mantis_after_dinner
28.02.09, 19:09
Konia można na siłę doprowadzić do wodopoju, ale nie da się go zmusić aby pił.
Uff ... zdecydowałam się napisać. Może być długie, ale postaram się, żeby było
logiczne.
Jesteśmy małżeństwem z ponad 10-letnim stażem, obydwoje w wieku trzydzieści-kilka.
Przeszliśmy razem sporo, rozumiemy sie świetnie, w wielu dziedzinach żyje nam
się ponadprzeciętnie dobrze. Lubimy razem robić naprawdę sporo rzeczy: długie
rozmowy o życiu, podróżowanie, gotowanie etc. Mamy swoje hobby, mamy też
(każde z nas) pewne sfery prywatne, które obydwoje szanujemy i w które sobie
nawzajem nie ingerujemy (czyt. wyjścia na piwo ze znajomymi, potrzeba
obgadania pewnych spraw z kimś innym niż mąż / żona).
Od jakiegoś czasu mam jednak nieodparte wrażenie, że związek ten zaczyna
przypominać coraz bardziej związek przyjacielski.
Co kuleje? Ano seks ...
Moje potrzeby wyraźnie zwiększyły się po przekroczeniu trzydziestki – chyba w
miarę normalne zjawisko u kobiet. Problem nie leży w niewspółmierności
potrzeb – te są raczej wyrównane. A jednak seksu nie ma tak często jakbyśmy
sobie tego życzyli.
Kuleje chyba jakość i ogólny klimat.
Podczytuje Wasze forum od jakiegoś czasu i powoli zaczynam rozumieć, co
konkretnie nie gra i dlaczego. Nadal jednak nie mam pomysłu, jak to naprawić.
Wielokrotnie pisaliście, że kobieta jest istotą, dla której gra wstępna
zaczyna się o poranku. No właśnie – i jak tu wieczorem iść do łóżka z kimś, od
kogo usłyszało się kilka niefajnych rzeczy w ciągu dnia. Ewentualnie, kto nie
dostrzega związku między mówieniem tych rzeczy, a moim brakiem ochoty (przy
czym potrzeba fizyczna jest, niestety kłóci się ona z jakimiś odczuciami
siedzącymi w głowie).
Druga kwestia związana z jakością to taki seks na łapu-capu. Przyznaję, że
tutaj w dużym stopniu mogłam być katalizatorem:
a) kiedy zwiększyły mi się potrzeby często dochodziłam do wniosku, że nawet
jeśli jestem zmęczona to seks jednak by się przydał -> wychodził nam z tego
wtedy właśnie taki szybki numerek na łapu-capu. Z czasem zaczęło to
przypominać seks częstszy, ale „byle-jakszy”. Dziś już wiem, że to był błąd,
który spowoowal wpanięcie w koleiny bylejakości.
b) jestem typem takiej troche kobiety z „jajami” – zdecydowana, wiedząca czego
chce, z tendencją do dominacji (również w łóżku), lubiąca z życia czerpać
garściami nawet jeśli wiąże się to z jakimś ryzykiem ... Na co dzień czuję
się trochę jak taki „menedżer ogniska domowego”. Na szczęście moj mąż potrafi
sobie świetnie z tą cechą charakteru radzić, pod pantofel nigdy nie wpadł i
nie sądzę, żeby mu to groziło, zachował bardzo duży stopień własnej
niezależności w tym związku – co zresztą bardzo sobie cenię.
Pewnie was zastanawia, co sie stało, że w ogóle problem zauważyłam i zaczęłam
nad nim główkować.
Ano poznałam kilka miesięcy temu pewnego człowieka, z którym świetnie mi się
rozmawia (na tematy intymne również) i który ma nieco inne podejście do
stosunków damsko-męskich: prawie w każdej kobiecie widzi kobietę a nie kumpla
do piwa. Prawie każdą potrafi się zachwycać. Tak – między nami też iskrzy, też
pojawia się chyba czasem w obydwu głowach pomysł „a jakby było z nim / z
nią?”. Słowem: gość był chyba takim papierkiem lakmusowym, który pokazał mi
jak na dłoni, co nie gra w mojej sypialni:
- że można być dżentelmenem
- że fajnie, jak czasem facet bierze wszystko w swoje ręce
- że dużo lepsze efekty osiąga się mówiąc kobiecie komplementy
- że pewnych rzeczy się nie mówi, nawet jeśli się je myśli, bo mogą w głowie
partnera zostać na zawsze
- że o jakość seksu trzeba dbać, bo to całkiem fajna rzecz.
Podsumowując:
Wiem co nie gra.
Gdzie leży problem:
1) nie wiem, jak zrobić żeby grało
Oczywiście rozwiązanie najprostsze to zgłosić się po seks tam gdzie iskrzy,
skoro wiem, że byłoby fajnie, ale nie zrobię tego z kilku powodów:
- obydwoje mamy rodziny i myślę że ani on ani ja nie chcielibyśmy sobie
nawzajem w życiu rodzinnym namieszać
- rozumiemy się dobrze, ale też różnic charakteru jest tyle, że tak naprawdę
byłaby to relacja oparata jedynie na dobrym seksie i pogadankach o życiu czyli
bardzo konsumpcyjna, a myślę też że co za tym idzie - krótkotrwała. Chyba
zatem nie warto: można zniszczyc zarówno relacje z meżem jak i z przyjacielem.
- to rozwiązanie to chyba pojście po najmniejszej linii oporu – jakoś mierzi
mnie idea, żeby tak poddać własny związek bez walki. Potem to chyba byłoby już
tylko gorzej – nie mam racji?
2) chyba tylko ja chcę coś z tym zrobić
- i tutaj pojawia się tytułowy koń u wodopoju – zaproponowałam mężowi, żeby
poczytał trochę to forum, ewentualnie próbowałam podsunąć mu jakieś inne
lektury, które chociaz trochę problem mu unaocznią. Co ułyszałam? „Ja wolę
żebyś ty poczytała, a potem mi opowiesz”. Hmmm .. deklaratywna jedynie wola
naprawy czegokolwiek?
(Oczywiście pewnie nie muszę dodawać, że z seksu tego dnia były nici, bo jakoś
ostudziło to moje zapały – nie wiem – może ja jakaś nadwrażliwa jestem).
I tutaj pojawiaja się dwa pytania do was:
- jak zrobić żeby grało?
- czy ci sposród was, którzy problemy z seksem małżeńskim mają próbowali
kiedyś podsuwać partnerowi jakieś lektury, żeby unaocznić problem. A jeśli tak
to z jakim skutkiem (o to czy probowaliście rozmawiać nie pytam – to oczywiste
– przy czym u mnie rozmowy juz chyba byly).
Aha Nie wiem czy to ma jakieś znaczenie, ale co do samego seksu:
- lubię próbować nowych rzeczy i raczej nie mam żadnych oporów
- umiejętności raczej powyżej średniej, przy czym partnerów życiowych było
raczej kilku niż kilkudziesięciu.
I wszystko byloby dobrze, gdyby nie to uczucie wpadnięcia w jakieś koleiny ...