Dodaj do ulubionych

Czy komuś się udało?

03.06.09, 20:19
Czytam i czytam... dużo tego czytania, przegrzebałam dopiero niewielki procent
wątków na forum. Na razie znalazłam tylko jeden wątek, który mógłby stanowić
światełko w tunelu, ale jego autor (kmoczar) sam nie wie do końca, co się tak
naprawdę stało...
Ale nasuwa mi się takie przekrojowe pytanie do mających w związkach problemy z
seksem (a raczej jego brakiem), obojętnością partnera itp.
Czy udało się komuś rzeczywiście uzdrowić relacje? Przywrócić pożądanie i
zainteresowanie w sobie, w partnerze, dojść do porozumienia, odbudować coś, co
padło?
Jeśli tak, to w jaki sposób? Czy to w ogóle możliwe, czy jak już raz sie
posypało, to wszelkie próby naprawy będą o kant dupy potłuc?
Czy może z czasem po prostu - w zależności od podejścia - odchodzicie albo
trwacie bez zmian mając żal do siebie i partnera, czy też decydujecie się na
zbudowanie życia erotycznego poza formalnym związkiem i pozostajecie w
układzie nie dającym Wam pełnej satysfakcji?
Obserwuj wątek
    • bigbadpig Re: Czy komuś się udało? 03.06.09, 21:02
      Lektura forum raczej optymizmem nie natchnie, ale też ludzie pisują tu w chwili
      kryzysu a co dalej z nimi - nie wiadomo.
      W dłuższym rozpięciu czasowym można tu poobserwować tylko kilka przypadków i one
      tez nie natchną optymizmem. To brzmi już bardziej jak odpowiedź.

      W miarę skutecznie z pomocą forum lub mimo tej pomocy :p udaje się
      zainteresowanym zdiagnozować problem w związku - znacznie gorzej wygląda
      sytuacja z jego późniejszym usuwaniem.

      Obserwując z zewnątrz wydaje się, że większość piszących w jakimś dającym się
      jeszcze obserwować czasie decyduje się na bohaterskie trwanie w związku lub
      równie bohaterskie rozstanie.
      Ciekawy jest również fakt, że niezadowoleni mężczyźni więcej wydają się walczyć,
      niezadowolone kobiety częściej wybierać 'szeroką drogę do piekła' pomiędzy dwoma
      powyższymi ścieżkami :p
      • prosta-kobieta56 Re: Czy komuś się udało? 03.06.09, 21:24
        A jak bylo kiedys z sexem?czy byl dla obojga satysfakcjonujacy?jak wygladal ten sex czy byl bez tabu bez zachamowan?nie wiem moze rozmowa moze zmiany w lozku moze szczypta zazdrosci?
        • malalajza Re: Czy komuś się udało? 03.06.09, 21:42
          To pytanie do mnie?
          Kiedyś był seks, owszem :P
          fajnie było, dużo i często, zawsze na warunkach tego drugiego
          w pewnym sensie mi to odpowiadało, ale może dlatego, że było i już
          a rozmowy o seksie zawsze były tabu, bo o takich rzeczach "to wstyd gadac"

          nieważne, chodzi mi o tu i teraz... i o Wasze doświadczenia w naprawianiu
          padniętych relacji, nie moje
          swoje znam aż za dobrze ;)
      • malalajza Re: Czy komuś się udało? 03.06.09, 21:49
        Nie pocieszasz ;) i w sumie potwierdzasz moje dotychczasowe pobieżne obserwacje...
        niemniej, dzięki :)
    • grazyna510 Re: Czy komuś się udało? 03.06.09, 22:01
      masz racje - ja tez czytam to forum dlugo i naprawde niewiele jest
      watkow napawajacych optymizmem co do mozliwosci zmian.
      Ze sie udalo....moglaby powiedziec chyba Andzia, ale u niej
      (wczesniej) tez tak do konca sie nie "posypalo" , Avide(nie zawsze
      ok- jest jeszcze co naprawiac...i ciagle pamietam taki tekst, jak
      ktos ostrzegal Avide , ze jego zona chce tylko dziecka,a
      potem :( buu) i Kmoczar, ktory nie wie "dlaczego".
      To jak ludzie reaguja zalezy wg mnie od wieku : im ktos mlodszy tym
      bardziej ma sklonnosc do odchodzenia,jesli starszy to bardziej idzie
      w strone trwania w zalu i ewentualnie "pocieszania" sie poza
      zwiazkiem formalnym.
      • marcelina.m Re: Czy komuś się udało? 03.06.09, 23:54
        Nie bywam na tym forum zbyt często. Ale czasami zdarza mi się w wolnej chwili
        podczytywac co nieco.

        Ale to nie tak, że nikomu sie nie udaje odbudowa związku. Nam się udało.
        Jestesmy razem siedemnaście lat. Męża poznałam w pierwszej klasie szkoły
        podstawowej. Chodziliśmy razem do klasy. Mył jednym z moich ulubionych kolegów.
        Przyjaźniliśmy się chyba od zawsze. Ale tak na dobre i na złe miłość połączyła
        nas dopiero w czasach liceum.

        Nie było nam łatwo. Ja bardzo chorowałam. Warunki materialne, w tym lokalowe
        mieliśmy okropne, wspolne mieszkanie z teściową.
        Układało nam się czasem lepiej, czasem gorzej.
        Potem przyszedł czas pełnego rozkwitu uczucia. Było super przez jakiś czas. Ja
        miałam remisję choroby. On znalazł dobrą pracę, przeprowadziliśmy się ze wsi do
        duxego miasta.
        Potem moje zdrowie znów strasznie się posypało. I posypał nam się też seks. Ja
        przez wiele miesięcy byłam do niczego niezdatna, ale i też pochłonięta swoją
        chorobą zupełnie zapomniałam o tym, xe jego potrzeby w tym względzie się nie
        zmieniły. Próbował dawać mi mniej lub bardziej wyraźne sygnały, ale ja olałam
        sprawę. W końcu dowiedziałam się, że dradził mnie z naszą wspólną znajomą.
        Bolało jak cholera, ale tex przyszło dla mnie otrzeźwienie.
        Przypomniałam sobie, że on też istnieje i czuje.
        Zależało mi na nim bardzo, więc relacje odbudowaliśmy.
        Znów przez parę lat było super.

        Kolejna zapadka przyszła po moim porodzie. jemu bardzo trudno było się odnaleźć
        w roli ojca. Ja znów posypałam się strasznie jeśli chodzi o zdrowie. Znów nie
        było seksu przez długi czas.
        On wpadł w straszną depresję. Ja ledwo żyłam. W dodatku nie mieliśmy żadnej
        pomocy w opiece nad dzieckiem (a nasz synek wcale do latwych dzieci nie należał
        i nie należy)
        Ale znów udało nam się kryzys przezwyciężyć. Pozbieraliśmy się do kupy i teraz
        znów jest nam ze sobą cudownie.

        Ja się chce i jak obojgu osobom zależy, to wszystko można. A my jestesmy
        doskonałym tego przykładem.
        Tak więc nie załamywać się proszę, tylko działać.
        Pozdrawiam serdecznie!
    • a.b1 zły przykład jestem 03.06.09, 23:49
      ale u mnie skończyło sie rozwodem
      4 lata temu tu się wyżalałam
      czasami nie ma sensu ciagnąć cos na siłe
    • possessive Re: Czy komuś się udało? 04.06.09, 01:51
      Ja właśnie czytam to forum i zastanawiam się od swojej strony, czy
      nie jest ono np. dla mnie ucieczką od tych wszystkich kwestii z
      mężem które mnie bolą. Nie byłam wcześniej na żadnym innym forum
      dotyczącym życiowych problemów i zaczęłam to czytać i czytam te
      wcześniejsze wątki i ogarnia mnie coraz większe przerażenie. Zawsze
      sądziłam, że te problemy mają ludzie gdzieś daleko poza mną i mnie
      samej one nie dotyczą. U moich znajomych nie ma tego typu kwestii z
      resztą w większości są singlami albo nie zastanawiali się że brak
      seksu np. przez dzieci to symptom jakiegoś kryzysu. Widze tu sporo
      poważnych ludzkich problemów i zaczęłam rozumieć, że mnie też może
      to dotyczyć ale sama nie wiem czy wiedza tego typu jest lepsza od
      niewiedzy. Od czasu jak to czytam przestałam robić cokolwiek z
      problemem męża oprócz tego, że pierwszy raz w życiu umówiłam się z
      psychologiem. Teraz czytając to forum widzę w swoim związku coraz
      więcej problemów których nie widziałam i to jakaś dziwna wiedza,
      która napawa mnie lękiem i podejrzeniami.
      Może właśnie lektura podobnych problemów może doprowadzić do jakiejś
      reformy, zmiany sposobu myślenia ale czy do prawdy, czy będzie to
      pełny obraz?
      Oczywiście nie śmiem osądzać niczego ani ludzi którzy tak długo tu
      piszą, ale przy każdym wątku mam jakiś niedosyt. Czy da sie
      scharakteryzować kawałek życia w tych kilku wypowiedziach które się
      tu zamieści na swój temat?I jak inni mają to ocenić?
    • urquhart Re: Czy komuś się udało? 04.06.09, 08:35
      malalajza napisała:

      > wątków na forum. Na razie znalazłam tylko jeden wątek, który mógłby stanowić
      > światełko w tunelu, ale jego autor (kmoczar) sam nie wie do końca, co się tak
      > naprawdę stało...

      Polecam książkę Milskiej - "Bezradnik. O kobietach, mężczyznach, miłości, seksie
      i zdradzie" co typowo siedzi w tle takich niespodziewanych kobiecych przemian...
    • kachna79 Re: Czy komuś się udało? 04.06.09, 08:59
      Ja swoje problemy z seksem w małżeństwie rozwiązywałam zanim
      trafiłam na forum (jak poszperasz to znajdziesz moje wpisy na ten
      temat) i to nam wyszło na dobre:) Moim zdaniem problemów łóżkowych
      nie rozwiązuje się łóżku, bo ich przyczyny leżą dużo głębiej niż
      kwestie techniki i sprawności seksualnej. Drugi problem jest taki,
      że często piszący tutaj są ślepi na problemy i potrzeby partnera.
      Dopóki nie potrafimy spojrzeć życzliwie, z miłością na partnera, a
      jedynie odmieniamy przez wszystkie przypadki nasze niespełnienie,
      nie zrobimy ani pół kroku w kierunku naprawy związku.
      • bi_chetny Re: Czy komuś się udało? 04.06.09, 09:48
        u mnie udało się, choć nadal nie jest idealnie. Mimo to uważam że to najlepsze
        możliwe rozwiązanie. A mogło skończyć się rozwodem.
        • mujer_bonita Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 11:13
          bi_chetny napisał:
          > u mnie udało się, choć nadal nie jest idealnie. Mimo to uważam że to najlepsze
          > możliwe rozwiązanie. A mogło skończyć się rozwodem.

