i ochlon po tej "traumie", odbuduj siebie, zajmij sie czyms,
      spotykaj sie z kolezankami, wychodz z domu. Przetraw to rozstanie na
      spokojnie, a nie nasluchujac zza sciany odglosow ich bzykania. I nie
      szukaj na sile kolejnej pary spodni, ona sama przyjdzie, kiedy
      posprzatasz troche w swoim wlasnym zyciu.

      No jeszzce jedna, wazna sprawa : nie wpadaj w kompleksy, ze jak to
      ktos wyzej zasugerowal, "jestes widocznie kiepska w te klocki, bo on
      z toba seksu uprawiac nie chcial, a ta nowa bzyka jak krolik" TO
      JEST NORMALNE, ze on ja teraz bzyka - wszak facet dorwal NOWA,
      swieza zdobycz, nawet najwieksi niskolibidowcy potrafia na
      poczatkowym etapie zwiazku bzykac jak szaleni. Nie bierz wiec tego
      do siebie, bo ze stala partnerka sprawy maja sie inaczej, niz z
      nowym, swiezym "mieskiem" w fazie intensywnego zakochania. To
      kwestia hormonow, a nie Twoich lozkowych niedociagniec. Zobaczymy,
      czy ja bedzie tak samo bzykal po 5 latach wspolnego zycia. Nie
      zdziwilabym sie gdyby po 5 latach okazala sie powtorka z rozrywki.
      I tego sie trzymaj - nie zanizaj sobie samooceny na sile!

      Pozdrawiam!
      • de-bi Re: na zakręcie- pół roku później 29.01.09, 13:56
        Zauważył ktoś claudel6, że to depresja, zauważył.Dlatego napisałam, żeby poszła do psychologa,bo nie poradzi sobie kobieta sama z tym, a po leki też pewnie by się przydało.
        • mortimerr Re: na zakręcie- pół roku później 29.01.09, 14:18
          witam!
          To ja sie podziele swoimi doswiadczeniami ;)
          Po pierwsze: natychmiast do psychiatry po leki antydepresyjne - nie
          czekac , nie zwlekac, ewentualnie poprosic kogos zaufanego, zeby
          zaprowadzil Cie za reke/pomogl.
          Po drugie: wyplakac sie komus w rekaw - koniecznie!

          A potem dopiero do psychologa.


    • byle_wpieriod Re: na zakręcie- pół roku później 29.01.09, 19:22
      Przeczytałam Twój poprzedni wątek i ... cholera zmierzam podobną
      drogą.
      Z jednej strony "wygodny", "bezpieczny" facet z którym można budować
      życie - ale bez fajerwerków, odrobiny porządania, radości którą
      potrafi dać związek, w którym jesteśmy zaangażowani. Nię tęsknię gdy
      go nie ma, nie cieszę się gdy dzwoni, doceniam wszystkie jego gesty
      ale tak rozsądkowo, bez emocji. Unikam łóżka, bliskości. Boże ja
      nawet przytulić się do niego nie umiem... Jestem potworem ;(((
      Z drugiej strony mój Graal. Tylko ten mój Graal tak jak to ktoś
      napisał ma już swoją Panią Graalową i dzieci. I nie zostawi tego.
      Ja przy nim rozkwitam. Cholera, unoszę się pół metra nad ziemią.
      Rozpływam się patrząc na niego, pragnę go, porządam. Nieba bym mu
      uchyliła. Boże a jaki on jest w łóżku... Ehhhh.

      Chyba już wiem, co powinnam zrobić. Zakończyć związek, w którym
      jestem i uczciwie dać facetowi szansę na znalezienie szczęścia.
      I odsunąć się jak najdalej od mojego Graala. Bo on z kolei nigdy nie
      da szczęścia mi. A potem dać czasowi szansę na zrobienie swojego.
      Może jeszcze kiedyś los da mi szansę... Wątpię. W tym roku kończę 33
      lata. I chyba właśnie marnuję sobie szansę na ułożenie sobie życia,
      na zostanie matką...

      To, że wiem, jak powinnam postąpić nie zmienia tego, jak bardzo jest
      to dla mnie trudne. I boję się. Bo jestem dość słaba psychicznie, bo
      wiem już jak wygląda depresja. Wiem, że samotność i ciągłe
      wałkowanie w głowie pytania, czy dobrze zrobiłam, czy nie będę
      żałować zaprowadzi mnie na skraj obłędu. Plus presja rodziny i
      znajomych, którzy widzą w moim partnerze ideał (po prawdzie taki
      jest), według których wybrzydzam i nie wiadomo czego szukam. Jak ja
      mam im to wytlumaczyć, no jak? Że marzy mi się jakiś Graal, że
      szukam miłości, bo to dla mnie w związku najważniejsze?

      Rozpisałam się o sobie...

      Szamanko - tak jak pisali poprzednicy - choćby resztkami sił ale idź
      do lekarza. Poproś o wsparcie farmakologoiczne, bo bez tego ciężko
      Ci będzie ruszyć z miejsca. Terapia też ale to za chwilę. I
      koniecznie wyprowadź się z tego domu. Koniecznie!
      Teraz jest źle ale pomyśl sobie, że masz już jasność sytuacji.
      Niedługo dojdziesz do siebie, staniesz na nogi. A za chwilę
      otworzysz się na świat i na kolejne związki. Czas tak działa, tylko
      trzeba dać mu ... czas :)
      Powodzenia! Trzymam kciuki!
      • gardenersdog Re: na zakręcie- pół roku później 29.01.09, 20:12
        >> To, że wiem, jak powinnam postąpić nie zmienia tego, jak bardzo jest to dla
        mnie trudne. I boję się. Bo jestem dość słaba psychicznie, bowiem już jak
        wygląda depresja. Wiem, że samotność i ciągłe wałkowanie w głowie pytania, czy
        dobrze zrobiłam, czy nie będę
        żałować zaprowadzi mnie na skraj obłędu. Plus presja rodziny i
        znajomych, którzy widzą w moim partnerze ideał



        >> masz już jasność sytuacji. Niedługo dojdziesz do siebie, staniesz na nogi. A
        za chwilę otworzysz się na świat i na kolejne związki. Czas tak działa, tylko
        trzeba dać mu ... czas :)

        Wnioski wyciągnij sama;)
      • bada62 Re: na zakręcie- pół roku później 29.01.09, 22:44
        Plus presja rodziny i
        > znajomych, którzy widzą w moim partnerze ideał (po prawdzie taki
        > jest), według których wybrzydzam i nie wiadomo czego szukam. Jak ja
        > mam im to wytlumaczyć, no jak?

