Dodaj do ulubionych

zaraz padne...

02.07.04, 10:44
...nie mam juz sil, do zycia, do pracy... jest mi bardzo ciezko...
Obserwuj wątek
    • sheila_take_a_bow I will catch you, jak bedziesz padac.... 02.07.04, 10:54
      A Ty tez "dwubiegunowka" jestes ?

      Nie wiem co Ci madrego napisac, bo jeszcze klika tygodni temu sama tak sie
      czulam, co ja mowie, ja sie tak czulam cale 9 miesiecy ! [to jak ciaza wink]

      Chodzisz do lekarza ?
      Jesz grzecznie leki (ale w ilosciach terapeutycznych, rzecz jasna) ??

      Napisze Ci tylko: ROZUMIEM, WSPOLODCZUWAM (nie mylic z litoscia i zlym
      wspolczuciem). Nie wiem, czy to Ci wystarczy, nie wiem co chcialabys uslyszec,
      czy slowa pocieszenia w rodzaje "jeszcze bedzie przepieknie" dodadza Ci nadziei
      i sily, czy wrecz przeciwnie - rozdraznia jeszcze bardziej ??
      Jak to u Ciebie jest lera ?

      "Wysylam troche ciepla",
      przeczekaj ten parszywy czas, jesli mozesz...
      Pracujesz ?
      Mozesz pozwolic sobie na zwolnienie, urlop?
      Masz z kim pogadac w realu?
      Chyba musze uwazniej przeczytac Twoje wpisy na forum, wybacz, jesli pytania sa
      powtorzone.
      Moze to marne pocieszenie, ale mowia, (...) ze nawet najdluzsza zmija przemija
      (...)

      Serdecznosci,
      sheila - depresyjna - hipomaniaczka wink
      • lera1999 Re: I will catch you, jak bedziesz padac.... 02.07.04, 12:00
        dziekuje Ci serdecznie za odpowiedz. byc moze nie uwierzysz, ale ona mi bardzo
        pomogla, dodala troche sil. i dobrze, ze nie napisalas "jeszcze bedzie
        przepieknie", bo to wlasnie mnie wkurza i drazni, bo wiem, ze przepieknie juz
        nigdy nie bedzie... do lekarza chodze grzecznie, co 3-4 tygodnie, rozmawiam z
        nim jakie to mam wahania nastroju, leki tez biore. tylko ostatnio po rozmowie z
        lekarzem zaczelam te leki redukowac i mozliwie, ze to spowodowalo u mnie
        najpierw euforie, potem jak zwykle depresje. dobrze, ze trwaly tym razem
        niedlugo. ja zawsze moje depresje przeczekuje, do niczego sie nie zmuszam,
        spie. takie jest moje podejscie. czasem biore nawet zwolnienie z pracy, na pare
        tygodni. tyle tylko, ze nie da sie tego robic czesto. praca, to jest cos, co
        mnie wlasciwie wykancza. musze dojezdzac tam 70km, jest to praca umyslowa,
        musze ciagle sie koncentrowac (pracuje w firmie komputerowej), lecz nie
        potrafie dlugo wytrzymac z ta koncentracja. probowalam rozmawiac z szefem zeby
        zredukowac godziny pracy (nie pracowac na caly etat), ale on na to nie idzie.
        urlopu mam juz nie duzo, skonczyl mi sie. a poza tym mieszkam w Niemczech, nie
        mam tutaj rodziny, bliskich, ktorzy by zrozumieli, wysluchali. ale nie chce sie
        uzalac nad soba. dobrze to powiedzialas "nawet najdluzsza zmija przemija".
        jeszcze raz dziekuje Ci z calego serca za wsparcie. pozdrawiam serdecznie. Lera
        • sheila_take_a_bow niedyskretne pytanie 02.07.04, 12:39
          lera1999,
          Pytanie niedyskretne, nie musisz odpowiadac, jak nie chcesz:
          ile masz lat ?
          Ja prawie 26 [stara dupa]

          serdecznosci,
          Trzymam Cie smile

          sheila

          p.s. Cytat z Fiolki:

          (...) Gdy chce sie napic,
          to pije,
          a KIEDY SENNA - TO LEZE,
          swietem radosci jest zycie,
          ja w zadne grzechy nie wierze (...)
          ,
          swietem
          • lera1999 Re: niedyskretne pytanie 02.07.04, 12:55
            ooo, stara dupa sie znalazla! a co ja mam wtedy powiedziec?! 32, niestety juz
            32... ale czas leci...
            • sheila_take_a_bow Re: niedyskretne pytanie 02.07.04, 14:09
              Jesli chcesz (a zaciekawilas mnie) napisz do mnie na priva:

              sheila_take_a_bow@gazeta.pl

              pa,
              s.
            • matt35 Re: niedyskretne pytanie 03.07.04, 01:45
              He he - obieście po prostu zgrzybiałe staruszki, no! wink wink
              Lera - to jest bardzo fajny wiek - oczywiście, w chwili gdy deprecha mija.
              W tym wieku można bardzo dużo. I wie się więcej o sobie i o ludziach...
              Sheili vel Planasanie to już nic nie powiem...

              Lero - ja się leczę z deprechy drugi miesiąc - i niby jest lepiej, ale wcale
              lepiej nie jest. Są momenty i coś jak przebłyski lepszych dni, ale generalnie
              jest niedobrze - przestałem pracować normalnie jakoś tak w listopadzie. Na
              szczęście pod koniec stycznia przyszła jeszcze kasa za jakiś większy projekt,
              jeszczze z zeszłego roku, więc do niedawna jeszcze miałem z czego żyć.
              Teraz robi się już kasza maksymalna (włącznie z niepopłaconymi bieżącymi
              rachunkami, długami, itp), za chwilę na chleb nie będzie.

              Jeśli mi się nie uda choćby częściowo zmobilizować w najbliższych dniach, to
              chyba będę gryzł ściany...
              Ale...
              kiedyś będzie lepiej, ja to wiem, tylko w tej chwili wygląda pasqdnie, cholera!

              Niedobrze, że nie masz z kim pogadać w realu. Takie odosobnienie to paskudztwo.
              Ale - pociesz się, że nie pracujesz w domu, tak jak ja - mimo, że cholernie
              ciężko (wyobrażam sobie!) - to to akurat działa na twoją korzyść - jesteś
              przynajmniej dużą część dnia wśród ludzi.

              Musisz się rano zmobilizować, pokonać i wstać i dotrzeć do tej pracy. Musisz
              choćby udawać, że pracujesz, że się koncentrujesz - to jest ważne i pomaga,
              żeby nie "zapadać się" dalej w siebie. W najgorszym razie proces ten
              spowalnia...
              Gorzej pewnie, kiedy wracasz do pustego domu, w którym nie masz z kim słowa
              zamienić...
              Spróbuj - jeśli masz taką możliwość - znaleźć w sobie trochę siły i wyjść po
              południu, po powrocie z pracy, kiedy jeszcze jasno - na spacer, może do
              jakiegoś parku...
              Na początek może być bardzo krótki - choćby i 20 minut...

              Jeśli dasz radę ten jeden raz, to spróbuj następny...
              Zacznij regularne spacery po powrocie z pracy - po jakimś czasie powinny
              przynieść efekt - zmniejszenie napięcia i może nawet troszeczkę zadowolenia...

              To ważne, żeby się nie zamykać całkowicie w czterech ścianach i oddawać się na
              pastwę złego samopoczucia i myśli...

              A tymczasem wysyłam też trochę ciepełka...
              matt
              • agawa50 Re: niedyskretne pytanie 03.07.04, 23:22
                Hej,
                Matt napisał coś bardzo ważnego: siedzenie w domu, również praca w domu,
                powoduje jeszcze głębsze zapadanie się w depresję.
                Ja w swoim najgorszym okresie miałam miesiąc zwolnienia, ale od kolegi lekarza
                dostałam zalecenie, żeby przychodzić do pracy na dwie godziny i próbować zrobić
                choć najprostszą, najmniejszą rzecz. Wiem że nie zawsze jest to możliwe, u mnie
                akurat było i bardzo mi pomogło. No i w moim przypadku doszło to, że nie miałam
                na kogo zwalić opieki nad dziećmi i mamą. Kiedy ludzie mówili mi - musisz -
                chciałam gryźć. Ale tak było.
                Czy próbujecie sobie spisać rano, co jest do zrobienia tego dnia? Mnie pomaga.
                Lista koniecznie z uwzględnieniem najprostszych rzeczy, np kupić chleb, żeby
                można było odfajkować załatwione. Jak wieczorem jest połowę skreślonych, to
                czuję się lepiej.
                Matt, niepokoisz mnie. Czy Ty masz dobrze ustawione leki? Po dwóch miesiącach to
                już powinna być poprawa. Co na to lekarz? Ja w początkowym okresie kontaktowałam
                się z lekarzem bardzo często, nawet telefonicznie ustalałam np zwiększenie dawki
                leku. Tylko trzeba pamiętać, że to działa zawsze "z poślizgiem" i trzeba uważać,
                żeby się kompletnie nie rozchwiać, co u "dwubiegunowych" pewnie szczególnie ważne.
                Pozdrawiam ciepło
                agawa
              • sheila_take_a_bow do matta 04.07.04, 07:35
                Czesc Ziomalu wink

                >> Musisz się rano zmobilizować, pokonać i wstać i dotrzeć do tej pracy <<

                Tu bym polemizowala, bo nie kazdemu tak mobilizacja pomaga. Mowie z wlasnego
                doswiadczenia - mi nie pomogla akurat. A bylo to tak: codziennie rano MUSIALAM
                sie umyc, zeby, brzydko mowiac, nie smierdziec wsrod ludzi. To bylo prawdziwe
                wyzwanie, bo mialam sile tylko spazmatycznie plakac do lustra o 5:45 rano.
                Gratulowalam sobie, jak poprzedniego dnia udalo mi sie byle jak umyc wlosy, bo
                MUSIALAM jakos wsrod ludzi wygladac.

                Nastepnie MUSIALAM odsiedziec te swoje 8 godzin i uwazac, zeby nie rozbeczec
                sie przed ludzmi (a i tak co blizszi koledzy zauwazyli, ze jakas inna jestem,
                ze sie izoluje i pewnie mam "dola").

                (....) << udawać, że pracujesz, że się koncentrujesz - to jest ważne i pomaga >>

                Ja udawalam tak, ze narobilam sobie potwornych zaleglosci. Gapilam sie
                bezmyslnie w ekran majac na pulpicie internet i udawalam powage, ze pracuje nad
                czyms. Potem byl dodatkowt stres, bo wymagano ode mnie skonczonych prac w
                terminie, a tu dupa, nic nie bylo, nawet zaczete.

                Wtedu moim najwiekszym marzeniem bylo:
                - pracowac wlasnie w domu i nie MUSIEC mobilizowac sie dla ludzi (moc pracowac
                w domu na kompie i wysylac prace mailem)
                - inna sprawa, ze drugim moim najwiekszym marzeniem bylo znalezc platnego
                morderce wink po prostu, zeby mnie ktos zabil i przerwal to cierpienie i poczucie
                winy....
                Marzylam tez o tym, by z nikim nie MUSIEC rozmawiac (najgorsze bylo pytanie z
                gatunku : "Co slychac" i zapraszanie na niedzielne obiadki przez mame
                (wynajmowalam pokoj). Samotnosc byla wtedy , dla mnie, najmilszym stanem,
                najbardziej pozadanym. I spanie. I jedzenie slodyczy. No i bralam aktywnt
                udzial na forum smile

                Wybaczcie taki dluugi post, ale MUSIALAM wink zabrac glos w tej sprawie.

                Wniosek na koniec, moze banalny : Nie wszystkim pomaga to samo.

                sheila, obecnie w hipomanii

                • agawa50 nie całkiem się zgadzam 04.07.04, 22:11
                  Hej,
                  jestem jednak zdecydowanie po stronie Matta. Ja jestem ewidentnie
                  jednobiegunowa,hipomania mi nie grozi, ale dołki znam dobrze. Znam uczucie,
                  kiedy umycie zębów wydaje się zadaniem ponad siły. Przerabiałam. Ryczałam jak
                  fontanna prowadząc samochód. Osobiście nie polecam. Spazmowałam, kiedy
                  przyjaciele zimno mówili: czy znasz kogoś, kto nakarmi twoje dzieci? Pewnie
                  prościej by im było te małolaty nakarmić. Teraz nie jest mi łatwo. Dalej zawalam
                  masę spraw. Ale jakoś funkcjonuję i przynajmniej te najprostsze przestały być
                  problemem. Jestem w stanie choćby szukać profesjonalnej pomocy. Jestem zdania,
                  że pozwolenie sobie na "nie mogę" pogłębia zapadanie się w dół. Żeby z niego
                  wyjść, trzeba w to włożyć sporo wysiłku. Choćby takiego, jak umycie zębów.
                  Nie mogę się oprzeć myśli, że niechęci do "MUSU" sprzyja czekanie na "dobrą" górkę.
                  Pozdrawiam serdecznie
                  agawa
                  • awanturka Re: nie całkiem się zgadzam 05.07.04, 11:17
                    A ja jestem zdecydowanie po stronie Sheili, w tym se3nsie, że osobiscie reprezentuje wobec choroby jej postwę. Ale nie uważam, że istnieje jakaś bezwzględna reguła, jakiś sposób który sprawdza się u wszystkich.

                    Zrobiłam bilans strat i zysków z jednej i drugiej postawy.

                    Skupie się tutaj na kilku stratach wynikajacych (przynajmniej dla mnie) z postawy "muszę".

                    1. Myślenie "muszę" to dodatkowy powód do paniki: "muszę a nie mogę, co ze mna będzie!".

                    2. Myślenie "muszę" to dodatkowy powód do przeżywania poczucia winy ("muszę, a nie robię albo to co robię,robię całkiem nieudolnie!).

                    3. Podejmowanie prób działania w stanie ciężkiej depresji uświadamia jeszcze wyraźniej jak bardzo jest źle i dodatkowo "dołuje".

                    4. Podejmowanie prób działania w stanie ciężkiej depresji jest przyczyna dodatkowych stresów, co w wychodzeniu z depresji na pewno nie pomaga.

                    5. Chodzeni "na siłę" do pracy w takim stanie często staje się przyczyna kłopotów, człowiek pokazuje jak bardzo jest nieudolny (i psuje opinię o sobie w miejscu pracy, co potem trudno naprawic), albo markuje jakieś działanie, aby nikt jego nieudolnosci nie zauważył (o czym pisała Sheila), a zaległosci rosna i swiadomośc, że kidyś trzeba będzie je nadrobic, przytłacza.
                    Poza tym człowiek w tedy czuje się jak oszust (bo udaje, że pracuje) i to jest dodatkowy powod aby rosło poczucie winy.

                    Agawo!

                    Piszesz, że postawa "bierna" wobec depresji cechuje częściej "dwubiegunowych".
                    Ja też zauważam taka prawidłowośc, i to wyraźnie!
                    Ale tłumaczę ja sobie inaczej niz Ty.

                    Wydaje mi się, że dwobiegunowi sa bardziej świadomi tego, że ich depresja ma charakter endogenny a nie wynika z jakiś okolicznosci życiowych czy cech ich osobowości. Poprostu wiele razy doswiadczyli tego, że na zewnatrz nic się nie zmieniło, dalej sa w takiej sytuacji w jakiej byli, a nastrój maja diametralnie inny... Bardziej doswiadczaja tego, że ich nastroj nie zalezy ani od okolicznosci zewnętrznych ani od działan jakie podejmuja... To nie czekanie na hipomanie, to raczej świadomośc jak niewiele można zrobic w sprawie wychodzenia z depresji...

                    U jednobiegunowych często utrzymuje się przekonanie, że depresja ma charakter sytuacyjny, że życie człowiekowi dokopało i że żeby z tego wyjśc musi się z tym życiem zmierzyc...( "wziac byka za rogi").

                    - awanturka

                    • jagoda16 Re: nie całkiem się zgadzam 08.07.04, 12:19
                      Witaj Awanturko,
                      milo ze zajrzalas na forum, chyba wakacje wszyscy albo wybyli, albo czuja sie
                      lepiej (???), albo wiekszosc waznych dla nas tematow zostala przegadana,i dalej
                      to juz powtarzanie sie (???)
                      Ja niestety nadal czuje sie zle ( to juz 10 miesiecy!!!) Nigdy jescze nie bylo
                      tak dlugo! W miedzyczasie byl jakis epizod mieszany, jak potwierdzil moj
                      lekarz, zreszta wczesniej tez je mialam, tylko nie zdawalam sobie z tego
                      sprawy. To co napisalas o zmuszaniu sie jest jak zwykle bardzo wywazone,
                      przemyslane, chyba sobie wydrukuje i zachowam.
                      Ale patrzac z mojego puntu widzenia to jeslibym sie nie zmuszala przez te
                      ostatnie 10 miesiecy to co by bylo teraz? Watpię czy gdybym sie nie zmuszala
                      depresja by latwiej ustapila. Ponadto moja choroba wyglada tak, ze mam dlugie
                      depresje, stany mieszane i krotkie hipomanie, od paru lat chyba nie mialam
                      remisji. Sa tez rozne depresje i rozne jej fazy, moje sa zazwyczaj z
                      tzw.agitacja, tzn, ze niepokoj pcha mnie do jakichkolwiek dzialan. Po prostu
                      nie jestem w stanie leżec i nic nie robic bo bym czula sie jeszcze gorzej. W
                      tej chwili jest raczej tak ,ze programowo nie zmuszam sie do tego co nie jest
                      konieczne, tych koniecznych rzeczy jest coraz mniej, odsuwam rózne rzeczy i nie
                      mam do siebie pretensji, ze to co jednak robie nie jest zrobione dobrze. Nawet
                      chwilami mam takie momenty podziwu dla samej siebie, ze mimo takiego stanu, od
                      tak dawna jednak pcham jakos ten moj wózek, na tyle na ile mogę. I że to tylko
                      ja wiem ile mnie to kosztuje. Bo nikt tego oczywiscie nie doceni, patrzac z
                      zewnatrz to ja sie lenię.
                      • awanturka Re: nie całkiem się zgadzam 08.07.04, 12:56
                        Jagodo!

                        Wiem ile heroizmu może wymagac funkcjonowanie (nawet bardzo "byle jakie", z punktu widzenia otoczenia)gdy ma się taka ciagnaca się depresję. Co do aktywnosci to nie ma żadnej reguły, trzeba byc bardzo elastycznym i dopasowac ja do aktualnego stanu psychicznego, tak aby sobie nia nie szkodzic, a pomagac.
                        To takie balansowanie między aktywnoscia i biernościa na "wyczucie".

                        Powtarzaj sobie, że jesteś dzielna. Rzeczywiście bardzo trudno liczyc na to, że ktoś inny to doceni...

                        Ja w tym względzie mam sporo szczęścia. Mam wsparcie w mężu i czuję, że rozumie, ile czasem wysiłku kosztuje mnie funkcjonowanie w depresji. Inna sprawa, że na "konkretna" pomoc (poza wsparciem psychicznym i zrozumieniem) raczej nie mogę liczyc (jak nie mogę czegos co do mnie należy zrobic to jest nie zrobione i już!).

                        Czy mogłabyś napisac (jak nie chcesz na forum to na priv) jak u Ciebie wygladaja stany mieszane? Jak je odrózniasz o depresji w wersji: "depresja agitowana"?

                        Pozdrawiam! - awanturka
    • lera1999 Re: zaraz padne... 12.07.04, 08:47
      serdecznie dziekuje wszystkim za wsparcie. nie bylo mnie, przez tydzien bylam
      chora, na zwolnieniu, kompa w domu nie mam. dopiero wrocilam do pracy. czuje
      sie troche lepiej, lecz nie moge powiedziec, ze dobrze... ale jakos to
      bedzie... wymyslilam sobie termin, do jesieni. jak nie bedzie lepiej, pojde
      znowu do szpitala... pozdrawiam wszystkich serdecznie. Lera
      • lera1999 Re: zaraz padne... 12.07.04, 15:01
        ...a jednak... nie moge sie podniesc... sad
        • solar_30 Re: zaraz padne... 12.07.04, 15:07
          Witaj Lero,
          Bylas u lekarza? Tzn, ze nie zmienil Ci lekow i doradzil o szpitalu? Jesli
          bedzie juz fatalnie, to moze idz wczesniej do szpitala. Wazne zeby ktos bliski
          byl w kontakcie z Toba, aby w razie czego zareagowal. Nie wiem jak Twoj stan
          jest powazny, ale chyba sie poglebia.

          solar_30
          • lera1999 Re: zaraz padne... 13.07.04, 07:20
            witaj Solar,
            tak, u lekarza bylam, leki mi zmnienil. z tym szpitalem to moja mysl, bo w
            zeszlym roku bylam i nie bylo zle. pomoglo. a z bliskimi to jeszcze gorzej. nie
            mam do nikogo zaufania. jedna bliska osoba kiedys bardzo mnie skrzywdzila. i
            mimo to, ze tej osobie przebaczylam, to boli, bardzo bardzo boli... i teraz,
            jak tak fatalnie sie czuje, to wszystko wspominam, te zdrade, ten podstep...
            • solar_30 Re: zaraz padne... 13.07.04, 10:19
              Rozumiem Ciebie sad Ten brak zaufania moze nabierzesz z czasem, i z ludzmi
              ktorych poznajesz, niektorzy chorzy po takim czyms kontaktuja sie tylko z
              chorzymi, ktorzy tylko oni potrafia ich zrozumiec w pelni, potrafia pomoc,
              potrafia byc w pelni empatyczni, i te zaufanie. Ja mam brak zaufania wrodzony :
              ( i pomimo tego przejechalem sie na ilus tam osobach. Zaufanie to podstawa....

              solar_30
              • vinja Re: zaraz padne... 13.07.04, 10:38
                solar_30 napisał:

                > Rozumiem Ciebie sad Ten brak zaufania moze nabierzesz z czasem, i z ludzmi
                > ktorych poznajesz, niektorzy chorzy po takim czyms kontaktuja sie tylko z
                > chorzymi, ktorzy tylko oni potrafia ich zrozumiec w pelni, potrafia pomoc,
                > potrafia byc w pelni empatyczni, i te zaufanie. Ja mam brak zaufania
                wrodzony :
                > ( i pomimo tego przejechalem sie na ilus tam osobach. Zaufanie to
                podstawa....
                >
                > solar_30

                ...a ja nie mam podstawy - nie ufam nawet sobie , przede wszystkim sobie...
                • solar_30 Re: zaraz padne... 13.07.04, 21:05
                  wlasnie nie ufajac sobie podstawiamy sobie noge sad To chorba tak oddzialuje,
                  trzeba zaczac pracowac nad soba, ale jesli ma sile i wiare w to co sie robi, w
                  to co sie robi dla siebie. To trudne, czasem ludzie po szpitalu rozumieja
                  dopiero, czasem po jakims ciezkim epizodzie...

                  Solar_30

              • lera1999 Re: zaraz padne... 13.07.04, 12:27
                solar_30 napisał:

                > niektorzy chorzy po takim czyms kontaktuja sie tylko z
                > chorzymi, ktorzy tylko oni potrafia ich zrozumiec w pelni, potrafia pomoc,
                to jest niestety prawda. wspominam jak jedna "kolezanka" (zdrowa) odwiedzila
                mnie w szpitalu i powiedziala mi: "wez sie w garsc"... to boli, bardzo boli.
                boli do dzis... chorzy nigdy tak nie powiedza, bo wiedza jak to jest chorowac...
                • solar_30 Re: zaraz padne... 13.07.04, 21:09
                  lera1999 napisała:

                  > solar_30 napisał:
                  >
                  > > niektorzy chorzy po takim czyms kontaktuja sie tylko z
                  > > chorzymi, ktorzy tylko oni potrafia ich zrozumiec w pelni, potrafia pomoc,
                  >
                  > to jest niestety prawda. wspominam jak jedna "kolezanka" (zdrowa) odwiedzila
                  > mnie w szpitalu i powiedziala mi: "wez sie w garsc"... to boli, bardzo boli.
                  > boli do dzis... chorzy nigdy tak nie powiedza, bo wiedza jak to jest
                  chorowac..
                  > .

                  sad Tak sie zachowuja zdrowi, to normalne. Powiem, ze ja tez kiedys tak sie
                  zachowywalem, popelnialem bledy. Uczylem sie, to trudne, to boli nie tylko
                  chorego, takze i ta osobe, ktora starala sie a nie umiala sad Wiedza to podstawa
                  a tlyko taka maja chorzy, ale wystarczy wytlumaczyc, jesli sie da, wystarczy
                  pomoc w zrozumieniu.... JEsli Wam zalezy na kontakcie, na pomocy..oczywiscie

                  Pozdrawiam,
                  Solar_30
              • lera1999 Re: zaraz padne... 13.07.04, 12:29
                solar_30 napisał:

                > Ja mam brak zaufania wrodzony :
                >...
                > Zaufanie to podstawa....
                tak jest. podstawa... bez zaufania nie ma ani przyjazni ani milosci. bardzo
                trudno zbudowac dobre relacje bez zaufania... bardzo tesknie za nim...
                • solar_30 Re: zaraz padne... 13.07.04, 21:14
                  lera1999 napisała:

                  > solar_30 napisał:
                  >
                  > > Ja mam brak zaufania wrodzony :
                  > >...
                  > > Zaufanie to podstawa....
                  > tak jest. podstawa... bez zaufania nie ma ani przyjazni ani milosci. bardzo
                  > trudno zbudowac dobre relacje bez zaufania... bardzo tesknie za nim...

                  Wlasnie zaufanie. Wiecie, ja moze nie trudno, ale zeby to mialo podloze twarde
                  trwale to trudno. Bo zbudowac na piaski mozna ale co z tego? Do dobrych relacji
                  dochodzi jeszcze cierpliwosc i empatia. Tak, masz racje...Lero

                  Pozdrawiam,
                  solar_30

Nie masz jeszcze konta? Zarejestruj się


Nakarm Pajacyka