          Ponieważ moderator forum kasuje nie te posty co trzeba;) (ale czy ta chwali mu/jej się!) to powtórzę:

          Autorka wątku ma prawo wiedzieć, że nie należysz do osób, którym 'udało się'. Zdrada, powrót, 'niby naprawa' a później druga zdrada + pozbycie się kręgosłupa moralnego moim zdaniem nie klasyfikuje tej historii do kategorii 'happy endu'.
          • bi_chetny Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 12:36
            łatwo ci oceniać. za łatwo. EOT
          • malalajza Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 20:50
            > Autorka wątku ma prawo wiedzieć, że nie należysz do osób, którym 'udało się'. Z
            > drada, powrót, 'niby naprawa' a później druga zdrada + pozbycie się kręgosłupa
            > moralnego moim zdaniem nie klasyfikuje tej historii do kategorii 'happy endu'.

            kurcze, mialam sie nie odzywac, ale jednak... moze dlatego, ze jestem swiezo po
            sesji u terapeuty
            kim jestes, ze uzurpujesz sobie prawo do takich wypowiedzi wobec kogokolwiek?
            co to ma byc "kregoslup moralny" i kto okresla jego definicie?
            skad wiesz, co naprawde dzieje sie w czyims zwiazku?
            czy osoba ignorujaca uparcie i od lat potrzeby i prosby partnera, wpedzajac go w
            kompleksy, obnizajac poczucie wlasnej wartosci, ma kregoslup moralny? tylko
            dlatego, ze nie chodzi na boki?
            hipokryzja...
            • mujer_bonita Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 23:34
              malalajza napisała:
              > czy osoba ignorujaca uparcie i od lat potrzeby i prosby partnera, wpedzajac go
              > w
              > kompleksy, obnizajac poczucie wlasnej wartosci, ma kregoslup moralny? tylko
              > dlatego, ze nie chodzi na boki?

              Proszę podaj mi miejsce w którym cokolwiek podobnego twierdziłam. Oszczędzę Ci czasu - nie ma takiego :)

              Tylko spójrz na to z innej strony - krzywda wyrządzona nam przez drugą stronę nie zdejmuje odpowiedzialności i winy z naszych czynów. Z ofiary bardzo łatwo stać się katem.

              > hipokryzja...

              Radzę sprawdzić w słowniku znaczenie tego słowa :)
              • malalajza Re: Czy komuś się udało? 06.06.09, 12:20
                > Proszę podaj mi miejsce w którym cokolwiek podobnego twierdziłam. Oszczędzę Ci
                > czasu - nie ma takiego :)

                Nie twierdzę, że pisałam, ale mam nieodparte wrażenie, że całym sercem stoisz po
                "drugiej ," stronie barykady. Ani słowem nie potępiasz ludzi robiącym piekło z
                małżeństwa poprzez odepchnięcie, ignorowanie potrzeb, brak zainteresowania
                partnerem, latasz tylko za Bi po rozmaitych wątkach i kąsasz go po łydkach jak
                mały piesek na wiejskiej drodze. Bo otwarcie napisał, że zdarzały/zdarzają mu
                się zdrady (aż tak nie śledzę, jego życia, więc do końca nie pamiętam)? W tym
                wątku akurat znalazłaś sobie pretekst, że zataił część prawdy (jak dla mnie
                akurat słaby argument).

                > Tylko spójrz na to z innej strony - krzywda wyrządzona nam przez drugą stronę n
                > ie zdejmuje odpowiedzialności i winy z naszych czynów. Z ofiary bardzo łatwo st
                > ać się katem.

                Ale tą odpowiedzialnością i winą niech już każdy zajmie się w zaciszu własnego
                sumienia.

                > > hipokryzja...
                >
                > Radzę sprawdzić w słowniku znaczenie tego słowa :)

                A tu poziom dyskusji zjeżdża nam poniżej akceptowalnego przeze mnie poziomu,
                miłej soboty życzę :)
                • mujer_bonita Re: Czy komuś się udało? 06.06.09, 13:48
                  malalajza napisała:
                  > Nie twierdzę, że pisałam, ale mam nieodparte wrażenie, że całym sercem stoisz p
                  > o
                  > "drugiej ," stronie barykady. Ani słowem nie potępiasz ludzi robiącym piekło z
                  > małżeństwa poprzez odepchnięcie, ignorowanie potrzeb, brak zainteresowania
                  > partnerem,

                  To masz złe wrażenie. Wątek nie dotyczy ludzi mających w d... potrzeby partnera więc o tym nie piszę. Ale jeżeli bardzo Ci na tym zależy to proszę:

                  Ludzie mający w dupie potrzeby partnera, świadomie je olewający krzywdzą tak samo jak zdradzający i zasługują na potępienie. Teraz jest wystarczająco jasne?

                  > Ale tą odpowiedzialnością i winą niech już każdy zajmie się w zaciszu własnego
                  > sumienia.

                  Hahaha :) Ty możesz po ludziach jeździć i oceniać (patrz własną wypowiedź wyżej o tych 'robiących piekło') ale tę drugą stronę należy zostawić w spokoju? I kto tu jest HIPOKRYTĄ?? :) :) :)
                  • malalajza Re: Czy komuś się udało? 06.06.09, 13:57
                    > Ludzie mający w dupie potrzeby partnera, świadomie je olewający krzywdzą tak sa
                    > mo jak zdradzający i zasługują na potępienie. Teraz jest wystarczająco jasne?

                    No proszę, znów ocena i brak cienia wątpliwości...
                    a ja nie wiem, kto zasługuje na potępienie i nie zamierzam nikogo na nie skazywać
                    to nie moja rola i Twoja też nie, ale widzę, że można Ci to jeszcze długo
                    powtarzać...

                    > Hahaha :) Ty możesz po ludziach jeździć i oceniać (patrz własną wypowiedź wyżej
                    > o tych 'robiących piekło') ale tę drugą stronę należy zostawić w spokoju? I kt
                    > o tu jest HIPOKRYTĄ?? :) :) :)

                    Gadasz od rzeczy :)
                    Pozdrawiam, EOT z mojej strony

                    • mujer_bonita Re: Czy komuś się udało? 06.06.09, 15:48
                      malalajza napisała:
                      > Gadasz od rzeczy :)
                      > Pozdrawiam, EOT z mojej strony

                      Taaaa... foch i znikam - jakież to klasyczne :)
                      EOT :)
                      • bi_chetny Re: Czy komuś się udało? 08.06.09, 07:48
                        z tobą się po prostu nie da rozmawiać i tyle. I nie myśl, że to dlatego, że brak
                        argumentów. po prostu szkoda czasu na pyskówki.
      • urquhart Re: Czy komuś się udało? 04.06.09, 13:59
        kachna79 napisała:
        > temat) i to nam wyszło na dobre:) Moim zdaniem problemów łóżkowych
        > nie rozwiązuje się łóżku, bo ich przyczyny leżą dużo głębiej niż
        > kwestie techniki i sprawności seksualnej. Drugi problem jest taki,

        Poniekąd, seks to język i jednen z filarów miłości, wielu osób już
        nie łaczą nawet resztki miłości tylko wspólne zobowiązania, dzieci,
        kredyty, poczucie bezpieczeństwa i przyzwyczajenie. Wtedy seksualnee
        niespełnienie drugiej strony jest najzupełniej obojętnie, jesli nie
        wręcz miłą odpłatą za własne niespełnione oczekiwania.

        > jedynie odmieniamy przez wszystkie przypadki nasze niespełnienie,
        > nie zrobimy ani pół kroku w kierunku naprawy związku.

        Z naprawy związku nie wynika bezpośrednio naprawa seksu tą iluzję
        rozwiewa choćby terapeutyczne doświadczenia opisane przez Prerel,
        jakkolwiek nie można sie poddawać trzeba główkować :)
        • kachna79 Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 10:10
          > Z naprawy związku nie wynika bezpośrednio naprawa seksu tą iluzję
          > rozwiewa choćby terapeutyczne doświadczenia opisane przez Prerel

          Moje doświadczenie osobiste przeczy temu twierdzeniu, ale faktem
          jest, że nasze problemy z seksem nie doprowadziły do rozkładu
          małżeństwa (tzn. my do tego nie dopuściliśmy). Oczywiście zdaję
          sobie sprawę z tego, że nie stanowię grupy reprezentatywnej, ale z
          drugiej strony "bliższa koszula ciału" i jeśli o związkach mowa to
          mój własny najbardziej mnie interesuje:)
        • aandzia43 Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 13:09
          > Z naprawy związku nie wynika bezpośrednio naprawa seksu tą iluzję
          > rozwiewa choćby terapeutyczne doświadczenia opisane przez Prerel,
          > jakkolwiek nie można sie poddawać trzeba główkować :)

          U nas wynikło bezpośrednio. Seks nie stanowi dla mnie jakiejś zupełnie odrębnej
          częsci mnie i moich związków z mężczyznami, jak nie ma seksu, to nie ma związku
          (dla mnie, rzecz jasna), zachowania nocne są odzwierciedleniem naszych zachowań
          dziennych, więc jak się poprawił całokształt związku, to się poprawił seks. Ale
          rozumiem, że nei u wszystkich par działa to tak "prosto".
          • kachna79 Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 13:11
            Rany boskie, Andzia zaczynam się bać;)
            • aandzia43 Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 13:24
              Rany boskie, Kachno, czemuż to?;-D
              • kachna79 Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 13:27
                Czasem mam wrażenie, że moja wrażliwość erotyczna jest klonem
                Twojej - a myślałam, że jestem oryginalna. Mam też coraz bardziej
                mieszane uczucia, kiedy Twoje wpisy wyrażają lepiej moje odczucia
                niż moje własne wypociny (jak chociażby w tym wątku):)
                • aandzia43 Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 13:37
                  No ta ja się też zaczynam bać;-)
                  Zauważyłam już wcześniej dużo podobieństw. Uff, muszę przemyśleć:-)
    • malalajza Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 01:23
      przeczytałam wszystkie Wasze wpisy... dziękuję wszystkim za wypowiedzi :)
      kolejny materiał do przemyśleń ;)

      jeden wniosek mi się nasuwa tak z marszu - lekko nie będzie :)
      jeśli w ogóle będzie, we'll see...
      • redstiletto nie wiem, z naciskiem na "nie"... 05.06.09, 08:30
        widziałam ten watek kilka dni temu...
        zastanawiałam się ile osób się dopisze..
        nie śledzę dokładnie tego forum i opisanych tu historii....wiec mogę powiedzieć
        tylko w swoim imieniu,,,zajrzałam tu rok temu z hakiem,,,od tamtej pory można by
        powiedzieć ze dużo sie zmieniło,,,ale generalnie w moim życiu a w zwiazku...:((
        nie mogę powiedzieć ze sie udało,,,i co raz bardziej tracę nadzieję że
        kiedykolwiek to powiem...
    • wawak40 Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 08:51
      Mnie sie nic nie udało. Wrecz odpusciłem sobie wszelkie próby. Wziałem "sprawy" w swoje rece, przyzwyczaiłem sie juz nawet do rozwiązania typu "zrób to sam" i .... zycie toczy sie dalej. Nie jest moze to o co chodziło w przypadku seksu, ale czy zawsze wszystko sie ma to co sie chce ?
      Zrywanie zwiazku to nie dla mnie, troche zycia juz przezyłem, tym bardziej ze sa dzieci, a w pozostałych dziedzinach wspolnego zycia jest ok.
      • laflover Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 09:26
        wawak40 napisał:


        > w swoje rece, przyzwyczaiłem sie juz nawet do rozwiązania typu "zrób to sam" i

        Nie uważasz że na dłuższą metę to frustrujące rozwiązanie?
        Szczególnie jak się rozejrzysz do okoła i zobaczysz że ludzie radzą sobie inaczej...
        Tak pytam bo być może mam/miałem podobny problem.
        • bi_chetny Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 09:35
          mega frustrujące. Niestety w sferze seksualnej nie zawsze możemy sie w 100%
          kontrolować.
          • jesod Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 10:55
            bi_chetny napisał:
            > mega frustrujące. Niestety w sferze seksualnej nie zawsze możemy
            sie w 100% kontrolować.

            Tak uważasz? Ja myślę, że wawak40 znalazł dla siebie optymalne
            rozwiązanie w układzie, w którym się znajduje, ponieważ zależy mu
            jeszcze na innych walorach tego związku, które też nie są bez
            znaczenia w jego życiu.
            Kiedy nie jesteśmy w stanie kontrolować naszej seksualności
            zahaczamy już o patologię.
            • bi_chetny Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 13:26
              napisałem "w 100%"
              • jesod Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 13:45
                bi_chetny napisał:
                > napisałem "w 100%"

                No i co z tego ma wynikać? :)
                • laflover Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 13:54
                  jesod napisała:

                  > bi_chetny napisał:
                  > > napisałem "w 100%"
                  >
                  > No i co z tego ma wynikać? :)

                  Pewnie: "nie możemy w pełni kontrolować"
                • bi_chetny Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 14:12
                  pomyśl
          • laflover Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 13:53
            bi_chetny napisał:

            > mega frustrujące. Niestety w sferze seksualnej nie zawsze możemy sie w 100%
            > kontrolować.

            Nie możemy się kontrolować w sferze fizycznej (fizjologicznej), nie możemy w
            emocjonalnej (silne emocje to czysta chemia).
            To qr.... co my możemy kontrolować? :D
        • wawak40 Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 14:25
          > Nie uważasz że na dłuższą metę to frustrujące rozwiązanie?
          > Szczególnie jak się rozejrzysz do okoła i zobaczysz że ludzie radzą sobie inacz
          > ej...
          > Tak pytam bo być może mam/miałem podobny problem

          Cale szczęscie jak ludzie sobie w tej dziedzinie radza nie widac gołym okiem. Co najwyzej mozna przeczytac i uwierzyc lub nie ;)

          Frustrujace ? Własciwie juz chyba nie. Tym bardziej ze nie jest tak ze w ogole nic sie nie dzieje miedzy nami w sypialni - dzieje sie tylko nie tak czesto jakbym chciał. Oczywiscie nie umiem tez powiedziec co bedzie za powiedzmy 5lat. Poki co w/g mnie lepsze rozwiazanie niz chodzenie "na głodzie" lub wieczne dopraszanie sie w sypialni.
    • zyg_zyg_zyg Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 10:16
      Mnie sie udało definitywnie odejść i uciąć kolejne powroty, ostatnie
      szanse, złudne nadzieje i gorzkie rozczarowania. I udało mi się
      stworzyć nowy związek, w którym moje potrzeby seksualne są ważne i
      zaspokajane. W którym w końcu czuję się tym, kim jestem - młodą
      kobietą, partnerką, kochanką i zwyczajnie radosnym człowiekiem, a
      nie sfrustrowaną, przygnębioną i zgaszoną nie-kobietą, która gryzie
      ściany z głodu fizycznej bliskości i coraz bardziej nienawidzi
      własnej seksualności, bo przynosi tylko cierpienie.
    • avide Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 10:51
      Wysiłkiem 3 letniej seksualno-erotycznej ewangelizacji mojej żony oraz mojego
      związku z punktu w którym kobieta uciekała mi z łóżka tuz PO, a seks odbywał się
      na zasadzie mojego napalenia i jej prawdopodobnie mdłości o kolejnym razie,
      doszedłem do punktu w którym:

      - żona mówi że seks jest dla niej satysfakcjonujący i nie wyskakuje już jak
      oparzona zaraz po moim orgazmie;

      - zaakceptowała smak i zapach mojej spermy i nie traktuje jej już jak silnie
      żrącego kwasu. O uwielbieniu tej części mnie mowy być nie może ale dobre i to.
      Szkoda bo jest to ogromnym afrodyzjakiem dla faceta.

      - nie potrzebujemy już wiadra lubrykantów by się kochać. Poznaliśmy jej ciało na
      tyle, że przynajmniej na te kilkanaście minut podniecenia wystarczy. Choć brzmi
      dla niektórych strasznie to w porównaniu do sytuacji wcześniejszej jest to duży
      krok do przodu.

      - seks oralny, wcześniej nie istniejący i "obrzydliwy z definicji", stał się
      stałym, przyjemnym dla obu stron elementem gry wstępnej (choć o pasji i
      uwielbieniu też mowy być nie może),

      - żona zrozumiała że jest kobietą i zaczęła ubierać i zachowywać co raz częściej
      się jak kobieta. Elegancko, kobieco czym nie powiem niezmiernie cieszy me oko,
      bo jako wzrokowiec lubię sobie "popatrzeć" na "kąsek" który za chwilę schrupię
      ;-). To w ogóle uważam za chyba największy sukces całej tej ewangelizacji. Ponoć
      uchodzi obecnie za najlepiej ubraną kobietę w pracy, co oczywiście przekłada się
      na odpowiednią liczbę komplementów (w tym również od koleżanek). To ważne o
      tyle, że buduje to poczucie własnej wartości i atrakcyjności. Ja mogę mówić 10
      razy, że wygląda świetnie a i tak zapyta się 11-sty. Obca osoba wystarczy że
      powie raz.

      - ostatnio nawet kupiła sobie bieliznę z myślą o mnie. Choć do wyuzdania jej
      daleko, to przynajmniej pierwszy raz w życiu zobaczyłem ją w ładnej bieliźnie,
      której sam jej wcześniej nie musiałem kupić bądź wybrać (duży plus).

      - zaszły głębokie zmiany w sposobie myślenia i postrzegania erotyki i
      seksualności człowieka. W rozmowie, podejściu, zachowaniu. Słowo "seks"
      "bzykać", "rżnąc" czy "pieprzyć" przestały być słowami z kategorii tabu.
      Swobodnie rozmawiamy na tematy dotyczące seksu (kiedyś to było nie do pomyślnia
      bo o tym się przecież nie mówi). Potrafimy OBOJE rozmawiać o seksie nie tylko
      między sobą ale i z obcymi.
      Ostatnio usłyszałem z jej ust: "Dziękuję ci kochanie, że otworzyłeś mi oczy na
      erotykę" Choć za wiele z tego póki co dla mnie konkretnie nie wynikło to i tak
      było to miłe, nie powiem. Potraktowałem to jako komplement.

      - nasz seks stał się z beznadziejnego taki ... przyjemny, miły czyli taki
      nijaki. Przyjemniej nie męczy, no ale może faktycznie ja za dużo od życia chcę a
      poprzeczki nie dość, że wieszam za wysoko to jeszcze ciągle je przesuwam..

      I wszystko wyglądało by pięknie i można by powiedzieć ze "udało mi się" gdyby nie:
      - prawie wszystkie zmiany to piekielnie małe kroczki, które tak naprawdę w
      minimalnym stopniu przekładają się na sam seks. Na to jaka jest w łóżku, jak MI
      jest z nią w łóżku, na spontaniczność, na okazywanie pożądania. Ilościowo bez
      zmian, bywa w miesiącu 2-3 razy, a czasami później 2-3 w ciągu jednego dnia.
      Wszystko są to zazwyczaj szybkie nieskomplikowane bzykania, w których nie ma
      mowy o grze damsko-męskiej, uwodzeniu, czy wzajemnej zabawie erotycznej własnymi
      ciałami. No ale może ja za wiele wymagam po 10-ciu latach ? Może sam fakt
      "dopuszczenia" powinien być powinien być atrakcyjny sam w sobie ?

      - ciągle mogę pomarzyć o jej orgazmie. Nawet osiągniętym samej ze sobą. Nie raz
      pisałem że widok kobiety szczytującej to także ogromny afrodyzjak sam w sobie.

      - tak samo w sferze fantazji pozostaje banalne "kochanie było, cudowanie, bosko,
      zajebiście* ",
      * - niepotrzebne skrelić
      zamiast tego zazwyczaj jest albo cisza, albo "było miło" lub zamiennie "było
      ok". Chyba Igge napisała niedawno tutaj jaka jest różnica w seksie między "było
      ok" a "było zajebiście". Ja odbieram to dokładnie tak samo.

      - no i nieustannie w sferze fantazji jest większość moich pomysłów jakie
      chciałbym z nią zrealizować, począwszy od banalnego złapania za fiuta w kinie i
      pokazania tym, że mnie pragnie (do niedawna mnie trzeba było związać by moja
      ręka nie wylądowała przynajmniej na jej kolanie lub udzie), poprzez mniej
      banalne ale wcale nie wyuzdane bzyknięcie w aucie, lodzik w przebieralni itp, na
      troche bardziej wyuzdanych kończąc (nagrać się na kamerę, jakieś przebieranki i
      zabawa itd.) O trójkątach, czworokątach czy ekshibicjonizmie lub choć
      spróbowania bardziej ekstremalnych jazd nawet nie myślę, bo wiem że i tak się
      nie zgodzi.