        Najlepiej po prostu i nie wszystkim na raz tylko powiedz to najpierw komuś z
        najbliższych, o którym myślisz, ze najlepiej Cie rozumie. A po prostu: bardzo
        chciałam, ale go nie kocham i nie chcę do końca tak żyć. Chcę mieć dziecko, ale
        z kimś kogo kocham a nie z kimś, z kim będzie to rozsądne i praktyczne. Życzę
        odwagi i determinacji
        • skazaa Do byle_wpieriod 30.01.09, 00:14
          Hej,no skąd ja to znam... Sytuacja praktycznie jak moja, nawet nasz
          wiek ten sam ;), tylko ja już dalej poleciałam...
          Ja nie umiałabym prowadzić podwójnego życia, z mężem od dawna źle
          było, a nawet wręcz tragicznie, zero porozumienia, zero rozmów, zero
          seksu...Dla całej mojej rodziny za to chłop-ideał... ;) Ale tak,
          kopa prawdziwego, aby coś zmienić dostałam, kiedy zafascynowałam się
          kimś innym. Jeszcze zanim coś między nami było, powiedziałam mężowi,
          ze koniec, odchodzę. On jest już z inną kobietą i chociaż za nią nie
          przepadam, to życzę mu jak najlepiej, bo dobry z niego facet tak
          ogólnie, tylko nie dla mnie. Może z nią będzie szczęśliwy :)
          Ja postawiłam na jedną kartę, i to wcale nie na faceta, mój Graal
          też ma rodzinę i choć pokochałam Go prawdziwie i głęboko, nie mogłam
          przecież świadomie planować swojej przyszłości u Jego boku.
          Postawiłam po prostu NA SIEBIE. Kupiłam mieszkanie,zakredytowałam
          się po uszy, ale jestem sama i niezależna. Właściwie to dopiero
          teraz wkroczyłam w dorosłość, mimo wieku już nie młodzieńczego... ;)
          Bywa czasem ciężko i bywa czasem smutno, ale uważam, że to była
          dobra decyzja. Nie można przeżyć życia "na pół gwizdka", warto dać
          szansę na szczęście sobie i tej drugiej stronie, ktorej oczekiwań
          przecież też nie spełniamy, tak jak ona naszych. To nie jest łatwe,
          a nawet jest cholernie trudne najczęściej, ale jest zwyczajnie
          uczciwe.
          Dodam jeszcze, żeby nie było tak różowo, że ja nadal do końca nie
          wiem, czego chcę. Wiem natomiast dokładnie, czego na pewno NIE CHCĘ,
          a to już połowa sukcesu :)
          Pozdrawiam :)
          • pomarancza1977 Rany 30.01.09, 02:57
            Jezu,a co to za szajbnieta/zdesperowana baba wprowadza sie do faceta ,ktory mieszka ze swoja byla i co wiecej uprawia z nim sex z ta byla za sciana...

            niesmaczne...
            • dziewczyna-szamana-04 Re: Rany 03.02.09, 01:18
              pomarancza1977 napisała:

              > Jezu,a co to za szajbnieta/zdesperowana baba wprowadza sie do faceta ,ktory mie
              > szka ze swoja byla i co wiecej uprawia z nim sex z ta byla za sciana...
              >
              > niesmaczne...

              może szajbnięta, a może doskonale wie co robi?
              Jak się mnie z domu pozbędzie to całkiem fajne gniazdko jej się utrafi. Zresztą były już mi się chwalił, że jej się ten nasz domek bardzo podoba, jak fajnie i gustownie go urządziłam: idealny na założenie rodziny, jak stwierdziła.

              A ja niestety z własnego doświadczenia z nim wiem, że jak zakochany jest to do wszystkiego można go przekonać.
              Gdy z nim rozmawiam i proszę o wyrozumiałość, szacunek dla mojej prywatności, jeszcze trochę czasu na ułożenie sytuacji to obiecuje, że uszanuje moją prośbę. Ale jak tylko ona zechce zanocować tutaj to wszystkie te obietnice szlag trafia. Ostanio mi powiedział, że postawiła mu ultimatum, że albo będą więcej czasu spędzać w naszym domu, albo z nimi koniec. No nie trudno zgadnąć jaką opcję wybrał.

              Całe to jej przychodzenie wygląda mi raczej na walkę o terytorium. Bo ona ma własną kawalerkę i tam z pewnością mieliby więcej prywatności.
              Dziś miała tylko niby wpaść na chwilę coś odebrać, a potem się okazało, że zaczynają gotować o 11 wieczorem, o północy długa głośna kąpiel, oczywiście ona nie czuje krępacji używając moich kosmetyków! A za chwilę pewnie znów będą mnie dobiegać zza ściany odgłosy.
              Mimo iż jak wróciłam z pracy to prosiłam go, że mam grypę, koszmarnie się czuję, jutro muszę o piątej wstać więc chciałabym się wcześniej położyć- obiecał, że pójdą do niej. No ale jak przyszła to już została i jak do tej pory nie widać by się zbierała. A ja nie mogę zasnąć i się wkurzam.

              Wiem, że to też jego dom i ma prawo przyprowadzać kogo chce skoro już nie jesteśmy razem. Ale ja nie wyobrażam sobie przyprowadzenia tu jakiegoś nowego faceta póki razem mieszkamy! Czy są jakieś granice? Czy te granice właśnie teraz się nakreślają? W takim siłowaniu, kto komu ustąpi? I ja mam być tą zżędliwą babą, która ucisza ich igraszki po północy, lub ewentualnie ryczy w poduszkę z bezsilności, żeby na tę zżędliwą babę nie wyjść?
              A może rzeczywiście się czepiam? Może powinnam być bardziej tolerancyjna i wyrozumiała? NAwet gdy sytuacja zakrawa mi na jakąś groteskę?

