Wstępnie rozwiodłam się z terapeutką. Mam ochotę o tym pogadać. Możliwe, że znowu chcę o tym samym i jeszcze raz o tym samym, co już było... Ale tak to chyba z tym gadaniem jest?
Drugikońcu, nie czuj się wywołana do odpowiedzi

. Nie ma tu o co kruszyć kopii. Poszło o chorobę i leki. Zaczęło się od rzekomego przeze mnie przerysowania objawów... Pani P. zrozumiała na początku, że jestem bardziej zaburzona niż jestem i na jednym z ostatnich spotkań wymsknęło jej się, że wyolbrzymiłam swoje problemy, przedstawiłam bardziej dramatycznie niż wyglądają. Zabolało mnie to. Zbiegło się to z próbą odstawienia wenlafaksyny, którą źle znosiłam. I usłyszałam, że dowartościowuję się chorobą. Że czuję się źle, bo odstawiając jeden lek, uświadamiam sobie, że jestem mniej chora, niż bym "chciała" być. Wyszło na to, że żyję chorobą, czego widomym dowodem miało być moje uczestnictwo w forum i pisanie blogów. I o to poszło.
Zwróciło moją uwagę, że kara.mija w jednym z wątków wspomniała, że przerabia coś podobnego w terapii. Pięknie napisała o tym czubata: najpierw musimy pogodzić się z rzeczywistością choroby, żeby potem się dowiedzieć, że ją sobie wmawiamy.
Nie czekam na rady. Nie pytam, czy zrobiłam dobrze, czy źle. Chcę pogadać