      To wszystko powoduje że prawie całkowicie przestałem inicjować seks (nie chce mi
      się, poza tym jak jej samej z siebie się nie chce, ja niestety ciągle nie mam
      szans ją nakręcić - jest to swego rodzaju pewne negatywne świadectwo dla mnie).
      Co raz częściej patrzę na swoja grabę jak na naprawdę fantastyczną kochankę
      (tylko pytanie czy o to w seksie chodzi ?). Zaczynam powoli rozumieć co
      poniektórych facetów mających żonę pod ręką a wolących
      porno+fantazje+renie_rączkowską.

      I tak to by wyglądało po 3 latach intensywnej i świadomej pracy nad seksem w
      związku.
      Czy mi się udało ? Trochę tak. Nie jest tak źle by rwać włosy. Ale żebym czuł
      się szczęśliwy i spełniony od tej strony rozpatrując związek ? Tego też nie mogę
      powiedzieć. Kto wie, może kiedyś, za kilka lat jak wytrwamy do tego czasu.
      Acha, jednego jestem pewien na milion procent. Żona nie jest ze mną dla dziecka.
      Zwyczajnie kocha mnie jak nikogo bardziej na świecie.

      Jak mi się udało osiągnąć to co jednak osiągnąłem, osiągnęliśmy ? Kolejność była
      taka.
      1) życie w nieświadomości faktycznego stanu seksualnego związku. tzn moje
      napalenie i zadowolenie i ciągłe łapanie każdej okazji do seksu oraz kompletne
      nierozbudzenie seksualne żony, a w efekcie "piłowanie" w trakcie każdego aktu.
      2) Zdanie sobie sprawy z istnienia problemu. Chęć naprawy. Czytanie na temat
      seksu, rozmowy na temat seksu, stopniowe budowanie najpierw własnej wiedzy
      seksualnej i psychologicznej a następnie podsuwanie książek, forum, artykułów i
      wszystkiego co związane z erotyką, kobieca seksualnością, fantazjami itd żonie w
      formie wybranych książek, artykułów, wątków. Całkowita jej obojętność na
      powyższe zabiegi.
      Następnie próby rozmowy o problemie i jej chowanie głowy w piach i
      bagatelizowanie wszystkiego. "Przecież jest seks więc o co ci chodzi"
      Nic nie chciała czytać (wstydziła się tego), nie chciała rozmawiać (krepowała
      się nie umiała wysłowić, nazwać np. narządów płciowych itp.). Nieustępliwość i
      determinacja z mojej strony. Dotąd ją cisnąłem aż się "złamała" psychicznie i
      przyznała do istnienia problemu.
      Następnie kolejne opory, ale zaczęła czytać, wspólne oraz osobne oglądanie
      filmów erotycznych, porno w celu oswojenia z tematem i próby znalezienia tego co
      ja kręci i podnieca najbardziej.
      Kolejny etap to poznawanie ciała. Pieszczoty kawałek po kawałku całego ciała i
      baczna obserwacja co jest miłe, co podniecające a co przyprawia o dreszcze.
      Kochanie się w rożnych pozycjach, z rożnym natężeniem szybkości namiętności.
      Bardziej służyłem jako wibrator niż kochanek. ale mi to pasowało wtedy.
      Kolejny etap to seksuolog. Najpierw jeden, słaby. Później drugi. Renomowany,
      dobry. Seksuolog, wiadomo fachura jakich mało, zajął się psychiczną stroną, bo
      wszystko przecież i tak jest w głowie. Ja nie miałem do tego ani wiedzy ani
      kompetencji.
      No i na sam koniec zakup całej gamy różnych akcesori seksualnych. Dwa okazały
      się strzałem w dziesiątkę. Miały swój wkład w element rozbudzania seksualnego i
      budzenia ciała do odczuwania przyjemności.
      No i chyba tyle.

      Fuck... ale elaborat wyszedł.... dla wybranych do przeczytania i przemyślenia ;-)
      • kachna79 Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 11:02
        Po przeczytaniu 2/3 dostałam zadyszki i odpadłam, ale doceniam, że
        piszesz o osobistych doświadczeniach. Świadomość, że opisujesz
        sytuacje majace miejsce relanie skłania do czytania - natomiast jak
        widzę taki długi "teoretyczny" elaborat to ...
      • avide Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 11:10
        Generalne spostrzeżenie co do tematu.
        Najważniejsze to się jest dobrze dobrać na poczatku. Pana może się jedynie dotrzeć w seksie, ale na pewno nie zmieni się natury człowieka.
        Żeby dobrze się dobrać trzeba najpierw samemu się dobrze poznać. A na to trzeba i czasu i odpowiedniej ilości różnych doświadczeń życiowych.
        Ludzie za szybko wchodzą w związki, ze zbyt małą znajomością siebie i własnych potrzeb.
        Poznajemy kogoś, zakochujemy się później męczymy bo akurat w łóżku jesteśmy na przeciwległych biegunach.
        Jestem pewien że moja żona była by idealna kochanką dla niejednego faceta. My akurat słabo się dopasowaliśmy w tym względzie i dlatego wiem już że "samo" nic się w tym związku nie zrobi.

        Ponadto, ewangelizowanie seksualne to nieustanna wyboista droga pod górę w dodatku usłana cierniami. Z lektury forum może 1 lub 2 przykłady można znaleźć którym się COŚ udało.
        Jeśli koszty nie są zbyt wielkie lepiej szybko zawrócić z tej drogi.
        Aż chce się powiedzieć "Malajazo i psie Sabo nie idźcie tą droga" ;-)

        Prawda jest taka że albo się dobierzesz i jest dobrze. A jak się chwilowo zagubicie to wtedy ewentualnie można próbować ponownie się odnaleźć. Ale do tego jest potrzebna baaaardzo głęboka analiza pierwszy 2-3 lat trwania związku czy jest w ogóle podstawa. Podejścia do seksu, znajomości fantazji pragnień. Jeżeli to wtedy nie grało w późniejszych latach uważam, że nie ma szans na to o co pytasz. Czyli takie faktyczne dogranie się w łóżku. Zawsze to będzie większy lub jeszcze większy kompromis.

        Uffff, naklikałem się ... chyba już wystarczy.
        Pozdrawiam wszystkich ciągłe próbujących i życzę wytrwałości w obranej drodze. Łatwo nie jest.

        A tymczasem borem lasem, jak to się mówi ;-)) ja zadzieram kiecę i lecę.

        Kurna, człowiek nawet nie czuje jak mu się rymuje ;-).

        Avide.
        PS. Jak coś się zmieni dam znać. Co by było dla potomnych.
        • jesod Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 11:43
          avide napisał:
          > Żeby dobrze się dobrać trzeba najpierw samemu się dobrze poznać. A
          na to trzeba i czasu i odpowiedniej ilości różnych doświadczeń
          życiowych.
          > Ludzie za szybko wchodzą w związki, ze zbyt małą znajomością
          siebie i własnych potrzeb.
          > Poznajemy kogoś, zakochujemy się później męczymy bo akurat w łóżku
          jesteśmy na przeciwległych biegunach.

          Wchodząc w jakikolwiek związek masz dość czasu aby poznać partnera,
          zakładając, że ten partner nie gra swojej wymyślonej roli.
          Zakochanie to jeden ze stanów, który pozwala poznać swoje ciała,
          wzajemne oczekiwania, reakcje, zachowania i potrzeby przynajmniej na
          tym etapie.
          W związku jest pewna intymność, która zawsze daje szanse na
          rozmawianie o seksie, o tym czego się chce i pragnie oraz jak się
          postrzega tę sferę naszego życia.
          Wcześniej oboje milczeliście na ten temat i nie było zajęć
          praktycznych?
          Tobie leciała ślinka, a ona nie wiedziła nawet z jakiego powodu? :)

          Też widzę w tym, co piszesz dużo teorii i niespełnionej namiętności,
          ale marzenia trzeba realizować. :-)

          • laflover Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 14:26
            jesod napisała:


            > Wchodząc w jakikolwiek związek masz dość czasu aby poznać partnera,

            Nie zgodziłbym się z tym tak zupełnie.

            > Zakochanie to jeden ze stanów, który pozwala poznać swoje ciała,
            > W związku jest pewna intymność, która zawsze daje szanse na
            > rozmawianie o seksie, o tym czego się chce i pragnie oraz jak się
            > postrzega tę sferę naszego życia.

            Oj zdecydowanie zakochanie nie jest dobrym momentem na rozmowy o "praktyce". Z
            głową w chmurach nie można rozmyślać o przyziemnych tematach, często się je
            omija lub zostawia na później.
            Fenyloetyloamina i dopamina zdecydowanie nie pozwala jasno, rozsądnie i
            logicznie myśleć a jeśli nawet jakieś wnioski się pojawia to jest tendencja do
            ignorowania ich wagi.
            :P

            > Tobie leciała ślinka, a ona nie wiedziła nawet z jakiego powodu? :)

            Przecież na początku to wystarczy właśnie :D
        • urquhart Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 11:55
          avide napisał:
          > Najważniejsze to się jest dobrze dobrać na poczatku. Pana może się
          jedynie dotr
          > zeć w seksie, ale na pewno nie zmieni się natury człowieka.
          > Żeby dobrze się dobrać trzeba najpierw samemu się dobrze poznać. A
          na to trzeba
          > i czasu i odpowiedniej ilości różnych doświadczeń życiowych.

          Nie piszesz tu o tym ale dla mnie twoj przypadek to nie tyle
          problem poznawania sie co dużo dobrych checi kontra przełamywanie
          typowych dysfuncji wyniesinych z rodziny pochodzenia. Sprzeczności
          na osi seks-bliskość. Podobnie zresztą jak u mnie.
      • bi_chetny Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 12:53
        avide: podziwiam twoją ogromną determinację. Ja też wykonałem sporo pracy, ale
        mam wrażenie, że niektóre rzeczy zacząłem zmieniać zbyt późno i nie mam chyba
        już tyle siły. Wczoraj zaproponowałem w Empiku zakup fajnego poradnika
        seksualnego. Odpowiedź żony: ale po co, przecież jesteś fantastycznym
        kochankiem. I co ja mam odpowiedzieć ?
        • laflover Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 14:29
          bi_chetny napisał:


          > seksualnego. Odpowiedź żony: ale po co, przecież jesteś fantastycznym
          > kochankiem. I co ja mam odpowiedzieć ?

          Że w życiu istotny jest rozwój a nie stanie w miejscu.
          Stać w miejscu to praktycznie - robić krok do tyłu. Bo Świat idzie do przodu :D
      • malalajza Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 14:03
        Przeczytałam wszystko :)
        Dzięki, pewnie jeszcze nieraz do tego wrócę
        Czy jednak jest to pocieszające, to nie wiem... ale zawsze cos :)
      • mantis_after_dinner avide, chyle czola, ALE 05.06.09, 14:04

        avide, chyle czola przed Twoja ewangelizacyjna praca u podstaw, ALE
        jedna rzecz mi sie w tej calej historii nie trzyma kupy:
        - jak to sie stalo, ze jakby nie bylo inteligentny gosc wpakowal sie
        w zwiazek z partnerka o TAK DIAMETRALNIE innych doswiadczeniach i
        potrzebach.

        I przychodza mi do glowy nastepujace odpowiedzi:
        a) nie byl swiadomy ze te potrzeby sa az tak diametralnie rozne,
        bo ... pewnie glownie dlatego, ze w stanie euforii i zakochania tego
        nie widac. No ale moim zdaniem po polrocznym a chyba nawet krotszym
        bliskim zwiazku z danym czlowiekiem wychodzi to jak na dloni. Nie
        dalej jak pol roku temu sama stracilam dla kogos glowe, ale jednak
        chyba na kazdym etapie tej znajomosci bylam w stanie zauwazyc, ze
        cos nas znacznie rozni i tym czyms byl wlasnie temperament.
        Doskonale sobie zatem zdawalam sprawe ze w tzw. long-term nie
        mialoby to zupelnie sensu bytu.
        b) kobieta miala inne cechy, ktore byly tak wazne i znaczace, ze w
        ich imie potencjalny partner przymknal oko na seks i
        stwierdzil 'dotrze sie to z czasem'. A poniewaz sporo juz o tym
        pisales, to mysle ze tu jest pies pogrzebany.
        c) no wlasnie - to sie zmieni z czasem.

        Oczywiscie jesli za bardzo sie wcinam - to nie odpowiadaj.
        Jakos tak odpisalam spontanicznie, bo nie zdawalam sobie chyba
        dotychczas sprawy, ze miedzy Wami jest AZ TAKA przepasc i troche mi
        sie ta historia wydaje nierealna (ewentualnie przedpisca nieco
        przebarwia).


        • glamourous Re: avide, chyle czola, ALE 05.06.09, 15:09
          mantis_after_dinner napisała:

          > avide, chyle czola przed Twoja ewangelizacyjna praca u podstaw,
          ALE jedna rzecz mi sie w tej calej historii nie trzyma kupy:
          > - jak to sie stalo, ze jakby nie bylo inteligentny gosc wpakowal
          > sie w zwiazek z partnerka o TAK DIAMETRALNIE innych
          > doswiadczeniach i potrzebach.



          Odpowiem w imieniu Avide (mysle, ze udzieli mi zaocznego
          pelnomocnictwa, jako ze wiele razy sam o tym pisal) : BARDZO MLODY
          BYL kiedy wkraczal w ten zwiazek i nie mial jeszcze tej calej wiedzy
          ktora ma dzis. Potem myslal, ze zona sie z czasem seksualnie
          rozwinie. No a potem, kiedy ostatecznie przejrzal na oczy, bylo juz
          za pozno : po slubie i po ptokach.
          Przy czym masz racje w swoim punkcie b) : zona rowniez zawsze bardzo
          odpowiadala mu pod wszelkimi innnymi wzgledami. Cos jak w moim
          przypadku z mezem : Graal w zyciu pod kazdym wzgledem, ale
          niekoniecznie w lozku.
          • mantis_after_dinner Ok, tyle ze 05.06.09, 16:05

            faceci maja raczej tak, ze im mlodsi, tym ten seks w zwiazku gra
            wieksza role (bo i potrzeby wieksze), a nie na odwrot.
            Tym bardziej jakos dziwi mnie 'przeoczenie' tak waznej kwestii w
            wieku BARDZO MLODYM (cokolwiek to ma oznaczac).

            No dobra, ale nie moja piaskownica ...
            • bi_chetny Re: Ok, tyle ze 05.06.09, 16:17
              ale właśnie w młodym wieku często faceci uważają, że kobieta się z wiekiem
              zmieni, że wyluzuje, jak będą mieszkać sami, jak przestaną istnieć inne,
              wymieniane przez kobietę przeszkody. Przecież ufają.
      • laflover Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 14:16
        >No i na sam koniec zakup całej gamy różnych akcesori seksualnych. Dwa >okazały
        >się strzałem w dziesiątkę. Miały swój wkład w element rozbudzania

        Z czystej ciekawości, co to za akcesoria akurat ?

        Nie czujesz się trochę jak nauczyciel który ma na "warsztacie" trochę niesforną
        i nie mającą ochoty do nauki uczennicę?
        Tyle jej poświęcając uwagi z pewnością można w końcu do czegoś dojść (do
        wyników) ale w końcu przychodzi moment że masz dość, chciałbyś żeby to Ciebie
        ktoś przez chwilę czegoś pouczył, czymś zaskoczył, "przejął pałeczkę"....
        Jak nie ma tej odmiany to czasem głupie pomysły do głowy wpadają ;)
      • aandzia43 Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 14:26
        Szacun Avide:-) Nie po raz pierwszy.
      • arronia Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 14:47
        Avide, napisałeś dużo o zmianach w żonie. A zmiany w Tobie? Chętnie bym
        poczytała, bo jakoś tak tylko to pół-zdaniem musnąłeś? A nie wierzę, że możliwa
        jest zmiana tylko jednego kawałka puzzla :)
      • mantis_after_dinner avide - i jeszcze jedno aporpos tego elaboratu 05.06.09, 15:26

        Wyglada na to, ze ta pani jest po prostu nie obudzona seksualnie i
        teraz sa dwie drogi:
        a) albo ta Twoja praca u podstaw cos da i wreszcie pani sie obudzi,
        czego zycze
        b) albo po prostu to nie ten facet - to jest ten mniej optymistyczny
        wniosek. Bywa tak, ze kobieta trwa w takim uspieniu
        niewiadomoileczasu, po czym spotyka przypadkiem na swojej drodze
        innego delikwenta, przy ktorym wybucha. I ten delikwent niekonicznie
        musi akurat cokolwiek robic, zeby to sie stalo - wystarczy, ze
        zwyczajnie jest i reaguje na sygnaly wysylane przez nia.
      • possessive Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 22:38
        Ja podziwiam.
      • justysialek Re: Czy komuś się udało? 08.06.09, 14:14
        Cześć Avide ;)
        Dawno mnie tu nie było a tu taki wątek!
        Z jednej strony cieszę się za Ciebie a z drugiej... wiesz, bo sam
        się do końca nie cieszysz.

        Co do temtu wątku - to mogę spokojnie odpowiedzieć, że nam się udało!

        Wiele się zmieniło od tamtych wpisów i wiele od ostatniego razu,
        kiedy tu byłam. Szczerze mówiąc nie pamiętam, kiedy to było ;)
        I zmieniło się nie tylko w nim ale i we mnie, bo "wina" w sumie
        leżała po obu stronach. Jest naprawdę super i nawet moja niedawno
        przebyta operacja piersi nie zepsuła nam zabawy i nie odebrała
        ochoty, a to chyba bardzo dobry znak ;)
        Miło tu wpaść tak przypadkiem a nie dlatego, że ma się potrzebę ;)

        Pozdrawiam wszystkich gorąco, a w szczególności Avide ;))
    • dadaczka tak udało się 05.06.09, 11:33
      przejść z bezseksia do satysfakcjonującego seksualnie związku (o
      tyle było łatwo, że na jakość nigdy nie narzekałam a na
      częstotliwość). Udało się również małymi i dużymi kroczkami i
      krokami poprawić relacje między nami - i to zasadniczno.
      Jak? "Siłom i godnościom osobiostom" ;-). A poważnie - nie do końca
      wiem choć mam przekonanie, że duże znaczenie miał upór, żeby wytrwać
      w związku i cierpliwość, próby nawiązania komunikacji (przez długi
      czas z reguły nieudane), teraz z perspektywy widzę, że fundamentalne
      znaczenie ma okazywanie sobie nawzajem akceptacji itp. Tak jak z
      dzieckiem - więcej zdziałasz pochwałą niż ochrzanianiem. Nie mówię,
      że jest łatwo, zajęło to wiele lat.
      • jesod Re: tak udało się 05.06.09, 12:02
        dadaczka napisała:
        > nie do końca wiem choć mam przekonanie, że duże znaczenie miał
        > upór, żeby wytrwać w związku i cierpliwość, próby nawiązania
        > komunikacji (przez długi czas z reguły nieudane), teraz z
        > perspektywy widzę, że fundamentalne znaczenie ma okazywanie sobie
        > nawzajem akceptacji itp.

        Właśnie o to chodzi! Ładnie to napisałaś. :)
        Nad jakością naszego seksu trzeba sobie popracować, ale do tej pracy
        musimy mieć wystarczającą motywację.
        Silną motwację dają nam odwzajemnione uczucia do drugiej osoby,
        które pozwalają nam rozwinąć skrzydła.
        Oczekujemy nie wiadomo jakich przeżyć z legendarnych opowieści,
        myśląc, że sam fakt posiadania ciała i jego płeć mają nam
        zagwarantować odlotowe wrażenia.
        A tu, nie ma tak hop....
        • urquhart Re: tak udało się 05.06.09, 12:53
          > Nad jakością naszego seksu trzeba sobie popracować, ale do tej
          pracy
          > musimy mieć wystarczającą motywację.
          > Silną motwację dają nam odwzajemnione uczucia do drugiej osoby,
          > które pozwalają nam rozwinąć skrzydła.
          > Oczekujemy nie wiadomo jakich przeżyć z legendarnych opowieści,
          > myśląc, że sam fakt posiadania ciała i jego płeć mają nam
          > zagwarantować odlotowe wrażenia.

          jedni muszą pracować w pocie czoła a inni obok mają na wyciągniecie
          ręki i zawołanie to co zamarzą :)
          najczęściej jednak to ci nie zwiazani dożywonia umową na
          wyłaczność :)
          • jesod Re: tak udało się 05.06.09, 13:42
            urquhart napisał:
            > jedni muszą pracować w pocie czoła a inni obok mają na
            wyciągniecie ręki i zawołanie to co zamarzą :)

            Praca w pocie czoła, to chyba przesada? To walenie głową w mur,
            mordęga, pańszczyzna i plonów nie da się zbierać. :)
            Jeśli mówimy tu o pracy, to raczej o takiej, która jest
            przyjemnością i pasją jednocześnie. :-)))
            Temperamenty partnerów są różne, ale w związkach opartych na
            silnych uczuciach daje się wypracować kompromis. Obydwu stronom
            musi na tym zależeć.

            > najczęściej jednak to ci nie zwiazani dożywonia umową na
            wyłaczność :)

            Tak sądzisz? A nie więcej w tym bicia piany, zachłystywania się i
            przekonywania samego siebie, że tak jest? :)
            Każdą umowę można rozwiązać.
            Ciało na wyciągnięcie ręki - ciał jest dużo, ciał nie brakuje. Ale
            ciało, które jest osiągalnym marzeniem na wyciągnięcie ręki, nie
            zawsze jest w stanie zagwarantować nam to coś, co daje poczucie
            satysfakcji, spełnienia, radości, poczucia szczęścia.
            Zamiast tego, czasem zaspokaja nas tylko fizycznie i dalej jest
            czegoś brak, i dalej życie wygląda nie tak.....
            • mujer_bonita Re: tak udało się 05.06.09, 13:55
              jesod napisała:
              > Temperamenty partnerów są różne, ale w związkach opartych na
              > silnych uczuciach daje się wypracować kompromis.

              Doświadczenie forum mówi niestety coś innego. Kompromis da się wypracować w wielu dziedzinach życia - w seksie jest piekielnie trudno. Inną kwestią jest to, że kompromis przy bardzo dużych różnicach to sytuacja, która może ani jednej ani drugiej stronie nie odpowiadać.
              • jesod Re: tak udało się 05.06.09, 14:30
                mujer_bonita napisała:
                > Doświadczenie forum mówi niestety coś innego.

                To jest tylko forum. Na wyciąganie ogólnych wniosków zbyt mało
                reprezentatywne, pomijając fakt, iż zapewne wiele historii jest
                wyssanych (hi, hi, hi...) z palca, ale wszystkim dajemy tutaj wiarę
                i tak sobie dysktutjemy.

                >Kompromis da się wypracować w wielu dziedzinach życia - w seksie
                jest piekielnie trudno.

                Myślę, że to dziedzina naszego życia jak każda inna. Problem leży
                jedynie w tym, iż niewielu ma chęć i odwagę o niej otwarcie mówić,
                nawet w związkach partnerskich.
                W seksie też można osiągnąć kompromis, ale tutaj podbudowę stanowią
                przede wszystkim więzi emocjonalne między partnerami, a chodzi
                przecież o wzajemne zaspokajenie swoich potrzeb.
                Bywa trudno, to fakt, ale przecież wszystko zależy od naszej
                determinacji i przekonania.
                Kiedy zaczynamy przekraczać granice tego, co akceptujemy i
                zaczynamy się zmuszać do rzeczy, ktorych tak naprawdę nie chcemy -
                pozostaje się rozstać.

                >Inną kwestią jest to, ż e kompromis przy bardzo dużych różnicach
                to sytuacja, która może ani jednej ani drugiej stronie nie
                odpowiadać.

                Tu Ci przyznaję rację, ale rozwiązanie podałam już wyżej -
                rozstanie, bo po co się męczyć bez szans na polepszenie?
                My też się ciągle zmieniamy i uczymy.
                Nasze wymagania nie mogą być, aż tak bardzo samolubne, bez brania
                pod uwagę partnera.
                Czy, po jakimś czasie trwania związku będziesz wymagała od niego,
                aby był tak samo sprawny i wydolny jak na początku, kiedy stać go
                było trzy razy pod rząd na harce miłosne?
                Zakładam, że zależy nam na partnerze.

                • mujer_bonita Re: tak udało się 05.06.09, 14:40
                  jesod napisała:
                  > Myślę, że to dziedzina naszego życia jak każda inna.

                  Niestety nie. Seks jest chyba jedyną dziedziną naszego życia w której trudno jest zrezygnować z wyłączności. Jak nie znosisz piłki nożnej to partner idzie na mecz z kolegami - w seksie już tak nie ma. Kompromis jest o wiele trudniejszy bo ociera się o - jak sama napisałaś - 'zmuszanie do rzeczy, których tak naprawdę nie chcemy'.

                  > Tu Ci przyznaję rację, ale rozwiązanie podałam już wyżej -
                  > rozstanie, bo po co się męczyć bez szans na polepszenie?

                  Bo seks nie jest jedyną dziedziną życia pod kątem której oceniamy partnera. Dobry seks jest często właśnie poświęcany w kompromisie za resztę dobrego związku.
            • bi_chetny Re: tak udało się 05.06.09, 14:00
              naprawdę uważasz że taka praca to przyjemność ? Zapewniam cię, nie jest tak.
              • jesod Re: tak udało się 05.06.09, 14:34
                Kiedy tak nie jest, seks przestaje być radością. Pozostaje
                przeprowadzić radykalne zmiany, bo w dobrym seksie nic nie dzieje
                się na siłę, a Ty chyba nie jesteś galernikiem??? :)))
                • jolusia1001 Re: tak udało się 05.06.09, 22:11
                  mi sie udało i mimo tego ze teraz mamy wiecej cichych dni jedno jest pewne że jak sie kochamy to nie dlatego że jedno lub drugie tylko chce ale dlatego że oboje tego pragniemy. miałam problem typu że mój mąż dużo pracował i przeważnie nie miał ochoty na seks wieczorkami po pracy. jestem typem człowieka co cierpi i w środku dusi wszystko ale do czasu... były nawet sytuacje że budziłam męża i proponowałam seks, śmieszne co. wkoncu niewytrzymałam i któregos wieczora wytłumaczyłam mu dobitnie czego potrzebuje... on jest typem faceta jakich może mało ale seks dla niego to moze być 2 razy w miesiacu. niestety dla mnie nie, no wiadomo codziennie tez nie bo to już rutyna ( jak dla mnie)a nie przyjemność. no i wyobrażcie sobie że od tego czasu nie musze już go budzić zeby sie kochać z nim. ale tak jak napisałam wyjaśniłam mu w szczegółach to czego ja oczekuje i oczywiście jego też zapytałam jakie on ma oczekiwania na dzien dzisiejszy. i nie było mi łatwo rozmawić z nim na temat seksu bo raczej on unikał tego tematu. teraz sama staram sie wprowadzać cos nowego i miłego dla mojego kochanego męża bo naprawde on sie stara...
                  jest jeszcze jeden problem z którym staram sie walczyć tj: mało rozmawiamy ze soba tak ogólnie ale to juz inny wątek. pozdrawiam wszystkich i głowa do góry.
                  • jesod Re: tak udało się 05.06.09, 23:10
                    Moim zdaniem jesteś na właściwej drodze i to było najlepsze co
                    mogłaś zrobić! Jeśli mężczyźnie na Tobie zależy, to na pewno weźmie
                    pod uwagę wszystkie sygnały, które mu wysyłasz. Te artykułowane
                    jasno i wyraźnie też. :)
                    Jestem za otwartością w związku i mówieniem wprost, czego oczekujemy
                    i o czym marzymy. Wszystko można przegadać i nawet tę sferę naszego
                    życia , a to przegadywanie może być namiętne i bardzo
                    podniecające. :-)
    • malalajza Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 14:20
      > Nie dobry/zły tylko ukrywa/nie ukrywa. Zapytałaś komu się udało a kto poszukał
      > rozwiązania na boku. Bi imo nie należy do tej kategorii na którą wskazywałaby j
      > ego wypowiedź.

      z innych wypowiedzi Bi na forum juz do mnie dotarlo, ze nie jest "święty" i
      przez taki pryzmat odczytałam jego wiadomosc

      wzial pod uwage tylko jeden aspekt mojego pytania, odpowiadajac, jak jest w zwiazku
      tak zrozumialam
      reszte umiem dospiewac sobie sama :)
      • bi_chetny Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 14:23
        mało tego, nigdy za świętego się nie uważałem. nie moralizuję, nie prezentuję
        jedynie słusznych poglądów. Uważam że jesteśmy ludźmi i każdy z nas dokonuje
        wyborów w pewnych niepowtarzalnych okolicznościach.
      • mujer_bonita Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 14:27
        malalajza napisała:
        > reszte umiem dospiewac sobie sama :)

        Przeczytałaś, dośpiewałaś... ;) Gratulacje. Prościej by było przeczytać szczerą
        wypowiedź :D
        • laflover Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 14:35
          mujer_bonita napisała:


          > Przeczytałaś, dośpiewałaś... ;) Gratulacje. Prościej by było przeczytać szczerą
          > wypowiedź :D

          Ale Twoja szczerość już nic nie wnosi do tematu jak zauważyłem. Każdy ma swój
          mózg i może ocenić po swojemu to co ktoś napisze, branie wszystkiego na forum za
          wykładnię życia jako takiego byłoby dla każdego potencjalnego "czytacza"
          strzałem w kolano.
          Zauważyłem że osoby tu piszące od dawna mają swoją własną teorię życiową i
          bronią jej własną piersią (i dobrze) co najmniej jak flagi bitewnej. Tylko nie
          są otwarci na inne prawdy życiowe które mogą mieć takie samo prawo bytu jak i
          ich własne.
          Nie ma uniwersalnego sposobu na szczęśliwe życie .
          • mujer_bonita Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 14:44
            laflover napisał:
            > Ale Twoja szczerość już nic nie wnosi do tematu jak zauważyłem. Każdy ma swój
            > mózg i może ocenić po swojemu to co ktoś napisze,

            O ile daje pełen obraz (patrz Avide) to jasne :)

            > Nie ma uniwersalnego sposobu na szczęśliwe życie .

            Ale nie mówimy o ocenie sposobu na życie tylko o PRZYZNANIU się do tego sposobu. Rozumiesz różnicę?
            • laflover Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 15:06
              mujer_bonita napisała:

              > > mózg i może ocenić po swojemu to co ktoś napisze,
              > O ile daje pełen obraz (patrz Avide) to jasne :)

              Ok - post Avide wygląda w porządku ale równie dobrze może być wyssanym z palca
              lub pobranym z sufitu "palcodziełem" namiętnego klepacza w klawiaturę. Widzisz
              różnicę? Ja Avide nie znam (nie wiem jak Ty, może być równie dobrze Twoim bratem
              lub mężem) - w necie można uprawiać różne kombinacje.
              Widzisz różnicę ? :)

              > Ale nie mówimy o ocenie sposobu na życie tylko o PRZYZNANIU się do tego sposobu
              > . Rozumiesz różnicę?

              Nie rozumiem czemu się tak czepiłaś człowieka ? :) Pokaż gdzie coś ściemnił i
              będziemy mieć obraz pełen. Nie będzie musiał się tłumaczyć, Ty wysilać się na
              rozjaśnianie obrazu. Każdy samodzielnie oceni jak traktować jego wypowiedzi.

              Co nam da czepianie się szczegółów kiedy i tak nie można żadnego z nich w pełni
              zweryfikować? Ważne są chyba jakieś pomysły, idee, przykłady by były dla kogoś
              inspiracją a nie udowadnianie że ktoś ma rogi mniejsze lub większe.

              A dobra, lepiej dam już sobie sianka :-X
            • aandzia43 Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 20:27
              > O ile daje pełen obraz (patrz Avide) to jasne :)

              Chciałam zauważyć, że nie masz bladego pojęcia (i ja też nie mam) o tym, czy
              Avide dał pełny obraz. Nic nigdy nei pisał, czy jest wierny żonie, czy zawsze
              jej był, i mnie nic do tego, pytać nie będę, bo nie mój biznes. Bi przyznał się,
              to fakt. Ale nie wiemy, czy tylko on ma ten grzech na sumieniu.
              Soryy Avide:-), ale jak już przywołano twój przykład, to się nim posłużyłam w
              dyskusji. Już się zamykam, bo nic mi do twojego życia. I do życia Bi też.
              • mujer_bonita Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 23:36
                aandzia43 napisała:
                > Chciałam zauważyć, że nie masz bladego pojęcia (i ja też nie mam) o tym, czy
                > Avide dał pełny obraz. Nic nigdy nei pisał, czy jest wierny żonie, czy zawsze
                > jej był, i mnie nic do tego, pytać nie będę, bo nie mój biznes. Bi przyznał się
                > to fakt. Ale nie wiemy, czy tylko on ma ten grzech na sumieniu.

                W takim razie poprawiam - nie wiemy czy Avide dał pełny obraz sytuacji. Wiemy, że Bi dał niepełny. Kropka.
        • malalajza Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 14:38

          > Przeczytałaś, dośpiewałaś... ;) Gratulacje. Prościej by było przeczytać szczerą
          > wypowiedź :D

          dzięki, daję radę ;)
          po prostu daleka jestem od wydawania ocen na czyjkolwiek temat

          sporo zlosci w Twoich postach...
          • mujer_bonita Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 14:41
            malalajza napisała:
            > sporo zlosci w Twoich postach...

            Irytacji :) Każdy ma swojego fioła - ja nie znoszę usprawiedliwiactwa :)
            • cyklista6 Re: Czy komuś się udało? 05.06.09, 15:41
              Uprzejmie proszę - zakończcie tę "dyskusję", psujecie ciekawą dyskusję i dobry
              posting Avide.
          • efi-efi Re: Czy komuś się udało? 18.06.09, 10:43
            malalajza napisała:

            >
            > > Przeczytałaś, dośpiewałaś... ;) Gratulacje. Prościej by było przeczytać s
            > zczerą
            > > wypowiedź :D
            >
            > dzięki, daję radę ;)
            > po prostu daleka jestem od wydawania ocen na czyjkolwiek temat
            >
            > sporo zlosci w Twoich postach...


            - w Twoich też, i mimo, że tak bardzo deklarujesz fakt nie oceniania
            kogokolwiek- robisz to
            • bi_chetny Re: Czy komuś się udało? 19.06.09, 09:41
              ciekawe, ja nie zauważyłem.
            • mujer_bonita Re: Czy komuś się udało? 19.06.09, 13:58
              efi-efi napisała:
              > - w Twoich też, i mimo, że tak bardzo deklarujesz fakt nie oceniania
              > kogokolwiek- robisz to

              KAŻDY ocenia. Taka już nasza natura. Kto mówi, że tego nie robi - oszukuje sam siebie. Zwykle ludziom wydaje się, że nie oceniają gdy mają niższe standardy moralne. Ale nie uznanie jakiegoś zachowania za złe paradoksalnie też jest oceną. I krytykowanie odmiennego zdania też.
    • aandzia43 Re: Czy komuś się udało? 06.06.09, 01:51
      Udało się. Jak się każde z osobna wzięło za swoje problemy
      psychiczne pozornie z seksem nie związane i każde trochę sobie pod
      kopułą poukładało, to i seks się poprawił (obok paru innych równie
      ważnych rzeczy). Polecam takie podejście do sprawy. Można sobie
      zaoszczędzić lata miotania się i wszczynania nieskutecznych akcji. I
      załatwić parę spraw za jednym zamachem.
    • zakletawmarmur Re: Czy komuś się udało? 08.06.09, 10:35
      Trzeba by jeszcze określić co rozumiesz pod pojęciem "udało się". Rok temu nasze
      życie seksualne było w rozsypce. Mój narzeczony jest z tych, dla których seks
      ważny nie jest. Jest to związane z wieloma sprawami takimi jak wychowanie czy
      charakter. Uważał, że to naturalne, że po paru latach wspólnego życia ludzie się
      już nie bzykają. Nie odczuwał potrzeby, żeby seks dalej był w jego życiu (to
      plus dla tych, które cenią sobie wierność).

      Co się zmieniło? Bezspornie udało się zwiększyć ilość seksu i ogólne
      zainteresowanie tą tematyką. Częściej mnie zaczepia, flirtuje, to głównie on
      proponuje seks. Znowu czuje się przy nim kobietą-kochanką... Udało mi się też
      zaakceptować sporą część jego "wad". Już nie irytują mnie tak jak kiedyś, raczej
      wydaj mi się "takie urocze". On dzięki temu też z przymrużeniem oka patrzy na
      więcej moich wad, niż wcześniej...

      Głównym problemem są jego zahamowania seksualne (wyniesione z domu i otoczenia,
      w którym sie przez lata obracał) i niska samoocena. Tak było zawsze, mogłam to
      wyczuć ale kiedyś brakowało mi tej świadomości.

      Zahamowania seksualne możemy wspólnie pokonywać, tak jak do tej pory... Widzę,
      że chce, że stara się. Ta świadomość dużo dla mnie znaczy. Nawet jak coś
      okazałoby się poza jego zasięgiem, to byłabym w stanie to zaakceptować. Nie
      muszę zdobywać seksualnej Czomolungmy, żeby być z nim szczęśliwa (póki co).

      Problemy z poczuciem własnej wartości stanowią esencję wszystkich naszych
      problemów. Są cholernie męczące, bo objawiają się na różne sposoby, w różnych
      sferach naszego życia. Dopiero zaczynamy sobie to wspólnie uświadamiać. Co z tym
      dalej zrobimy, jeszcze nie wiem... Trudno mi by było to tak zupełnie
      zaakceptować, tu musi się coś zmienić...

      Jest lepiej niż było. Jesteśmy z sobą szczęśliwsi. To chyba dużo udało nam się
      osiągnąć?
      • gdzieja Re: Czy komuś się udało? 18.06.09, 01:17
        Trafiłam na to forum przypadkiem i od tej pory od czasu do czasu podczytuję.
        Bardzo pouczająca lektura, bo pokazuje te same historie widziane oczami dwóch
        stron...kto wie, czy czasem nie rozmawiamy ze swoimi partnerami? Chociaż wątpię,
        bo jakby obydwoje podczytywali to forum i obydwojgu by bardzo zależało to nie
        byłoby tylu problemów. Pojawiłby się dystans do sprawy i wzajemne zrozumienie
        sytuacji a więc i możliwość znalezienia rozwiązania, które uszczęśliwiło by
        obydwoje (czasem byłaby to pewnie i decyzja o rozstaniu, ale niekoniecznie
        smutna, jeśli w atmosferze zrozumienia i zgody)

        W każdym razie jak dla mnie to forum jest tylko pozornie pesymistyczna.
        Dlaczego? Bo ja jestem z tych, co wierzą, że prawie każdy problem można
        rozwiązać, jeśli sobie go uświadomimy i mamy motywacje. Nie wnikałabym, czy
        takim forumowiczom jak avide czy b_chętny czy innym się udało...ja skupiam się
        na tym co oni czują w związku z opisywanymi przez nich sytuacjami, czego
        potrzebują, jak odbierają swoje partnerki...o pewnych rzeczach "mi się nie
        śniło", pewnych nie brałam tak serio. A tak przy okazji, wychodzi na to, że
        facet wcale nie jest konstrukcją tak prostą jak budowa cepa. Też jesteście na
        swój sposób skomplikowani.

        • gdzieja Re: Czy komuś się udało? 18.06.09, 01:48
          Odnośnie pouczającej lektury ...wzięłam sobie co poniektóre opinie do serca i
          też zaczęłam pracować nad sobą i swoim związkiem. Niby jest dobrze, ale może
          może być jeszcze lepiej? A może mnie jest dobrze, a mój partner poprostu bierze
          co dają, nie umie czy nie czuje, że ma prawo wymagać więcej. Hmm, po prostu
          sobie przypomniałam też, że nad związkiem trzeba pracować. Rzeczywiście, przed
          ślubem to wszyscy jesteśmy tacy skupieni na sobie, a potem...dzieci, praca, dom
          i pozorne raczej rutynowe zainteresowanie sobą. Człowiek myśli o rozwijaniu się
          zawodowo i ogólnie o niezaniedbywaniu rodziny i czuje się jakąś pustkę.
          Oczywiście fazy w związku mogą być różne, u nas były fajerwerki przed ślubem i
          po, aż do pojawienia się dziecka. potem kilkumiesięczna przerwa, potem trudny
          powrót - nauka, żeby czuć przyjemność, potem nauka żeby osiągnąć pełną
          satysfakcję, i żeby osiągać ją częściej i szybciej, no i udało się, wybuchnęły
          fajerwerki i to jeszcze jakie ... no i zachciało nam się znowu dziecka...jeszcze
          2/3 ciąży zagrożonej...po porodzie szybko zaczęliśmy od nowa, tym razem bardzo
          bardzo chciałam szybko wrócić do zbliżeń, ale jak na razie to nie to co było.
          Mówię, że tym razem szybko, bo poprzednio niby chciałam, żeby było jak przed
          ślubem, ale nie wydawało mi się to takie konieczne...gdyby nie potrzeby męża i
          moja miłość do niego to przyjęłabym, że po porodzie tak bywa, że się fizycznie
          nie chce, że nie wychodzi i tyle. Ale teraz czuję inaczej, chociaż moje ciało
          wydaje się nie rozbudzone jeszcze po tej przerwie to ja czuję głód i nie mogę
          się doczekać fajerwerków z ubiegłego roku. I głupio mi wobec męża, że na razie
          tak nie wychodzi, chociaż daję słowo, że pragnę go całą sobą. Trochę czuję się
          jak w klatce, tym razem jednak wiem, że wszystko wróci do normy. Ale nie
          zamierzam czekać aż samo się zmieni. I tu ten mój optymizm, bo co poniektórzy
          użytkownicy płci męskiej tego forum uświadomili mi parę rzeczy. Widzę, że mojego
          partnera martwi obecny stan rzeczy, ale nie sądziłam, że aż tak mże go martwić
          mój brak orgazmów jak to opisuje kilku forumowiczów. Jakoś było mi żal, ale
          myślałam, że to tylko mój problem, ważne, że jestem w stanie dać rozkosz
          partnerowi, a że on taki wygłodniały po okresie postu to ta rozkosz jest większa
          jak wcześniej. Ale rzeczywiście za każdym razem pyta, czy mi było dobrze i czy
          miałam orgazm i się martwi, że on nie dość dobry, albo,że przez te porody już
          nie będzie w stanie mnie zaspokoić bo ma za małego. Nie pomyślałam, żeby się
          postawić na jego miejscu. Dotychczas to bagatelizowałam temat, bo wiem, że w
          miarę regularnego seksu powinno się poprawić, a na pewno jak skończę karmienie
          piersią. Ale teraz widzę szybsze rozwiązanie. Znalazłam całą serię odpowiednich
          ćwiczeń wzmacniających mięśnie i poprawiających ukrwienie. Poza tym, w co trudno
          mi uwierzyć, udało mi się jeszcze lepiej zorganizować sobie czas - tak, że mam
          go dla siebie, na to, żeby zadbać o swój wygląd, na przemyślenia i przez to
          jeszcze bardziej jestem podkręcona. Moja połówka chyba dostrzegła, że coś się
          zmienia na lepsze, nie komentuje, ale często mi się przygląda i uśmiecha, i
          przynosi mi kwiaty - o tym kiedyś nie często myślał-raczej przynosił na moje
          "zamówienie". I to mnie jeszcze bardziej podkręca. Sama inicjuję kontakty i
          zawsze czuję, że tym razem będą będą fajerwerki. I ostatnio już było bardzo
          bardzo blisko. Także nie martwię się dalej...Ale nie czekam, że przyjdzie samo.
          A czemu po ślubie, po dziecku się często wszystko zmienia. Wiadomo stresy,
          obowiązki, praca, mało czasu dla siebie, zmęczenie, ale u mnie i przed ślubem
          tak było. A mój mąż jest teraz dla mnie jeszcze bardziej pociągający jak wtedy
          (ja ponoć też). Może za bardzo wczuwamy się w nowe role i zapominamy o sobie,
          swoich potrzebach, o tym, że siebie też powinniśmy zaspokoić - siebie i swoje
          uczucia związane z partnerem.
        • jesod Re: Czy komuś się udało? 18.06.09, 08:51
          gdzieja napisała:
          > Bo ja jestem z tych, co wierzą, że prawie każdy problem można
          > rozwiązać, jeśli sobie go uświadomimy i mamy motywacje.

          Ja też jestem z tych, co w to wierzą. ;)
          Nie ma nic ważniejszego, jak uświadomienie sobie tego, jacy sami
          jesteśmy i czego potrzebujemy. Poznanie siebie - to jest punkt
          wyjścia do rozwiązania wielu problemów lub pseudoproblemów.
          Właśnie dopiero wtedy jesteśmy w stanie rozpoznać swoje motywacje i
          właściwie sterować dalszym naszym postępowaniem.
          Ale to wszystko tak bardziej na spokojnie, bo w emocjach, jeśli nie
          uda nam się zapanować nad pierwszymi odruchami, zawsze reaguje się
          inaczej......

          > A tak przy okazji, wychodzi na to, że facet wcale nie jest
          > konstrukcją tak prostą jak budowa cepa. Też jesteście na swój
          > sposób skomplikowani.

          Pieczesz swoją pieczeń?! :-)))) Dobrze, masz stuprocentową rację!!!
          Faceci są niemniej skomplikowani niż kobiety, tylko trochę inaczej
          się zachowują i reagują. Bywają też wrażliwi, delikatni i drażliwi,
          co wcale nie ujmuje im męskości.....
          Wszyscy jesteśmy różni, nie ma dwóch takich samych osobników, są
          tylko podobieństwa, ale one nie przesądzają o jednostce.

          A jeśli chodzi o kobiety, to zapewniam Ciebie, że bywają również tak
          proste jak budowa cepa, a miano kobiety z racji przynależności płci
          nie jest gwarantem tego, co nazywamy kobiecością, a o seksapilu już
          nie wspomnę....


    • ognrfrf061 mi się udało 19.06.09, 13:48
      mi się udało

      wystarczyło chcieć i pomysleć
    • caline-czka78 Re: Czy komuś się udało? 19.06.09, 15:24
      Nie,mi sie raczej nie udalo.
      Mysle jednak ze punkt naszego widzenia pewnych spraw jest tez zalezny od naszego
      nastroju,chwil jakie obecnie przezywamy.Ja jeszcze 2 lata temu bylam gotowa do
      rozwodu gdy dowiedzialam sie ze malzonek mnie oszukuje i prawdopodobie(ale tu
      nie mam dowodow)zdradzil.Emocje jakie przezywalam nie pozwalaly mi myslec
      racjonalnie,jak ochlonelam zobaczylam wszystko w nieco innych kolorach.choc fakt
      pozostal faktem-oszukal mnie w momencie,kiedy bylam najszczesliwsza kobieta na
      ziemi-realizujaca sie,spelniona i oczekujaca dziecka."Nastala oschloc"-nic,brak
      sexu,obojetnosc po obu stronach.
      Wydawaloby sie dzis ze nam sie udalo.Po 6m
      walki,placzu,przepraszaniu,milczeniu,prezentach,udanych wakacjach,udanym sexie a
      potem po kolejnych 6m slad walki zaginal.
      Mamy udany regularny sex,nie klocimy sie,jest o.k.Ale...ja wracam myslami
      dlaczego tak sie stalo.Dalej mu nie ufam-na to wyglada.Malo,sni mi sie czasem
      jak odchodzi z inna a ja juz nawet nie reaguje.ale to sen,na jawie jest dzien
      jak codzien-praca,dzieci,czasem wino i swiece.
      Czy nam sie udalo?moze ktos oceni.ja zglupialam.
    • nalogowyczekoladozerca Re: Czy komuś się udało? 28.06.09, 13:18
      Moim skromnym zdaniem przywrócenie świeżości w relacjach to bardzo
      trudna sprawa. Trudna nie dlatego, że wymaga jakichś skomplikowanych
      zabiegów. Z pozoru to coś bardzo łatwego - wystarczy, gdy on i ona
      przestaną na siebie robić focha o to, ze nie jest tak jakby chcieli
      żeby było. Główną trudnością jest to, że żyjąc wpadamy w schematy i
      przyzwyczajenia (nie chodzi o małżeństwo ale życie w ogóle - częste
      podróże czy przygody to też może być swego rodzaju rutyna). Jeśli
      przyzwyczaimy się do tego, że żona ciągle marudzi, że jej coś nie
      tak, albo mąż zamiast zrobić to co obiecał znów ogląda film czy gra
      w idiotyczną grę, to bardzo trudno będzie nam spojrzeć na naszą
      połówkę jak na potencjalnego "dawcę" radości.

      Przewijał się już ten wątek - dobry seks zaczyna się długo wcześniej
      niż w sypialni - np. wspaniałe igraszki w niedzielę mogły rozpocząć
      się udanym, całkiem zwyczajnym wieczorem we środę. Ktoś mądry
      powiedział, ze najważniejsze dla związku jest 5 minut - pierwsze 5
      minut po przebudzeniu i pierwsze 5 minut po przyjściu z pracy.
      Żeby nie było tak łatwo - można mieć bardzo fajne pożycie w związku,
      a i tak nie gwarantuje to "sukcesu" - może się okazać, że brak
      porozumienia w innych sferach, z pozoru mało istotnych, zaowocuje po
      latach "kumulacją" i rozstaniem. Wiadomo, że zwracamy uwagę zawsze
      na rzeczy, które nas najbardziej uwierają. Jednak w przypadku
      problemów w związkach warto zawsze patrzeć na „drugie dno” –czy
      jest, a jeśli tak to co się tam kryje. Brak bliskości i intymności
      (nie tylko „pornolowego” rżnięcia, ale przede wszystkim przytulenia,
      dotyku itd.) może być głównym problemem, ale może się okazać, że po
      przejściu terapii czy jakiegoś kursu „gwarantującego” wspaniałe
      pożycie, okaże się że i tak w związku coś jest nie tak.
      Odnośnie „skoków w bok” . W starciu nowa kochanka/kochanek vs
      kłopoty w małżeństwie, kłopoty są bez szans. Na szczęście medal ma
      dwie strony – jeśli związek przetrwa romanse współmałżonka/i może
      się okazać, że jakikolwiek nowy romans jest bez szans w starciu z
      małżeństwem (nawet tym z kłopotami).

      Optymistyczne jest to, że każdy wspólny i radosny dzień razem jest
      sukcesem i wygraną. Dlatego warto koncentrować się na tym, żeby dziś
      było pięknie – jutro jest jutro - ludzie rozstają się czy umierają,
      a świat kręci się dalej. Dbajmy o to, żeby w ogólnym rozrachunku
      pięknych dni było więcej i nie martwmy się tym czy związek będzie
      trwał rok czy 50 lat.

      • igge Re: Czy komuś się udało? 29.06.09, 00:40
        hmmm, a nam się takie ciągłe przywracanie świeżości w relacjach z
        małżem zawsze udaje. Tzn chyba nie jest to właściwie przywracanie,
        tylko taka świeżość od lat, nie gaśnie i już, przeciwnie, czasem
        nawet wybucha z nową siłą, tak że trudno na czymś innym oprócz
        partnera się skupić przez jakiś czas. Nieświadomie, naturalnie tak
        było, dopiero od niedawna ja próbuję to jakos zrozumieć, przemyśleć,
        przedyskutować z małżem i ...nie za bardzo wychodzi, czytam, czytam
        i nie rozumiem. Na pewno to pierwsza rzecz jaka się rzuca w oczy o
        nas i wydawało mi się kiedyś, że każdy w miarę udany związek tak ma.
        Teraz rozejrzałam się po znajomych, szczęśliwych związkach i jakoś
        rzeczywiście takiej świeżości brakuje troszkę jednak. Staż mamy
        niedługo 16 lat, więc jak czytam, że po 3-4 latach zauroczenie mija,
        to śmiać mi się chce. Na pewno mamy jakieś schematy i
        przyzwyczajenia ale rutyny, nudy brak. Nowe romanse są raczej
        absolutnie bez szans choć nigdy nie mów nigdy. Jeśli pierwsze 5
        minut po przebudzeniu jest niby takie ważne, to ja w drodze z
        sypialni do łazienki, idąć i śpiąc jeszcze prawie - dostaję czułego
        buziaka od małża. jedynie w Dzień Kobiet 8 marca jakoś mnie ta
        przyjemność ominęła, ten dzień generalnie był kiepski, uczyłam się z
        synem przyrody. Po przyjściu z pracy, pierwsze 5 minut, też po
        prostu się witamy, nic szczególnego się nie dzieje. Nie wiem, czy to
        znaczy, że mi/nam się udało
Inne wątki na temat:

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka