36.a
08.06.10, 16:08
Płakac mi sie chce.
Bo rano potworne poczucie winy, ze depresja latem jest nie do zniesienia, bo pod koldra stanowczo za cieplo, pod czymkolwiek za cieplo. Dla jasnosci wolny dzien mam i luz. A potem zadzwonil kolega, zaczal mnie wyciagac z dolka, potem postawilam stopy na podlodze, kawa, zaczelam cos czuc. Teraz juz rozbawienie i nawet posiusianie sie z rozbawienia <wstyd>. Boję się, autentycznie się tego boję, bo depresja równa się myśli o konczeniu zycia, to dlugie godziny patrzenia na sciane. hipo to radosc, ludzie, chec do kontaktow. normalny oddech, cheć wyjscia z domu, bo przyjemnie grzeje slonce, w depie - chce sie wyc, co sie wtedy dzieje.
Na wlasne zyczenie zrobilam sobie taka kryzysowa sytuacje - za duzo pracy, praca w nocy, sen od 3 albo 5 a.m. - ja wiem.
Czuje, ze na chwile (?-dluzsza) znalazlam sobie polanke i rozkoszuje sie tym "dobrze". Strach przed kolejnymi czarnymi drzwiami. Doszla do tego jeszcze chorobliwa zazdrosc, poczytalam watki archiwalne - w piatek lekarz i zeznam jej swoja paranoje. Tam mi sie zachcialo tu machnac kilka zdan.