              Coraz bardziej przekonuję się, że to mieszkanie razem bardziej mnie wykończy niż przyniesie jakiś pożytek.
              Zawsze myślałam, że będziemy potrafili rozejść się w przyjaźni, dogadać się w sprawie domu i kredytu. A tymczasem powoli zdajemy się wkraczać na wojenną ścieżkę... Smutne to.
              • niezapominajka333 Re: Rany 03.02.09, 05:26
                Nie czuje krępacji używając twoich kosmetyków? Nalałabym kremu do
                depilacji do butelki po szamponie:)
                • felicia.3 Re: Rany 03.02.09, 09:27
                  niezapominajka333 napisała:

                  >Nalałabym kremu do
                  > depilacji do butelki po szamponie:)
                  malo monitora nie oplulam;))) do autorki-jak to czytam to jakis koszmar
                  jest.jesli dom jest rowniez Twoj to dla mnie sprawa jest prosta,ze nie powinnas
                  pozwolic sobie na takie szopki pod Twoim wlasnym dachem.A depresje masz na
                  100%.Zycze Ci z calego serca,zebys sobie z tym poradzila.
                  • dziewczyna-szamana-04 Re: Rany 03.02.09, 14:13
                    felicia.3 napisała:

                    > niezapominajka333 napisała:
                    >
                    > >Nalałabym kremu do
                    > > depilacji do butelki po szamponie:)
                    > malo monitora nie oplulam;)))

                    moze wyprobuje? ;o)
                    tymczasem dzis rano jak wychodzilam do pracy to postanowilam, ze
                    wcale nie bede na paluszkach, cichutko jak myszka- bo jeszcze mi
                    wscieklosc nie przeszla. Cholera, ale stad to juz tylko krok do
                    uprzykrzania sobie zycia takimi zlosliwosciami! A ja tak nie chce i
                    nie potrafie.

                    do autorki-jak to czytam to jakis koszmar
                    > jest.jesli dom jest rowniez Twoj to dla mnie sprawa jest prosta,ze
                    nie powinnas
                    > pozwolic sobie na takie szopki pod Twoim wlasnym dachem.

                    No tak, ale jak mam mu nie pozwolic? Mam zabronic mu przyprowadzania
                    tej pani? Przeciez to tez jego dom i on sobie to moje zabranianie
                    moze kompletnie zignorowac.
                    Rozmawialismy o tym wielokrotnie, w pokojowy przyjacielski sposob
                    starajac sie wytyczyc jakies reguly wspolnego mieszkania.
                    Jednak rozmowy to jedno, a jego postepowanie w praktyce to co innego.
                    Jak mam wiec wymusic by trzymal sie tego co mowi, co uzgadniamy- jej
                    ultimatum, jej niezadowolenie ma znacznie wieksza sile przebicia
                    tutaj.

                    A depresje masz na
                    > 100%.Zycze Ci z calego serca,zebys sobie z tym poradzila.

                    dzieki, probuje...
                    • bi_chetny Re: Rany 03.02.09, 14:27
                      dziewczyna-szamana-04 napisała:
                      > Jednak rozmowy to jedno, a jego postepowanie w praktyce to co innego.
                      > Jak mam wiec wymusic by trzymal sie tego co mowi, co uzgadniamy- jej
                      > ultimatum, jej niezadowolenie ma znacznie wieksza sile przebicia
                      > tutaj.

                      ja bym na twoim miejscu poparadował sobie nago po domu - w końcu twój też.
                      Tamtej szybko się znudzi taka gra.
                    • glamourous Re: Rany 03.02.09, 15:54
                      dziewczyna-szamana-04 napisała:

                      > Jak mam wiec wymusic by trzymal sie tego co mowi, co uzgadniamy-
                      jej
                      > ultimatum, jej niezadowolenie ma znacznie wieksza sile przebicia
                      > tutaj.

                      Swoja droga z tych Twoich opisow sytuacji wynika, ze ta nowa
                      panienka Twojego bylego to jakas niezla jedza. Zero taktu,
                      bezczelnosc, obrzydliwe granie na Twoich uczuciach, walka
                      podjazdowa... Brrrr, wylania sie obraz perfidnej i bezlitosnej
                      megiery bez krzty empatii. Niech sie tam temu Twojemu bylemu wiedzie
                      jak najlepiej, ale niech on sie moze jeszcze zastanowi, czy aby z
                      pania o takim charakterku warto zakladac rodzine... Oby sie facet
                      nie przejechal, szkoda by bylo, bo piszesz, ze dobry z niego chlop...
                      • dziewczyna-szamana-04 Re: Rany 03.02.09, 20:35
                        glamourous napisała:

                        > dziewczyna-szamana-04 napisała:
                        >
                        > > Jak mam wiec wymusic by trzymal sie tego co mowi, co uzgadniamy-
                        > jej
                        > > ultimatum, jej niezadowolenie ma znacznie wieksza sile przebicia
                        > > tutaj.
                        >
                        > Swoja droga z tych Twoich opisow sytuacji wynika, ze ta nowa
                        > panienka Twojego bylego to jakas niezla jedza. Zero taktu,
                        > bezczelnosc, obrzydliwe granie na Twoich uczuciach, walka
                        > podjazdowa...

                        nie wiem czy to jędza, wygląda nawet na miłą, podejrzewam, że ona też w tej sytuacji czuje się niezbyt pewnie no i próbuje walczyć o "wpływy". Być może obawia się, że skoro były liczy się w jakiś tam sposób z moimi odczuciami to może jeszcze coś do mnie czuje. Przypuszczam, że skoro zaangażowała się to próbuje udowodnić, że ona ma w tym domu takie samo prawo przebywać jak i ja. No i przetestować czyją stronę on zajmie w sytuacji konfliktowej.

                        Brrrr, wylania sie obraz perfidnej i bezlitosnej
                        > megiery bez krzty empatii. Niech sie tam temu Twojemu bylemu wiedzie
                        > jak najlepiej, ale niech on sie moze jeszcze zastanowi, czy aby z
                        > pania o takim charakterku warto zakladac rodzine... Oby sie facet
                        > nie przejechal, szkoda by bylo, bo piszesz, ze dobry z niego chlop...

                        wiesz, podejrzewam, że na tym etapie jaką by jędzą nie była to nie ma większego znaczenia. Okres różowych okularów w szczytowej fazie. A już ja byłabym ostatnią osobą, której by w tej sprawie słuchał.

                        >
                        • felicia.3 Re: Rany 04.02.09, 02:10
                          Na Twoim miejscu lecialabym do lekarza po jakiekolwiek antydepresanty.Cos co by
                          Ci troche adrenaliny dostarczylo,bo nie gniewaj sie ale tego Ci
                          brakuje-sily,pazura,czegos co zacheci Cie do walki o swoje terytorium.Gdyby to
                          byl moj dom ( chocby w polowie) to bym zadnej obcej baby nie wpuscila.Drzwiami w
                          twarz;)Moim zdaniem jestes zbyt ulegla i Twoj pozal sie boze "przyjaciel" to
                          sprytnie wykorzystuje.Rzygalabym na takiego beznadziejnego goscia i jego nowa
                          rownie beznadziejna przyjaciolke.Uwierz w to,ze to Ty mozesz rozgrywac karty.Ale
                          musisz zaprzyjaznic sie z soba.A Twoj byly partner i jako kolezanka sa moim
                          zdaniem zalosni i niewarci Twoich lez.Fuj...jak mozna byc takim dupkiem i
                          sprowadzac babsztyla do wspolnego gniazda.Ohyda.Kompletnie pozbawiony
                          jaj.Prawdziwy mezczyzna by sie tak nie zachowal.Trzymam za Ciebie kciuki,jeszcze
                          nic straconego.Walcz:)
    • dziewczyna-szamana-04 Re: na zakręcie- pół roku później 30.01.09, 02:41
      dziękuję wszystkim za wypowiedzi

      dodam trochę dla rozjaśnienia sytuacji, bo mój poprzedni wątek skupiał się głównie na tzw pseudo kochanku.
      A tak naprawdę to nie w nim rzecz. Teraz już z pewnością nie.

      Nie oczekiwałam, że gładko przejdę z jednego związku w drugi. Wahania i krętactwa pseudo kochanka dość szybko uświadomiły mi, że nie jest to kandydat na życiowego partnera.

      Z moim byłym zerwałam nie w celu udostępnienia siebie kochankowi. Chronologicznie to zerwałam mimo iż już wiedziałam dokładnie, że między mną a kochankiem do niczego nie dojdzie. Wiedziałam, że wraca do swojej kobiety.

      Zerwałam, bo ten pseudo kochanek (jakże trafne określenie!) to było takie trochę lustro, w którym oboje się przejrzeliśmy, ja i mój były partner. I nasz związek.
      Teraz widzę to napewno, choć wcześniej też to podejrzewałam, że nie chodziło o tamtego konkretnego mężczyznę. Chodziło o te dziury w naszej relacji. Dziury, w które ktoś trzeci tak łatwo mógł się wpasować.
      Czułam, że zdradziłam, nawet jeśli nie fizycznie. Ale zdradziłam, chciałam zdradzić, gdyby tylko okazja się nadarzyła. I od tego nie było już odwrotu. Poza tym oboje doskonale wiedzieliśmy, że nawet jeśli na jakiś czas udałoby się nam coś tam poskładać to prędzej czy później sytuacja by się powtórzyła. To akurat nie podlegało wątpliwości. Pytanie było więc czy potrafimy dalej być ze sobą wiedząc o tym. Budować coś widząc głębokie pęknięcia w fundamentach. I doszliśmy do wniosku, że nie ma sensu marnować sobie cennego czasu. Nie jesteśmy nastolatkami.

      A jednak coraz częściej łapię się na pytaniu, że może jednak za mało się starałam? Że może powinnam była pójść na większy kompromis?
      Ludzie przecież akceptują zdrady, pracoholizm, wyzwiska za cenę tego by mieć z kim spędzić święta, by nie być samemu.


      ***
      Wszyscy zgodnie radzicie wyprowadzkę. I teoretycznie to pewnie byłoby najlepsze i najzdrowsze rozwiązanie. Rozejść się każde w swoją stronę.
      Ale okoliczności. Jestem w obcym kraju, gdzie właściwie oprócz mojego byłego nie mam nikogo bliskiego. Kilka luźnych znajomości w pracy i tyle. Nigdy nie byłam gwiazdą towarzystwa i raczej nie jestem z tych co mają stada znajomych i koleżanek na każdą okazję. Zawsze miałam raczej nieliczne acz bliskie i intensywne relacje.

      Czuję, że jestem zbyt słaba teraz by rzucać się na głęboką wodę.
      Powrót do Polski podejrzewam, że wpędziłby mnie w jeszcze gorszą depresję. Dawne przyjaźnie się porozpływały, znajomi zajęci rodzinami, dziećmi, relacja z moją mamą nie należy do najłatwiejszych, siedzenie w domu zanim znajdę pracę...

      Tutaj przynajmniej jeszcze praca jako tako trzyma mnie na powierzchni. I mój dom i ogród- to jedyne co daje mi jeszcze jakiś mizerny powód by się kompletnie nie poddać i nie rozpaść. Choć i ten dom i ogród mój kochany mogę wkrótce stracić.

      Chodzę na terapię od listopada. Nie wiem czy tak naprawdę coś to daje, bo czuję, że mój stan się pogłębia. Ale może jakbym nie chodziła to byłoby jeszcze gorzej? A tak przynajmniej jakoś ciągnę się od czwartku do czwartku.

      Wielokrotnie rozmawiałam z terapeutką na temat wyprowadzenia się z domu i ona też uważa, że nie jest to takie czarno białe.
      Niedawno powiedziała mi, że jeśli będzie przekonana o zagrożeniu mojego zdrowia czy życia to ma obowiązek podjęcia działania i złamania tajemnicy zawodowej.
      I zapytała czy w razie czego jest ktoś w pobliżu. Powiedziałam, że jest właśnie on, mój były, przynajmniej te kilka nocy w tygodniu jest w domu. Chyba chciałam ją trochę uspokoić i wyłączyć dzwonki alarmowe. Ale to jej pytanie uświadomiło mi, że on to jedyna osoba, która wie co się tak naprawdę dzieje. Wiem, że to chore, ta sytuacja jemu też nie pomaga w nowym związku. Ale chcąc nie chcąc on mnie jakoś tam pilnuje. A przynajmniej mam taką nadzieję, choć może niedługo się zdziwię.
      Boje się, co by się stało gdybym się wyprowadziła i zerwała z nim kontakt. Myślę, że moja terapeutka też się tego obawia i dlatego nie sugeruje wyprowadzki. Choć mieszkanie pod jednym dachem zdrowe też nie jest.
      • de-bi Re: na zakręcie- pół roku później 30.01.09, 09:08
        To dobrze że chodzisz na terapie, tak myślełam że zdajesz sobie sama doskonale sprawę z tego, że masz depresję, bo pisałaś o tym.Jesteś w trudnej sytuacji, współczuję.
      • kasitza Re: na zakręcie- pół roku później 30.01.09, 10:06
        w jakim kraju zyjesz - moge sie spytac?
      • margot50 Re: na zakręcie- pół roku później 03.02.09, 21:49
        Nie rozumię dlaczego chcesz się wyprowadzać ze wspólnego w koncu
        domu. Mój były jak wspomniał coś że sprowadzi swoją panienkę do
        wspólnego zamieszkania, odparłam z niewinną minką: sprowadż, ja będę
        miała wyrok w zawieszeniu za zabójstwo w afekcie, a świat bedzie
        miał jedną q...w mniej. Ale też stan faktyczny był całkiem inny.On
        znalazł panienkę /20/ w czasie mojej poważnej choroby, co było dla
        mnie takim szokiem,
        że ten "afekt" byłby całkiem uzasadniony.
        To tak gwoli podpowiedzi, postraszyć panienkę zawsze możesz, broń
        Boże nie wprowadzaj tylko tego w życie :)
    • kici10 Re: na zakręcie- pół roku później 03.02.09, 16:15
      Jednego nie rozumiem. Co Cię zmusza do mieszkania ze swoim byłym.
      Bierzecie na przeczekanie, kto kogo szybciej wykończy? Przecież w
      końcu jakoś tą sytuację trzeba rozwiązać.
      • dziewczyna-szamana-04 Re: na zakręcie- pół roku później 03.02.09, 20:47
        kici10 napisała:

        > Jednego nie rozumiem. Co Cię zmusza do mieszkania ze swoim byłym.
        > Bierzecie na przeczekanie, kto kogo szybciej wykończy? Przecież w
        > końcu jakoś tą sytuację trzeba rozwiązać.


        kici, to prawda, że w końcu trzeba to będzie rozwiązać...
        może nawet szybciej niż będę na to gotowa.

        co mnie zmusza? nic mnie nie zmusza, oboje mamy wolną drogę.
        Ale rozeszliśmy się pokojowo, nie było między nami burzliwych awantur, nikt do nikogo nie ma żalu, że nie wyszło, bo oboje wiemy, że próbowaliśmy ile się dało.

        Do tej pory byliśmy bliskimi przyjaciółmi, dobrze się dogadywaliśmy i rozstając się stwierdziliśmy, że będziemy potrafili z partnerów stać się współlokatorami i przyjaciółmi. Teraz testujemy w praniu prawdziwość tych założeń.

        Jest też to o czym pisałam wyżej, jestem w bardzo kiepskim stanie psychicznym i boję się o siebie, że kompletnie bym się rozpadła gdybym jeszcze i jego jako przyjaciela straciła.
        Mieszkam w obcym kraju, nie mam tu nikogo z rodziny, przyjaciół, on jest w zasadzie jedyną bliską osobą.

        Jest też kwestia finansowa. Kupiliśmy ten dom dopiero rok temu, wzięliśmy kredyt. Zerwanie kredytu dużo kosztuje. Przy obecnej recesji na rynku nie wiadomo ile zajęłoby sprzedanie domu i ile byśmy na tym stracili.

        Dla mnie ten własny kąt to również poczucie bezpieczeństwa, coś o co walczyłam z nim przez ostatnie kilka lat związku. To poczucie bezpieczeństwa jest mi teraz niesamowicie potrzebne. Nie wyobrażam sobie, że mogłabym znów wrócić do wynajmowania jakiś pokojów z obcymi ludźmi.

        Ale jak tak dalej pójdzie, to kto wie... może się to okazać mniejszym złem.
        • kici10 Re: na zakręcie- pół roku później 03.02.09, 21:23
          Wiesz, nie z takich sytuacji ludzie wychodzili. Zamiast czekać aż
          sytuacja sama się rozwiąże, może warto wziąć sprawy w swoje ręce.
          Słabo rokuje przyjaźń z Twoim byłym, choćby z tego względu, że jego
          obecna do tego nie dopuści. Z czasem zacznie Ci robić negatywny PR,
          przed byłym. Może spróbujesz zaproponować, że Ty zamieszkasz w jej
          kawalerce, a ona w waszym domu? Lub może wspólnie znajdziecie jakieś
          inne rozwiązanie, bo obecna sytuacja jest wszystkim nie na rękę.
    • anais_nin666 Re: na zakręcie- pół roku później 03.02.09, 22:05
      dziewczyna-szamana-04 napisała:
      > Coraz częściej łapię się na myślach, że może jednak popełniłam błąd. Że może
      ten mój związek nie był jednak na tyle zły by go zakończyć.

      Był wystarczająco zły, by go zakończyć. Nie było w nim dośc miłości ani Twojej
      do męża ani męża do Ciebie skoro o Ciebie nie walczyl tylko po chwili znalazl
      nowa milosc. Dla mnie ta sprawa jest bezdyskusyjna! Mialas odwage skonczyc cos,
      co od dawna bylo martwe. Kochanek być może pomógł Ci w podjęciu decyzji. To, że
      z nim nie wyszlo tez akurat uwazam, ze wyszlo Ci na dobre. Facet nie byl Ciebie
      wart skoro jedyne co potrafil to zwodzic.
      W tym calym zamieszaniu martwi mnie jedno. Masz ewidentną depresję,a nic z nią
      nie robisz. Sądzę, że na tym etapie bez antydepresnatow i choc jednej osoby na
      tyle kochanej, by chciala Cie wyciagac z tego szamba za uszy nie poradzisz sobie...
    • claudel6 Re: na zakręcie- pół roku później 03.02.09, 22:24
      hej dziewczyno-szamana, powtórzę pytanie: w jakim kraju/mieście mieszkasz. nie
      pytam z ciekawości
      • kasha101 Re: na zakręcie- pół roku później 04.02.09, 00:20
        Tak czytam i czytam....dziewczyno Szamana!
        Ciezko jest radzic w takich skomplikowanych sytuacjach, ale jednego
        jestem pewna: masz prawo żądać spokoju dla siebie w Twoim wlasnym
        domu.

        Kilka lat temu moj owczesny chlopak zakochal sie w innej, swojej
        dobrej kolezance, i tak bywa. Mieszkalismy razem, razem wynajelismy
        tamto mieszakanie jasne bylo, ze trzeba bedzie jakos rozwiazac
        sytuacje przez wyprowadzke. ja mialam o tyle gorsza sytuacje, ze
        mialam wtedy psa, i wiadomo bylo ze to mi bedzie ciezej cos wynajac.
        Wiec generalnie potrzebowalismy czasu na ogarniecie sytuacji.
        Mieszkalismy jakis czas razem, on spotykal sie z tamta. Tamten okres
        wspominam jako koszmar (telefony, czule gadki, niepowroty jego na
        noc plus moje mysli, fatalny stan psychiczny) wiec DOSKONALE wiem
        jak takie dzielenie wspolnej przestrzeni moze wykonczyc. I to
        skutecznie.
        Kilka razy zauazylam slady bytnosci nowej w naszym mieszkaniu,
        podczas mojej nieobecnosci. Jasno i wyraznie zakomunikowalam, ze
        sobie nie zycze tego, poki ja tam mieszkam, ze mam prawo do
        spokoju , bo ja rowniez tam mieszkam, chodze do pracy itp. Ze po
        prostu nie zycze sobie i juz. Bo czulam , ze mam do tego prawo.
        I wiesz co? on to uszanowal, spotykali sie u niej, miala mieszkanie,
        ja przecierpialam wspolne mieszkanie jeszcze jakis czas i potem bylo
        juz tylko lepiej.
        Dziewczyno! masz prawo zadac ego samego, jasno i wyraznie
        zakomunikowac, tu nie ma miejsca na jakies gierki, walki
        terytorium, bo poki Ty tam mieszkasz, to terytorium jest Twoje. I
        jego. Ale nikogo wiecej. Do normalnego funkcjonowania potrzebjesz
        spokoju i snu, zwlaszcza w Twoim stanie obecnym. I masz prawo tutaj
        żądać. Ty kupilas, Ty urządzilas, a laska....?
        I on powinien uszanowac Twoja decyzje. Tym bardziej, jesli maja
        warnki do rozwoju zwiazku i bzykania,bo jak piszesz ona ma swoje
        lokum. Ja nie widze problemu. I nie unos sie honorem, dbaj o swoje!
        Moze ktos uznalby to za zlosliwosc, ale ja ewidentnie zakazalabym
        wizyt tej kobiety w moim domu, poki ja tam mieszkam. Tak, nawet
        wizyt. Bo mimo, ze mieszkanie jest jego, ale sa granice
        przyzwoitosci, nawet jesli nie jest sie juz razem.
        A koles przegina. I Ty mu na to pozwalasz.

        A ze depresja? Mialam, i cuchnie mi tu nia na dleglosc:(
        • dziewczyna-szamana-04 Re: na zakręcie- pół roku później 04.02.09, 21:41
          kasha101 napisała:

          > Tak czytam i czytam....dziewczyno Szamana!
          > Ciezko jest radzic w takich skomplikowanych sytuacjach, ale jednego
          > jestem pewna: masz prawo żądać spokoju dla siebie w Twoim wlasnym
          > domu.
          >
          > Kilka lat temu moj owczesny chlopak zakochal sie w innej, swojej
          > dobrej kolezance, i tak bywa. Mieszkalismy razem, razem wynajelismy
          > tamto mieszakanie jasne bylo, ze trzeba bedzie jakos rozwiazac
          > sytuacje przez wyprowadzke. ja mialam o tyle gorsza sytuacje, ze
          > mialam wtedy psa, i wiadomo bylo ze to mi bedzie ciezej cos wynajac.
          > Wiec generalnie potrzebowalismy czasu na ogarniecie sytuacji.
          > Mieszkalismy jakis czas razem, on spotykal sie z tamta. Tamten okres
          > wspominam jako koszmar (telefony, czule gadki, niepowroty jego na
          > noc plus moje mysli, fatalny stan psychiczny) wiec DOSKONALE wiem
          > jak takie dzielenie wspolnej przestrzeni moze wykonczyc. I to
          > skutecznie.
          > Kilka razy zauazylam slady bytnosci nowej w naszym mieszkaniu,
          > podczas mojej nieobecnosci. Jasno i wyraznie zakomunikowalam, ze
          > sobie nie zycze tego, poki ja tam mieszkam, ze mam prawo do
          > spokoju , bo ja rowniez tam mieszkam, chodze do pracy itp. Ze po
          > prostu nie zycze sobie i juz. Bo czulam , ze mam do tego prawo.
          > I wiesz co? on to uszanowal, spotykali sie u niej, miala mieszkanie,
          > ja przecierpialam wspolne mieszkanie jeszcze jakis czas i potem bylo
          > juz tylko lepiej.
          > Dziewczyno! masz prawo zadac ego samego, jasno i wyraznie
          > zakomunikowac, tu nie ma miejsca na jakies gierki, walki
          > terytorium, bo poki Ty tam mieszkasz, to terytorium jest Twoje. I
          > jego. Ale nikogo wiecej. Do normalnego funkcjonowania potrzebjesz
          > spokoju i snu, zwlaszcza w Twoim stanie obecnym. I masz prawo tutaj
          > żądać. Ty kupilas, Ty urządzilas, a laska....?
          > I on powinien uszanowac Twoja decyzje. Tym bardziej, jesli maja
          > warnki do rozwoju zwiazku i bzykania,bo jak piszesz ona ma swoje
          > lokum. Ja nie widze problemu. I nie unos sie honorem, dbaj o swoje!
          > Moze ktos uznalby to za zlosliwosc, ale ja ewidentnie zakazalabym
          > wizyt tej kobiety w moim domu, poki ja tam mieszkam. Tak, nawet
          > wizyt. Bo mimo, ze mieszkanie jest jego, ale sa granice
          > przyzwoitosci, nawet jesli nie jest sie juz razem.
          > A koles przegina. I Ty mu na to pozwalasz.

          kasha, dzięki za Twoją wypowiedź, sporo dało mi to do myślenia.
          Bo ja tak naprawdę nie jestem przekonana, że mam prawo zakazać jej wizyt. Mówimy o granicach przyzwoitości a problem polega na tym, że dla każdego ta granica przebiega gdzieś indziej. Mój były wychowany został w bardzo liberalnej, tolerancyjnej rodzinie, rodzice hippisi ;o) Sam namawiał mnie, żebym nie krępowała się przyprowadzić nikogo. Pewnie nawet ugotował by nam jeszcze obiad! Swobodnie i otwarcie rozmawiamy i o jego nowej pani i o moich jakiś tam potencjalnych obiektach zainteresowań. Gdy ona jest w naszym domu i on gotuje obiad to zaprasza mnie, żebym z nimi zjadła.
          Jemu to przełączenie się na przyjaciół/współlokatorów przyszło jakoś wyjątkowo łatwo. I jego argumentacja jest taka, że skoro jesteśmy współlokatorami to on ma prawo przyprowadzać na noc kogo chce.
          Poza tym zażył mnie też ostatnio argumentem, że skoro on wciąż się o mnie jakoś tam troszczy i wspiera mnie to ja jestem mu winna chociaż tyle, by nie utrudniać mu nowego związku.
          Wiem, to jakieś chore uwikłanie.
          Jest we mnie konflikt pomiędzy tym co wydaje mi się uczciwe wobec niego a tym co jest szkodliwe dla mojego zdrowia psychicznego.
          Bo ostatnio niedobrze mi się robi na myśl o powrocie do domu.

          Chociaż, koniec końców, nawet jakbym mu zabroniła jej wizyt, to co mogę zrobić jeśli to zignoruje? Wściekać się, znienawidzieć jego? Ją? A jestem pewna, że zignoruje, bo już mi powiedział, że nie mogę mu niczego zabronić.
          Powiedziałam mu wprost i otwarcie, że wolałabym, żeby ona tu nie przychodziła. Że mam prawo do spokoju we własnym domu.
          Więc on mi na to, żeby mnie zmuszała go do takich wyborów. Bo to co ONA woli jest teraz najważniejsze, nawet jeśli oznacza to moje niezadowolenie.
          Wygląda więc na to, że jeśli nie jestem w stanie tolerować jej obecności w moim domu to pozostaje tylko wyprowadzka. Albo moja albo jego.
          >
          >
          >
          • felicia.3 Re: na zakręcie- pół roku później 04.02.09, 23:56
            Uklad w ktorym tkwisz jest nienaturalny,czyli chory.Dla higieny psychicznej
            wprowadzilabym absolutny zakaz przyprowadzania panienek i bzykania sie w "moim
            towarzystwie".Jak to wyegzekwowac? hmm...uzylabym wszelkich dostepnych
            srodkow;)rowniwez tych bezpardonowych;)
          • kasha101 Re: na zakręcie- pół roku później 06.02.09, 19:06
            > Bo ja tak naprawdę nie jestem przekonana, że mam prawo zakazać jej wizyt

            Tak, masz prawo, calkowicie. To Twoj dom. Jej obecnosc zle wplywa na Twoja
            psychike. Masz prawo żądać tego, bo nie zyczysz sobie aby obca osoba kąpala sie
            w Twojej wannie, spala w kupionym przez Ciebie łozku, uzywala Twoich recznikow
            itp. Bzykala sie w Twojej poscieli, pod Twoim dachem.


            Ludzie roznie maja poustawiane granice przyzwoitosci. To, ze jego sa takie, nie
            znaczy ze Twoje musza byc takie same. Tutaj mozna sie bawic w przeciaganie liny,
            kto komu powinien ustapic. Twoim atutem, tak mi sie wydaje, jest to, ze to jest
            Twoj dom, ktory Ty urzadzalas. Nie zgadzac sie i konsekwentnie stac przy swoim.
      • dziewczyna-szamana-04 Re: na zakręcie- pół roku później 04.02.09, 21:16
        claudel, mieszkam w Londynie...
        • kasha101 Re: na zakręcie- pół roku później 06.02.09, 18:55
          Szkoda, ze w Londynie...Ja skolei mieszkam tez na wyspie, ale tej drugiej:), obok...

          A wracajac do wątku...
          Dziewczyno, rzeczywiscie trudna dosc sytuacja, z tego co piszesz...Ale pamietaj,
          ze nie ma sytuacji bez wyjscia! Teraz jest ciezko, ale juz jestes w polowie
          drogi do dobrego, uwierz.
          Teraz po pierwsze - marsz po leki. Bez nich nie dasz rady, bedziesz ledwo
          ciagnac, ale lepiej nie bedzie. Ja mialam depresje i podejrzewam, ze niejedna
          osoba z tego forum tez, wiec, wiemy co piszemy:)Leki za jakies 2 tyg od momentu
          brania zaczna juz robic swoje, musisz wziac na przeczekanie, ale - tak
          przynajmnej bylo w moim przypadku- poprawe formy widzialam prakycznie z dnia na
          dzien, mozg zaczal poprawnie pracowac, zyskalam jasnosc mysli i wyciszenie
          wewnetrzne. Co z tego, ze za pomoca chemii? Srodek teraz nie jest najwazniejszy,
          najwazniejszy jest Twoj owrot do sil. I tak bedzie!
          Ja potem jeszcze zainteresowalam sie medytacja, roznymi technikami wyciszajacmi,
          zeby juz bez lekow moc funkcjonowac i czuc sie silna. Ale to tak na marginesie..
          I pozbaw sie zludzen, nie ma czego zalowac, facet jest skonczonym dupkiem i
          egoista i jeszcze nie raz bedziesz sie cieszyc, ze wyrwalas sie z tego ukladu.
          Bolesnie bo bolesnie, ale moze tego Ci bylo trzeba wlasnie.
          Fakt, ze to chyba Ty zadecydowalas o koncu zwiazku, nie znaczy jeszcze ze on
          moze robic co chce. Ty masz prawo walczyc o swoje, o siebie. I nie rezygnuj z tego.
          Powiedzialabym mu, ze mam w d...jego hippisowskie korzenie i liberalna rodzine i
          jego potrzebe bzykania teraz - Ty masz prawo do intymnosci w swoim domu, do
          spokoju, to jest Twoj dom i to ze on ma akurat ochote robic co mu sie podoba, to
          rowniez g...Cie obchodzi. Bo Ty rowniez masz swoje potrzeby. I walcz o to. Skoro
          wiesz, ze on to zignoruje, to....jest dupkiem do potegi entej, bo nawet zwykli
          wspolokatorzy powinni liczyc sie ze swoimi potrzebami i zdaniem.
          Moze inni podpowiedza, jaki na niego znalezc tu haczyk....Wiem, ze granice
          przyzwoitosci sa plynne, ale on je ewidentnie narusza.
          Bedzie byc moze dazyl do uczynienia z Ciebie tej winnej, zlej, ale nie daj sie.
          To on w tym ukladzie powinien sie wyprowadzic, ma przeciez gdzie. I dopoki Ty
          jestes wlascicielka (czy wspolwlascicielka) tego lokum, Ty jestes wazniejsza tam
          akurat pod tym dachem, a nie jakas panienka. Czy on tego chce czy nie. Takie sa
          fakty.
          Wiec po leki marsz.
          A potem walcz o siebie! Pisz, bedziemy Cie wspierac w miare mozliwosci.
          Kiedys bedziesz z siebie dumna:)
        • claudel6 Re: na zakręcie- pół roku później 06.02.09, 19:13
          dziewczyna-szamana: ja też. napisz do mnie maila, coś wymyślimy. martynika@wp.pl
    • dorata351 Re: na zakręcie- pół roku później 11.02.09, 11:31
      Jedyny wniosek jaki nasuwa mi się po przeczytaniu tego wątku:
      sprawiałaś ból żonie, kobiecie, swojego kochanka, dostałas z
      procentem . Moze to przekona Ciebie i inne panie Twojego pokroju, do
      zastanowienia się nad tym, że nie sa na świecie same. A Tak na
      marginesie to szkoda mi tego Twojego prawie byłego , biedny z
      jednego bagna wyszedł i pakuje sie w drugie. Mam nadzieje, ze robi
      to tylko dlatego zeby pokazać Ci jak to miło być zdradzanym ,
      oszukiwanym i pogoni tę gwiazdę jak tylko Ty znikniesz z jego życia.
      Weź sobie do serca te doświadczenia , zadbaj o siebie o swoje
      zdrowie psychiczne, tego Ci chyba teraz najbardziej potrzeba i
      szacunku dla samej siebie.
      • mari.na Re: na zakręcie- pół roku później 12.02.09, 01:37
        Matko kochana! Szamanko...na pewno wiesz co to znaczy "integrity" w odniesieniu
        do charakteru..? Zgubilas to, zgubilas to kompletnie, twoj charakter sie
        rozpadl, rozplynal i zmieszal z bezczelna osobowoscia Twojego "hippisa" od
        siedmiu bolesci...

        Zgubilas SIEBIE: wiecej zastanawiasz sie nad kwestiami typu "ile moge ustapic, a
        zeby nie urazic, a moze on tez ma prawo, a on powiedzial, a my jestesmy
        przyjaciolmi, a ona a on"....wiesz co? w pewnych momentach w zyciu i w pewnych
        chorych sytuacjach trzeba sie absolutnie przestawic na program "Tylko Ja Teraz"
        "Ratuje Siebie"!!!

        Koniec z "mieszaniem" twoich mysli, twoich potrzeb, twoich pragnien z jego
        potrzebami!! ty zyjesz teraz z jego dziewczyna tez! "Chodzisz" z nia, kurcze, ty
        nawet z nia "spisz"!!! Rozumiesz co mam na mysli..? Jestes osobnym charakterem,
        cudowna kobieta i tej kobiety musisz teraz bronic za wszelka cene! Jej granic,
        jej odrebnosci! Dalas sie zniewolic. Jestes wspoluzalezniona z tym facetem.

        Wiem ze jest Ci ciezko bo widac ze masz juz zaburzona biochemie. Leki by sie
        przydaly. Ciezka sytuacja przez finanse. Ale! Postaw granice! Masz prawo
        postawic granice temu facetowi-wampirowi i jego lasce-przyssawce! oni Cie
        wykorzystuja! tu juz nie chodzi o kurtuazje czy przyjazn, to jest powolne
        wysysanie Cie. Gdzie granice, granice, granice, stanowczosc?

        Praktycznie rzecz biorac, co mozesz zrobic: najpierw uswiadom sobie to
        wykorzystywanie. Wspoluzaleznienie czasem ma maske "przyjazni". Twoj byly nie
        jest twoim przyjacielem. Kiedy juz to sobie uswiadomisz, pozwol sobie na gniew a
        potem zachowaj sie jak rodzic. Postaraj sie spojrzec na swojego bylego jak na
        przebiegle dziecko (jesli nie potrafisz, moze po lekach sprobuj jeszce raz) i po
        prostu jutro, zaraz, powiedz mu jednym zdaniem i bez dyskusji, stanowczo i
        pewnie: "nie zycze sobie zebys przyprowadzal tu swoja dziewczyne. To jest moj
        dom, mam prawo do tego, nigdy wiecej nie chce jej tu widziec. " Zasada ktora mu
        dasz musi byc jasna "nigdy wiecej"!! i nie wchodz z nim w zadne dyskusje.
        Musisz pokazac swoja sile.

        to bym Ci radzila..ale oczywiscie wiem o tobie niewiele i moge sie mylic
        calkowicie tutaj...
        • jusspy Re: na zakręcie- pół roku później 13.02.09, 06:38
          Witam, ja mieszkam w Irlandii i wiem jak to jest z wynajmowaniem pokojow
          /domow na wyspie (zupelnie inna mentalnosc niz w Polsce), Pol nocy zajelo mi
          przeczytanie calego watku i moja rada to taka.

          Jak najszybciej dowiedz sie jak rozwiazac sytuacje mieszkaniowa, idz do banku na
          rozmowe, do doradcy finansowego, solicitora itd i jak najszybciej sie zwijiaj
          sie z tego miejsca. Sluchaj skoro dom jest twoj to moze wynajmiesz polowe pokoi
          komus a sama wynajmiesz studio itd. Daj ogloszenie do internetu a moze ktos
          szuka w twoje okolicy bo akuat tam pracuje itd - a ty wynajmiesz sobie studio
          czy tez pokoj. Czy nie bedzie pozytecznie? Moze przeczekasz czas kryzysu choc
          mysle ze domy nie odzyskaja w 100 proc tego co stracily.

          Zwiazek sie rozpadl wiec trzeba go zakonczyc porzadnie a nie siedziec na strychu
          i plakac (i chodzic cicho jak myszka!!!!) . Ciach to ciach. Wiem ze ci przykro
          patrzec na ladne story, gustowny living room , wygodne meble... dlatego musisz
          sie wyprowadzic. To jak urzadzilas mieszkanie to nic teraz nie znaczy -
          umiejetnosci dekoratorskie nie znikna i udekorujesz jeszcze nie jedno
          mieszkanie. Spakoj swiecidelka do pudelka i tyle, dokladnie wiesz co kupowalas
          ze swojej pensji a co kupowal partner.

          I poprzedniczka miala racje - twoj byly nie jest twoim przyjacielem tylko toksyna !

          Ja mialam kiedys zwiazek 3 letni i po zerwaniu mialam depreche ze 2 miesiace,
          non stop placz ilament itd, ale ktos mi doradzil bym tak faktycznie zakonczyla
          zwiazek i pozegnala sie a nie rozpamietywala, bo rzeczy maja moc chwytania
          wspomnien.
          Spakowalam wszystkie rzeczy bylego jakie mialam, bylam uczciwa, nawet swieczki,
          ksiazki itd ktore byly jego i mu oddalam mowiac to jest twoje. On powiedzial ze
          niechce itd ale powiedzialam ze to robie dla siebie .
          Podzialalo bardzo oczyszczajaco i od tamtej pory nie obejrzalam sie wstecz.
          Pozdrawiam.

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka